Tom I – część 11
Jednak u niej wyczuwał subtelną różnicę między nią, a resztą rodziny. Mimo, że była nowoczesną dziewczyną, energiczną, samodzielną, zaradną – to jednak dawało się w niej wyczuć poczucie szacunku dla sztuki, historii, jak i uznanie tej sfery za współistniejącą z nowoczesnością. Dopiero co ją zobaczył, obserwował – a już czuł, że właśnie z nią będzie mógł znaleźć wspólny język. O Matthev i Thomas’e jeszcze nie miał wyrobionego zdania. Każdy z nich przedstawiał inny wizerunek. Sądząc po ich zachowaniu, nie widział z ich strony żadnego zainteresowania życiem w tego typu posiadłości.
Vivienne widział jako osobę posiadającą dryg do estetyki, wyglądu, piękna. Główną osobą, którą on widział w biznesie był Steven. O każdym z członków rodziny Forest’w, zbierał informacje już wcześniej. Interesował się Steven’m. Jego pracą, osiągnieciami. Interesował się Vivienne, która mimo braku życia zawodowego, potrafiła dokonać niezwykłej metamorfozy własnego domu, i jego otoczenia. Matthev który okazał się młodym chłopakiem, będącym w ostatniej klasie szkoły średniej. Znał jego osiągnięcia w nauce, pasje, zainteresowania. Lord de Blackstone posiadał również wiele informacji na temat Thomas’a.
Okazał się on chłopcem o zupełnie odmiennych zainteresowaniach niż jego brat. Był jakby jego przeciwieństwem. Jednak Sara zdradzała wiele cech, które cenił sobie Jeffrey de Blackstone. Jej wyraźne cechy to: pracowitość, energia i zaradność. Miała wspaniałe oceny w szkole średniej, jak i na studiach dziennikarskich. Nade wszystko posiadała cenną cechę radzenia sobie w trudnych chwilach – trudnych sytuacjach. Według niego, to nie była prosta dziewczyna.
- Nie mam pojęcia, jak mam się do ciebie zwracać sir. Chciałam jednak zauważyć, iż musisz się tu czuć bardzo samotny. To ogromny dom.
Mężczyzna wybity z krótkiego zamyślenia, nie bardzo wiedział o co chodzi. Wyprostował się, bardziej prężąc plecy. Od razu uważniej spojrzał na Sarę.
- Tyle lat tu jestem sam Saro, iż nawet tego nie zauważyłem. Był czas kiedy zamierzałem to zmienić, ale teraz…
- Tak. Ale jak sądzę, nie mieszkałeś tu stale sam sir. Był czas, że mieszkał ktoś z tobą.
- O tak. Wiele lat temu. Mieszkał tu mój ojciec – lord Owen de Blackstone. Moja matka zmarła, jak byłem bardzo młody. Zatem nawet nie bardzo ją pamiętam.
- A inni krewni? Mieszkał tu ktoś poza tobą sir, i twym ojcem?
- Wiele lat temu mieszkali tu znajomi. Co prawda to nie krewni – ale niegdyś – bardzo bliscy mi ludzie.
- Czyli obecnie nie masz z nimi kontaktu – czemu?
- Życie, jak się okazało nie poszło po mojej myśli. Wiele wydarzyło się okoliczności takich, które skutecznie niszczyły wszelkiego typu przejawy powodzenia w tej mierze.
Z każdą chwilą Sara przekonywała się do swoich pierwszych odczuć, iż coś ją przyciąga do świeżo poznanego krewnego. Co prawda trudno jednoznacznie rzec, iż to nawet jej krewny. Wiedziała, że pokrewieństwo między nią a lordem de Blackstone było bardzo dalekie. Niemal chciałaby użyć doń zwrotu „wuju”, lecz to wydawało jej się groteskowe. Nawet nie do końca była pewna, jakiego typu pokrewieństwo ich oboje łączy. Jak je nazwać. Bardziej by jej pasowało, gdybyż mogła się doń zwracać per „ty”. W nowym miejscu coraz bardziej czuła się wyluzowana. Nawet fakt, iż było to jej pierwsze spotkanie z lordem de Blackstone, tego nie zmienił.
Okazuje się, że wcale nie była odosobniona w tym przekonaniu. Lord de Blackstone traktował ją, jak i jej dociekliwość w sposób szczególny. Nie umiał tego nazwać, ale tak czuł. Wiedział już, że Sara będzie pierwszą osobą, dającą mu potwierdzenie jego oczekiwań. Śniadanie przebiegło niemal w ciszy. Przerywane było jedynie ciągłymi pytaniami Sary. Wiele lat temu nie byłoby do pomyślenia, iż toczyć się może rozmowa przy posiłku. Obecnie jednak stało się to bardzo częstym stylem życia. Z tegoż to powodu lord de Blackstone oczekiwał od reszty rodziny wyluzowania. Śniadanie kończyło się, i by wyciągnąć resztę rodziny z krępującego milczenia sam postanowił działać.
- Mam nadzieję, że wszystko smakowało?
Nim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć Jeffrey wstał z miejsca, zatrzymując się za oparciem swego krzesła. Życzliwym spojrzeniem ogarniał wszystkich przy stole, spokojnie się przy tym uśmiechając. Steven Forest powstał zaraz za nim – za nim Vivienne, Sara i chłopcy. Służba stojąc przy kredensach oczekiwała na polecenia.
- Wybaczcie mi proszę, jeśli w należytym stopniu nie dopełniłem obowiązków gospodarza. Tu od wielu lat nie było nikogo prócz mnie.
- Ależ wszystko jest w porządku sir Jeffrey’u.
Vivienne odezwała się dość wymuszonym głosem. Wciąż wewnętrznie walczyła z własnymi odczuciami, choć była już mniej spięta. Pierwsze lody zostały przełamane. Śniadanie w takim wydaniu również dopełniło swego. Wszyscy byli najedzeni i nieco rozluźnieni.
- Zatem bardzo się cieszę moja droga. Mam tylko jedną prośbę.
- Tak?
- Jeśli chodzi chłopców i Sarę, wolałbym zwrot „wuju”, niż tytułowanie. Na ten czas będzie to odpowiedni zwrot. Jednak nie mogę pozwolić, byście ty i Steven tytułowali mnie per sir – lub lordzie Jeffrey’u. Jeśli mogę o to prosić, to mówmy sobie po imieniu. Tak będzie prościej. Co wy na to?
Steven spojrzał na żonę, jakby pozwalał jej dokonać wyboru. Nie chciał jej niczego narzucać. Podobnie, jak ona uszanowała jego prawo wyboru. Minęło niemal parę sekund, by Vivienne uśmiechając się skinęła głową na znak zgody.
- Naturalnie. Nie mam nic przeciwko temu. Co prawda muszę przyznać, że to nie jest dla mnie takie proste. Sam sir…, Jeffrey’u rozumiesz. Ta cała sprawa tytuły wszystko to w koło to tak, jak byśmy przenieśli się w …
- W inną epokę? To chciałaś powiedzieć?
- No tak, dokładnie. Co prawda mam bardzo otwarty umysł na wiele spraw. To jednak musisz przyznać, że to duży skok Jeffrey’u.
- Pewnie masz rację. Zatem przyjmijmy, że znacie moje zdanie w tej kwestii. Reszta należy do was.
- To miłe.
- Ja również jestem za tym Jeffrey’u. Tym bardziej, że jeszcze wiele przed nami.
- O tak. Zapomniałem – przepraszam. Czy pozwolicie się zaprosić na przechadzkę po moim domu? Zdaję sobie sprawę, że chcielibyście wiedzieć, jak miałby wyglądać wasz nowy dom.
Ta wypowiedziana kwestia o nowym domu, przeszyła Vivienne dreszczem. Dyskretnie odwróciła wzrok, choć wciąż uśmiechała się do obu mężczyzn. Maż jednak dostrzegł jej zawahanie. Rozpoznał jej sztuczny uśmiech, niczym naklejona na jej twarz oznaka zadowolenia.
- Jeśli nie sprawi to problemu, to bardzo chętnie. To bardzo interesujące miejsce, i takie ogromne.
- Czemu miałoby to sprawić jakikolwiek problem?
- Powiedziałem tak z powodu tego, iż to – jak się okazuje – to nie łatwe, patrząc na ten dom.
- No tak. W istocie. Zatem zapraszam.
Wskazał dłonią kierunek w który wszyscy mieli się skierować.
- Ten salon – jak sądzę, już zdążyliście obejrzeć. Nazywamy go tu „jadalnią dolną”. Graniczy z nią oranżeria. Zapraszam.
Skierował się do przeciwległych szklanych drzwi, po drugiej stronie jadalni. Vivienne była zachwycona. Kochała naturę – rośliny, kwiaty. Tu ich nie brakowało. Oranżeria to bardzo wysokie pomieszczenie. Całkowicie wykonane ze szkła. Wąskie ruchome okiennice, wydzielone do otwierania dla wentylacji. Wszystkie rośliny miały własne miejsca. Było tu wiele gatunków roślin mniejszych i większych. Obie z Sarą przechadzały się po oranżerii – obie zachwycone. Steven z Jeffreyem szli wolno. Matthev i Thomas nie bardzo zachwyceni oglądaniem roślin, starali się jak mogli, by to przetrwać. W samym środku oranżerii ratanowe fotele z wielkimi oparciami.
Posadzka była wykonana z krzemieni, szlifowanych do połysku. To dawało wspaniały efekt. Na środku stał ratanowy, owalny stół w centrum którego, stał szeroki wazon z mnóstwem kwitnących kwiatów róż. Wazon wykonany był również z krzemienia o nieregularnych kształtach. Rosnące w nim kwiaty, dając wspaniały efekt całości. Obie panie Forest były zachwycone. Jeffrey ukradkiem spostrzegł, iż obaj synowie Steven’a, nie bardzo są zainteresowani tym tematem. Zatem wykonał dłonią gest, zapraszający do dalszego zwiedzania. Przeszli przez jadalnię na hall główny. Po drugiej stronie znajdował się wielki salon, zwany „kawowym”. Był to salon gościnny.
Tu właśnie raczono gości kawą, herbatą oraz goście delektowali się domowymi wypiekami. To wspaniały salon, równie duży – choć nieco mniejszy od samej jadalni. Tu jednak królowały kwiaty. Na parapetach, blatach kominka, blatach stołu i komód – zwisały ich wielobarwne girlandy. Na ścianach obrazy rodzajowych scen z różnych wydarzeń, i sytuacji tego miejsca.
- Tu przyjmuje się gości – jeśli uznamy, iż przyjęcie ich w bardziej okazyjny sposób jest niekonieczne. Chodzi mi o wizyty krótkotrwałe, krótkie wizyty. Innymi słowy ten salon służy dla gości mniej ważnych. Co nie znaczy, że nam samym nie można z niego korzystać.
- Jest wspaniały Jeffrey’u.
- Cieszę się, że wam się podoba. Teraz zapraszam do biblioteki. To jedna z trzech bibliotek w tym domu.
Thomas, jak i Sara do razu zainteresowali się tym bardziej, gdy tylko usłyszeli słowo biblioteka. Lord Jeffrey de Blackstone ruszył przodem. Minął schody, gdzie tuż za nimi znajdowały się rozsuwane dwu skrzydłowe drzwi. Rozsunął jedno ze skrzydeł. Wszedł do środka, zapraszając gości. Ich oczom ukazała się ogromna sala, wypełniona po sufit mnóstwem regałów. Regały były pozamykane wąskimi szklanymi drzwiami. Po jednej jak i po drugiej stronie, znajdowały się spiralne schodki. Prowadziły one na podest wzdłuż regałów. To jakby mini piętro na regałowych szklanych ścianach. Na dole wielkie kanapy, tudzież fotele. Przy nich małe, wpasowane w całość stoliki.
Każdy z nich posiadał stojącą lampkę. W oknach grube pluszowe zasłony. Z sufity zwisały wspaniałe, srebrne żyrandole o białych kulistych kloszach. Lord de Blackstone taktownie analizował reakcję gości podczas zwiedzania. Thomas od razu zabrał się za wzrokowe przeglądanie pozycji książkowych. Sara zaś poszukiwała znanych autorów. Oboje byli prawdziwie pochłonięci tym, co widzieli. Jeffrey zauważył, iż Vivienne obserwowała bardziej wystrój, meble, ściany. Książki ją nie bardzo interesowały. Podeszła do okien oceniając wzrokiem ich wielkość. Co i rusz uśmiechała się to do Steven’a, to do Jeffrey’a. Jednak jej dłoń wciąż przesuwała się po powierzchniach.
- To właśnie jest moja biblioteka. Jedna z dwóch bibliotek w tym domu.
- Dwóch? Czyż uprzednio nie wspominałeś o trzech?
Steven od razu wychwycił różnicę podchodząc do Jeffrey’a.
- Trzecią z bibliotek stworzyłem dla potrzeb rodziny. Jest tam wiele pozycji tematycznych, ściśle z zakresu prawa, biznesu, bankowości. Jest wiele pozycji rodowych. Tam właśnie znajdują się albumy rodowe.
- No to musi być tego wiele, skoro utworzyła się biblioteka.
I uśmiechnął się życzliwie. Chłopcy, jak i Sara już dołączyli do mężczyzn stojących przy drzwiach.
- Zauważ Steven’e, że mówimy tu o wielu set latach tej rodziny. Tu są dokumenty wielu pokoleń rodu de Blackstone – między innymi są tu i twoje Steven’e.
- Już są i moje?
- Odkąd zapoczątkowałem poszukiwania swoich krewnych, i znalazłem wieści o tobie – odkąd tu zaistniałeś ty, twoja żona, córka i synowie. Jesteście moją rodziną. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.
- Nie. Skądże. Tyle jednak się dzieje w moim życiu, że sam zastanawiam się, jak to ogarnąć.
- Wuju! Czy tu na parterze są tylko te pomieszczenia, które dotąd widzieliśmy?
- Nie Saro. Pokazałem tylko te pomieszczenia, które są dla nas – jakby najważniejsze. Niemniej są tu też i inne pomieszczenia. Mówię tu o kuchni i jej podległych pomieszczeniach, spiżarnie, magazyny, pomieszczenia gospodarcze – ale to w część oficynowej. Tu na parterze znajduje się też sala balowa. To wymagany element w dawnych czasach, dawnych rodach. Obecnie jest to sala niemal bez zastosowania. Sam nie wiem, co z tym zrobić. Zresztą proszę bardzo. Sami zobaczcie, jak to wygląda.
Wyszli z biblioteki po prawej stronie schodów. Jeffrey obszedł schody, kierując się do ich lewej strony. Wskazał rozsuwane drzwi – takież same, jakie były po stronie prawej. Wszedł parę kroków do środka. Gościom ukazała się ogromna sala, posiadająca wielkie witrażowe okna z białego szkła. Ściany wspaniale zdobione sztukaterią zakreślającą sektory dla obrazów. Sektory barwione na błękitny kolor. Cała podłoga, to mozaika z drewna. Widać, że już wiele przeszła w swej chwale, ale nie znacznie. Wspaniałe kryształowe żyrandole zwisały z wysokiej powały, niczym wodne wodospady zakrzepłe w niskiej temperaturze mrozu.
Stylowe kanapy przy ścianach, obok których stały stylowe zgrabne stoliki. Cała ściana przeciwległa ścianie okiennej, posiadała atrapy okiennic. Były identyczne do oryginalnych tyle, że miast szyb posiadały lustra. To dawało niemal całkowite złudzenie, iż okna są po obu stronach. Sara będąc w środku, weszła parę kroków dalej, i aż zawirowała w tanecznej pozie. Vivienne szczerze się uśmiechnęła na ten widok. Niegdyś i ona kochała taniec, lecz gdy pojawiły się dzieci – odpuściła. Chłopcy odzyskali humor, i pohukując eksponowali własne głosy.
- Tu jest echo – jak w lesie tato. Posłuchaj tylko.
I dalej zaczęli pohukiwać, grzmieć, wołać jeden drugiego. Nawet udawali odgłosy duchów, co wywołało gromki śmiech samego Jeffrey’a. Wreszcie od wielu lat, spontanicznie się bawił samą sytuacją. Parę chwili minęło, nim wszyscy wyszli z sali balowej. Jeffrey zsunął oba skrzydła drzwi, które zwróciły uwagę Steven’a. Kochał wszelkie przejawy artyzmu dawnych lat. Tu było ich mnóstwo. Z tego powodu czuł się tu wspaniale. Vivienne to zauważyła. Uśmiechała się doń życzliwie, właśnie z tego powodu. Była pod wrażeniem tego, co widzi. Niemniej przestrzeń, jaka tu istniała była tak ogromna, iż ona niemal dostawała zadyszki. To było coś nowego w porównaniu z tym, co miała w swoim domu.
- Tu na pierwszej kondygnacji, znajdują się pomieszczenia czysto prywatne. Obcy ludzie nigdy nie są wprowadzani na piętra. Tu oni nie mają wstępu. Każde z tych kondygnacji jest częścią prywatną.
- To ogromna przestrzeń Jeffrey’u.
Z wielkim podziwem zauważył Steven.
- Po tym, co widzieliśmy na piętrze…
Lord de Blackstone uśmiechnął się doń ciepło. Wiedział, że mieszkający w standardowych domach ludzie, tak będą odbierali tak wielką przestrzeń. W domach nowoczesnego świata, każdy metr jest ograniczony.
- Tak Steven’e. Masz rację ale nie do końca. Musisz spojrzeć na to w inny sposób. Z innej perspektywy. Oczekiwania jakie stawia się przy wyborze mieszkania, domu współczesnego są diametralnie inne – by nie rzec – całkowicie odmienne od tych, jakie stawiano niegdyś w takich posiadłościach jak ta. Każda z decyzji posiadała mnóstwo uwarunkowań. A podstawowym była zasobność finansowa. I podłóg tego zmieniały się poglądy.
- Rozumiem. Czym więcej kasy, tym lepszy dom.
Matthev wyskoczył z własną opinią, wskazując wzrokiem wszystko co w koło widział. Jeffrey uśmiechnął się na ten wniosek. U rodziców nastąpiła krótka konsternacja, ale nie potrzebnie. Właściciel kiwnął głową potwierdzając zdanie Matth’a.
- W wielkim skrócie, tak można by rzec. Niemniej to już temat na dłuższą rozmowę Matthev. Zapraszam was teraz na pierwszą kondygnację. Tu znajdują się pokoje prywatne. Mam tu gabinet, bibliotekę główną i rodzinną. Tu niegdyś były pokoje mego ojca. Za jego życia to było jego piętro – niemal w całości. Obecnie w jego pokoju, ja mam sypialnię - jednakże tymczasowo. Trochę trwało, nim mogłem tam spać. Do dzisiaj jednak uważam, iż moją kondygnacją będzie piętro drugie.
- Czemu?
- Jak mi się wydaje, przegrałem ze wspomnieniami Steven’e. Są rzeczy, które jednak nie potrafię przeskoczyć. Co prawda to już przeszłość, jednak o wielkiej sile emocjonalnej. Może kiedyś o tym porozmawiamy.
- Zapewne Jeffrey’u. Zapewne.
- W każdym razie chciałbym to piętro przeznaczyć dla ciebie Steven’e, Vivienne, chłopców no i dla Sary. Ja planuję urządzić się na drugim piętrze. Już rozpocząłem sporządzanie planów, ale jakoś samemu mi to nie idzie tak, jak bym tego oczekiwał.
- To bardzo rozbudowane plany Jeffrey’u, no i bardzo odważne.
- No tak, ale to wszystko zależało od przebiegu spraw, związanych z poszukiwaniem krewnych.
- Rozumiem.
- A co z trzecim piętrem?
Sara od razu się zainteresowała tym faktem, jakby miała co do tego już gotowy pomysł. Lord de Blackstone tylko westchnął. Nie miał planów, co do tej kwestii. Trzecie piętro to w większości strychy. Niemniej każde z pomieszczeń jest ogromnie zagracona. Od lat tam nie bywał, i stale ta cześć domu była zamknięta. Niemniej postanowił ten temat przemilczeć. Skierował gości w stronę schodów. Byli już na piętrze, gdy zrezygnował z pokazu trzeciego piętra. Prócz pokoi nie było tam nic szczególnego.
- Trzecia kondygnacja ma podobny układ pomieszczeń, jak ta. Z tą jednak różnicą, iż tam są skosy.
Lord de Blackstone nigdy nie lubił pomieszczeń ze skosami. Zawsze wydawało mu się, iż taka ściana za chwilę przewróci się, przygniatając mieszkańca. Nie mógł być również i na pierwszym piętrze. Wciąż miał wyrzuty z powodu ukrytej przez ojca prawdy, stanowiącej jego dozgonną winę. Dotąd nie mógł się pogodzić z tym, że nie znał swojego ojca.
- Chciałbym wam pokazać coś, co jest niemal perłą w tym domu.
Ruszył w kierunku drugiego piętra. Znajdował się tam krótki korytarz, niemal na wprost schodów. Jego ściana to drzwi na taras. Jednak dopiero po wyjściu nań, goście spostrzegli metalową wielką kopułę. To ta sama kompozycja, którą widzieli i podziwiali na bramie wjazdowej. Ażurowe ścianki konstrukcji, oplecione pnączami. Kopuła wykonana z wielkim artyzmem. I sama konstrukcja, i wszelkie roślinne elementy. Całość była dowodem wielkiego kunsztu sztuki kowalskiej. Vivienne aż zaniemówiła. To było tak urokliwe miejsce, tak niemal bajkowe, iż poczuła łzy w oczach. Sarę również zainteresowało to, co wyczuwa się w tym miejscu. Jeffrey wiedział o tym. Sam to odczuwał za każdym razem, gdy tu przebywał. Wyczuwało się tu wielką miłość, wielkie uczucie. Jednak mimo, że z początku poddawał się temu odczuciu, to na dalszą metę nie mógł tego znieść.
- Wuju. Co się stało? Jakoś zaniemówiłeś.
- Nie, nic. Dałem wam czas na dostrzeżenie piękna tego miejsca. Tylko tyle.
Sara czuła, że tu nie o to chodzi. Niemal wyczuwała tu coś, co bardzo bolało jej krewnego. To jego ból, ale i jego miłość. To wyczuwało się patrząc na jego wyraz twarzy. On unikał pewnych momentów, pewnych miejsc tu na tarasie. W jego reakcji wyczuwało się, jakby w ciąż coś przeżywał. Nie chciała jednak drążyć tego akurat teraz. Czuła, że jest to coś wielkiego, ale chwila na dociekanie jest nie odpowiednia. Było już około drugiej po południu. Był już najwyższy czas na obiad. Lord Jeffrey de Blackstone coraz gorzej znosił to przypatrywanie się temu miejscu. Zrobił parę kroków do szklanych drzwi. Sara od razu zrozumiała, co się dzieje. Była pewna, że to jedna z ważniejszych spraw do zgłębienia. Właśnie wszyscy schodzili na dół, gdy George podszedł do swego pana.
- Sir. Proszę wybaczyć, ale w jadalni wszystko jest gotowe.
- To wspaniale. Zatem moi drodzy, zapraszam na obiad. Po obiedzie, jeśli będziecie mieli nadal chęć zwiedzać, pokażę wam ogród po niewidocznej stronie domu. Rozumiem, że od strony frontowej domu ogród już widzieliście.
- To wspaniały pomysł. Tym bardziej, iż pogoda dopisuje. Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda twój ogród Jeffrey’u.
- No nie przeceniaj mnie moja droga. To bardziej busz niż ogród.
Zaśmiał się przy tym tak naturalnie, jakby bawił się krytykowaniem samego siebie. Tak, jakby nie zależało mu na tym, jak wyglądał teren wokół domu. Wszyscy w końcu ruszyli na dół do jadalni. Gdy zasiedli do wielkiego stołu, mieli przed sobą wielki bukiet kwiatów. Ikebana była wspaniale skomponowana. Był nie wysoki, by nie zasłaniał zasiadających naprzeciwko gości. Kompozycja ze smakiem rozkładała się na blacie stołu. Służba od razu zaczęła obsługiwać, niczym kelnerzy w restauracji. Po paru minutach blat był pełen naczyń. Pojawiła się waza, pełna aromatycznej zupy. Służąca nosząc ją od osoby do osoby, nalewała każdemu do talerza.
Po zakończeniu obsługi, odstawiała wazę na komodę stojącą przy ścianie. Po chwili na stole pojawiły się półmiski z ziemniakami w różnej postaci, pieczenią, jak i pieczony drób. Między nimi królowały salaterki z różnymi sałatkami, surówkami. Vivienne była zdumiona, że wszystko pojawiło się na stole bez jej udziału. Bez udziału żadnego z nich. Po raz pierwszy w życiu, nie musiała zastanawiać się nad tym, co ugotować. O której. W jaki sposób. Tu poczuła się, jak ktoś szczególny. Nie chodziło o poczucie luksusu czy usługiwanie. Ona czuła się kimś, kto jest, kogo się widzi, rozmawia się z nim, docenia. Kimś kto jest – tak po prostu. Od lat tak się nie czuła.
Nie musiała się śpieszyć. Nie musiała planować na przód tego, co dalej. Nie musiała zastanawiać się nad wieloma sprawami. Wiedziała, że to tylko gościna, ale czuła się wspaniale. Po obiedzie – choć ona chciała, by ta chwila trwała i trwała – lord de Blackstone zaprosił na obiecaną przechadzkę po ogrodzie. Darowali sobie park, który okazał się zbyt rozległym terenem. Po obejrzeniu ogrodu – faktycznie – Vivienne była zawiedziona. Ogród to była jedna wielka ruina – niemal okrzyk rozpaczy. Właściciel bardziej korzystał ze świeżego powietrza, niż by miał oglądać sam ogród. Od pewnego czasu nie zależało mu na tym. Niemal w ostatniej chwili odnalazł jednak krewnego.
Inaczej rodził się w nim pomysł sprzedania posiadłości. Planował wyruszyć w świat – ostatnią podróż, wielkiego lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone. Na tą myśl, sam do siebie uśmiechał się pod nosem. Jak tylko goście doń podeszli, widział ich miny. Owszem. Byli taktowni, powściągliwi, ale zawiedzeni – by nie powiedzieć rozczarowani.
- Wiem kochani, jak to wygląda. Nie musicie się wypowiadać. Jednak mi naprawdę na tym nie zależy. Choć może wydawać się to niestosowne – ja tego nie zauważam.
- Czemu?
Tym razem Vivienne zajęła głos w rozmowie. Wszyscy kierowali się do wejścia przez boczny taras, później oranżerię na parterze. Szli powoli chcąc jak najwięcej chwili spędzić w każdym z pomieszczeń. Akurat tu w oranżerii nie było zbyt przytulnie. Pogoda się zmieniała, zaciągając chmurami czyste niebo, niczym zasłoną z kłębiących się tworów natury. Wiatr wzmagał się bardziej i bardziej. Lord de Blackstone zadowolony był z powrotu z przechadzki po ogrodzie. Uważał, iż i tak zbyt wiele czasu poświęcił na zwiedzanie ogrodu.
- Po takim spacerze – mam nadzieję, iż nie odmówicie mi chwil na poczęstunek. Będziemy mieli okazję porozmawiać. Co wy na to?
- To bardzo dobry pomysł Jeffrey’u. Naszym paniom przyda się nieco wypoczynku.
Steven szarmancko wypowiedział własną kwestię, co niewątpliwie sprawiło mu przyjemność. Starał się jak mógł, dopasować się do sytuacji. Obie to zauważyły, więc w dowód podziękowania, posłały mu uroczy uśmiech. Był jeszcze jeden powód zadowolenia z propozycji właściciela domu. Vivienne jak i Steven mieli tyle pytań. Co do Sary – milczała. Chłonęła niemal wszystko, co było wokół. Wciąż jednak starała się być blisko lorda. Nie umiała tego określić. Nie umiała ocenić własnych odczuć. Uświadomiła sobie coraz bardziej, że tutaj jej się podobało. Ta przestrzeń, rozwiązania architektoniczne. Mimo to jednak, coś ją pchało do tego mężczyzny. Coś przyciągało do tego domu. Przyglądała się wielokrotnie starając się, by tego nie zauważył. I czym więcej o tym myślała, tym bardziej ją doń ciągnęło.
- Tym razem zabieram was moi drodzy do biblioteki na piętrze. Tam jeszcze nie byliście. Zaplanowałem popołudnie przy kawie. Zatem zapraszam.
Całą grupką przeszli przez oranżerię, jadalnię – a z niej do hallu. Nadal Steven, Vivienne i Sara bacznie przyglądali się wszystkiemu w koło. Jednak Sara wciąż trzymała się blisko Jeffrey’a. Nie umknęło to uwadze Vivienne. Dyskretnie przyglądała się córce. Wydawało jej się dziwnym, iż jej własna córka popada w jakąś dziwną fascynację starszym krewnym. Była coraz bardziej zaniepokojona jej zachowaniem. Postanowiła dyskretnie zbliżyć się do córki, idąc grupą po schodach. Sara jednak podążyła zbyt szybko w górę, zachwycona kolejną parę drzwi. Stanowiły one oczywiście wejście do biblioteki. Również posiadały rzeźbienia, niemniej już tylko jedno skrzydło. Było tak zapełnione ornamentami liści, owocami winogron, pnączami, kwiatami, iż trudno było na pierwszy rzut odnaleźć klamkę. Tu istniał specyficzny wnękowy uchwyt – miast klamki. Była zachwycona. Kolor drewna, jego odcień, kunszt wykonania – ona była pod wielkim wrażeniem.
- Mogę wejść tam pierwsza?
- Ależ proszę bardzo. Będzie mi bardzo miło.
Dziewczyna z wielkim impetem odsunęła skrzydło drzwi. Od razu poczuła ich wagę. Stanowiły gruby kawał drewna, i niezbyt łatwo się rozsuwały. Nie zastanawiała się na tym, czy to wina starego mechanizmu, czy też wagi bloku drewna. Niemniej jej fascynacja artyzmem i pięknem wielu detali, wypełniała ją po brzegi. Drzwi ustąpiły. Sara niemal wbiegła do wnętrza. Jeffrey uśmiechał się na ten widok. Doskonale dostrzegał jej zachwyt, zainteresowanie, fascynację. Z całej rodziny Forest’w tylko Sara przejawiała taki zapał. Życzliwie się uśmiechając, wszedł za nią do środka. Za nim Vivienne ze Steven’m i synami. Pomieszczenie to było mniejsze do biblioteki na piętrze – ale nieznacznie.
Tu charakter wystroju był inny. Regały o jaśniejszym odcieniu, równie zaszklone – jednak już nie takie wysokie. Piękne kanapy obite skórą w głębokim brązie – wspaniale tapicerowane. Boki kanap obite drewnem w kolorze regałów. Stoliki dwunożne o nogach stylizowanych na lwie łapy, stały po każdej ze stron kanap. Wspaniała drewniana mozaika, tworząca niesamowitą kompozycję. Na środku wielki dywan – wydaje się najbardziej szarpnięty zębem czasu. Wysokie okna o witrażach ze skośnych szybek. Garnitury okienne z żywo miodowego pluszu. Pod oknem wielkie biurko z niesamowitym krzesłem. Było ciężkie, rzeźbione – obite skórą. Jeffrey wskazał gościom miejsca na kanapach. Nim sam rozsiadł się w fotelu, podszedł do biurka. Nacisnął guzik w telefonie.
- Czego się napijecie? Kawa, herbata, sok, piwo?
Vivienne poprosiła o kawę. Sara również. Matthev z Thomas’m zażyczyli sobie herbatę. Steven z Jeffrey’m byli za kawą. Po chwili Jeffrey okrążał biurko, kierując się w stronę wolnego fotela przy gościach. W tym momencie do biblioteki wszedł George.
- Tak sir?
- Wydaj polecenie, by podano cztery kawy, dwie herbaty wraz z ciastem – tu do biblioteki.
- W tej chwili sir.
- Ok! To wszystko.
- Tak sir.
Majordomus odwrócił się na pięcie, i ruszył do wyjścia. Jeffrey zasiadł w fotelu spokojnie, spoglądając na całą rodzinę.
- No dobrze moi drodzy. Jak widzę, macie mnóstwo pytań – czuję to. Zatem proszę – pytajcie. Jeśli tylko będę mógł odpowiedzieć – odpowiem.
- Na początek Jeffrey’u, chciałbym tobie podziękować za prezentację twego domu. To wspaniała posiadłość.
- O tak. Wspaniała. Cieszę się, że i ty to zauważasz Steven’e. Niemniej daleki jestem od narzucania tobie jakiejkolwiek mojej woli. Mam nadzieję, że to jasno wynikało z mojej propozycji.
- No nie do końca.
- Czemu tak uważasz?
Przez moment Steven zawahał się. Jednak tak to widział, i postanowił tę kwestię wyjaśnić. Ta chwila była tak samo dobra, jak i inna. Chciał oczyścić atmosferę własnych wątpliwości. Miał swoje zdanie, i nie chciał podejmować decyzji w sposób wymuszony.
- Faktem jest, że moja wola winna wynikać z posiadanych informacji na dany temat. Jednak, czy posiadałem wszystkie informacje w tym temacie? Nie. I tu chciałbym wiedzieć, czemu w taki sposób postąpiłeś? Uwarunkowałeś moją decyzję, pozbawiając mnie możliwości całkowitego wglądu w temat – we wszystkie jego aspekty.
- Wybacz, że tak się poczułeś. Jednak zrozum proszę jedną rzecz. Przedstawiając tobie zarys sprawy, celowo nie wdawałem się w szczegóły. Bo cóż one by dały, gdybyś ty kierował się innymi racjami? Cóż by one dały dla mnie, skoro poznałem ciebie bardzo niedawno. Jak myślisz? Gdybyś je wszystkie znał, jaką uzyskałbym odpowiedź na pytanie: kim ty jesteś w istocie? Jaki jesteś? Jacy jesteście wszyscy, gdybym tak postąpił?
- Być może masz rację, ale…
- Chwileczkę. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Zatem pozwól, że ja odpowiem za ciebie. Uszczuplając zakres twej wiedzy, chciałem uzyskać esencję tego, jaki jesteś Steven’e. Dało mi to obraz człowieka, mężczyzny odważnego, konsekwentnego. Umiejącego podejmować jednoznaczne decyzje – czasem ryzykując. To ważne.
- Być może. Niemniej, czy wiesz ile to mnie kosztowało? Ile kosztowało to moją rodzinę?
- Powtarzam jeszcze raz. Wybacz mi, jeśli zgotowałem tobie – wam wszystkim wiele zamieszania - zapewne. Jednak ty zrozum mnie. Mimo całego mojego majątku, to ty jesteś na lepszej pozycji.
- Żartujesz, prawda?
- Mówię całkowicie poważnie.
Wszyscy słuchali z wielką uwagą rozmowy ich obu. Vivienne jedynie lekko uśmiechnęła się na to, w jaki sposób lord de Blackstone dokonał porównania ich obu. Jednak nie chciała się wtrącać. Od tego o co zapyta Steven, zależy jego własny spokój. Wiedziała ile własnej siły poświęcał na rozwikłanie własnych wątpliwości. Mogła mu pomóc, ale nie chciała tego czynić za niego.
- Pomyśl Steven’e. Ja lord Jeffrey Armando de Blackstone, bogaty człowiek. Mężczyzna – jakby nie patrzeć – ustawiony finansowo. Bogaty. Tak można by sądzić, stojąc z boku. Tak jest. Ja o tym wiem, i ty to wiesz. Zgadzasz się ze mną w tej kwestii?
- Z tego, co tu widzę – tak. Tak można by rzec.
- Zatem idziemy dalej. Weźmy twoją pozycję. Masz dom. Masz pracę.
- Przepraszam – miałem. Miałem pracę.
- A tak miałeś. Ale wracając do tematu. Masz dom. Mówiąc szczerze – pracę również będziesz miał. No nie jesteś bogatym człowiekiem – to prawda. To ty jednak masz rodzinę. Piękną żonę Vivienne, wspaniała córkę Sarę, dwóch obiecujących synów Matthev i Thomas’a - masz rodzinę. Kochasz ich i jesteś kochanym. Natomiast ja jestem już w takim wieku, w jakim jestem. Nie mam ani żony, ani dzieci. Czyli własnej rodziny. Powiedz mi zatem, kto tu jest bogaty? Kto jest na lepszej pozycji, jak sądzisz?
- Jeśli patrzeć na to z tej strony…
- No właśnie. Wybacz mi, że tak to wyłożyłem. Moją intencją nie były jakieś ukryte, niewłaściwe pobudki. Faktem jest, że majątek materialny – jaki by nie był, nie zawsze jest czynnikiem przyciągającym odpowiednich ludzi. Ufam, że wiesz o co mi chodzi.
- Tak wiem. Chcesz przez to powiedzieć, że intencje innych mogą być różne.
- Właśnie tak. O to mi chodzi. Zatem zrozumiesz fakt, dlaczego poprosiłem ciebie o podjęcie decyzji. Mimo nieujawniania wielu faktów, wielu szczegółów. To dało mi obraz tego, iż twe intencje, argumenty są pozbawione negatywnych pobudek. Inaczej byłbyś odmówił, czyż nie tak?
- To prawda. Rozważenie twej propozycji dużo mnie kosztowało. Nie wspominając już w jakiej postaci ją otrzymałem. O twym istnieniu, jako mojego krewnego. To wszystko spadło na mnie, jak grom z jasnego nieba. Co ja mówię! Na nas. Na moją rodzinę.
- Zaiste masz rację. Lecz podjąłeś decyzję, i tu jesteś. To wiele dla mnie znaczy.
W tym momencie drzwi się rozsunęły, i do biblioteki wszedł George. Wykonał parę kroków do środka w bardzo szarmanckim stylu.
- Sir?
- Tak?
- Deser gotowy. Czy można podawać?
- Naturalnie – proszę.
Mężczyzna wykonał zwrot do tyłu, rozsuwając bardziej drzwi biblioteki. W drzwiach pojawiła się Margaret i Juliett. Miały przed sobą dwu blatowe stoliki na kółkami. Obie uwijały się, by obsłużyć gości. Filiżanki z kawą i herbatą zaraz pojawiły się na stolikach, a Juliett w tym samym czasie, zajęła się zastawą z ciastem i ciasteczkami. Po czym pokojówki dygnęły zabierając ze sobą stoliki na kółkach.
- Czy mogę jeszcze czymś służyć sir?
- Nie, dziękuję George. Jesteś wolny.
- Tak jest sir. Życzę państwu smacznego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz