Tom I – część 15

Post w dziale:

Wszyscy wyszli z biblioteki zadumani. Każdy z nich idąc korytarzem w kierunku schodów rozmyślał nad tym, co tak w ogóle się stało. Nikt nie spodziewał się, że uda się przekonać Vivienne. A tu jedynie pozostało poinformować o tym Steven’a. On spał niestety w swoim pokoju, i o niczym nie miał pojęcia. Vivienne sądziła, że będzie w pokoju razem z mężem. George jednak wprowadził ją do jej pokoju. Był pusty. To wprawiło ją w niemałe zdziwienie.

- Czy pani ma jeszcze jakieś życzenia?

- Nie George. Ale dlaczego nie zaprowadziłeś mnie do pokoju gdzie jest mój mąż?

- Lady Forest. Ja wykonuję tylko polecenia mego pana.

- Tak, rozumiem. Zatem powiedz mi tylko, czy z moim mężem jest wszystko w porządku?

- Tak lady Forest. Sir Forest czuje się dobrze. Jak się orientuję – w tej chwili śpi.

- Ok! w porządku.

Lokaj skierował się ku drzwiom wyjściowym z pokoju Vivienne. Zatrzymał się przy nich, odwracając się w jej stronę. Życzliwie się uśmiechnął.

- Lady Forest. Jeśli niepokoi się pani o męża, to chciałbym poinformować, iż ten pokój sąsiaduje z pokojem sir Forest’a.

- Poważnie?

- Tak. Jest połączony z tamtym pokojem. Mój pan celowo przeznaczył te dwa pokoje dla państwa. Oto drzwi do tamtego pokoju.

Wskazał drzwi tuż koło gabloty. Odwrócił się i wyszedł zamykając drzwi za sobą. Sara słysząc rozmowę matki z George’m, zaczęła się uśmiechać na myśl o zachowaniu matki. Ona – mężatka z długim stażem małżeńskim, nagle domaga się dostępu do pokoju męża. Vivienne już miała skierować swoje kroki w kierunku drzwi do pokoju Steven’a – zrezygnowała jednak. Była tak zmęczona, że nic jej się nie chciało. Rozpinając kostium chciała sięgnąć po neseser. Stał on przy ścianie obok szafy. Podeszła doń – sprawdziła – był pusty. Zaskoczyło ją to. Dopiero jak otworzyła szafę zdębiała. Cała jej garderoba wisiała na wieszakach – nawet jej koszula nocna była ułożona na łóżku.

- No tak. To jakiś wersal czy coś.

Od razu się przy tym uśmiechnęła na głos, by po chwili odchrząknąć by się uspokoić. Przypomniała sobie, że obok śpi jej mąż. Zatem szybko zdjęła kostium, przykładnie wieszając go na wieszaku w szafie. Będąc już w koszuli nocnej szybko wsunęła się w elegancką pościel. Przez chwilę przyglądała się wnętrzu, oświetlonym przez nocne promienie księżyca. Uśmiechając się zasypiała. Było jej tak dobrze, tak wygodnie, tak ciepło. Przekręciła twarz w prawą stronę, gdzie wspaniale udrapowane zasłony zdobiły okiennice. Przymknęła oczy. Minęła jakaś chwila, gdy poczuła taki spokój, ciszę, odprężenie. Lekko uchyliła powieki. Coś rozświetlało mrok pokoju. Usiłowała podnieść bardziej powieki – nie mogła. Starała się unieść na łóżku, ale była tak ociężała – niemal słaba. Nie mogła się ruszyć z miejsca.

- Muszę powiedzieć moje dziecko, że jesteś dzielną kobietą.

Usłyszała lekki głos w mroku. Chciała w pierwszej chwili krzyczeć, zerwać się z miejsca – wciąż nie mogła. Jednak to co zobaczyła było jej znane. Wpatrywała się w kremową suknię z długim trenem. Nieznana kobieta coraz bardziej zbliżała się do Vivienne. I zobaczyła jej twarz. Tę samą twarz pięknej kobiety – damy. Długowłosej brunetki, którą już widziała we własnym śnie. Niemniej tym razem, bardziej świadomie w nią się wpatrywała. Kobita podeszła do niej wolno, wyciągając swą niemal świetlistą dłoń. Leżąca w pościeli Vivienne poczuła jej dotyk. W tym właśnie momencie – jak mgnienie – znalazła się w starym domu, przy tych samych portretach. Usiłowała zrozumieć to co widzi. Odebrać to świadomiej. I ponownie usłyszała głos nieznanej kobiety.

- Jesteś odważną kobietą Vivienne.

- Kim pani jest? Już raz widziałam panią – nie rozumiem. Czego pani ode mnie chce?

Kobieta przeniosła je obie w inną część starego domu. Tym razem Vivienne znalazła się w kaplicy. Wnętrze było ogromnie stare i zimne. Witrażowe okna wąskie, bardzo wysokie z ostro zakończonym zwieńczeniem. Kamienny ołtarz nakryty purpurowym aksamitem. Dama w kremowej sukni ruszyła w jego stronę.

- Czy ja mam iść za panią? Nadal nie rozumiem.

- Tak. Podejdź tu proszę moje dziecko.

Nieznana kobieta podeszła do kamiennego ołtarza. Vivienne przez chwilę stała na środku kaplicy, po czym nieśmiało za nią ruszyła. Z początku myślała, że nieznajoma dama chce pokazać jej ołtarz, jednak ta go wyminęła. Dopiero gdy rozświetliła swoim blaskiem ścianę za ołtarzem, wszystko się wyjaśniło. Vivienne zrozumiała, iż jest nie tylko w kaplicy – ale w czymś w rodzaju grobowca. Zimny dreszcz przeszył ją na wylot. Zawsze obawiała się takich miejsc. Tu jednak nie mogła się zatrzymać. Coś przyciągało ją do miejsca, gdzie znajdowała się dama w kremowej sukni. Ta uśmiechała się do Vivienne czekając, aż ta będzie obok niej.

- Wiem, iż się obawiasz moje dziecko – wręcz boisz się. Lecz nie potrzebnie. Nic tobie moja droga tu nie grozi. Chcę odpowiedzieć tylko na twoje pytanie, które mi zadałaś.

- Jakie pytanie?

I w tej chwili kobieta uniosła dłoń w kierunku jednej z krypt. To były kamienne płyty z wyżłobionymi na nich napisami. Dopiero jak się znalazła blisko niej, dokładniej mogła dostrzec, co ta wskazuje. Dama wskazywała jedną z płyt. Napis brzmiał: „TU SPOCZYWA LADY MARY STEFFANY DE CANDBERRY.” Przeczytała to parę razy co i rusz spoglądając na stojącą obok kobietę w kremowej sukni. Ta zwróciła wzrok w jej stronę, uśmiechając się życzliwie. I w tym momencie ponownie znalazły się w pokoju, w posiadłości lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone.

- Posłuchaj moje dziecko. Jestem z ciebie dumna z powodu tego, iż podjęłaś bardzo trudną dla siebie – acz słuszną decyzję.

- O jakiej decyzji pani mówi?

- Wiesz. Dlatego tu jesteś. To twoja rodzina. Jestem dumna z ciebie. Również jestem pewna, iż dasz radę. Musisz dać sobie radę, bo to nie wszystko. Obecnie musisz ogromnie wspierać swojego męża.

- To znaczy, że coś mu grozi?

- Nie Vivienne! Nie! Lecz on ma słabe serce, wiesz o tym. Wiesz, jak on zareagował na wieści od lorda de Blackstone.

- Tak, wiem. Bardzo to przeżył. Z tego powodu znalazł się w szpitalu.

- Zapamiętaj zatem dwie rzeczy. Niedługo dotrą do twego męża następne wieści. Uważaj na męża. Bądź z nim.

- Jakie wieści? Proszę powiedzieć.

- Niedługo poznacie całą prawdę. Kocham was Vivienne. Kocham moje wnuki.

- Co proszę? Nie rozumiem. Proszę!

Obudziła się we własnym pokoju. Był środek nocy. Chwilę siedziała w pościeli nasłuchując, czy nie obudziła męża. Przecież był za drzwiami. Zapaliła lampę, i zrobiła parę łyków wody ze szklaneczki stojącej na tacy obok. Niemal oszołomiona rozmyślała nad tym, co jej się śniło. By nie zapomnieć słów damy w kremowej sukni szybko wyciągnęła notes z szuflady, i zanotowała pośpiesznie wypowiedziane słowa kobiety ze snu. Vivienne była oszołomiona, ale i zdziwiona. Obawiała się o Steven’a. Ta kobieta wiedziała o jego chorobie serca. Wiedziała o tym, że rodzina de Blackstone jest rodziną Steven’a. Zastanawiała się nad tym, co powiedziała nieznana kobieta.

Czemu oznajmiła, że niedługo poznają całą prawdę. Już do samego rana tylko drzemała. Pamiętała, że wyraziła zgodę na propozycje lorda Jeffrey’a de Blackstone. Lecz po tym co się dowiedziała w nocy, stało się to tylko tłem. Zastanawiała się, co ma teraz uczynić. Jak postąpić? Przecież nie może powiedzieć Steven’i o tym, że rozmawiała z… duchem? Zjawą? Nawet nie umiała tego racjonalnie wyjaśnić. Jeśli powie o tym mężowi – ten uzna, iż zwariowała. Nagle drzwi otworzyły się do jej pokoju.

- Witaj kochanie. Jak się masz?

- Może być.

Mężczyzna uważniej przyjrzał się żonie. To – może być – coś nie pasowało do jej osoby. Rozpoznał to bardzo szybko. Vivienne była niespokojna, wręcz zaniepokojona. Wyczuwał to. Wciąż uciekała wzrokiem od jego spojrzenia. Ten od razu wysnuł wniosek, iż może coś się wydarzyło podczas jego nieobecności. Ubrany w szlafrok, od razu przysiadł przy niej na łóżku.

- Dobrze spałaś Vivienne?

- Tak! A czemu pytasz?

- Przecież widzę, że coś jest nie tak. Nie jesteś tak wypoczęta jak zawsze. Czy coś się wydarzyło, gdy ja tam…

- Tak! Wydarzyło się. I chciałabym tobie o tym sama powiedzieć nim reszta to ogłosi.

- Co takiego?

- Przeprowadziliśmy z Jeffrey’em długą rozmowę. To była rozmowa bardzo konkretna.

- Chyba się nie pokłóciliście Vive? Drugi raz bym tego nie zniósł.

- Nie Steven’e. Choć sama się sobie dziwię ale nie. Wszystko odbyło się w dość spokojnej atmosferze. No muszę przyznać, że ten człowiek zaintrygował mnie ogromnie. Wreszcie wyjawił mi swoje zamiary.

- Tak? A jakie to zamiary on może mieć wobec ciebie?

- Wybacz Steven’e, ale to zabrzmiało jakbyś uważał, że ja nie mogę nic zaoferować. Jakby ode mnie nie było już czego oczekiwać.

- Ale uchowaj Boże Vivienne. Wiesz, że nie o to mi chodziło. Nie to chciałem powiedzieć. Jeśli moją wypowiedź tak odebrałaś – to wybacz mi.

Kobieta z lekka się uśmiechnęła, coraz bardziej czyniąc sobie żarty. Wiedziała o tym, i celowo dawała mu czas by się ożywił. On przeglądał się jej coraz bardziej wnikliwie. Ona o tym wiedziała. Zawsze umiała rozpoznać, kiedy mu się zmienia spojrzenie. Jak zacina lekko brwi – co zresztą u niego kochała. Wtedy jego oczy uzyskiwały taki blask jak teraz. Usiłowała być poważna lecz nie dała rady. Gdy tylko wyczuła, że dłużej nie utrzyma poważnej miny, zaraz się od niego odwróciła. W mgnieniu oka zareagował przysiadając się do niej. I to wtedy zobaczył u niej na twarzy, jak zaciska usta. Ponownie wskoczyła pod kołdrę, zakrywając twarz po same oczy. Nie udało się. Jej oczy niemal szalały ze śmiechu, i to rozpoznał.

- Ty niewdzięczna kobieto! To ja się tu umartwiam o ciebie, a ty ze mnie żarty stroisz?

- A gdzież by…

Nie czekał długo. Pochwycił kołdrę od strony nóg, wślizgując się pod nią jak wąż. Był do połowy w piżamie, więc nie sprawiało mu to wielkiego problemu. Wykorzystał szybkość. Nie spodziewała się tego. Uchwycił pod kołdrą jej stopę co ją niezmiernie łaskotało. No i zaczęło się. Śmiechom i chichotom nie było końca, dopóki – dopóty nie dotarł do jej ust. Byli razem. Odgarnął jej włosy i spojrzał jej prosto w oczy. Zapadła cisza w której obdarował ją czułym pocałunkiem w czoło.

- A to za co?

- Lady Forest. Czy jest pani świadoma, iż ją kocham – i to bardzo.

- Wiem sir Forest. Niemniej chciałabym wiedzieć jak bardzo. Jeśli mogę zapytać.

- No to pani pokażę.

- Sir Forest. Proszę pamiętać o swoim sercu.

- Ono właśnie o to się domaga.

I ponownie ją pocałował w czoło, ale tym razem i w czubek nosa. Gładziła dłonią jego bok torsu, lekko się uśmiechając. Znowu wpatrywał się w jej oczy. Lekko je przymknęła. Wtedy nachylił się bardziej, niemal muskając jej wargi. Rozchyliła je automatycznie, co rozpoczęło całą lawinę coraz to gorętszych pocałunków. Vivienne zaczęła niecierpliwie ściągać mu piżamę. Namiętność i żar między nimi rosła niczym lawa w wulkanie. Szybko zrzucił piżamę, zatapiając się w pościeli – coraz to bliżej niej. Coraz bardziej przestawał panować nad sobą. Był delikatny – a zarazem coraz bardziej rozpalony. Czuł jej podniecenie co potęgowało jej namiętność. Nic ich nie obchodziło.

Połączyli się jednym rytmem, jednym taktem – coraz to bardziej nienasyceni. To było im obojgu potrzebne jak odświerzający prysznic. Oboje odprężeni leżąc już obok siebie, wciąż spoglądali sobie w oczy. Było im tak dobrze. Dochodziła godzina ósma trzydzieści. Mimo, iż czas ku temu był najwyższy - im obojgu nie chciało się wstawać. Steven koniecznie chciał się dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło? Leżał na lewym boku, wciąż jej się przyglądając.

- Powiedz mi teraz o co chodzi?

- O co pytasz?

- Znowu się ze mną droczysz. Wiesz o czym mówię.

- Nie wiem.

- Vive!

- No dobrze, już dobrze. Widzę, że ciebie to męczy. Dowiedz się więc, że lord Jeffrey Armando de Blackstone, jakimś mi nie znanym sposobem, przekonał mnie do swojej propozycji.

- Tak?

- Nie wiem, jak to się dla mnie skończy – ale przekonał mnie, i to jest fakt.

- Ale do czego Vivienne?

- Bym spokojnie wysłuchała, co on ma do powiedzenia.

- No i wysłuchałaś – co dalej?

- Co ma być – zacząłem o tym myśleć.

- I? Matko jedyna! Vivienne! Ja przez ciebie zwariuję! Mów że po ludzku.

Ta zaczęła się śmiać coraz to głośniej. Usiadła na boku swego łóżka, wsuwając stopy w kapcie. Nim Steven zdołał się ogarnąć, gdyż był zupełnie nagi – ona już była w łazience. Słychać było tylko odgłos zamykanej blokady w drzwiach łazienki. No i został sam w łóżku, jak go Bóg stworzył.

- Vivienne. Idę do ciebie się wykąpać.

- Zapomnij!

- Od kiedy ty się zamykasz w łazience?

- Zaraz kończę, i będziesz miał wolny prysznic. Tym bardziej, że zaraz będzie dziewiąta. Wiesz, że nie jesteśmy u siebie?

- Jak to?

Nie odpowiedziała. Woda w łazience szumiała. On leżał chwilę przyglądając się wszystkiemu, co znajdowało się w pokoju. Doszedł do wniosku, że mimo tego całego blichtru, mógłby tu mieszkać. Co prawda trzeba by dokonać tu wielu zmian. Da się tu stworzyć warunki do życia, no i do pracy. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi pokoju.

- Lady Forest! Czy mogę wejść?

Za drzwiami odezwała się Margaret – pokojówka. Steven aż usiadł na łóżku. Był całkowicie nagi. Gdy tylko usłyszał głos pokojówki, od razu nakrył się kołdrą po szyję. Tym właśnie sposobem uświadomił sobie, że drzwi nie są zamknięte na klucz.

- Lady Forest! Pukałam do sir Forest’a, ale nie odpowiada – chyba śpi.

- Nie Margaret! Jestem tutaj. Wszystko jest w porządku. Na moment możesz wejść.

Szybko wstał, ubrał się w piżamę i zwinnie zniknął w swoim pokoju. Margaret chwilę poczekała. Ponownie zapukała. Tym razem usłyszała głos lady Forest. Właśnie wyszła z łazienki po kąpieli. Pokojówka niepewnie nacisnęła klamkę, i uchyliła drzwi. Miast wejść od razu, stanęła za drzwiami.

- Proszę! Wejdź Margaret.

- Dziękuję lady Forest.

- Czemu tak niepewnie wchodzisz? Stało się coś?

- Nie, nie. Ale pukałam tu wcześniej, no i odpowiedział mi sir Forest.

- No tak. Był u mnie. To mój mąż. Właśnie się dziwię, że go tu nie ma.

- Sir Forest powiedział, że idzie do swego pokoju.

- Aha! Zatem co się stało Margaret?

- Lady Forest. Przepraszam, że tu tak wtargnęłam. Pan polecił mi jednak, bym pomogła pani przy garderobie.

- Słucham?

- Bym pomogła pani przy garderobie. Mam również sprzątnąć pani pokój lady Forest.

- A ja? Co ja mam w tym czasie robić.

- Za moment będzie dziewiąta lady Forest. Pan zaprasza na śniadanie.

- Twój pan już na nogach?

- Tak lady Forest. Pan wstaje zawsze o szóstej rano. Zawsze tak jest. Dzisiaj jest we wspaniałym nastroju.

- A nie zawsze tak jest?

- Lady Forest. Nie wolno mi…

- Naturalnie – rozumiem. Zatem śniadanie. A gdzie? Tu jest tyle pokoi. Matko! Jak ja sobie z tym poradzę.

Pokojówka od razu wzięła się za porządki w pokoju Vivienne. Ta przyglądała się jej ruchom. Była pod wielkim wrażeniem. Pokojówka energicznie wykonywała każdą z czynności. Samo ścielenie łóżka, wymagało mnóstwa zabiegów. Vivienne nigdy nie wykonywała tego w ten sposób. Raz, dwa, trzy i już było pościelone. Od razu zdążyła poprawić wszystkie bibeloty, przetrzeć blaty szafek nocnych. Poprawiła serwety pod lampami sprawdzając od ręki, czy są czyste. Następnie poszły do przeglądu inne blaty, i reszta mebli. Robiła to tak szybko, iż Vivienne coraz bardziej miała chęć dołączyć się do sprzątania. Nie mogła jednak oprzeć się fascynacji sprytem, jaki przejawiała Margaret.

- Śniadanie podane będzie w jadalni dolnej lady Forest – o dziesiątej. Dlatego tu jestem, by pomóc.

- Miło z twojej strony.

- Ależ to mój obowiązek.

I obie zabrały się od razu do przygotowań. Szczelnie owinięta w długi i przesadnie obszerny – według niej – szlafrok, usiadła przed lustrem. Pokojówka szykowała jej wskazaną garderobę. W pokoju Steven’a też nastąpiło przyśpieszenia. George nie zapominając o gościach, również powiadomił i jego o śniadaniu. Wykąpany, elegancko ubrany w garnitur, Steven stał przed lustrem. Ostatecznie kontrolował własny wygląd w całości, na fryzurze kończąc. Był gotów. Po chwili rozległo się pukanie do jego drzwi. Matthev z Thomas’em już byli gotowi nie mówiąc o tym, że byli głodni jak wilki. Steven miał właśnie wychodzić, gdy oni otworzyli drzwi.

- Tato! Tu jest genialnie – jest tak cicho. Przez okno widzieliśmy stado koni. Co za widok. A co u ciebie?

- A co ma być? W porządku. Wyspałem się jeśli o to pytacie. Trzeba pośpieszyć mamę. Śniadanie o dziewiątej a już jest prawie dziewiąta.

- U nas był ten lokaj tato. To i pewnie ktoś był i u mamy.

- Na pewno. Ona dzisiaj jest jakaś taka ożywiona, wesoła.

- To ty nic nie wiesz tato?

- A o czym?

- No byliśmy wczoraj w bibliotece z wujem. To była rozmowa tato! Mama zadawała tyle pytań. My z Sarą jedynie słuchaliśmy. Mama…

Chłopak nie dokończył swojej kwestii, gdyż w tym właśnie momencie drzwi do pokoju Steven’a się otworzyły. Stała w nich Vivienne. Oni tak głośno rozmawiali, że nie sposób było nie słyszeć o czym. Weszła energicznie wpatrując się w całą trójkę.

- Jak widzę wieści szybko się rozchodzą.

- Chcieliśmy sprawdzić, czy tata już wstał.

- No i przy okazji zaczęliście rozmawiać o mnie i Jeffrey’u.

- No tak! Ale… ale tak głośno rozmawialiście, że trudno było nie słyszeć.

Wskazała dłonią drzwi do swego pokoju, łączące jej pokój z pokojem Steven’a. Przyglądała się synom z rosnącym rozbawieniem.

- No nie gniewaj się mamo. Tata powiedział, że jesteś taka wesoła dzisiaj.

- No bo jestem. No już dobrze. Nic się nie stało. Jak widzę nie zdążyliście powiedzieć tacie, jak zakończyła się moja rozmowa z wujem?

- A jak się zakończyła?

Dotąd milczący Steven odezwał się zaciekawiony. Od rana chciał się dowiedzieć co zaszło. Co to za wydarzenie, które tak poruszyło wszystkich. Do rozmowy dołączyła Sara – również gotowa do śniadania. Uśmiechała się od ucha do ucha. Steven to od razu spostrzegł.

- Jak mi Bóg miły – ja zwariuję z wami. Wszyscy wiedzą, a ja nic nie wiem. Dowiem się wreszcie co zaszło wczoraj?

- Zyskaliśmy sprzymierzeńca Steven’e.

Męski głos zabrzmiał w otwartych drzwiach pokoju Steven’a. Jeffrey chwilę oczekiwał na dole, na zejście gości. Po chwili oczekiwania postanowił zajrzeć do nich na górze. Już słyszał rozmowę będąc jeszcze na klatce schodowej.

- Kochani! Nie wiem jak wy ale ja jestem głodny ogromnie.

- No tak. I spóźnimy się na śniadanie. Przepraszamy wuju.

- Ależ nie ma za co przepraszać. Parę minut w tę, czy w tę. Rozumiem sytuację i sam jestem bardzo zadowolony. Myślę jednak, że porozmawiamy o tym po śniadaniu – jak myślicie?

- To dobry pomysł. Jest o czym rozmawiać. Ale, ale. Nadal nie wiem, co…

- Steven!

Vivienne widziała jak roznosi go ciekawość. Bawiło ją to, bo on zachował się niemal jak dziecko. I jak się okazuje jej się to podobało. Był taki wyluzowany, no i czuł się wspaniale. Nawet gdzieś w myśli zarzuciła sobie, że nawet nie spytała się go wczoraj ani dzisiaj – jak się miewa. Podeszła do drzwi wskazując wyjście dłonią.

- Idę na śniadanie, a wy?

Jeffrey spojrzał na nią przelotnie chwytając jej wyraz twarzy. Ona była nastawiona na informację – dużo informacji. Wiedział już, że problemy się skończyły. Że będzie miał już możliwość zająć się całą resztą. Śniadanie przeszło w dość spokojnej atmosferze. Padały co jakiś czas słowa uprzejmych próśb, zapytań, zwrotów. Mnóstwo uśmiechów, rozbawień, spojrzeń. I gdy się zakończyło Steven był już tak zaciekawiony ich zachowaniem, że coraz bardziej stawało się to dlań niezręczną sytuacją. Niemniej czekał skwapliwie. Wszyscy przeszli do gabinetu Jeffrey’a. Tam rozsiedli się w fotelach – oprócz niego samego. Ten zasiadł za własnym biurkiem.

- Myślę, że już dość katuszy dla Steven’a, Vivienne. Ty mu powiesz, czy ja mam to zrobić?

- Powiem już, powiem.

- Vivienne!

- No już się nie denerwuj. Powiedziałam tobie wczoraj, że coś się wydarzyło. Zatem dowiedz się, że po rozmowie z Jeffrey’em – zgodziłam się na jego propozycję.

- Jaką propozycję?

- Chodzi o propozycję Jeffrey’a.

- Chcesz powiedzieć, że zgadzasz się tu zamieszkać?

- A o czym innym? Była jeszcze jakaś inna propozycja?

- Ty nie żartujesz.

Wpatrywał się w żonę, jak w obraz. Chciał wyłapać choć jeden symptom tego, że ona żartuje. Uśmiechała się jednak doń spokojnie wiedząc, że to da mu spokój i wytchnie. Chciała tego. Chciała by to się już wszystko skończyło. Była już zmęczona tymi ciągłymi rozmowami, argumentami. Tęskniła do rodziny takiej, jaką miała przed tym całym zamieszaniem. Siedząc w fotelu widziała jego jaśniejące czoło. Oczy tak stęsknione spokoju – a jednocześnie rządne działania. Podszedł do niej, i pochylając się wymierzył jej gorący pocałunek w czoło.

- Kocham cię lady Forest. Moja ty mądra żono.

- Jesteś pewien?

Nie trzymała go dłużej w niepewności. Uśmiechnęła się doń szerokim uśmiechem, kładąc kres wszelkim wątpliwościom. Biel jej zębów ukazanych w uśmiechu – rozjaśniła jej twarz. Jeffrey spokojnie przypatrywał się ich pojednaniu. Coraz bardziej potwierdzał własne oczekiwania co do nich. Wiedział, że nie będzie lekko. A mimo to uznał, iż może im ufać. Sara siedząc wciąż w fotelu obok, wciąż przyglądała się rodzicom. Zerkała również na wuja. Tylko Matthev i Thomas niecierpliwiąc się, ruszyli w stronę okna.

- To skoro już doszliśmy do porozumienia, to czas porozmawiać o przeprowadzce. Jak myślicie?

Oboje wymienili po sobie spojrzenia. Steven rozsiadł się w swoim fotelu. Jego uśmiech lekko spoważniał. Chciałby by tę kwestię potwierdziła Vivienne. Nie wytrzymał jednak.

- To dobry pomysł, ale tak od razu się nie da.

Vivienne niemal od razu na niego spojrzała, skupiając na nim całą swoją uwagę. Sara i chłopcy również byli zaskoczeni wypowiedzią Steven’a. Nikt nie spodziewał się takiej wypowiedzi, właśnie od niego. Każdy był przekonany, że to właśnie on chciałby lotem ptaka, przeprowadzić się – chociażby już dzisiaj. A tu taka odpowiedź. Jeffrey odrobinę spoważniał. Prostując się oparł się łokciami o blat biurka.

- Czy widzisz w tym jakiś problem Steven’e?

- Nie nazwałbym to problemem, ale rozsądkiem Jeffrey’u.

- Czyli co masz na myśli?

- Ten dom jest ogromny jak sam zresztą nam pokazywałeś, prawda?

- Tak.

- Ale to ty masz wobec niego szczególne plany. Jak dobrze ciebie zrozumiałem mam tobie służyć radą. Jak również fachową opinią co do przeróbek, remontów, itd.

- W samej rzeczy.

- No to od tego zacznijmy. Czas przeprowadzki nie ucieknie. Najważniejsze, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że łączymy nasze wspólne siły.

Teraz to Sara i Vivienne wyprostowały się w fotelach. Sara chciała coś powiedzieć lecz Vivienne była szybsza.

- No masz rację. Tę kwestię mamy już za sobą. Czyli co teraz?

- Trzeba zająć się planowaniem Jeffrey’u. Czas na to czego ty oczekujesz. Jakie konkretnie zmiany masz na myśli?

Lord de Blackstone wstał z za biurka. Podszedł do gabloty z planami. Wyciągnął białe rulony. Każdy z nich opatrzony był oznaczeniem, której kondygnacji tenże się tyczył. Położył to na biurku.

- Tu są plany wszystkich kondygnacji. Reszta należy do ciebie Steven’e. Ja nie znam się na tym. Niemniej nie rozumiem, dlaczego nie możecie się przeprowadzić od razu. Tu jest tyle miejsca.

- No przecież to nie mała przeprowadzka. Poza tym trzeba coś zrobić z naszym domem.

- A kto powiedział, że trzeba cokolwiek z nim robić teraz. Można go po prostu zamknąć. Jak na razie pozostawić tę kwestię na dogodniejszą chwilę.

Sara Forest wtrąciła się w całą tę rozmowę czując, że czas na to. Kończąc kwestię przyszłości ich domu, zamierzała zająć się nowym miejscem. Tym bardziej, że miała już własne plany.

- To dobry pomysł Vivienne. Co ty na to?

- Też tak uważam. Trzeba by jednak zabrać stamtąd wszystkie kwiaty. No i co z ogrodem?

- No to pozostaje tylko wynająć, i to jak najszybciej.

Jeffrey przysłuchiwał się rozmowie Sary z matką. Wiedział już, że doczekał się wreszcie odpowiednich działań. Wiedział również, że ten dom jest dla Forest’w bardzo ważnym miejscem. Rozumiał Vivienne, która za nic nie chciała wpuścić tam byle kogo.

- Myślę Vivienne, że jednak powinien on poczekać. Tym bardziej, że będziemy potrzebowali kogoś odpowiedzialnego. Prawda?

- No tak. Nie oddam go byle komu.

- No to niech będzie to twoim zadaniem Vivienne do czasu, gdy nie będziesz potrzebna tutaj. Co ty na to?

- To znaczy?

- Plan przedstawia się tak. Najpierw zajmiemy się tą posiadłością ze Steven’m. I niech to będzie pierwszym punktem naszego planu. Steven otrzymał ode mnie plany całego domu – włącznie z częścią oficjalną. Będziemy musieli wszyscy przedyskutować kwestię, gdzie będziecie mieszkali. Również to co z każdą kondygnacją. Tym zajmiemy się ze Steven’m. Wszystkie nasze uzgodnienia – wszystkich nas, będą skonsultowane ze Steven’m. I to będzie koniec planów remontowych tego domu.

- Vivienne. Ty w tym czasie – naturalnie po przeprowadzce – zajęła byś się sprawą waszego domu w Sheffield. Tu nie będzie dla ciebie zajęcia, ale tam będziesz miała mnóstwo kwestii do załatwienia. Twoim zadaniem będzie podjąć decyzję, co z waszym domem? Chodzi tu o to czy go sprzedać, wynająć, jak i komu. Ty jesteś ekspertem w tej dziedzinie. Jednak że ty sama sobie nie poradzisz. W takim razie – z tobą zajmie się tym Sara. Ona tobie pomoże. Co ty na to Vivienne? Przyjmujesz wyzwanie?

- To rozsądne co mówisz ale są jeszcze chłopcy – prawda?

- No tak. Zatem puki co jest sprawa do twoich synów Matthev i Thomas’a. Słuchajcie chłopcy. Wy macie naukę przez okres, gdy wasza mama i siostra będą zajmowały się kwestią domu – wy macie tylko pilnować nauki. By jednak było ciekawiej, wy również będziecie mieli zadanie. Trzeba będzie podjąć decyzję co do szkół. Czyli gdzie będziecie się uczyli, jak i jaki kierunek podejmiecie. No i jaka szkoła – to podstawa. To zadania dla was obu. Co wy na to? Podejmujecie rękawicę?

Obaj spojrzeli po sobie. Wiedzieli dobrze, że lord de Blackstone nie żartuje, i to właśnie jest zapowiedź początku zmian. Matthev uczył się ostatni rok w liceum, ale Thomas’i pozostało niecałe dwa lata. Vivienne rozumiała ich zamyślenie.

- Jeffrey’u. Wybacz ale to nazbyt pośpieszne. Rozumiem to w stosunku dla Matth’a ale Tom? On ma jeszcze prawie dwa lata. O jakiej zmianie szkoły mówisz w tym przypadku?

- Mówię o wyborze szkoły tu w Stanford. Tutaj są trzy licea i jedno w sąsiednim hrabstwie. Stąd moja propozycja co do wyboru liceum. Są też szkoły wyższe.

- Rozumiem. Ale ta propozycja jest rozsądna w przypadku Thomas’a. Matthev jednak jest już na końcówce. Wiosną już kończy liceum. Byłoby nielogicznym krokiem by na samej końcówce zmieniał szkołę.

- Masz rację. Faktycznie to nie miałoby sensu. Zatem Matthev zastanowi się nad wyborem dalszego kształcenia. Math! Mam nadzieję, że masz jakieś plany – co potem?

- No tak. Informatyka, elektronika. Wszystko co wiązane z komputerem.

- No to ambitne plany Matthev. Niemniej przydałyby się jakieś studia.

- To na początek wuju.

- Cieszę się, że tak uważasz. Dzięki Bogu jest tu dobra szkoła wyższa o tym profilu.

Matthev poczuł się mentalnie podbudowany. Pasowało mu, że nie będzie musiał przerywać ostatniego roku. Miał jeszcze przed sobą maturę. A później będzie czas na zbadanie co dalej. Nie od razu chciał podejmować decyzję co do wyboru szkoły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz