Tom I – część 2

Post w dziale:

Vivienne chodziła po salonie coraz bardziej rozdygotana. Jej długa spódnica zmuszała ją do małych kroczków. Mężczyzna wstał spokojnie i chcąc ją uspokoić, uchwycił ją delikatnie za ramiona. Gdy usiłowała się uwolnić z jego dłoni lekko nią potrząsnął.

- Vive! Zrozum. Nie mam innego wyjścia. Mam prosty wybór. Albo będziemy biedowali tak jak teraz – albo zaczniemy żyć na własny rachunek. Zrozum. Nasze dzieci potrzebują…

- Co mam zrozumieć? Co? To że chcesz zrujnować naszą rodzinę? Chcesz wszystko zebrać i sprzedać! Ot tak! to mam zrozumieć? A pomyślałeś o dzieciach, o ich przyjaciołach, o ich szkole? Sara też ma własnych przyjaciół. Niebawem pójdzie do pracy. Wiesz po ile mamy lat?

- Wiem kochanie. Wiem i zdaję sobie z tego sprawę. Ale i nie jesteśmy jeszcze tacy starzy Vivienne. Damy sobie radę. Dzieci też. Dobrze je wychowaliśmy. A przyjaciół znajdą i tam. Czyż nie tak? Wierz mi, że nie chcę nikogo skrzywdzić – i nie skrzywdzę. Ale to szansa dla nas. Dla mnie, dla ciebie, dla naszych dzieci. To leprze życie.

- Ale ja nie chcę tego lepszego życia! Rozumiesz? Nie chcę! Nie chcę zaczynać wszystkiego od początku. Nie mam siły na to.

- Dasz radę. Przecież nie jesteś sama. Ja tobie pomogę – dzieci również.

Kobieta niemal zaczęła krzyczeć będąc bardzo wzburzona - on stał bez słowa. Wiedział, że powiedział wszystko co było do powiedzenia. Reszta zależała od niej samej. Jedynie pozostało mu wierzyć, iż być może przemyśli to dogłębnie, i zmieni zdanie. Oboje nie zauważyli, że na schodach przycupnęła Sara. Nie mogła wytrzymać rosnącego napięcia. Siedząc we własnym pokoju - nic nie wyszło ze spania. Wciąż coraz to silniej zastanawiała się co się dzieje tam na dole. Z początku bała się wyjść z pokoju, nie chcąc przerywać im rozmowy. Niemniej z drugiej strony, matka tak krzyczała. Siedząc na schodach za balustradą, wszystko słyszała. Słuchała i płakała. Gdy jednak zapadła cisza nie wytrzymała. Nie mogła nadal milczeć. Wstała i pośpiesznie zeszła na dół.

- Mamo zgódź się! Tato ma rację. To dla nas szansa.

Vivienne jak tylko usłyszała głos córki raptownie się odwróciła. Była kompletnie zaskoczona jej obecnością. Nie spodziewała się, że córka będzie świadkiem ich tak burzliwej rozmowy. W domu się nigdy nie podnosiło głosu, a tu takie krzyki. Gdybyż tego było mało, to jej własne dziecko przekonuje ją o tym, że powinna się zgodzić. Łzy płynęły jej po policzkach coraz bardziej. Sara spokojnie do niej podeszła, po czym uchwyciła dłoń matki we własne dłonie. Zdawała sobie sprawę, jak matka kocha ten dom. Ona zresztą również. Ale i rozumiała, że tu nic ich więcej nie czeka. To czego tu dokonali wypełniło się.

Każdy z nich wykonywał czynności każdego dnia niemal z automatu. Wreszcie mogłoby się coś zmienić. Dziewczyna stała w koszuli nocnej przy matce, zupełnie nie zważając na ojca. Swoją uwagę skupiła właśnie na niej. Ta już chciała zaprzeczyć, używając tych samych argumentów, których użyła w rozmowie z mężem.

- Mamo posłuchaj. Ja wiem i rozumiem, iż to miejsce, ten dom do dla ciebie niemal relikt rodzinny. Tu osiedliliście się z tatą. Tu my się rodziliśmy. Tak, to prawda, lecz trzeba iść dalej.

- Ale ja nie mogę! Rozumiesz? Nie mogę!

- Możesz mamo. Przypomnij sobie to co zawsze nam mówiłaś. Pamiętasz? Mówiłaś, że: - nic nie jest warte funta kłaków oprócz miłości – pamiętasz? Zawsze uczyłaś nas żyć w zgodzie z naturą. Wpajałaś nam własne słowa – przypomnij sobie. Mówiłaś, że: - liczy się rodzina, że: - nic nie jest warte utraty rodziny – to twoje słowa.

- Pamiętam. Dobrze to pamiętam.

- Jeśli to pamiętasz to pomyśl. Całe lata dorabialiście się z ojcem tego, co macie teraz. I udało się. Zobacz. Mamy dom z ogrodem. Mamy pełne umeblowanie. Ty sama to wszystko urządzałaś – to twoje dzieło. Mawiałaś wciąż, że nie potrzebna jest tobie żadna moda, ani żadna rada. No i popatrz. Masz to. Mamy dwa samochody – to również. Nowy czy stary, lecz je mamy. Jednak bądź sprawiedliwa mamo. Od jakiegoś już czasu, to ty sama jesteś uwięziona w tym domu. Nie powiem, że jesteś złą gospodynią, żoną, matką. Byłaby to zupełna nieprawda. Niemniej fakt faktem jesteś tu uwięziona. Tatko wciąż pracuje. Ostatnio pracuje po kilkanaście godzin na dobę. I co mamy z tego?

- Saro! Daj spokój. Może mama ma rację. Może to egoizm żądać by mama zgodziła się na przeprowadzkę. I to z mojego powodu. Nie wiem. Już nic nie wiem.

- Egoizm? Tak to nazywasz? Tyle dla ciebie znaczy to, co zdobyliśmy przez te lata? Egoizm? To takie proste! Tyle lat starań, zabiegów, pracy. To wszystko obecnie spakować, wywieść, sprzedać. I to po co? Po to by znowu zaczynać od zera.

Vivienne Forest puściła dłonie córki. Podchodząc do okiennic z widokiem na ogród, stawiała niezdecydowane kroki. Tak jakby nie bardzo wiedziała gdzie idzie. Sara stojąc wpatrywała się w matkę, nie bardzo wiedząc co ma zrobić. Rozumiejąc obawy kierujące matką – jednocześnie, gdzieś wewnętrznie sama chciała zmiany. Ojciec stał milcząc. Nie chciał już nic mówić. Czuł, że mimo oporu żony, on nie może się już wycofać. Coraz bardziej czuł, że tego nie zrobi. Sara chwilę stojąc była dokładnie zdezorientowana, zmęczona. To wszystko ją przerastało. Z tegoż to powodu postanowiła iść spać. Zatem obracając się na pięcie, ruszyła w kierunku schodów.

- Zrobicie jak chcecie. Ja mam dość. Idę spać. Dobranoc.

Steven nie odpowiedział - Vivienne również. Sara kroczyła po schodach, przez moment patrząc na nich z ich górnych stopni. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Oni stali jak zahipnotyzowani. Ani ojciec ani matka – wydawałoby się – nie wiedzieli, jak postąpić. Jakby zastygli w swoich rolach. Nie mogła na to patrzeć. Ruszyła energicznie w górę po schodach. I tylko ze względu na braci nie trzasnęła drzwiami. W pokoju panował chaos, jak to ona wiele razy stwierdzała: - kontrolowany. Dotąd jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj nie mogła tego znieść. Czuła się dziwnie. Zaczęła zbierać wszystkie kartki, notatki, zapiski, książki.

Nagle naszła ją chęć na segregowanie, układanie, porządkowanie. Siła do czynienia właśnie tego typu czynności była coraz to silniejsza i nie do opanowania. Jej czynności stawały się coraz to szybsze i szybsze. Nie zastanawiała się nad tym. Szukała czegoś co mogło to wszystko okiełznać, opanować, zamknąć. Raptownie otworzyła składzik na korytarzu, i wyciągając złożone tam kartony, jęła je przenosić do pokoju i składać – jeden po drugim. Wszystkie płótna bez zastanowienia złożyła w jeden róg pokoju. Pędzle i farby od razu znalazły się w osobnym kartonie. Kartonów przybywało.

Przybył również karton na książki, jak i karton na moc jej zeszytów, zapisków, notatników. Była jak w transie. Nie interesowało jej, która jest godzina. Poruszała się między czterema ścianami pokoju - niemal bezwiednie. Dopiero gdy znalazła się przy swej sofie – nagle przystanęła. Tak jakby ktoś nagle wyłączył prąd. Stała przypatrując się własnej toaletce przy łóżku. Spojrzeniem biegała po blacie toaletki, gdy nagle poczuła dotkliwe zmęczenie. Wypiła parę łyków herbaty ze stojącego na blacie kubka, i zanurzyła się w pościeli. Nie minęła niemal chwila, a sen zawładną nią całkowicie. W salonie na dole Steven z Vivienne, jeszcze przez chwilę stali bez ruchu. Mężczyzna nie wytrzymał kłopotliwej ciszy. Skierował się w stronę schodów. Już miał na nie wejść, gdy ona raptownie odwróciła się od okna. Przystanął na chwilę, słysząc odgłos potrąconego przez nią fotela.

- Steven’e! Musimy porozmawiać – wiesz o tym.

Po krótkiej chwili odwrócił się w jej stronę będąc nie bardzo pewien, co jeszcze można tu powiedzieć. Widząc jednak poważną twarz żony, ruszył w jej stronę. Usiadł tym razem nie obok niej na sofie, lecz w fotelu – po drugiej stronie stołu. Co do zajęcia miejsca wychwyciła jego zawahanie niemal od razu. Nic nie dała jednak po sobie poznać. Czuła, że jakikolwiek opór nic tu nie da. Widziała w jego oczach już gotową decyzję. Pozostawiła sobie jednak ostatnie słowo. Rozumiała różnicę w tym, iż inaczej mogłaby postąpić będąc sama, a inaczej posiadając własne dzieci. Jej mąż najwyraźniej nie zważał na tę różnicę.

- Wiesz, że nie chcę się z tobą kłócić, bo nie o to tu chodzi.

- Wiem Vive. Wiem.

- Wciąż usiłuję tobie przypomnieć, iż mamy dzieci. To jest odpowiedzialność nas obojga Steven’e – mimo to – wracając do tematu, mam parę pytań co do miejsca, gdzie mielibyśmy mieszkać.

- To co wiem Vive to niewiele. Zdaje sobie sprawę z tego, iż to może być dla nas trudne. Uważam jednak, że powinienem zgłębić tę sprawę – dopiero potem definitywnie zadecydujemy.

- Posłuchaj. To co wciąż mi mówisz, to ogólniki Steven’e. Powiedz mi, jak to konkretnie ma wyglądać? Inaczej stąd się nie ruszam.

Wstał i ruszył w stronę toaletki, gdzie pozostawił skórzaną torbę. Chwycił ją jakby analizował jej rolę w tej rozmowie. Wrócił i usiadł na tym samym miejscu. Przez moment siedział na fotelu, szukając odpowiednich słów. Bardzo chciał to żonie wytłumaczyć czując jednocześnie, iż bez względu na efekt rozmowy – on już podjął decyzje. Chciał jednak być uczciwy wobec niej na tyle, by pokazać jak ją kocha. Chwilę jej się przypatrywał, po czym wstał, pochwycił ją ze spokojem w ramiona. Usiadł tuż przy niej na kanapie. Wyciągał kolejno dokumenty z teczki.

- Spójrz. To są właśnie te kontrakty o których wspominałem wcześniej. Kontrakty dotyczą posiadłości w Stanford i okolicy. W tym okręgu jest mnóstwo starych posiadłości. Co prawda wiąże się z tym pewien nakład finansowy, związany z przeprowadzeniem remontów niemal wszystkich obiektów. Inne firmy – włącznie z moją – zrezygnowały, gdyż niezbędna jest przy tym ogromna wiedza. W przypadku remontów czy restauracji zabytków, będących majątkiem państwowym – publicznym – niezmiernie ważna jest współpraca z urzędami do spraw zabytków. Naturalnie jeśli chodzi o posiadłości prywatne, pozostające nadal w rękach właścicieli, taka współpraca nie jest konieczna. Tak więc te zależności, nie są kwestią działającą dodatnio na atrakcyjność oferty dla wielu tego typu firm.

- No dobrze. Mówisz, że jest to kwestia nakładów finansowych, jeśli chodzi o remont czy restaurację tych starych posiadłości. To pewnie są ogromne pieniądze. Przecież ty nie masz na to takich kwot pieniędzy.

- To nie tak Vive. Posiadłości te mają swoich właścicieli, oni mają decydujące słowo w sprawie dalszych losów ich własności. Jeśli się decydują by coś konkretnego zrobić w tym kierunku, zgłaszają się właśnie do takich firm, jaką – między innymi – będzie moja firma. Te cztery kontrakty posiadają własne fundusze na ich realizację, i nie są przeznaczone do sprzedaży. Stąd ich mała atrakcyjność dla wielu firm. Po prostu na tym wiele nie zarobią.

- Czyli te kontrakty o których wspominałeś, to właśnie takie sprawy.

- Tak Vivienne. Właśnie tak.

- To dlaczego musiałeś o nie walczyć – nie rozumiem?

- Większość firm tego typu powstała – jak to rzec – w imię dobrych intencji fachu. Jednak z czasem rynek w tej dziedzinie się zmienił. Rozumiesz? Czasy się zmieniają, styl życia, oczekiwania ludzi. Technika również idzie do przodu. Zatem coraz więcej takich posiadłości trafia w ręce pośredników, czyli firm będących łącznikiem między właścicielem a wykonawcą, czy kupcem. Jaki jest powód? Różny. Być może dlatego, iż już nie ma komu przekazać majątku rodzinnego. Być może rodziny mają ogromne długi, i sprzedając, starają się wyjść z kłopotów finansowych. Być może i z powodu, iż takie posiadłości pochłaniają fortuny, jeśli chodzi o ich remont. No i oczekiwania współczesności są inne, co do walki o nie. Każda z zainteresowanych firm, w założeniu musi przystąpić do przetargu. Inaczej przestaje istnieć na rynku. Mieliśmy w tych konkretnych tematach wykonać projekty. I to one były oceniane według konkretnych kryteriów. Najlepszy projekt wygrywa. Mnie jak już wiesz od lat nie chodzi o – stricte – usługi remontowe i sprzedaż. Tak właśnie czyni wiele firm tego typu. Mnie chodzi o coś więcej. O oddanie tym posiadłościom ich utraconej duszy. O oddanie im tego, co już straciły dawno temu. Bo przecież posiadłość to nie tylko dom, ale i jego otoczenie.

- No wiem Steven’e. Zawsze traktowałeś ten temat w szczególny sposób. No dobrze. Masz te kontrakty. Co dalej?

- Dziękuję, że to podkreśliłaś Vive. Chcę wrócić jednak do tematu kontraktów. W wyniku zdobycia tych kontraktów, zdobyłem fundusz na założenie własnej firmy. Aby zarządzać firmą, która ma powstać, musi ona mieć swoją stałą siedzibę. Stałe miejsce skąd mógłbym nią zarządzać prowadząc działalność.

- Rozumiem.

- Jednak mam dziwne przeczucie, co do tych kontraktów.

- Czemu?

- To jest dziwna sprawa. Nad tym właśnie się wciąż zastanawiałem. Wszystkie te kontrakty, które uzyskałem – niby są niczym ze sobą nie związane, a jednak... Przeanalizowałem je wszystkie bardzo wnikliwie. W każdej z nich nie ma informacji o ich właścicielu. Jedynie wykazane jest biuro prawne, zajmujące się prowadzeniem spraw tychże obiektów. To dziwne zważywszy na to, że na ogół w takich sprawach, podaje się właściciela jako inwestora. Chyba, że nie ma prawnego inwestora – właściciela nieruchomości. Wtedy jest nim zarządca.

- Steven’e! Ja się na tym nie znam, ale moim zdaniem warto to sprawdzić dokładniej.

- Mam taki zamiar.

- No dobrze. Wiem, że wygrałeś przetarg na te kontrakty. Zdobyłeś przez to fundusze na stworzenie własnej firmy. Wiem już, że warunkiem skorzystania z tego funduszu jest założenie owej siedziby firmy. Wiem, że z tego powodu trzeba się przeprowadzić. Co dalej?

- Jakieś cztery tygodnie temu odebrałem telefon. To było wtedy, gdy po raz pierwszy zacząłem wracać do domu później niż zwykle. Co prawda – ściślej mówiąc – telefon był do firmy. Tam, gdzie pracowałem. Jednak to mnie poproszono do telefonu. To właśnie o mnie pytano. Naturalnie fakt ten wywołał swoiste zdziwienie pracujących tam niektórych osób.

- Nic nie mówiłeś. Nic o tym nie wiedziałam.

- Bo mówiąc szczerze – wtedy – nie było o czym mówić. Jednak to co działo się później sprawiło, że wszystko zaczęło się zmieniać.

- Czyli, kto dzwonił?

- Mówiąc szczerze, dotąd nie wiem.

- Jak to? Nie wiesz z kim rozmawiałeś? Nie przedstawił się.

- No właśnie nie. To był jeden z warunków, postawionych na samym początku rozmowy – a później – być może współpracy. Zadzwonił do mnie mężczyzna. Z głosu wywnioskowałem, że to człowiek bardzo zasadniczy – by nie powiedzieć – staroświecki. Niewiele powiedział.

- Jak to niewiele powiedział? Czyli co?

- Naturalnie upewnił się, czy rozmawia ze mną. Zapytał o imię i nazwisko. Pytał o mój kierunek w tym biznesie. Zdziwiłem się, bo to nie codzienne pytanie kogoś, kto dzwoni do firmy doskonale poinformowany. Takie wrażenie odniosłem od samego początku.

- No… mnie się również wydaje to dość dziwne. Ale ludzie są różni.

- Tak i ja pomyślałem. Jednak – mimo wszystko – ten telefon wywołał we mnie odczucie, że nie powinienem go zignorować. Że powinienem bardzo poważnie się temu przyjrzeć. Zainteresować się.

- No tak, już to zauważyłam. Zatem co oprócz tego powiedział ten mężczyzna?

- Przeprosił za te wszystkie pytania o moją osobę. Stwierdził jednocześnie, że koniecznie zależało mu na tym, by rozmawiać ze mną. Oznajmił, iż jest w posiadaniu wielu informacji na mój temat, i to bardzo pozytywnych. I to było między innymi powodem, dla którego chciał tylko ze mną rozmawiać. Powiedział, iż sprawa kontraktów jest propozycją trudną. Zapytałem, dlaczego trudną? Co to znaczy? Powiedział mi, że jeśli chcę zmiany w swoim życiu – przyjmę je. Muszę jednak zgodzić się na warunki z nimi związane. Daje mi cztery tygodnie na podjęcie decyzji. Równo po czterech tygodniach, otrzymam następny telefon, ale tu do domu.

- Innymi słowy. Wygrałeś kontrakty, otrzymasz fundusze na stworzenie własnej firmy. Jednym z warunków jest fakt, iż twoja firma ma znajdować się na miejscu w Stanford. Masz się zastanowić nad tym, czy się tam przeprowadzisz, czy też nie. O to chodzi? Tak?

- Tak.

- Mam nadzieję, że nie dawałeś mu naszego telefonu?

- Nie musiałem Vivienne. On go już posiadał. Tak jak powiedziałem, ten człowiek był w posiadaniu wielu informacji o mnie. Sam to przyznał. Nie powiem – poczułem się dziwnie podekscytowany. Sam stwierdził, iż posiadane przez niego informacje są pozytywne.

- Skąd na miłość Boską?

- Nie mam pojęcia. Niemniej po tej informacji zażądał ścisłej dyskrecji. Zażądał by ta rozmowa została tylko między nami.

- Steven’e! To bardzo dziwna sprawa.

- Poczekaj kochanie. Poczekaj. To nie koniec.

- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że już dzwonił? Nie tu do domu. Wiedziałabym o tym.

- Nie, nie. Wtedy nie mógł dzwonić, bo czas ku temu jeszcze nie nadszedł.

- To dzwonił do ciebie, do firmy?

- Nie, nie dzwonił więcej. Ten telefon był jedynym telefonem do firmy. Nim zaczęły się jednak na dobre te moje – jak to powiedzieć – nadgodziny w firmie, wezwano mnie na dywanik do szefa.

- Po co?

- No i to jest dziwne. Myślałem, że chodzi o jakieś zlecenia lub polecenia, uwagi, sugestie. Co prawda nie byłem z szefem – jak to rzec – w stosunkach przyjacielskich. Nasze osobiste kontakty, ograniczały się li tylko do biznesu. Jednak były uprzejme – by nie powiedzieć – układne. Ale to tyle. Nie miałem nigdy z szefem zatargów, i poza drobnymi jego uwagami co do konkretnych zleceń, nic takiego się nie działo.

- Ale? Czuję, że jest jakieś ale!

- I masz rację. Zaraz po telefonie, który odebrałem w firmie, zaczęły się dziwne spojrzenia moich współpracowników.

- Jak to? Może tak ci się wydawało.

- Właśnie nie. Wtedy nie zwracałem na to uwagi – choć przyznam – wydawało się to dziwne. Później jednak zaczęły się dziwne uszczypliwe uwagi co do mojej pracy. Aż do momentu, gdy wezwał mnie do siebie szef. Już nie raz byłem u niego, i traktował mnie bardzo kulturalnie. Wtedy jednak coś się zmieniło. No niby coś takiego się nie stało, ale tym razem był bardzo sztywny, oszczędny w słowach – by nie rzec – oziębły.

- Steven! Każdy ma swoje lepsze i gorsze dni. Być może i w tym przypadku…

- Nie Vive, nie! To był początek. Co i rusz coraz więcej miał do powiedzenia. Co do mojej pracy, zawieranych umów z inwestorami, aspektów w uzgodnieniach.

- A miał ku temu powód?

- Uważam, że nie. I była to prawda. Bardzo szybko jednak zacząłem podejrzewać, iż on musiał coś wiedzieć o tym dziwnym telefonie. Powiem szczerze – niemal jestem pewien, że zawdzięczam to „tym życzliwym”. Pamiętasz wspominałem tobie, że nie wszystkim odpowiada mój profil moich poglądów. I nie myliłem się. Zaczęły się nakazy pozostawania w pracy co i rusz dłużej. A to taka potrzeba. A to bardzo ważny kontrakt. A to wielki inwestor biznesowy. I tak zacząłem powracać do domu niemal na kolację.

- A ja myślałam, że to charakter twojej pracy. Że to ty zadecydowałeś o tym by tyle pracować. Ja nie pracowałam, więc myślałam…

- Było coraz gorzej aż do momentu, kiedy szef wezwał mnie do siebie. Oznajmił mi, iż wie co ja robię. Nie wiedziałem o co mu chodzi. A on oznajmia mi, że wie o telefonie odebranym przeze mnie. I dotąd oczekiwał, kiedy ja zjawię się u niego. Kiedy raczę oznajmić mu, iż nie podoba mi się praca w jego firmie.

- Musiał ktoś mu donieść.

- Właśnie nie mógł. A to dlatego, że w rozmowie telefonicznej nie było mówione nic takiego. Człowiek powiedział mi tylko, że propozycja polega między innymi na przeprowadzce do Stanford. To właśnie tam ma znajdować się nowa firma. Umówił się ze mną tylko na telefon do mojego domu – nic więcej. Ani słowa nie było na temat, bym ja miał zmienić pracę, a już – na pewno – bym to ja chciał ją zmienić.

- To twoim zdaniem, co się stało?

- Nie wiem Vive, nie wiem. Wydaje mi się, że mógł jedynie domniemywać z plotek. Być może doniesiono mu o tym dziwnym telefonie. A skoro jestem pewien, że nie wypowiadałem tych informacji na głos – znaczyło by – że telefon w firmie jest być może na podsłuchu.

- I co teraz?

- Wczoraj miałem rozmowę z tym człowiekiem.

- Mówiłeś, że ma dzwonić do domu po czterech tygodniach.

- No właśnie minęły wczoraj. Pamiętasz? Przyjechałem z pracy, i jak tylko wszedłem ty odebrałaś telefon. Zaraz przekazałaś mi słuchawkę twierdząc, że nie rozumiesz o co chodzi.

- Tak. Już pamiętam. Jakiś mężczyzna prosił mnie bym ciebie zapytała, czy się zastanowiłeś. Nie wiedziałam o co chodzi – ty właśnie w tym momencie wszedłeś do domu. Akurat wtedy gdy ten telefon zadzwonił.

- To właśnie ten człowiek Vive. Wtedy przedstawił mi propozycję. Okazało się, że te kontrakty z ich warunkami to była jego propozycja. Wiedział o tym, że pracuję właśnie nad nimi. Wiedział, że mam kłopoty z szefem. On wszystko wiedział Vivienne – wszystko! I ten fakt, czyli to o kontraktach. Miałem przeczucie, że one mają jakiś wspólny mianownik.

- Steven’e! Kto to jest? Czy ty chociaż wiesz, kto to jest?

- Niestety nie wiem. Powiedział mi tylko, że jeśli przyjmę jego propozycję – moje życie się odmieni bezpowrotnie.

- I co dalej? Co teraz będzie? Co chcesz zrobić?

- Jak na razie o podjęciu ostatecznej decyzji nie może być mowy. Postanowiłem więcej dowiedzieć się o tej propozycji. Warunkiem, jaki przekazał mi ten człowiek z telefonu było to, iż przyjmuję jego propozycję. Mam w tym celu założyć własną firmę w Stanford. Stwierdził, że pieniądze nie są problemem. Ja jednak postanowiłem to sprawdzić.

- Dla kogo nie są problemem Steven’e? Dla niego, czy dla ciebie? Zastanowiłeś się nad tym? Po jednym telefonie, po jednej rozmowie – i to z nieznajomym człowiekiem – ty nagle podejmujesz decyzję, by rezygnować z pracy, i ot tak wyjechać?

Mężczyzna znowu wyczuwał rosnące napięcie. Wiedział, że za moment będzie awantura. Coraz bardziej był zmęczony tą całą sytuacją. Nie chciał tego, a jednocześnie – mimo to – nie chciał z tego rezygnować. Mało wiedział w sprawie nieznajomego telefonującego doń człowieka – by nie powiedzieć – nic nie wiedział. Ale wyraźnie wyczuwał dla siebie wielką niepowtarzalną szansę. Rozumiał, iż dalsze dywagowanie nic tu nie da. Zdawał sobie sprawę, że jeśli czegoś nie uczyni – straci być może sposobność na dokonanie czegoś niesamowitego. Nim ocknął się z zamyślenia, Vivienne była już przy schodach. Wpatrywała się w niego chłodnym spojrzeniem – czuł to. Zrobiła dwa kroki na stopniach.

- Idę spać. Mam dość.

- Ja też mam dosyć. Masz rację. Czas na odpoczynek.

Wstając z fotela skierował się w jej stronę. Ona jednak nie ruszyła się ze stopnia. Wpatrzona była w niego tak, jakby w ogóle go nie widziała. Wolnym krokiem podszedł do schodów.

- Co się dzieje Vive?

- Wiesz, że nie skończyliśmy rozmowy?

- Wiem. Niemniej na dzisiaj starczy. Chodźmy spać.

Odwróciła się wolno rezygnując z dalszej rozmowy. Sara i chłopcy już spali. Noc była w pełni. Kobieta tylko zajrzała przez uchylone drzwi do pokoju chłopców sprawdzając, czy jest wszystko w porządku. Najstarsza córka nie wymagała już tak wnikliwej uwagi, toteż minęła jej drzwi kierując się do własnej sypialni. Odchyliła ze swojej strony pościel, chcąc usiąść na brzegu – zrezygnowała. Podeszła do toaletki. Podczas gdy siadała na krzesło, jej szlafrok luźno spadł na dywan. Rozwiązując tasiemkę z aksamitu, rozpuściła włosy. Szczotka przesuwała się po nich niemal bezwiednie, niczym w uśpieniu. Oczy błądziły jednak gdzieś po płaszczyźnie lustra.

Czuła się coraz gorzej. Nie umiała się skupić na czymkolwiek. Dłoń ze szczotką mimowolnie upadła na kolana. Gdy Steven wszedł do sypialni w piżamie, spojrzał na nią w milczeniu. Nie chciał jej dokładać więcej powodów do zdenerwowania. Obszedł łóżko siadając z brzegu. Chwilę milczał.

- Vive! Nie chciałem by to tak wyszło. Wybacz mi proszę.

- Właśnie zastanawiam się Steven’e, jak mam postąpić. Myślę jednak, że nie chcę teraz o tym mówić. Na to przyjdzie czas jutro. Poza tym jestem zmęczona.

- Masz rację. Ja również jestem zmęczony.

Położyli się każde po swojej stronie. Steven trzymał rękę na kołdrze zastanawiając się, czy nie uchwycić delikatnie jej dłoni. Miała ją również na wierzchu pościeli. Leżała lekko odwrócona we własną stronę łóżka. Bał się jej reakcji. Bardzo chciał pochwycić jej dłoń na znak zrozumienia tego, co ona czuje. Nie zdobył się jednak na ten gest. Jakoś podświadomie oczekiwał choć na najmniejszy gest, najmniejszy ruch świadczący o tym, że nie jest na niego zła. Był jednak zbyt zmęczony. Powieki opadały mu wolno, zakrywając wielką niewiadomą lawinę gorączkowych rozmyślań. Vivienne nie spała. Leżała nieruchomo po swej stronie.

Wzrokiem obmiatała zaciemnione nocą ściany, co i rusz rozświetlane refleksami przebijających się kosmyków światła z za firanek. Była totalnie przygnębiona. Czuła jak zimne stróżki łez płynęły po jej policzkach, niknąc w bieli poduszki. Zastanawiała się nad tym, co jest przyczyną jej przygnębienia. Wciąż jej rozmyślanie przerywał zimny strumyczek łez kreślący ślad po jej twarzy. Nie chciała płakać. Zawsze przyjmowała ciosy życia z podniesioną głową – lecz z wielką pokorą. Próbowała sama przed sobą sprecyzować wagę faktów, o których mówił jej mąż. Rozważała, czy bardziej martwi ją niewiadoma, wynikająca z następstw nieuchronnej decyzji. Czy to, iż jej świat wali się w posadach.

Uświadomiła sobie jedną prawdę. Ona nie może nic zrobić by temu zapobiec. Wręcz irytowało ją to, iż tak naprawdę, wpadła w pętlę własnych dywagacji. Mimo, że bardzo tego nie chciała, ponownie poczuła stróżkę łez na twarzy. Niemal ją zapiekły. Kochała męża, dzieci. Kochała nade wszystko dom, jako miejsce trwałe i bezpieczne. Nie umiała rozważyć tego, co jest pomiędzy. Steven już spał, gdy pochwyciła w ciemności jego dłoń. Usnęła. Ranek zawitał lekkimi promieniami słońca. To one pierwsze rozświetlając mrok pokoi, tańczyły po ścianach wzorem prześwietlanych firanek.

Sara już nie spała. Obudziła się dość wcześnie. Była przejęta tym, co działo się poprzedniego wieczoru. Z całej rodziny to ona wiedziała najmniej – pomijając jej braci. Ale dręczyło ją to ogromnie. Wstała nie mogąc już uleżeć. Ubrana, chcąc wyjść z pokoju, nagle zauważyła szereg kartonów stojących rzędem pod ścianą. Chwilę stała przypatrując się temu zjawisku. Nie mogła sobie przypomnieć, czemu to spakowała. Po co? Kartony wyglądały tak, jakby były przygotowane do wyniesienia. Jakby ona miała się wyprowadzić. Nie wytrzymała tego widoku, i ruszyła na schody. Nie chciała korzystać z łazienki przy sypialni rodziców, nie chcąc ich budzić.

Uważała, iż należy im się spokojny sen. Usiłowała określić tym, iż to – być może – najlepszy sposób na ich problemy. Zeszła na parter. Tam się umyła, uczesała. Uwielbiała czuć na plecach burzę własnych włosów, ku niezadowoleniu matki – zresztą. Ona to zawsze mawiała: - zadbane włosy, to splecione włosy. Sara nic sobie z tego nie czyniąc, uważała je za jej osobisty atrybut piękna. W kuchni było cicho i spokojnie. Blaty błyszczały czystością. Nakryła stół do śniadania od razu planując przygotowanie czegoś smacznego. Oczekiwała od tej właśnie chwili czegoś w rodzaju odskoczni.

Tak jak matka bardzo lubiła gotować. Zatem bardzo często krzątając się po kuchni, tworzyła wiele smakowitości. I nim się obejrzała, kuchnię wypełnił wspaniały aromat malinowej herbaty, mnóstwa smakowitej jajecznicy z bekonem. A ponadto dla chłopców fantazyjne kanapki z szynką, pomidorem, i włoskim żółtym serem. Już kończyła nakrywać do stołu, gdy w kuchni pojawiła się jej matka w długim nocnym szlafroku. Sara widziała ją już z daleka – pokonującą przestrzeń, dzielącą hall od kuchni. Jej granicą była wielka drewniana futryna. Zakreślała ona brak zdjętej przez właścicieli całej ściany.

Vivienne nie chciała zamkniętych pomieszczeń mawiając: - tam gdzie życie walczy o żyjących, nie powinno być żadnych granic. Jej to również się podobało. Sara uważała zamknięte pomieszczenia, za świadome ograniczanie własnej wolności. Gdy to właśnie sobie przypomniała, spojrzała na matkę ciepłym wzrokiem.

- Dzień dobry mamo.

- Dzień dobry dziecko. Ty już tutaj? Mogłaś jeszcze sobie pospać.

- Pewnie tak ale ja lubię wcześnie wstawać. Ranek jest wspaniały, choć czuje się już jesień. A jak ty spałaś?

- Może być. Co prawda późno się położyłam, ale wystarczyło.

Kobieta podeszła do szafki ze szklaneczkami. Już chciała nalać sobie wodę z plastikowej butelki stojącej na tacy, gdy Sara podała jej szklaneczkę kompotu.

- Nie pij wody na czczo – proszę. To ci szkodzi. Wiesz o tym.

- Wiem. Dziękuję.

Vivienne odstawiła czystą szklaneczkę na miejsce, a tę z kompotem uniosła do ust. Z wielką przyjemnością uczyniła parę łyków. Uśmiechnęła się lekko do córki, widząc przygotowane śniadanie. Nie aby to było coś niespotykanego w tym domu, ale jednak to był miły widok. Była zadowolona, iż ona o tym akurat tego ranka pomyślała. Usiadła na krześle przy kredensie.

- Co ja mam zrobić? Matko jedyna! Zupełnie nie wiem co ja mam robić.

- Mówisz o wczorajszej rozmowie z ojcem?

- Tak. Mówię właśnie o tym.

- Co tobie powiedział tata wczoraj? Pewnie długo rozmawialiście wczorajszego wieczoru.

- Mówiąc szczerze, wiele z tego co mówił do mnie nie dotarło. Saro! Ja nie znam się na tych wszystkich kontraktach, biznesowych zdobyczach. Tata pokazywał mi te kontrakty. Jest tego dużo. Ale ja nadal nic nie wiem.

- Nie powiedział tobie nic o tym gdzie będziemy mieszkali?

- W ogóle o tym nie mówił. Saro! To jest bardzo dziwna sprawa. On nie wie ani kto do niego dzwonił, ani dlaczego akurat do niego. Ten człowiek z telefonu – według twego ojca – wiedział bardzo wiele o ojcu, jego pracy i… w ogóle niemal wszystko.

- Ale konkretnie, co się dowiedziałaś?

- On ma jechać do Stanford. Tam ma mieszkać, pracować. Nie wie ani gdzie konkretnie, ani za jakie pieniądze. Nic Saro! Nic na czym można by się oprzeć. Cokolwiek czego można by się uczepić, przeanalizować.

- Kiedy ma tam jechać?

- Nie wiem. Dzisiaj mamy o tym rozmawiać – o reszcie również. Mówiąc szczerze, nie mam na to siły Saro. Najzwyczajniej boję się, iż jak zapytam – usłyszę coś, czego nie będę mogła znieść.

Sara uchwyciła krzesło i ustawiwszy je blisko matki usiadła. Chwilkę wpatrywała się w nią jakby w pamięci ważyła słowa. Wiedziała, że tu trzeba delikatności. Znała matkę i wiedziała, iż w gruncie rzeczy jest ona odważną kobietą. Jednak matka zadając sobie zbyt wiele pytań raniła sama siebie. Nie mogła przy tym podjąć jasnej jednoznacznej decyzji.

- Posłuchaj. Tato idzie dzisiaj do pracy?

- Mówiąc szczerze nie wiem. Powiedział mi tylko, że ma już te kontrakty i one wszystko zmieniają.

- Czyli jak sądzę podjął już decyzję.

- Tak myślisz?

- Myślę, że tak.

- Czyli co? Moje zdanie tu jest na nic? Ja w ogóle się nie liczę?

- Mamo liczysz się i nigdy tak nie myśl. Liczysz się. Gdyby tak nie było tato już dawno by tam był. I nie patrzyłby na to co my mamy do powiedzenia. Sama widziałam, jak go to dręczy.

- No tak. To akurat prawda.

- Porozmawiaj z nim mamo. Jeśli chcesz to ja będę przy tobie. Jednak musisz z nim porozmawiać. Cokolwiek się stanie nie możemy go z tym pozostawić samego. A na twoją decyzję zawsze przyjdzie czas. Rozumiesz?

- Ale dom Saro! Chłopcy ty i ja.

Kobieta znów wpadała w swój słowotok argumentów przeciw wszystkiemu co by w jakikolwiek sposób, mogło naruszyć stabilność rodziny. Była jak wypełniacz scalający wszystkich i wszystko. Sara również miała wątpliwości, lecz nie chciała po sobie dać poznać, że je ma. Wiedziała o co chodzi, i nad czym się matka zastanawiała. I gdy tylko Vivienne na moment zamilkła, ta wykorzystała tę chwilę.

- Najpierw z nim porozmawiaj. Dowiedz się proszę jak to ma wyglądać. Przecież nie musisz już teraz podejmować decyzji – prawda?

- No nie muszę ale jak ojciec już ją podjął? Jeśli mimo mojego sprzeciwu, zechce tam jechać? Co ja zrobię? Nie utrzymam domu.

Obie zajęte sobą nie zauważyły, iż rozmowie ze schodów przysłuchiwał się sam zainteresowany, czyli Steven – mąż Vivienne a ojciec Sary. Podchodząc do obojga, szukał odpowiednich słów.

- Masz rację Vive! Podjąłem decyzję ale nie taką jak myślisz.

Kobieta raptownie odwróciła głowę w jego kierunku. Nie sądziła, iż ktokolwiek słucha ich rozmowy.

Jej konsternacja rozleciała się z trzaskiem zastąpiona zażenowaniem. Sara mimo, iż również nie spodziewała się ojca, liczyła na jego wsparcie – i nie myliła się.

- Podjąłem decyzję. Jednak dotyczy ona jazdy do Stanford. Mam dzisiaj spotkanie z człowiekiem z telefonu.

- Jak to? Nie jedziesz dzisiaj do pracy?

- Nie, nie jadę. Ale czy możemy porozmawiać o tym po śniadaniu? Coś bym wrzucił na ruszt.

Uśmiechnął się do niej w taki sposób, jakby cała ta sprawa miała wagę wyboru zakupu ciasteczek na niedzielny stół. Sara przyglądała się minie ojca, i nawet ją to zaskoczyło. Znając go wiedziała, że nie jest niezaradnym ojcem. Odniosła też wrażenie, iż ojciec najwyraźniej – albo nie rozumiał wagi sytuacji, albo sobie nic z tego nie robił. On najzwyczajniej się tym wszystkim bawił. Tak to wyglądało, choć wcale nie musiała to być prawda.

- Ciebie to bawi tato?

Już miał jej odpowiedzieć gdy z wielkim rumorem schodami na dół zbiegli chłopcy. Vivienne przez tą całą rozmowę z córką zapomniała o kanapkach dla nich do szkoły. Za moment miał przyjechać gimbus, a tu wszystko jeszcze w polu. Chłopcy zbiegli do kuchni w piżamach, chcąc od razu skierować się do jadalni. Szczęście że Sara stanęła jak taran, broniąc stołu jak fortecy.

- Hola! Hola! Panowie. Najpierw udacie się do łazienki. Mycie zębów, prysznic. Dopiero przyjdziecie tu na śniadanie.

Vivienne chciała już coś powiedzieć, by choć trochę usprawiedliwić ich zachowanie, ale nie zdążyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz