Słowa
Słowa, wyrazy, codzienne rozmowy
są jak muskanie.
To coś ucho muskające - następstwem słuchanie.
Zda się proste – zarazem - nie do końca bywa łatwą powinnością.
I choć własnym obrazem zwyczajowo mami.
Nie zawsze jest oczekiwaną wieścią,
miast słowa miłości w efekcie wręcz zgani.
O słowo.
Co tak łatwo wzlatujesz wespół z własną siłą,
mnożysz się i wdzięczysz aby dobrze było,
ty lecisz nie patrząc na etyki bramy.
Najpierw się ustroisz w wzorzyste Barchany
i puszysz w elokwencji własnego tematu.
Bywasz wszak mobilne jak kula z armaty,
ale czasem - zdarza – bywasz jak balsamy.
Potrafisz uładzić i nałożyć łaty na to
co dziurawe i niezgodne bywa.
Twa siła rażąca uderza komnaty rozumu,
choć nie wiedzieć czemu nie widać jej podstaw by zaprzeczyć temu.
Bo siła – być może – wynikiem jest „rymu” jak i przemyślenia.
Ta pierwsza z rozumu
z którego wynikiem jest „owe” z myśli na języku,
robi zeń groteskę.
Słów mnoży bez liku i…
choć temat jeden na jedyną fiestę nie pojmiesz w niej sensu,
ani zda się składu.
Zanim w temacie zdążysz dojść do ładu,
ze słowem tak licznie uszy targającym rozboli cię głowa.
I wnet ruchem śpiącym
zakończysz słuchanie tyrady niecnoty.
Ta siła być może równie i z zamysłu.
Tedy szykiem swoim słowa plan swój mają.
I jak szwadron przemyślny gdy wszyscy słuchają tej potyczki słownej,
co mądrością trąci.
Gdy zgodę zdobędą korzyścią muskają,
wtedy swym triumfem własne ego głaszczą.
To również są słowa.
Sensem cię uwłaszczą i pochwycą w locie chyba ,
że w czas wtrącisz to czego nie słychać,
co jednak ci mąci zarys twej mądrości.
Gdyż wtedy uf szwadron traci swoje szyki i sypie się w drzazgi.
Bo sens jego skryty wnet jasnym się staje,
gdy trafia na pola mądrości ruczaje i…
wtedy obniża loty swe niechybnie.
Tedy mówca zwalnia, to purpurą świeci,
to wzrokiem omiata cały uf przybytek.
Który wokół świadkiem gdzie słów jego zbytek
jakby bał się że echo słowny wbije cokół
w długą tyradę ukrytą w półmroku.
Są słowa miłości poezją trącące w niewymownej treści,
opisują uczuć z serca czerpiąc wieści.
Tchną temperaturą własnych namiętności,
wielkich motyli, burzliwych radości.
Cóż to za lawina liter, słów, zdań, prozy.
W myśli sam się dziwisz kto takowe włożył w twe usta
i tonacją zgrabną serce drugie muska pieści i utula.
Miodem zlepia wersy aż miłością władną zespoli,
połączy i rozkwitem kwiatu,
nektarem zaleje, obsypie bławatu płatkami oba serca razem.
Zamknie dwie istoty złota ram obrazem
i mknąc będzie w wszechświecie ze zdwojona siłą.
Czerpiąc ją z wieczności co jest, będzie, było
- znajdzie ukojenie w ramionach miłości,
oceanie wrażeń.
Jak artysta wielki swą otrzyma gażę
- wielkie zespolenie.
W locie swym zamilknie,
coraz rzadziej bywa.
Wzrokiem swym
okrywa, zapada w milczenie, wieczność swą przeżywa.
( Autor: Zygmunt Jaworski )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz