Tom I – część 10

Post w dziale:

Math zaczął śmiać się śmiechem stylizowanym na operowy bas. Na co Tom rechotał przy tym tak, że niemal się popłakał. Steven stał i wpatrywał się w synów kiwając głową ze zdziwienia.

- Jak widzę dobrze się bawicie.

- A czemu nie tato. To istna komedia. Idziemy jak na audiencję do Królowej.

Wtrącił Thomas.

- I mamy własnego kierowcę z limuzyną – zauważ.

Dorzucił Matthev i ryczał ze śmiechu. I jak ryczał tak od razu zamilkł. Thomas spojrzał się na brata, a po linii jego spojrzenia na schody. Steven również skierował swoje spojrzenie w tamtą stronę. Przy schodach na dole, stały obie panie Vivienne z Sarą. Cała trójka niemal oniemiała. Vivienne wyglądała elegancko – niemal, jak kobieta biznesu. Sara jednak patrzyła na zadziwioną tróję bardzo poważnie. Czekała na ich reakcję. Thomas i Matthev wpatrywali się w nią, aż im szczęki opadły. Sara pokazała swoją klasę. Zachowując swój styl, nie uległa sytuacji godząc się na taktowne ubranie. Postawiła na swoim, i dżins zapanował niemal w całości w jej kreacji. Tak czy owak, wszyscy wyglądali oszałamiająco. Dochodziła dziewiąta, gdy w drzwiach odezwał się dzwonek. Steven ruszył w kierunku drzwi stojąc przy nich, spojrzał porozumiewawczo na całą rodzinę. Skiną głową w ich kierunku, i zaraz spokojnie je otworzył.

- Witaj David’e! Miło mi ciebie widzieć. Widzę, że jesteś bardzo punktualny.

- Dziękuję sir. Staram się wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej.

- Proszę wejdź.

- Dziękuję sir.

Mężczyzna wszedł do środka. Steven zamknął z anim drzwi. Wszyscy znajdowali się w salonie, gdy David elegancko skłonił się do wszystkich. Odwzajemnili lekkim skłonem gest przywitania. Steven podszedł do stojącego kierowcy, lekko doń się uśmiechając.

- David’e! Nim ruszymy chciałbym porozmawiać.

- Sir. Jeśli wolno mi coś zauważyć, to jest już dziewiąta. Nie mamy wiele czasu. Lord de Blackstone ceni sobie punktualność. Jednak by sprostać twojej prośbie sir, proponuję przeprowadzić rozmowę w samochodzie. Czy to panu odpowiada sir?

- Naturalnie. Będę tobie niezmiernie wdzięczny.

- Zatem zapraszam państwa do samochodu.

- Dziękujemy David’e.

Cała rodzina podążając za kierowcą wyszła z domu. Steven spokojnie zamknął kluczem drzwi, po czym schował klucz do marynarki. Dzień był dość pogodny. Od rana zapowiadała się piękna pogoda. Wiatr jakoś ucichł, i już natarczywie nie szarpał wszystkim, co tylko dało się poruszyć. Słońce rozświetlało wspaniale dzień, jakby na życzenie. Zatem rodzina zrezygnowała z zabierania ze sobą wierzchnich nakryć. Jedynie lekkie peleryny w przystosowanym do nich etui, zajęły miejsce w bagażniku limuzyny. Kierowca szarmancko otworzył drzwi wozu, i gestem dłoni zapraszał kolejno, wszystkich do zajęcia miejsc. Limuzyna w czarnym kolorze była pokaźnych rozmiarów.

Siedzenia weń były rozmieszczone naprzeciwko siebie, wzdłuż samochodu – nie wliczając miejsc kierowcy. Wszyscy więc siedzieli twarzami do siebie. Samochód ruszył. Gdy tylko wyjechali na drogę będącą drogą wylotową z miasta, przyciemniona szyba z lekkim szumem opuściła się na dół, odsłaniając kierowcę. Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie, patrząc w górne lusterko.

- Czy państwo życzą sobie czegoś do picia? Mamy tu podręczny barek. To ten czerwony przycisk w pulpicie za moimi plecami. Jest tu szereg soków do picia, napoje gazowane, bądź mrożona kawa. Bardzo proszę się obsłużyć.

- Nie. Dziękujemy David’e. Czy możemy teraz porozmawiać?

- Bardzo proszę.

- Powiedz mi zatem, jaki jest twój pan David’e?

- Nie chciałbym oceniać mego pana sir. Myślę, że samo to, iż jestem z mym panem przez całe życie – świadczy samo za siebie.

- Rozumiem. Przepraszam zatem za to pytanie. Lecz, czy mógł byś – tak ogólnie w paru słowach – określić, jaki jest?

- Przede wszystkim to człowiek o wielkiej mądrości, wielkim rozsądku. Jest człowiekiem o wielkim sercu. Jest bardzo dobrym człowiekiem, ale i bardzo wymagającym.

- To piękne cechy. Zastanawiam się David’e, dlaczego twój pan jest samotnym mężczyzną? Czy jest tak z jego wyboru?

- Proszę mi wybaczyć sir, ale na ten temat nie godzi się mi wypowiadać.

- Rozumiem. Zatem, czy możesz opisać mi, jak wygląda jego posiadłość?

- O! długo by opowiadać sir. To wielki teren z wielkim domem w centrum. Wspaniała posiadłość. Co prawda wiele by tam trzeba zrobić, by odzyskała swój blask. Ale i wiele już mój pan uczynił w tym kierunku.

- Zapewne masz rację. Mówisz, że wiele by tam trzeba zrobić. Czy to znaczy, że przerwał starania w tym temacie?

- Tak sir! Wiele lat temu lecz o tym również nie powinienem mówić. To prywatna sprawa mego pana. Proszę mi wybaczyć.

- Oczywiście.

Dotąd tylko Steven rozmawiał z kierowcą. Vivienne nie odzywając się, wpatrzona w uciekający widok za oknem, uważnie przysłuchiwała się rozmowie. Rozumiała, że wypytywanie David’a o tego typu sprawy, nie jest właściwe. Z racji swojego położenia, nie wypada mu wypowiadać się w zakresie tych tematów. Jednak już po tych paru słownych opisach, nie wierzyła, iż to może być zły człowiek. Nie, aby miała pewność – ale takie odniosła wrażenie. Vivienne nie oceniała nikogo, przez co dawała każdemu szansę na indywidualność. Jedynym wyjątkiem była okoliczność, gdy chodziło o bezpieczeństwo jej lub jej bliskich – przyjmowała postawę obronną.

By rozproszyć gdzieś krępującą ciszę, która nastała w samochodzie, poprosiła męża o szklaneczkę wody. Spojrzał na nią badając, czy aby coś niedobrego się nie dzieje. Mimo, że Vivienne nie miała nigdy problemów z jazdą samochodem, dzisiaj jednak coraz bardziej odczuwała lokomocyjne niedogodności. Być może z powodu rosnącego stresu z okazji gościny, będącej całkowitą niewiadomą. Chłopcy zajęci byli analizą techniczną limuzyny od wewnątrz. Natomiast Sara siedziała dość spokojnie, wpatrując się w widok za oknem. Gdzieś wewnętrznie obawiała się u siebie, czegoś w rodzaju napięcia wynikającego z zaistniałej sytuacji.

Czuła lekką obawę przed spotkaniem z nieznajomym krewniakiem – nie wspominając już o całkowicie nieznanym miejscu. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Odczuwała jednak niezwykle rosnącą ciekawość – niemal podekscytowanie całym nadchodzącym się wydarzeniem. Zależało jej na tym. Tym bardziej, iż zaczęło w niej kiełkować przeświadczenie, że to będzie niezwykły dzień. Wyczuwała coś, co może być dla niej czymś szczególnym. Czymś co sprawi, że odnajdzie własny cel, własne miejsce na ziemi. Da ujście jej pasjom. Pochłonięta we własnych rozmyślaniach nie zauważyła, jak wjechali na przedmieścia Stanford.

Duże połacie zieleni, ogrodów, parków, pól i łąk. Samotnie stojące domy, niemal całkowicie wtapiały się w zieleń gęsto obsadzonych drzew. Coraz to bardziej teren zagęszczał się, aż limuzyna wjechała w miejskie zabudowania. Limuzyna pokonywała ulice miasta kierując się do centrum.

- David’e! W której części miasta znajduje się posiadłość lorda de Blackstone?

Steven zainteresował się tym, iż przejeżdżając przez centrum Stanford, wszędzie widział kamienice budowane szeregowo. Wzrokiem szukał czegoś, co pasowałoby do opisu David’a.

- To peryferie miasta, po jego zachodniej stronie sir. To jakieś dwadzieścia minut od centrum.

Sara jakby wyrwana z zamyślenia, zaczęła niespokojnie się rozglądać to przez jedno, to przez drugie okno samochodu. Vivienne to zauważyła, i kładąc córce dłoń na jej dłoni, starała się ją uspokoić.

- Zauważyłam, że jakiś czas byłaś nieobecna Saro.

- Gdzie jesteśmy?

- W Stanford panienko Saro. Już za chwilę będziemy na miejscu.

- Dobrze, że choć dopisuje pogoda David’e. Nie najlepiej się czuję.

Vivienne od razu na nią spojrzała.

- Źle się czujesz?

- Jeśli panienka sobie życzy, możemy się na chwilę zatrzymać.

- Nie, nie trzeba. To ta jazda samochodem. Jest mi trochę niedobrze.

- To może chociaż otworzyć okno?

- Poproszę David’e.

I szyba natychmiast zaczęła sunąć w dół, wpuszczając do wnętrza samochodu świeże powietrze.

- Patrzę na twoją uśmiechniętą twarz David’e i czuję, że dojeżdżamy.

- Tak lady Forest. Właśnie dojeżdżamy do łuku ten szosy. Następnie skręcimy w lewo.

I tak jak mówił, po chwili samochód dojechał do lekkiego łuku szosy. Wszyscy ujrzeli z niej zjazd. Był to trakt między szpalerami topól, dębów, lip.

- Jak tu pięknie David’e.

- Tak lady Forest. Ta droga należy już w całości do posiadłości Garden Hill. To właśnie tutaj – ta cała ziemia po obu stronach, to własność rodowa rodziny de Blackstone.

- Żartujesz? Przecież to jak okiem sięgnąć pustkowie.

- To tak się wydaje lady Forest. Cały ten teren tutaj – jak państwo widzicie – to teren pochyły. Tym traktem wjeżdżamy na wzniesienie. I po tej stronie, prócz pól i łąk nie ma nic.

- No tak. Ale wspominałeś, że twój pan mieszka w ogromnym domu.

- Bo tak jest lady Forest. Za chwilę się państwo przekonają.

Kierowca celowo zmniejszył szybkość jadącego samochodu, by wszyscy mogli podziwiać piękno okolicy. Całe wzniesienie – prócz szpaleru drzew oddzielających trakt wjazdowy od reszty terenu, pokryte było trawą. Tudzież widać było kanały melioracyjne, odwadniające i nawadniające tę część pastwisk. Czym bliżej szczytu znajdowała się limuzyna, tym bardziej wszyscy ciekawi byli tego, co za nim się ukaże.

- Kto tego pilnuje David’e? To ogromny teren.

- W samej rzeczy panienko Saro. W samej rzeczy. Ale tu pracuje wiele osób. Mój pan zatrudnia tu masę ludzi.

- No ja myślę. Jedna osoba nie dałaby tu rady.

- O nie panienko. Tu pracuje kilkanaście osób w samym obejściu. A jeszcze jest park, ogród i dom.

- To niesamowite.

W tym momencie limuzyna pokonując ostatnie metry wzniesienia, ukazała niesamowity widok. Oczom wszystkich ukazała się wielka brama. Jej skrzydła szeroko otwarte, były imponujące. David właśnie celowo przy niej przystanął.

- Od tej chwili znajdujemy się na terenie ściśle prywatnym lorda de Blackstone. Jak państwo widzicie, by tu dojechać, trzeba pokonać to wzniesienie.

Wskazał dłonią cały teren w dole, po stronie miasta. Nikt nic nie mówił – nie odpowiadał. Tu panowała niesamowita cisza. W dole – patrząc w stronę miasta rozciągał się wspaniały widok. Całe wzniesienie górowało nad całością terenu. Zatopione w zielenie soczystych łąk, niemal tętniło życiem. Linia traktu biegła lekkim łukiem wspinając się nań, okiełznana szpalerem wiekowych drzew. Zakreślały one niemal zielony korytarz wytyczający drogę. Zapraszający niemal do wkroczenia na trakt – niczym trakt królewski. Vivienne stała przy bramie, wciąż jej się przyglądając. Była bardzo zafascynowana jej artyzmem. Brama górowała nad nią swą wielkością. Posiadała niebywała wysokość.

Wykuta z metalowych wielościennych prętów. To bardzo rzadkie zjawisko. Cały układ prętów opleciony liśćmi winogron, i ich pnączy. Wszystko z tegoż samego metalu. Jedynie środek każdego ze skrzydeł, zajmowało herbowe pole. Vivienne wzrokiem szukała ogrodzenia, bo po co komu brama, gdy nie ma ogrodzenia.

- David’e! Powiedz mi proszę, ile lat ma ta brama? Z wyglądu wydaje się być nabytkiem niezbyt starym.

- Nie lady Forest. Ta brama ma już wiele set lat. To dzieło sprzed wielu pokoleń linii de Blackstone. Pan mój dba o nią, w dowód wielkiego szacunku dla jego rodu.

- No a ogrodzenie? Tam gdzie brama, tam i winno być ogrodzenie – prawda?

- Przed wielu laty był tu wielki mór, okalający całą posiadłość. Nie było tu typowych dla dzisiejszych czasów cegieł, a jedynie kamienie. Mój pan organizował ich zbieranie po całej posiadłości. Ściągał je również z okolicy. Tak czyniło wielu właścicieli. Jednak od kilkunastu lat, mór ten wymagał renowacji. Pewnie byłoby to zrobione, gdyby nie nagła rezygnacja mego pana z dalszych prac. Zresztą wiele prac zostało przerwanych w tamtym okresie, i tak jest do dzisiaj.

- A co się wydarzyło David’e? Jeśli mogę zapytać.

Mężczyzna tylko odchrząknął. Widać było, że nie może na to pytanie odpowiedzieć. Od razu odczytała to z jego twarzy. Już parę razy usłyszała od David’a, iż do pewnego momentu jego pan działał bardzo prężnie. Jednak coś się wydarzyło w jego życiu. Coś tak poważnego, iż to zmieniło wszystko. Pozbawiło to energii tak bogatego człowieka. Czuła, że za bogactwem liczonym w tylu aspektach, nie idzie szczęście tego człowieka. To stało się jednym z powodów, dla którego Vivienne chciała poznać lorda de Blackstone. W tym samym momencie spojrzała na córkę, jak i na resztę swojej rodziny. Wszyscy stali obróceni w stronę przeciwną do wjazdowej.

Ona wykonała ten sam zwrot. Od razu zaparło jej dech w piersiach. Jej oczom ukazał się wielki dom – by nie powiedzieć zamek. Nie wiedziała, jak to określić. Odległość doń była znaczna. Jednak dom – mimo odległości robił wrażenie. Był wielokondygnacyjny. Posiadał część centralną i własne skrzydła. Strzeliste wierze. Otoczony wspaniałym parkiem. Chciała coś powiedzieć, gdy Sara na głos wypowiedziała własne zdanie.

- Boże! Mamo! Jak tu pięknie. Czy tu mielibyśmy zamieszkać David’e?

- Tak panienko Saro. To właśnie posiadłość lorda de Blackstone. Tu właśnie mieszka. Proszę wybaczyć, ale musimy się pośpieszyć. Jest już około jedenastej. Punktualnie o jedenastej mam państwa przywieść do rezydencji.

- Już jedenasta? Matko jedyna, jak ten czas leci.

- Zatem zapraszam państwa do samochodu. Celowo będę wolno jechał, by mieli państwo okazję dokładnie wszystko obejrzeć.

Otworzywszy drzwi samochodu, ponownie wykonał gest dłonią zapraszający gości do zajęcia miejsc. Samochód wolno ruszył równym traktem. Tym razem serpentynowo – niczym wstęga – trakt opadał ze szczytu wzgórza, niczym wijąca się rzeka w łagodną dolinę. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów, dał się rozpoznać plan parku. Okalał on całą posiadłość. Tu znajdował się dość wysoki mór z kamieni takich, jakie opisywał wcześniej David. Czyli to nie był jedyny kamienny krąg w posiadłości. Mór ten obsadzony był w określonych odstępach ozdobnymi krzewami. Park w przeciwieństwie do zewnętrznej części, posiadał własny układ spacerowych alejek – tudzież, kamienne ławy zapraszające do spoczynku – do wytchnienia po długim spacerze.

Coraz więcej sektorów ze szlachetnymi odmianami krzewów, roztaczało swoje piękno. Tu alejki kreślone były niskimi żywopłotami, określającymi ich bieg. Jadąc traktem przez ten wspaniały park, wszyscy widzieli mnóstwo kamiennych rzeźb, posągi nimf, rusałek, jak i postaci wyciągnięte iście z mitologii. To robiło wrażenie. Samochód minął park, wjeżdżając do części ogrodowej rezydencji. Bardzo wiekowe wysokie drzewa, ustępowały miejsca krzewom różnego typu. Bzom, platanom. Znajdowało się tu mnóstwo krzaków róż. I dopiero wtedy, odsłonił się całkowity widok na dom.

Samochód wjechał na dziedziniec, który stanowił wielki plac, po środku którego znajdował się wielki krąg z żywopłotu. Wewnątrz niego na utworzonym wzgórzu, znajdowała się mnoga kompozycja róż i agaw. Tu agawy królowały niemal wszędzie. Ich mięsiste liście strzelały niczym strzały feniksa w niebo. Widok zapierał dech w piersiach. Vivienne jak i Sara były oszołomione tym widokiem. Samochód podjeżdżał do budynku, wykonując objazd wokół tej wielobarwnej wyspy. Tu panowała na zewnątrz niesamowita cisza, ale i wewnątrz limuzyny również. Wszyscy niczym zahipnotyzowani, wpatrzeni byli w okna samochodu. Dopiero Steven lekko klepną w kolano żonę.

- Vivienne! Jak widzę. Mamy komitet powitalny.

- Tak sir. To cała służba domu i obejścia. Oni wszyscy wiedzą, że państwo dzisiaj będą.

- Czyli jak rozumiem, właściciel tego domu również będzie w śród nich?

- Tak panienko Saro. Jednakże pan mój przywita państwa wewnątrz domu. Na zewnątrz znajduje się cała służba. Włącznie z majordomusem.

- Majordomusem? A cóż to za nazwa?

- To ktoś, kto zarządza wszystkimi w tym domu. Ktoś kto pilnuje porządku. Czyni starania, by wykonane było to, co pan poleci.

- No fakt. Jest limuzyna, jest kierowca – teraz majordomus.

Szturchał Matthev brata chichotając przy tym gromkim basem. Tom chciał odwzajemnić bratu swoim chichotem, ale nie zdążył. Samochód zajechał tuż vis a vis wielkich wejściowych schodów. David wysiadł z samochodu jako pierwszy. Otwierając drzwi wykonał gest dłonią. Kolejno Vivienne, Sara potem Steven, i na końcu Thomas z Matthev. Pogoda w tym dniu sprawiła miłą niespodziankę wszystkim. Zapowiadał się wspaniały dzień. Jedynie wiatr zdawał się wzmagać.

- Sir. Ja w tej chwili pozostawię państwa pod opieką majordomusa.

Nim ktokolwiek mógł coś powiedzieć, wykonał gest dłonią w kierunku stojącego nieopodal mężczyzny. Mężczyzna elegancko ubrany w czarny garnitur, natychmiast zareagował. Nie miał więcej, jak czterdzieści lat. Podszedł, skłonił się lekko.

- Witam państwa w Garden Hill. Państwo pozwolą, iż dokonam prezentacji służby.

- Naturalnie.

Jednocześnie, gdy majordomus dokonywał prezentacji, David wsiadł do samochodu. Po chwili samochód ruszył, znikając stojącym z widoku. Rodzina pozostała pod opieką eleganckiego mężczyzny, piastującego dość niezwykłe stanowisko w posiadłości. Prezentacja została zakończona. Wszyscy starali się być przyszykowani na ich przyjazd. Traktowali ich iście po pańsku.

- Ja piastuję tu stanowisko majordomusa – ale to pewnie David już państwu wyjaśnił. Z mojej strony chciałbym się przedstawić. Mam na imię George. Jestem …, no tak, to państwo już wiedzą. Bardzo proszę – wprowadzę państwa do wnętrza domu.

George poszedł przodem – goście za nim. Wszyscy pokonali parę stopni schodów, znajdujących się zewnątrz budynku. Po chwili znaleźli się na zewnętrznym tarasie. Był on wyłożony szlifowanym krzemieniem. W czterech punktach tarasu ustawione były kamienne filary, podtrzymujące górny taras. Pod nim znajdowały się okiennice, niemal panoramiczne. Między nimi wielkie drzwi bogato rzeźbione. Okiennice były istnym dziełem sztuki. Wykonano je w postaci kryształowych witraży. Jedynie ich środek posiadał barwne kompozycje, przedstawiające herby rodu de Blackstone. Między okiennicami wysokie masywne drzwi z pięknymi rzeźbieniami.

Na każdym skrzydle rzeźby lwich głów, trzymające w pyskach metalowe koła. George otworzył oba skrzydła, ustawiając się elegancko po prawej stronie. Gestem rozpostartej dłoni wykonał gest zaproszenia do wnętrza domu. Pierwsza rzecz, jaka zaskoczyła wszystkich to wysokość pomieszczenia. Vivienne zadarła głowę do góry. Jednak Sara wpatrywała się w wiszące na ścianach obrazy. Wyglądały one jak muzealne eksponaty. Przedstawiały sceny rodzajowe z dawnych czasów. Z hallu przeszli na schody. Wszędzie granit, wapń o różnych barwach. Schody i ich balustrady, wykonane z białego marmuru zabarwionego naturalną barwą.

Tu po obu stronach znajdowała się galeria portretów przodków i członków rodu. Pierwsze piętro było okazałym trójdzielnym układem korytarzy, biegnącym w trzy strony. Georg wskazywał kierunek, w którym goście mieli się udać. Wszystkich uderzyła czystość i elegancja, ale i ogromna przestrzeń. Wszędzie czuło się mnóstwo śladów minionego czasu. Podłogi błyszczały kamienną powierzchnią, optycznie zmiękczone liniami chodników o barwie żywo wiśniowej. Widok robił wrażenie. Vivienne odruchowo spojrzała na buty z wyrzutem.

- Oto górny salon – zapraszam.

Salon zwany „górnym”, był ogromny. Tym bardziej, iż łączył się szeregowo z innymi salami. To co widzieli przed sobą, trudno było opisać jednym słowem. Sara nie czekając na George’a, weszła do salonu jako pierwsza. I to z takim podnieceniem, iż wszystkim się to udzieliło. Nie wiedziała od czego zacząć oglądanie. Co oglądać na pierwszym miejscu. Vivienne zaś zauważyła, iż co prawda wszystko było wspaniałe, to jednak bardzo stare. Od razu rozpoznała, iż świetność tych rzeczy, tych detali – dawno już minęła. Steven założywszy dłonie za siebie – niczym profesor – wszedł jako ostatni.

- Proszę się rozgościć. Osobiście powiadomię pana, iż państwo przybyli. Czy mają państwo jakieś specjalne życzenia?

- Nie, nie. Dziękujemy George.

- Zatem. Pozwolą państwo, iż na chwilę pozostawię ich samych.

- Naturalnie. Proszę bardzo George.

Vivienne odruchowo uspokoiła George’a, który po chwili ruszył w kierunku wyjścia z salonu. Rodzina Forest’w pozostała sama w salonie. Ogrom tej sali jak i wystrój w ogóle nie wskazywał na to, iż była to posiadłość prywatna. Jedynie obu synom Steven’a Forest’a nie przeszkadzało to, by wciąż żartować z sytuacji.

- No proszę. Oprócz wszystkiego, mamy też muzeum. Tata. Trzeba sprawdzić, czy gdzieś nie wisisz.

Matthev tak, jak szybko wypowiedział własne zdanie, tak niemal od razu zagrzmiał takim śmiechem, aż echo poniosło. Steven poirytowany takim zachowaniem od razu zareagował:

- Math!

Po czym od razu podszedł do żony. Thomas i Matthev na chwilę się uspokoili. Jednak Vivienne musiała usiąść z wrażenia. Nie czuła się tu najlepiej. To wszystko przygniatało ją powagą, czasem i monumentalnością. Sara nieco spoważniała. Chodziła po salonie, uważnie przyglądając się niemal wszystkiemu. A było co oglądać. Interesowały ją ściany, meble, ozdoby. Idąc przesuwała dłoń po blatach, jakby bezwiednie badając ich wartość. Wyglądało to, jakby była w jakimś transie, całkowicie pochłaniającym ją zamyśleniu.

- Co robisz Saro?

Tym pytaniem Steven zwrócił się do Sary. Dziwne zachowanie córki, przyciągnęło i jego uwagę.

- Nie mogę uwierzyć, że mamy tu mieszkać. Że będziemy tu mieszkać.

Teraz i Vivienne słysząc jej słowa, uzmysłowiła sobie – wręcz przypomniała sobie, iż to prawda. Dopiero ta myśl do niej zaczęła docierać. Oni mają tu mieszkać. To posiadłość lorda ma stać się ich domem, gdyż on sam tu mieszka. Taki był warunek, na który – między innymi – zgodził się jej mąż.

- Boże! Ja nie dam rady. Steven! Tu się nie da mieszkać. Zobacz tylko. Te mury mają setki lat. To wygląda bardziej jak muzeum, niż mieszkanie. Gdzie tu miejsce dla rodziny? Dla normalnej rodziny.

- Vive uspokój się. Dopiero co tu przyjechaliśmy. Mamy spotkać się z właścicielem, i to zrobimy. Zobaczymy jak będzie.

Kobieta jednak wstała z krzesła, i energicznie ruszyła w kierunku okna. Coraz bardziej odczuwała lęk przed pobytem w tych murach. A to przecież dopiero jedna sala. Bóg wie, ile takich sali tu jest. Na samą myśl o tym, robiło jej się słabo. Nie mogła uwierzyć, że córka przyjmuje to tak lekko. Nie rozumiała córki. Lord de Blackstone pochodził ze szlacheckiego rodu, o czym – jak uważała Vivienne – Sara nie pomyślała. A skoro szlachecka, to nie będzie to mieszkanko gdzieś tam, zagubione w śród mnóstwa innych. Coraz bardziej czuła, że musi wyjść na powietrze. To ją przygniotło – niemal tłamsiło jej poczucia stylu.

- Dzień dobry państwu. Jakże mi miło. Wreszcie możemy się poznać.

Lord de Blackstone chwilę stał w drzwiach, nie zauważony przez całą rodzinę. Wszyscy byli skupieni na wyglądzie salonu, a następnie stwierdziłem Vivienne. Gdy tylko usłyszeli obcy głos lorda, nagle wszyscy zwrócili spojrzenie w jego stronę. Gospodarz wszedł do salonu, kierując się w stronę Steven’a.

- Witam cię Steven’e. Pozwól, że będę się do ciebie zwracał po imieniu.

- Tak! Naturalnie. Będzie mi bardzo miło. Poznaj sir moją żonę Vivienne.

Kobieta spokojnie podeszła od męża rozmawiającego z lordem. Gdy została przedstawiona, wyciągnęła dłoń w geście przywitania. Ten ujął jej dłoń we własne dłonie, życzliwie doń się uśmiechając.

- Jest mi bardzo miło. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się poznać.

- Dziękuję sir. Mnie również.

- Proszę. Dajmy sobie spokój z tytułowaniem. Jak się okazało, jesteśmy rodziną.

Odwzajemniła się tym samym. Starała się wyluzować. Niestety nie potrafiła pozbyć się wewnętrznego napięcia. Usiłowała przywołać swój codzienny styl zachowania, lecz nic jej z tego nie wychodziło. Czuła to. Bardzo szybko docierało do niej, iż to wszystko tutaj działa na nią wręcz odwrotnie. Coraz bardziej czuła się skrępowana, jakby była tu nie na miejscu.

- Jeffrey’u! pozwól, że przedstawię tobie moją córkę Sarę.

Steven wykonał gest dłonią w kierunku Sary, która właśnie podeszła do rozmawiających. Patrząc w oczy Jeffrey’a, bezwiednie wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Wciąć patrząc mu w oczy, nawet nie starała kontrolować swojego zachowania. Jeffrey ujął jej dłoń, i uśmiechając się, wykonał lekki przywitalny gest.

- A to pewnie twoi synowie Steven’e?

- A tak. Przedstawiam mojego starszego syna Matthev. Jak również młodszego syna Thomas’a.

Lord kolejno podawał dłoń chłopcom, równie obdzielając ich pogodną miną. Jednak bardzo uważnie się im przyglądając. Gdy powitania dobiegły końca, lord Jeffrey wewnętrznie był zadowolony. Otrzymując wcześniej informacje o tej rodzinie – jedynych krewniakach, był dość oszczędny w wydawaniu opinii. Jednak obecnie zastanawiał się, czy nie za ostro ich oceniał. Postanowił dać im szansę – zresztą sobie również. Wciąż zachowując pogodny wyraz twarzy, taktownie przyglądał się całej rodzinie.

- Moi drodzy. Mam nadzieję, że jeszcze będzie wiele okazji do rozmów, by się poznać. Nie mniej obecnie zapraszam was na posiłek. Co prawda czas na ranny posiłek jest nietypowy, niemniej postanowiłem uczynić wyjątek. Mam nadzieje, że jesteście głodni.

- I to jeszcze jak!

- Thomas!

Steven ostro – acz taktownie upomniał syna. Chłopcy byli wychowani w świecie nowoczesności. W świecie komputerów, elektroniki. Oni nie rozumieli minionych czasów, ich konwenansów. Tego co wypada, i co nie wypada. Ich droga była najczęściej drogą na skróty, i to często posiłkując się młodzieńczym językiem. Sara choć wychowana na równi z chłopcami, starała się być bardziej opanowana.

- Pozwólcie, iż sprawdzę, czy wszystko jest przygotowane do posiłku.

Podszedł do ściany przy drzwiach, gdzie wisiała wspaniale haftowana szarfa. Chwytając ją dłonią, lekko ją pociągnął. Po chwili do salonu wszedł majordomus George.

- Pan wzywał?

- Tak George. Czy w jadalni wszystko przygotowane?

- Tak jest sir. Już od piętnastu minut.

- Wspaniale. Zatem zapraszam moi drodzy na posiłek. George, uprzedź proszę służbę, że już schodzimy do jadalni.

- Tak jest sir.

Skłonił się i ruszył do wyjścia z salonu. Lord Jeffrey uśmiechając się do gości, wskazał im dłonią kierunek do wyjścia. Wyszli na korytarz, gdzie w centralnej części hallu znajdowały się schody. Jakoś bez specjalnego powodu, Sara stojąc przy balustradzie spojrzała w górę. Okazuje się, iż były jeszcze dwa piętra. Nad samymi schodami – w górze, znajdowała się wielka kopuła z witrażowego szkła. Blask słońca z zewnątrz – mimo już przygaszonych jesiennych promieni, wyglądał imponująco. Iluminacja przedostających się przez witrażowe szkło słonecznych promieni, stwarzała istny teatr światła.

- Wyprzedzając twoje pytanie Saro, zapewniam cię, że ten dom jest duży – by nie powiedzieć ogromny.

- No właśnie widzę. I do tego jakoś pusto.

- I głucho. Wszędzie te taśmy przy drzwiach.

Chłopcy sobie znanym sposobem, uwieńczyli wypowiedziane spostrzeżenie gromkim śmiechem. Vivienne natychmiast wystosowała Thomas’i szturchańca. Jego siostra uśmiechnęła się tylko do lorda de Blackstone, oczekując na jego reakcję.

- Ależ nic się nie stało moja droga. Chłopcy mają rację. Tu wszędzie są przejawy minionej epoki. Faktycznie! Pozostaje się tylko z tego śmiać.

- Ja tak nie uważam.

Sara taktownie zaprotestowała. Nie uważała by przejawy minionych czasów, powinny być wyśmiewane. Podczas gdy wszyscy właśnie schodzili na dół schodami, ona wypowiedziała swoją kwestię.

- Każda epoka ma własny styl, własne prawa. Lecz czy to powinno być powodem do kpin.

- Saro! No co ty?

Matthev zaskoczony jej stanowiskiem, jeszcze raz uśmiechnął się do Thomas’a. Ona jednak ignorowała ich zachowanie. Już po chwili jednak zapomniała o wszystkim. Wszyscy z hallu na parterze skręcili do sali na lewo. Jadalnia była dość dużym salonem. Przy ścianach stały kredensy z naczyniami. Uderzyło to od razu Vivienne w oczy. Na środku stał wspaniały wielki stół z tekowego drewna, posiadający niesamowitą mozaikę, pokrywającą cały blat. Jego nogi były rzeźbione – ciężkie. Wokół stały rzeźbione krzesła o wysokich oparciach. Szczytowe miejsce przeznaczone było dla lorda Jeffrey’a. Miejsce vis a vis przeznaczone jest dla Steven’a.

Vivienne z Sarą zasiadły po lewej stronie stołu, natomiast synowie po prawej. Garnitur stołu, jak i ustawione nań nakrycia, były niezwykle eleganckie. Dzisiaj rzadko się spotyka tego typu serwisy w domu. Lord de Blackstone dał stosowny znak służbie, i ta jęła podawać posiłek. Wszyscy byli dość głodni, i prawdę mówiąc oczekiwali z utęsknieniem chwili, by zacząć jeść. Okazało się, że zwykłe śniadanie wyglądało, jakby to były święta. Co prawda było dość osób przy stole, ale różnorodność uderzała liczebnością. W domu stawiało się na jakość, i na różnorodność. Tak więc można było wybierać.

Chęć do jakichkolwiek rozmów uleciała, jak mgła o poranku. Wszyscy zajęci byli jedzeniem, choć trudno było oczekiwać wyluzowania. Nawet bracia zaprzestali własnych żartów. Jeffrey jedząc dyskretnie starał się ponownie obserwować rodzinę Forest’w. Nic nie mówiąc, co i rusz zerkał na każdego z nich. Starał się odczytać własne pierwsze wrażenie o każdym z nich. Chodziło mu o zachowanie, gesty, radzenie sobie w tak sztywnych warunkach. Co prawda to luźna obserwacja, niemniej mogła już dać mu wstępne odpowiedzi. Jego uwagę jednak przykuła osoba Sary. Młoda dziewczyna tuż po studiach. Wychowana w nowoczesnym świecie, w nowoczesnym stylu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz