Tom I – część 1
RĘKOPISY LORDA JEFFREY’A ARMAND’A DE BLACKSTONE.
Autor: Zygmunt Jaworski
DOM RODZINY STEVEN’A I VIVIENNE FOREST’
Sheffield / Wielka Brytania / czas teraźniejszy.
Czas płynął niezmiennie swoim torem. Tykanie zegara stojącego w hallu domu, nieustannie przypominało o jego istnieniu. Dom Vivienne i Steven’a Forest’ów stał w miejscu, niemal całkowicie oderwanym od miasta. Rodzina ceniła sobie spokój, swoistą ciszę, i nade wszystko prywatność. Zatem to właśnie z tego powodu, lokalizacja ich posiadłości całkowicie im odpowiadała. Steven Forest dojeżdżał do pracy własnym samochodem. Co prawda nie była to jakaś elegancka marka samochodu, ale był na chodzie – a to było bardzo ważne. Tym bardziej, że cena zań była bardzo okazyjna. Jeździł do biura, będącego jednym z wielu biur należących do prywatnej korporacji architektonicznej.
Dlatego właśnie potrzebował odrębnego samochodu. To z tego powodu w rodzinie zaistniała potrzeba dwóch aut. Marzył o własnym biznesie. Jego kierunek jednak zawężał możliwości rynkowe – tak w tedy uważał. Niemal wszystkie znane mu filie szablonowo specjalizowały się w handlu. To samo tyczyło się kompletowania dokumentacji każdego z zabytków im podlegającym. Steven Forest szybko zauważył, iż niemal wszystkim jedynie chodzi o komercję. Większości firm, bardziej zależało na szybkim zysku. Stąd jego zawodowe przygnębienie, swoisty bezsens. To odczuwał coraz dotkliwiej. Znał i czuł w sobie własną pasję, ale jakoś tłamsiły ją prawa rynku, będące w jego firmie priorytetem.
Vivienne Forest była z urodzenia francuską. Jednak zaraz po jej urodzeniu, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Przygarnięta przez krewnych, rosła w rodzinie czysto pragmatycznej. Jej wuj jak i jego żona, byli bardzo zaradnymi ludźmi. Szybko dorobili się na tyle, iż mogli wyjechać z Francji do Wielkiej Brytanii. Tam właśnie Vivienne, już jako dorosła dziewczyna poznała Steven’a Forest’a. Jak sama wtedy poetycko mawiała - pochłonęła nas miłość. Szybko oboje stali się niezależni. Jeśli chodzi o dom. Szukali czegoś większego. Jednakże zarobkowanie Steven’a nie bardzo pozwalało im na zakup większej posiadłości.
Oboje byli ludźmi bardzo kochającymi naturę, jak i wszelką z nią harmonię. Stąd właśnie ten a nie inny dom. On dawał im swoisty spokój, wytchnienie. Jak sami mawiali - dom daje świeży powiew wszechświata. Dzieci pojawiły się dość szybko. Z tego powodu miejsca było coraz mniej, mimo to oni nigdy nie narzekali. Zawsze i wszędzie widzieli same pozytywne strony. Nawet tam, gdzie być może ich nie było. Niemniej byli szczęśliwi. Córka Sara właśnie ukończyła studia dziennikarskie, natomiast chłopcy uczęszczali do licealnych szkół. Był właśnie piątkowy wieczór, gdy Sara kończyła malowanie kolejnego obrazu, do własnej kolekcji pejzaży.
Słońce prześwitywało przez wspaniale udrapowane, luźno zwisające firany, w panoramicznych oknach jej pokoju. Była szczęśliwa. Letni powiew przenikał niemal wszystkie pomieszczenia. Zapach jaki unosił się wokół – to niemal paleta kwiatowych aromatów. Matka Sary – Vivienne Forest dbała o okalający dom ogród. Umiała zaplanować – dopilnować by wszystko było tak, jak trzeba. Czego efektem był dom tonący w ozdobnych kwiatach, krzewach. Kochała się w niesamowitej plątaninie alejek, tudzież ukrytych ławeczek. Zatem widok z okien był niemal Boski. Vivienne uwielbiała to miejsce, ten dom. Uważała, iż za żadne skarby nie zamieniłaby tego miejsca na jakiekolwiek inne.
Wnętrze domu urządzała długo i pieczołowicie. Nigdy jednak nie pozwoliła sobie na wpływy zdań innych ludzi. I nie miało to najmniejszego znaczenia czy to znajomi, sąsiedzi, przyjaciele. To samo tyczyło się wpływów mody na wszystkie aspekty życia. Przeciwstawiała się temu uważając, iż jej dom to jej świat. Na piętrze znajdowały się pokoje dzieci. Toaleta jak i wspólna sypialnia Vivienne, którą dzieliła z mężem. Na dole zaś był dość duży hall, przerobiony na coś w rodzaju pokoju dziennego. Była wielka kuchnia, z której Vivienne wydzieliła część kuchenną, roboczą, jak i jadalnię. Dom nie był przesadnie duży.
Biorąc pod uwagę ilość osób w nim zamieszkujących – wręcz przeciwnie – wydawał się coraz to mniejszy. Niemniej miał swój charakter. Miał w sobie coś, co emanowało swoistym ciepłem. Gospodyni właśnie zajęta była kończeniem przygotowań do kolacji. Kuchnia była jej królestwem – ona wspaniałą kucharką. Nie było więc dnia, by na stole nie pojawiło się coś nowego. Vivienne mieszała style kulinarne, będące częścią Anglii, jak i Francji. Toteż nigdy nie wiadomo było, czego danego dnia się spodziewać. Sara w tym czasie siedziała we własnym pokoju na górze. Jego okna były lekko uchylone. W ten właśnie wieczór nie umiała sobie znaleźć jakiegoś konkretnego zajęcia.
Los obdarzył ją wieloma talentami. Jednym z nich było zamiłowanie do malarstwa – drugim, smykałka do pisania. Już od dziecka z wielką pasją opisywała wszystko, co tylko stanęło na jej drodze. W jej pokoju królowały wszechobecne zeszyty, notatniki, skoroszyty. Jedne w dziwny sposób znikały, czyniąc miejsce innym. Podczas gdy inne, ni stąd ni z owąd się pojawiały. Rodzice Sary mieli nie mały kłopot z tym całym arsenałem zapisków, opisów, reportaży. I naturalnie to wszystko przemieszane płótnami malowanych obrazów. Na początku Sara wieszała swoje dzieła na ścianach własnego pokoju.
Dorastając zrezygnowała jednak z tego twierdząc, iż każdemu z nich brakuje blasku jego duszy. Naturalnie Steven i Vivienne, zachęcali ją do malowania wierząc, iż ma wielki talent. W pełni wierzyli w fakt, iż kiedyś – za jakiś czas – ów zaprocentuje, przynosząc córce wielką sławę, jak i uznanie wielu ludzi. Ona jednak nie podzielając ich entuzjazmu, coraz bardziej odkładała malowanie na rzecz pisania. Ojciec był wziętym architektem – można by rzec samoukiem. Co prawda ukończył odpowiednie szkoły, jednak wciąż czekał na szansę, jak on mawiał – szansę swego życia. Co prawda los był dlań łaskawy, bo i dom po rodzicach, samochody, praca.
W głębi duszy jednak liczył na coś, co da mu tchnienie. Coś, co wypełni jego serce – według niego – będzie spełnieniem jego pasji. Pomimo to czas mijał, a oczekiwanych zmian jakoś nie było widać. Od jakiegoś już czasu Steven Forest, powracał do domu dość późno. Nawał obowiązków i zleceń w firmie, zabierał mnóstwo czasu. Niestety on sam nie miał na to wpływu. Jego zazwyczaj odmienne zdanie w kwestiach zawodowych sprawiało, iż nie był wygodnym współpracownikiem. Innymi słowy miał wielu przeciwników – by nie powiedzieć – wrogów. Vivienne z godnością znosiła jego wzmożone zawodowe zaangażowanie.
Tym bardziej wiedząc, iż sama nie pracuje – a życie przecież kosztuje nie mało. Już i tak ledwo wiązali koniec z końcem. Nie aby mieli biedę, ale zmuszeni byli bardzo uważać na wydatki. Trójka dzieci wymagała nakładu kosztów. Dom jak również jego obejście pochłaniał niemało. Zatem była szczęśliwa, że choć mąż ma pracę. Sama bardzo chciała pracować, jednak pojawiające się na świecie kolejne dzieci, całkowicie pochłaniały jej czas. Mimo to nie uskarżała się na nic, i za każdym razem widząc męża w domu, ciepło się doń uśmiechała. Kolacja była już na stole. Poruszając się jak zwykle małymi kroczkami, Vivienne krążyła od kuchni do stołu, by to i tamto poprawić.
Sara siedząc we własnym pokoju, zajęta była pisaniem następnej z wielu notatek. I w tej to chwili, snop światła rozświetlił jej pokój. Patrząc przez uchylone okiennice, zauważyła w dole kołujący samochód ojca. Właśnie starał się on wjechać do garażu, nie naruszając na poboczach, rozlewających się dumnie rabat kwiatowych. Już wtedy miała chęć porozmawiać z ojcem, na temat własnej przyszłości. Zastanawiała się jak to zrobić. Wiedziała, iż ojciec pokłada wielkie nadzieje w jej talent do malowania. Ona jednak czuła coraz większą pasję, i to właśnie w kierunku pisania. Niemal ciągnęło ją do tematu opisywania jakiejś historii, będącej tylko jej dziełem.
Coś co dałoby jej stałą, cenioną pozycję w jej wyborze. Coś co dałoby jej prawo zaistnieć tu i teraz. Ale to były marzenia - wiedziała o tym jak i to, że zakończyła studia dziennikarskie. Czas było podjąć decyzję co dalej. Nie chciała osiąść na laurach tak jak jej matka. Czyli w domu, w fartuchu, ograniczając się li tylko do czterech ścian. Steven pojawił się w domu zaraz po tym, jak drzwi garażu całkowicie się opuściły, zamykając bezpiecznie dostęp do samochodu. Z czarną teczką w dłoni gdzie trzymał mnóstwo dokumentów, wszedł do domu drzwiami łączącymi garaż z hallem. Był zmęczony. Zmęczenie zobaczył we własnym odbiciu w lustrze wiszącym przy wejściu.
Niemniej dzisiaj – jak uważał – był ten szczególny dzień. Lecz mimo to nie chciał tego od razu pokazywać. Nie chciał by cokolwiek zaburzyło tą szczególną chwilę. Stało się coś, co on chciał właśnie dzisiaj ogłosić rodzinie. Wiedział, że długo na to czekał. I że to całkowicie odmieni jego życie – ich życie. Chciał tego, i postanowił sobie to za punkt honoru.
- Kochanie! Już jestem.
Mężczyzna będąc sam w hallu, zawołał do żony krzątającej się w kuchni. Widział ją. Co i rusz pojawiała się to w kuchni, to w jadalni. Czuł dobiegające stamtąd niesamowite zapachy. Dawało mu to jeszcze więcej zadowolenia. Wiedział, iż gdy on walczy paza domem, to w domu jest ktoś, kto ma nad tym pieczę.
- No przecież wiem. Słyszałam jak wszedłeś.
- Ok! Idę się odświeżyć i zaraz mnie masz.
Zażartował znikając w łazience na dole. Słychać było na zewnątrz lekkie podśpiewywanie Steven’a. Miał dzisiaj powody do dobrego nastroju. Vivienne ukończywszy pracę przy kolacji, zjawiła się w hallu. Małą szczupłą dłoń położyła na rzeźbionej głowni słupka balustrady schodów. Wychylając się spojrzała w górę.
- Saro! Zapraszam cię na kolację. Zabierz – proszę ze sobą braci.
- Dobrze mamo. Już idę.
Vivienne ruszyła do kuchni. Przystanęła jednak odwracając się w stronę łazienki, gdzie był jej mąż.
- Steven’e! Kolacja kochanie. Pośpiesz się proszę. Wiesz, jak nie lubię, gdy wszystko stygnie.
- Już kończę. Daj mi minutę.
Kobieta ponownie zniknęła w kuchni, by za jakąś chwilę zjawić się w jadalni. W dłoniach dumnie niosąc dzbanek z pachnącą malinową herbatą. Stawiając go na środku stołu, uśmiechała się sama do siebie.
- Kolejny dzień w raju.
Wypowiedziawszy te słowa ot tak do siebie, na parę sekund przystanęła przy stole. Naturalnie musiała sprawdzić, czy na stole wszystko jest w należytym porządku. Czy czegoś nie brakuje. Sara weszła do jadalni wraz z braćmi, pomagając im z krzesłami – bardziej z grzeczności niż z potrzeby. Sama usadowiła się na swoim miejscu. Steven wszedł do jadalni ubrany w wieczorny szlafrok z czarnego atłasu, spod którego kontrastowała biała koszula – wyglądał iście elegancko. Cenił to sobie. Mawiał: - iż każda chwila warta jest oprawy. Wszedł do jadalni, witając wszystkich wspaniałym uśmiechem.
Całując kolejno dzieci w czoło, jak zwykle swoją dłoń położył na ramieniu Sary. Wiedziała o tym, że tak będzie. Co wieczór tak czynił. To niemal domowy rytuał. W duszy uśmiechała się na to. Wciąż zastanawiała się, czy za dziesięć lat też będzie tak czynił.
- Jak moja wielka artystka dzisiaj się miewa? Mniemam, iż znów powstało nowe dzieło.
- Nie tatku. Nie tym razem.
- Jak to? Czyżbyś nie miała dzisiejszego dnia Weny?
- Miałam, lecz do czegoś innego.
Dziewczyna bezwiednie odrzekła nie chcąc za bardzo tłumaczyć się z tego co dotąd robiła. Ojciec przelotnie spojrzał na córkę. Mając jednak myśli zajęte czymś innym, zignorował jej odpowiedź. Zasiadł do stołu przy którym Vivienne z pomocą córki, podawały każdemu półmiski z jedzeniem. Gdy wszyscy mieli już własne porcje na talerzach, nastała cisza. Kobieta co i rusz dyskretnie zerkała na męża, zaabsorbowana odmiennością jego wyglądu. Coś jest nie tak. Czuła to. Wiedziała, że coś wisi w powietrzu. Zawsze przygnębiony, zmęczony wielogodzinnym dniem pracy. Ostatnio nawet nie patrzył jej w oczy.
Nie raz bała się myśli, że być może się wypala. Być może coś dzieje się z jego zdrowiem. Co prawda nie był jeszcze starym mężczyzną, ale już i nie takim młodym. Tu wymyty, ogolony. Dzisiejszego wieczoru jednak wyglądał inaczej. Niemal aż jaśniał. Oczy szeroko otwarte, wąsy dokładnie przeczesane, włosy również. I ten szlafrok. Niemal dopełniał wszystkiego. Steven wiedział, iż żona dyskretnie go taksuje wzrokiem. Analizuje jego wygląd i zachowanie. Wiedział o tym bo ją znał. Dzisiejszego wieczoru jednak tym się bawił. Dobrze rozumiał, że długo nie utrzyma swej tajemnicy, gdyż ona jest wspaniałym obserwatorem. I w mig się domyślili zmiany.
Ale chciał tego. Chciałby właściwie wszystkich nieco przetrzymać w niewiedzy. Mimo to wstał, i ruszył do kredensu w jadalni. Otworzył barek, wyciągnął puchary, które zadźwięczały echem kryształowego szkła. No już teraz Vivienne była pewna własnych przeczuć. To zjawisko akurat nie jest codziennością w ich domu. Zdawała sobie sprawę, iż coś się stało. Za moment nieuchronnie to coś gruchnie, jak piorun z jasnego nieba. Tylko obawiała się jednej rzeczy. Ten myślowy niuans nie dawał jej spokoju. Mianowicie jego zachowanie z oprawą kryształów z szampanem. To pozwalało wnioskować, iż to coś dobrego.
Przecież złej nowiny nie podkreślałby szampanem. Z drugiej zaś strony jednak, po co aż taka oprawa? Dla nowiny – kogoś, kto wraca z pracy? Czyżby to miało być celowe? By ich odpowiednio przygotować do tego, co nastąpi, mężczyzna trzymał butelkę szampana w dłoniach. Dyskretnie obserwując zachowanie domowników, spokojnie ją otworzył wciąż stojąc przy stoliku. Odgłos wystrzelonego korka, wybił kobietę z zamyślenia. Steven napełnił puchary sobie, żonie i Sarze. Każdy z nich podał obu. Z własnym podszedł do swego miejsca. Teraz już wszyscy przerwali jedzenie, zaczynając uważnie wpatrywać się w niego jak w obraz.
- Kochani. Mam wam coś do zakomunikowania. Wiem Vive, że zauważyłaś u mnie zmianę – no i masz rację.
- No myślałam, że już się nie doczekam. Przecież widzę, jak się pysznisz - aż cię roznosi. Co się dzieje Steven’e?
- Nim wam wyjaśnię o co chodzi, chciałbym wznieść za nas toast. Za każdego z nas. Za lepszy los.
Obie zrobiły łyk szampana, choć Sarze – akurat – coś nie pasowało. Nie uważała, aby do wspaniałych wieści potrzebny był alkohol. Nie chcąc jednak zepsuć ojcu wejścia – nie odzywała się.
- Jak wiecie długo pracowałem w fachu, który na rynku nie jest łatwym zawodem. Nie narzekam na zarobek, czy samą pracę. Ale to było wciąż nie do końca to, czego chciałem, czego oczekiwałem.
- Tak? A czego chciałeś kochanie?
- Mimo, iż wkładałem wiele w to by dobrze wykonać własne obowiązki, to wciąż pracowałem dla innych. Mimo, iż pensja jest ważna – bo to życie, byt, podstawa. To jednak to wciąż tylko pensja. Coś co jest nie do końca moje.
- O co tobie chodzi? Nic z tego nie rozumiem.
Po takim wstępie Vivienne zaczęła się trochę niepokoić. Z jednej strony nie wierząc w to - to z drugiej obawiała się faktu, czy aby on nie uczynił czegoś szalonego. Sara również uważniej przysłuchiwała się temu, co mówi ojciec. Tylko chłopcy nic sobie nie robiąc z tyrady ojca, zajadali wciąż sobie dokładając jedzenia.
- Już wyjaśniam wam o co chodzi. Ano chciałbym ogłosić, iż – być może – macie przed sobą właściciela i prezesa za jednym zamachem. Mówię tu o własnej firmie.
Zapadła cisza. Chłopcy już skończyli jedzenie, i Vivienne poleciła im odstawić własne talerze do kuchni. Reszta czynności, jak ona sama mawia: - było tylko wieczornym rytuałem. Czyli chodziło naturalnie o wieczorną toaletę. Sama ponownie usiadła kończąc kolację. Sara zaniemówiła. Popijała herbatę czując w głowie rosnącą burzę pytań. To przebiło wszystko, co miało się wydarzyć podczas kolacji. Nawet nie chciało jej się poruszać tego, co sama chciała ogłosić rodzicom.
- Vive! Musimy porozmawiać.
- O tak. Żebyś wiedział. Zapewniam cię, iż musimy porozmawiać – i porozmawiamy. Jednak obecnie, muszę sprzątnąć po kolacji. Mam nadzieję, że to rozumiesz.
- To może ci pomogę?
- Ani mi się waż. Tu jestem ja i Sara. Jest komu się tym zająć. Ty raczej zastanów się nad tym, bym zrozumiała co narobiłeś.
- Ależ…
- Steven! Daj spokój!
On wiedział co znaczą te słowa. Vivienne nigdy się nie denerwowała. Bynajmniej bardzo rzadko. Gdy jednak słyszał u żony taki ton jak dzisiaj wiedział, iż to będzie trudna rozmowa. Zatem wstał i ruszył do salonu. Mimo to, jednak przystanął, odwrócił się chcąc coś dodać – ale był sam. Obie były w kuchni. Nie chciał prowadzić takich rozmów z żoną przy córce. Rozumiejąc to odpuścił. Sara z matką szybko uwinęły się w kuchni, pozostawiając jadalnię w należytym porządku. Sara widziała zmianę nastroju u matki. Doskonale odczytała jej szczególny wyraz twarzy. co prawda uśmiechała się na każde wypowiedziane przez nią słowo, jednak jej uśmiech był jakiś nienaturalny. Podskórnie obawiała się tego, z czym ojciec powrócił z pracy. Jednak nie pozostawało jej nic innego, jak tylko czekać na wieści. Znacząco spojrzała na matkę.
- Czy jeszcze w czymś pomóc tobie mamo?
- Nie! Nie trzeba. Tu już jest ok. Idź już do siebie. Dobrej nocy Saro.
- Dobrej nocy mamo.
Sara ruszyła na schody. Odwróciła się jednak, mając ich w zasięgu wzroku. Spojrzała na matkę, która chwilkę przystanęła przy stole w jadalni. Z daleka widziała jej zamyślenie, jakby zastygła w czasie. Martwiła się o nią. Czuła, iż to musi być coś poważnego. Mimo to ruszyła po schodach w górę.
- Saro! Dobrej nocy.
- Dobrej nocy tatku.
Na chwilę ich spojrzenia się spotkały. Starała się coś wyczytać z jego spojrzenia. Poza ekscytacją, satysfakcją nic nie wyczytała. Zamknęła drzwi swego pokoju. Nie chciała podsłuchiwać, bo i po co. Pewnie i tak jutro dowie się wszystkiego. Vivienne weszła niepewnie do salonu.
- Napijesz się herbaty Steven’e?
- Nie! Dziękuję kochanie. Jesteś jak zawsze miła.
- Ot. Zwykłe pytanie.
- Choć proszę, porozmawiajmy.
Wzięła po drodze własną filiżankę herbaty, i usiadła na sofie obok męża. Chwila konsternacji. Zrobiła łyk herbaty, jakby nie wiedząc co uczynić z rękoma. Po czym odstawiła filiżankę na stolik.
- Zatem słucham tych rewelacji.
- Vive! Wiesz, że nigdy nie zrobiłbym czegoś, co naraziłoby na szwank naszą rodzinę. Wierzysz mi?
- Wierzę. Ale to nie jest kwestia wiary Steven’e. To kwestia rozsądku, rozwagi. Powiedziałeś, że być może będziesz właścicielem firmy, czy jej prezesem. Wyjaśnij mi – proszę, jak to mam rozumieć? Przecież my nie jesteśmy zamożni na tyle, by tworzyć takie plany.
- I tak i nie Vive.
- Nadal nie rozumiem.
- Posłuchaj. Dotąd wykonywałem polecenia zwierzchników brzydko mówiąc – nabijając im konta. Rozumiesz to?
- Rozumiem.
- Ale od jakiegoś czasu – jak wiesz – mój dzień pracy się przedłużył. Powracałem do domu wieczorami tuż przed kolacją.
- Wiem. Taki jest charakter twojej pracy. Ja się nigdy z tego powodu nie skarżyłam.
- Tak wiem i jestem tobie za to ogromnie wdzięczny. Niemniej wiem również, jak trudny dla ciebie był ten czas. Niemal cały dom był na twojej głowie – o dzieciach już nawet nie wspomnę.
- Daj spokój. To nie koniec świata.
- Powracając do tematu. Od jakiegoś czasu pracowałem nad paroma kontraktami, które były dla mnie bardzo ważne. Co prawda ważne również dla firmy w której pracuję. Przede wszystkim jednak ważne dla mnie.
- Czemu?
- Bo nikt nie chciał przyjąć tych kontraktów z powodu ich – jakby to określić – charakteru. Innymi słowy były dla większości firm nieatrakcyjne finansowo.
- To znaczy? Co masz na myśli?
- Tak jak tobie już kiedyś tłumaczyłem, tego typu firmy bardziej patrzą na rynek i zbyt, a co za tym idzie na zysk. Mnie chodzi o charakter pracy. Od lat szukałem szansy dla siebie – rozumiesz? Dla siebie. Poszukiwałem czegoś, co będzie nie tylko dawało mi pieniądze, ale przede wszystkim satysfakcję, uznanie, radość. Ja chcę zrobić coś dla sztuki nie tylko dla zysku.
- Myślę, że rozumiem Steven’e. Niemniej nie rozumiem, o co chodzi z tą firmą?
- Jak już powiedziałem, od jakiegoś czasu pracowałem nad paroma kontraktami. By osiągnąć sukces w ich uzyskaniu, trzeba było odrzucić komercyjność – czasem również atrakcyjność. Tu trzeba było wykazać się czułością w temacie. Swoistym wyczuciem, znawstwem stylu. Nagrodą w tych paru sprawach było, iż wygrany dostaje prawa do finalizacji tych kontraktów. Mało! Stały za tym wielkie pieniądze. To znaczy, że kontrakty te miały zapewnione wszelakie fundusze na ich realizację. Była też i jeszcze jedna nagroda.
- Tak?
- Jeśli kwalifikacje zdobywcy jak i wiedza w temacie sprawią, iż to on wygra te kontrakty – otrzyma licencję, jak i środki na założenie własnej firmy.
- To dużo Steven’e. To wielka pokusa – rozumiem to.
- Widzę, że nadal nic nie rozumiesz.
- Poczekaj. Chcesz powiedzieć, że…
- No… no. No właśnie. Chcę powiedzieć, że udało mi się zdobyć wszystkie te kontrakty. Mam je Vivienne. Mam je wszystkie.
- Czego tyczyły się te kontrakty? Choć – szczerze mówiąc – i tak się na tym nie znam.
- Tyczą się obiektów ściśle zabytkowych. Od wielu już lat prowadzi się rejestr zabytkowych obiektów rodowych. Są one w dużej części we władaniu rodzin – potomków – bądź sprzedawane są z różnych powodów.
- No właśnie. I tu jest zadanie dla mojej przyszłej firmy. Dzięki tym kontraktom mam zlecenia od właścicieli, bądź pośredników. Chodzi o to, bym zajął się ich remontem – czy, jak tu rzec – odnową. Chodzi tu o specyficzny rodzaj remontu. Czyli o bardziej restaurację z zachowaniem stylu architektury. Inne firmy – jak się szybko okazało – uznały, iż to dla nich nie jest kwestia dochodowa – więc odpuściły. Firma w której ja pracowałem, również nie była zbyt tym zainteresowana. Jak tylko szef zapoznał się z ich tematem – odrzucił je. Ja jako specjalista w tej dziedzinie uznałem, że to czas dla mnie. To moje pięć minut Vivienne. Uznałem, że zawalczę o nie sam. Co prawda w tajemnicy przed firmą – sama rozumiesz. A uczyniłem tak, iż chciałem sprawdzić czy podołam. Te kontrakty były dla mnie bardzo interesujące.
- Czyli wreszcie masz sukces.
- Mam kochanie. Ale to wiąże się i z innymi zmianami.
- Tak?
Steven pochwycił jej dłonie w swoje własne. Wiedział, że ta piękniejsza część wieści się zakończyła, a pozostała ta mniej atrakcyjna. Niemniej wiedział dobrze, iż musi jej to powiedzieć. Od jej decyzji zależy teraz, czy będzie mógł zrealizować swoje plany. A było o co powalczyć.
- Coś ciebie gnębi Steven’e. Widzę to wyraźnie. O co chodzi?
- Vive. Aby przyjąć te kontrakty, jak i aktywować naszą firmę, będę potrzebował twojej pomocy.
- Jak to? Co ja mam wspólnego z architekturą?
- To nie o to chodzi. Tu chodzi o twoją decyzję jak i ciebie samą.
- Nadal nie wiem…
- Jak wynika z warunków związanych z kontraktami, siedziba firmy ma znajdować się w Stanford Vive. To właśnie jest warunek by uzyskać środki finansowe na stworzenie własnej firmy. Być może będziemy musieli się przeprowadzić.
Kobieta jakby wiedziona jakąś siłą, raptownie wyrwała dłonie z jego dłoni. Energicznie powstała nie kryjąc poirytowania. Nie mieściło jej się w głowie to, co usłyszała od męża. Miałaby opuścić rodzinny dom? Tu rodziła dzieci, tu je wychowywała. Tu dzieci mają szkoły. A teraz miałaby to wszystko rzucić, wyjechać? Vivienne Forest chodziła po salonie, broniąc się przed samym rozważaniem takiej propozycji. Wewnętrznie jednak rzucała gromy uważając, iż to zupełnie niedorzeczne.
- Ty chyba sobie żartujesz?
- Nie Vivienne! Mówię jak najpoważniej.
- Ja z dziećmi miałabym wyprowadzić się do Stanford? Matko jedyna! To nie dorzeczne. Tu masz pracę - mamy dom. Wszystko mamy. Sara skończyła studia. Teraz to wszystko ty chcesz zniszczyć – sprzedać?
Wiedział, że ona to tak odbierze. Wiedział, iż by to zrozumiała nie będzie jej łatwo to wytłumaczyć. Nie było jednak innego wyjścia. Miał do wyboru albo pracować u kogoś obcego za pensję, albo pracować dla siebie. I to pracować za o wile większe pieniądze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz