Tom I – część 3

Post w dziale:

Sara w szczególny sposób obdarzyła ją spojrzeniem. Chłopaki widząc dziarską postawę siostry, nawet nie próbowali oponować. Ruszyli z powrotem na schody.

- A i o ścieleniu łóżek nie zapomnijcie! I to mają być obroty. Śniadanie i gimbus nie będą czekać.

Odwróciła się w stronę matki pracującej już przy szykowaniu dla nich kanapek. Ojciec zdążył już się umyć, ogolić, ubrać i kroczył przez hall nienagannie ubrany. Teczka stała na toaletce. Gdy kanapki stanęły już w opakowaniach na blacie, Vivienne chciała już ruszyć na górę po synów. Oni jednak byli szybsi i znowu był rumor na schodach. Cała rodzina zasiadła przy stole. Sara zajęła się dzbankiem z herbatą, choć ta już nieco ostygła. Chłopcy zaś rzucili się na jajecznicę z bekonem. Dokazując sobie przy tym tworzyli istny chaos. Zachowywali się tak jakby w ogóle ich nie interesował fakt, że być może za moment będą się przeprowadzali.

Nie wspominając już, że dla nich były pyszne kanapki a nie tylko jajecznica z bekonem. Sara jednak to przewidziała, i upichciła jej więcej. Plecaki mieli już na dole. Jak tylko zjedli ostatni kęs, już ich nie było. Na szczęście przystanek gdzie zatrzymywał się gimbus, znajdował się bardzo blisko. Z okrzykiem: – cześć wam! – , wybiegli na zewnątrz. Sara nadto się nie śpieszyła. Chciała być świadkiem rozmowy matki z ojcem. Vivienne jednak zdawała się być zagubiona. Gdy wszyscy skończyli jeść, Sara powstała pierwsza.

- Mamo! Ja posprzątam a wy idźcie porozmawiać – proszę.

Vivienne niemal bezwiednym wzrokiem. spojrzała na męża Wydawała się oczekiwać choć jednej informacji, mogącej ją uspokoić. Była zmęczona tym ciągłym napięciem. Ojciec idąc w kierunku toaletki, pochwycił płaszcz odwracając się do żony.

- Vive posłuchaj. Jak na razie mało co wiem.

- No ale co dalej? Co z pracą?

- Już nie pracuję w tamtej firmie. Ten bydlak zwolnił mnie wczoraj. Chciałem tobie o tym powiedzieć, ale byłaś taka przybita tą całą sytuacją. Nie chciałem ciebie i tym martwić.

- Jak to nie pracujesz? Jeszcze wczoraj pracowałeś?

- Tak. Wczoraj pracowałem ostatni dzień. Kiedy szef wezwał mnie do siebie, już wiedziałem, że coś się święci. Nie było już uśmiechu, koleżeńskiego pozdrowienia. Siedział przede mną człowiek zimny i wyrachowany. Stwierdził że doszły go słuchy, iż ja mam aspiracje na własną firmę. Że nie jestem mu wdzięczny za zapewnienie mi pracy. Ale mniejsza z tym. To już poza mną Vive.

- To jakieś kpiny.

- Nie ważne. Jak powiedziałem to już poza mną. Obecnie jadę teraz do Stanford. Mówiąc szczerze nie wiem czego się spodziewać. Ale rozumiesz – nie mam już nic do stracenia.

- Posłuchaj. Może nie jedź sam. Boję się, że to coś złego. Nie wiesz z kim się spotkasz.

Sara właśnie skończyła pracę w kuchni. Chciała jak najprędzej sprzątnąć by być przy rozmowie. Co prawda słyszała wszystko, bo kuchnia graniczy otwartą przestrzenią z hallem - niemniej chciała być razem z matką. Słysząc co powiedział ojciec nagle ruszyła do salonu. Stanęła niepewnie obok matki.

- A może ja mogłabym z tobą pojechać tatku?

- Po co?

- No… byłabym obok. Zawsze to raźniej.

- Nie ma takiej potrzeby. Sam tam pojadę. Tam ma ktoś na mnie czekać w tamtejszym hotelu. Sami widzicie, że nie ma powodów do obaw.

- Ale…

- Daj już spokój Saro. Będzie dobrze.

- Jak długo tam będziesz.

- Mam nadzieję dzisiaj wrócić. Jadę tylko po informacje co do kwestii mojej firmy, jej siedziby, no i reszty.

- To znaczy?

- No gdzieś musimy tam mieszkać. Gdzie Sheffield a gdzie Stanford. Mam być na miejscu. Nie martwcie się. Wszystkiego się dowiem i wracam. Potem pogadamy - dobrze?

- Jak sobie życzysz, a co ja mam w tym czasie robić? Ty jedziesz, chłopcy w szkole.

- Co ranek przecież robisz zakupy. Masz tu na to trochę pieniędzy kochanie. Może Sara pojedzie z tobą.

- Czemu nie chcesz bym z tobą jechała tato?

- Saro proszę. Zaufaj mi. Będzie dobrze. Coś mi mówi, że wszystko będzie dobrze.

Mężczyzna przełożył płaszcz przez rękę, i podszedł do żony. Pocałował ją w policzek najbardziej czule, jak tylko mógł. Czuł coraz bardziej, że nie jest taki spokojny jak się mu wydawało. Sara wyczuła to gdy położył dłoń na jej ramie. Wyczuwała drżenie. Nie chodziło o poirytowanie dociekliwością w rozmowie z Vivienne. Chodziło o to, że naprawdę sam zupełnie nie był pewien tego co robi. W rezultacie tego odczucia, coraz bardziej docierało do niego, iż całkowicie ryzykuje. Nie chciał już prowadzić rozmów z żoną ani córką. Czuł, że jak zaraz stąd nie wyjdzie nie wytrzyma napięcia. Wychodząc odwrócił się.

- Zadzwonię!

I zamknął za sobą drzwi. Vivienne chciała wybiec za mężem – zatrzymać go. W rezultacie nie uczyniła tego – nie mogła. Sara również zamarła niemal w bezruchu. Trwało to jakąś chwilę. Nagle odwróciła się na pięcie spoglądając na matkę.

- Może ojciec ma rację mamo. Może zbyt panicznie do tego podchodzimy.

- A jak można do tego inaczej podejść? Wszystko jest w porządku. A to że nagle dowiaduję się, że jeden telefon zmienia wszystko? I już nie jest w porządku. Nie ma pracy. Jedzie do Stanford. Nawet nie wie kto dzwoni. Nie wie co tam zastanie. Mało! On ufając obcemu człowiekowi, którego w ogóle nie zna – jedzie tam – niemalże na ślepo. Jednak przed tym oświadcza, iż już nie pracuje. Co z domem Saro? Czy ty wiesz dziecko ile kosztuje utrzymanie takiego domu? A przecież i wy jesteście tutaj również.

Kobieta ruszyła w stronę salonu. Była coraz bardziej roztrzęsiona. Sara widziała rozgoryczenie matki. Sama czuła, że to nie jest błaha sprawa. Koniecznie chciała ją wesprzeć. Vivienne stała przy stole w salonie. Sara chwilę gorączkowo rozmyślała nad tym jak postąpić. W tym właśnie momencie zauważyła, że matka stoi przy stole jak wmurowana.

- Mamo! Czy coś się stało?

Ta stała przy stole trzymając w dłoniach kopertę. Sara przyglądając się matce, z zaciekawieniem ruszyła w jej stronę. Ta w jednej dłoni trzymała kopertę, a w drugiej plik pieniędzy. Uporczywie w nie się wpatrywała, i zaraz podniosła wzrok na córkę.

- O co chodzi mamo? Coś nie tak z tymi pieniędzmi?

- No nie. Z pieniędzmi wszystko w porządku, ale spójrz ile ich jest.

- Ile? Za mało na zakupy?

- No właśnie nie. Tu jest trzysta funtów.

- Żartujesz?

- Tata nigdy nie zostawiał tylu pieniędzy na zakupy. Owszem zarabiał ale to bardzo duża kwota. Boję się, że to coś…

- Wiesz co? Będziemy się martwili o to później. Idziemy na zakupy. Może faktycznie jest nam to potrzebne.

- Tak myślisz?

- Tak myślę. Nie ma sensu martwić się na zapas. A ty nie chcesz iść na zakupy?

- Mówiąc szczerze sama nie wiem ale co tam. Jedziemy Saro, ale ty prowadzisz.

- Czemu?

- Bo ja jakoś dzisiaj nie mam do tego głowy.

Sara uśmiechnęła się do matki. Rzadko jej się zdarza, by rodzice dobrowolnie pozwolili jej prowadzić samochód. Dlatego nadto się nie odzywając wykonała obrót na pięcie i ruszyła na schody. Vivienne również. Co prawda była wczesna godzina, lecz biorąc pod uwagę czas potrzeby na zakupy trzeba było się śpieszyć. Już po chwili obie były gotowe. Vivienne zabrała z tacy kluczyki do samochodu, jak i klucze od mieszkania. Nie trwało minuty, i już mknęły samochodem - jadąc w kierunku centrum miasta.

STEVEN FOREST W DRODZE DO STANFORD.

Tym czasem Steven Forest już był w drodze do Stanford. Musiał się śpieszyć, bo umówiony czas spotkania zbliżał się bardzo szybko. Na przedmieściach miasta wciąż rozmyślał, jak będzie wyglądało umówione spotkanie. Już z daleka rozpoznał opisany mu wcześniej budynek hotelu „STANFORD HOTEL”. Trochę mu zajęło manewrowanie samochodem by odpowiednio zaparkować samochód na przyhotelowym parkingu. Zamknął spokojnie drzwi samochodu, i ruszył do wejścia. Już w hallu poczuł się nieswojo. Nie znał tu nikogo. Czując się niezręcznie ruszył do kawiarni. Przy stolikach było niewielu ludzi. Przez krótką chwilę im się przyglądał.

Usiłował pobieżnie rozpoznać kogoś kto by mógł być z nim umówiony. Rozglądając się taktownie zajął miejsce przy jednym ze stolików – tuż za wielką rozłożystą palmą. Wnętrza hotelowego hallu jak i sali kawiarni robiły ogromne wrażenie. Oba pomieszczenia urządzone były w stylu niemal futurystycznym - niesamowicie nowocześnie. W żadnym detalu nie widać było tu stylu z dawnych lat. Niemal raziły go te wszystkie ostre kanty, zimne kontrasty kolorów. Na głównych ścianach ogromne abstrakcyjne obrazy. To wszystko miało swój styl ale na Steven’a działało to negatywnie. Kelnerka niemal wybiła go z zamyślenia.

- Witam pana w hotelu „STANFORD” - co podać?

- Bardzo proszę szklaneczkę wody z lodem – jeśli można. Jestem tu umówiony. Zatem proszę tylko o wodę.

- Bardzo proszę.

Młoda kobieta od razu ruszyła wykonać zamówienie. Steven rozmyślając bezwiednie skupił wzrok na palmie. Na tle bomby kolorystycznej ścian i niesamowitych na niej obrazów, jej zieleń kojąco wpływała na oczy. Po krótkiej chwili, kelnerka pojawiła się z tacą. Wysoka kryształowa szklaneczka, takiż sam niewielka karafka z wodą i pojemnik z lodem. Obok na tacy w serwetce przyrząd do ludu. Kryształowy komplet emitował niesamowity efekt pryzmatu, przetwarzając padające nań promienie górnego światła w cudowne barwne refleksy.

- Bardzo proszę.

- Dziękuję pani.

Wykonał przy tym lekki gest głową. W tym momencie odczuwał już lekkie zmęczenie jazdą, lecz styl tego wnętrza dobijał go niesamowicie. Nie umiał się skoncentrować na trapiących go myślach. Jego uwaga na cokolwiek była zupełnie rozproszona. Minęło już niemal piętnaście minut. Coraz bardziej zniecierpliwiony, zdecydowany był już wyjść z tej dziwnej kawiarni jak i z samego hotelu. Postanowił wykonać jeszcze jeden łyk wody. Odstawiając szklaneczkę, zauważył przed sobą czerń męskiego garnituru. Od razu podniósł do góry głowę. Przed nim stał nienagannie ubrany starszy mężczyzna – lekko łysiejący. Steven natychmiast powstał z miejsca.

- Pan Steven Forest jak sądzę?

- Tak. Czy to z panem byłem umówiony?

- Nie bezpośrednio ze mną. Jednak ja mam wszelkie upoważnienia by umożliwić panu to spotkanie sir. Moje imię David. To wystarczy.

- Czy dowiem się od pana o co chodzi?

- Niestety nie sir. Ja osobiście mam za zadanie przewieźć ciebie sir do kancelarii prawnej. To właśnie tam ma być przeprowadzone spotkanie.

- Kancelaria prawna? Nie rozumiem.

- Spokojnie sir. Proszę się nie niepokoić. Wszystko jest w porządku.

- I pewnie nic nie może pan mi powiedzieć?

- Przykro mi. Nie jestem upoważniony. Czy możemy już jechać?

- Skoro tak trzeba. Tak, możemy.

Steven zrobił jeszcze dwa łyki wody. Odstawił szklaneczkę a na tacy pozostawił parę centów za wodę. Był bardzo skrupulatny, i nie chciał wychodzić nie płacąc. Obaj panowie spokojnie wyszli z hotelu. Czuł gdzieś rosnący niepokój. Coraz bardziej obawiał się jechać z obcym człowiekiem, i to jego samochodem - przystanął.

- Pan wybaczy ale nie uważam za rozsądne by gdziekolwiek jechać, i to nie swoim samochodem. Tym bardziej, że mam tu na parkingu swój wóz. Jak pan pozwoli wolałbym jechać własnym.

- Naturalnie. Bardzo proszę sir. Zatem proszę jechać za mną. Ja mam tu limuzynę – o tę czarną. Nią właśnie miałem zawieść ciebie sir na miejsce spotkania. Jednak jeśli sobie tego nie życzysz sir, to bardzo proszę. Ja pojadę przodem, a ty sir będziesz jechał za mną.

- Myślę że tak będzie lepiej.

Cieszył się, że nieznajomy mężczyzna imieniem David – zgodził się na taki układ. Poczuł ulgę z takiego obrotu sprawy. I tak też się stało. David pojechał przodem a tuż za nim Steven. Wyjechał z parkingu własnym samochodem, kierując się na główną trasę biegnącą przez centrum miasta. Przez chwilę cieszył się, że to centrum. Obawiałby się bardziej gdyby się okazało, że musi jechać gdzieś w odludne miejsce. Jego obawy były nieuzasadnione. Okazało się, iż kancelaria prawna do której jechał była niedaleko hotelu „STANFORD HOTEL”. Co prawda hotel jest w centrum, a kancelaria na przedmieściach nieco dalej.

Niemniej i tak się niepokoił. Co on miał do szukania w kancelarii prawnej? Ten fakt zupełnie zdezorientował jego oczekiwania. Po drodze zaczął się zastanawiać nad kontraktami, które zdobył. Zaraz zaczął sobie kojarzyć z nimi kancelarię. Gorączkowo analizował wszystkie aspekty procesu ich zawarcia. Szukał w umyśle kwestii, które mogłyby świadczyć o czymkolwiek, co kładłoby złe światło na prawomocność. Jego irytacja rosła z każdą chwilą jazdy. Czym bliżej był kancelarii, tym irytacja rosła. A rosła dlatego, iż nic nie znajdował co mogłoby rzucić światło na fakt, że on jedzie do kancelarii. Jadąc co i rusz spoglądał na teczkę z aktami.

Wciąż denerwowało go, iż jadąc nie mógł ponownie przeanalizować podpisanych dokumentów. Fizycznie było to nie możliwe. Nie było już na cokolwiek czasu. Limuzyna Davida zwolniła na skrzyżowaniu szóstej przecznicy - licząc od hotelu. Steven również zwolnił. Czym bliżej był tego spotkania, tym bardziej był podekscytowany. Z niepokojem już sobie niemal poradził, jedynie gdzieś wewnątrz odczuwał niepewność. Jak tylko limuzyna wykonała zjazd w boczną przecznicę, jego samochód również wykonał ten sam manewr. Przecznica była dość wąska. Po jej obu stronach znajdowały się trzykondygnacyjne kamienice.

Wszystkie w stylu architektury z przed lat. Wąskie wysokie okna górowały nad ceglastą fakturą ścian. Każde miało części oficjalne, niemal chowające się pod frontowymi schodami wejść do budynku. Mniej lub więcej wylewające się z okazałych ścian. Jechał wolno. Nie chciał zahaczyć bokiem swego samochodu o inne stojące na poboczach. Wciąż spoglądał na samochód David’a. Uśmiechnął się na myśl w której porównał starą ceglastą architekturę do ekskluzywnej limuzyny. Przejechali niemal całą długość ulicy gdy kierowca limuzyny dał znak światłami, iż ma zamiar skręcić. Wóz skręcił w prawą stronę. Dopiero po minięciu ostatniej z kamienic ukazała się swoista nisz w ich rzędzie.

Budynek kancelarii był wepchnięty niemal w głąb linii budynków - jako ostatni. Skręcając Steven widział kołującą na parkingu limuzynę. Jeszcze bardziej zwolnił szukając odpowiedniego miejsca do zaparkowania. Nim zajechał kierowca limuzyny już stał koło swego wozu nań oczekując. Po zaparkowaniu, Steven pochwycił teczkę i wysiadł z samochodu. Drzwi trzasnęły oddając echem siłę odgłosu. David oczekiwał nań już przed wejściem do kancelarii przyjaźnie się uśmiechając. Ten odwzajemnił się lekkim uśmiechem – bardziej z przymusu. Ruszyli do wejścia. Wewnątrz Steven obmiótł wzrokiem wielkie rzeźbione odrzwia czarne jak smoła.

Jedynie lwie głowy na tle ich płaszczyzn połyskiwały w świetle dziennym. Były niemal monumentalne. Weszli do wnętrza wielkiego korytarza. Już chciał wejść na schody kiedy David wskazał mu dłonią srebrne drzwi windy. Oczom Steven’a ukazał się duży hall. Kamienne podłogi, ciemny burgundowy dywan. Po jego obu stronach wielkie skórzane kanapy. David podszedł do wielkich hebanowych drzwi. Nacisnął klamkę prawego skrzydła. Drzwi uchyliły się posłusznie, i dłonią wskazał by towarzyszący mu mężczyzna wszedł do wnętrza jako pierwszy. Steven uprzejmie dziękując wszedł do środka. Za nim David.

Steven zrobił parę kroków do przodu, a kierowca limuzyny usiadł na jednym z rzeźbionych krzeseł, stojących rzędem po lewej stronie drzwi. Wnętrze pokoju robiło wrażenie. Wspaniała głęboka zieleń ścian zamknięta w rzeźbione ramy białych stiuków. Biel sufitu również była okolona rzeźbieniami. Wspaniały żyrandol kuty z metalu, obsadzony kryształowymi lampionami dopełniał wystroju. Na ścianach umieszczono kwietniki z tryskającymi jak fontanny paprociami. Kamienna podłoga kolorystycznie ocieplona jasnoczerwonym dywanem. Po prawej stronie w lekkim skosie do linii drzwi, stało wspaniałe hebanowe biurko. Po lewej kolejne drzwi, prowadzące do dalszej części kancelarii.

Minęło parę sekund gdy w stronę Steven’a, ruszyła młoda kobieta w ciemno popielatym kostiumie. Była bardzo szczupła. Krótka spódnica idealnie skrojona, podkreślała jej figurę. Do tego śnieżnobiała koszula z lekko bufiastymi rękawami. Żakiet był wspaniale skrojony zapinany na jeden guzik.

- Pan Steven Forest jak mniemam.

- Tak. We własnej osobie.

- Miło mi.

Kobieta wyciągnęła swą bardzo szczupłą dłoń by się z nim przywitać. Ten uśmiechając się odwzajemnił gest przywitania. Ta podchodząc do biurka, na moment od niego się odwróciła.

- Mecenasie! Przybył pan Steven Forest.

Po chwili odłożyła słuchawkę, po czym wolnym krokiem skierowała się powtórnie do mężczyzny stojącego na środku pokoju. Uprzejmie wskazała drzwi do biura mecenasa, które otworzyły się niemal natychmiast. Stanął w nich wysoki postawny mężczyzna. Energicznie podszedł z wyciągniętą dłonią w geście przywitania.

- Zapraszam do środka.

- Dziękuję.

Mecenas gestem dłoni dał pierwszeństwo mężczyźnie. Sam chwilę się wstrzymał z wejściem do swego gabinetu.

- Barbaro! Proszę panią o dwie kawy.

- Oczywiście mecenasie. Za moment przyniosę.

- To wspaniale – dziękuję.

Po chwili zniknął za drzwiami własnego gabinetu. David siedział przy drzwiach oczekując na dalsze dyspozycje. W gabinecie mecenas wskazał dłonią fotel stojący przed jego biurkiem. Steven dziękując usiadł. Teczkę postawił przy nodze z prawej strony fotela. Mecenas obszedł pokaźnych rozmiarów biurko, zasiadając we własnym wziął w dłonie teczkę w skórzanej czarnej oprawie. Otworzył ją, i chwilę zaczął przeglądać zawarte w niej dokumenty. W tym czasie Steven siedział spokojnie.

- Drogi panie. Zapewne zastanawiał się pan z jakiego powodu się tu znalazł?

- Muszę przyznać, że zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu. Mam nadzieję, iż moja wizyta nie jest związana z ostatnio podpisanymi kontraktami?

- Ależ nie. Same kontrakty o których pan wspomina nie mają tu nic do rzeczy. Jest z nimi wszystko w porządku. Ja o tym wiem – pan jak sądzę również. Sprawa tyczy się wypełnienia przez moją kancelarię kwestii spadkowych.

Mężczyznę aż wcisnęło w fotel. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Zaskoczenie było ogromne tym bardziej, iż zupełnie nie brał pod uwagę, iż to o to może chodzić.

- Ale pan wybaczy. Ja nadal nie rozumiem. Moi rodzice nie żyją już jakiś czas. A rodzice żony zginęli w wypadku samochodowym we Francji – wiele lat temu. I jeśli chodzi o te kwestie, wszystko dawno zostało uregulowane.

- Pewnie ma pan rację. Jednakże dysponuję dokumentami, które zobowiązują mnie do dopełnienia finalizacji dwóch odrębnych spraw. Obie – w prostej linii tyczą się ciebie sir Forest. Proszę posłuchać. W posiadaniu mojej kancelarii, znajduje się pełnomocnictwo wystawione przez lorda Jeffrey’a de Blackstone.

- Nie znam.

- Bo i nie może pan znać. Taki dokument jednak został skierowany do mojej kancelarii przez pełnomocnika lorda de Blackstone. Chodzi o to, iż lord de Blackstone nie posiada potomka. Jest jedynakiem. Nie jestem upoważniony do udzielania informacji na temat jego sytuacji rodzinnej. Niemniej faktem jest, iż zobowiązał on moją kancelarię do odnalezienia ewentualnych spadkobierców. I moja kancelaria zajęła się tym natychmiast po podpisaniu stosownych pełnomocnictw. Odnaleźliśmy troje powinowatych z rodem lorda Jeffrey’a de Blackstone, i byłoby to na tyle. Jednak lord ściśle rozporządził własnym majątkiem.

- Wspomniał pan mecenasie o trojgu spadkobierców. Mogę zatem dowiedzieć się o kogo chodzi?

- Naturalnie. W Stanach odnaleźliśmy bardzo dalekiego krewnego po stronie ojca mojego zleceniodawcy, czyli lorda Oven’a de Blackstone. No i pan Steven’ie.

- Ja jestem spadkobiercą? Ja miałbym być rodziną lorda Jeffrey’a de Blackstone? Nie możliwe.

- To jest możliwe – proszę mi wierzyć. Sprawdziliśmy to skrupulatnie. Okazuje się, że pańska babka lady Margaret – po mężu nosiła nazwisko Handfield. Natomiast jej nazwisko panieńskie (rodowe), to de Blackstone.

- Nic o tym nie wiedziałem. Moja babka bardzo mało mówiła o swojej rodzinie. Zmarła w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat. Krótko przed śmiercią – jak pamiętam – wspomniała coś o rodzinnych koligacjach. Mówiła również o tym, że ma tytuł lady. Ale nikt z nas nie przywiązywał do tego wagi. Pan rozumie. W dzisiejszych czasach tytuły? Komu to potrzebne?

- A jednak sir. Nigdy nie wiadomo co takie powiązania ze sobą niosą. Może i tytuły nie są dzisiaj potrzebne, ale czy faktycznie nic nie znaczą? Nigdy nie wiadomo.

To co usłyszał Steven Forest, było jak grom z jasnego nieba. Co prawda jego babka Margaret coś nadmieniała o swojej rodzinie, ale oni nie brali tego pod uwagę. Potem przeprowadzili się tutaj. Kontakt z nią był bardzo rzadki – by nie powiedzieć znikomy. Przyszła choroba. Na pogrzebie – jak pamiętam – nie było zbyt wielu z członków rodziny. Nie licząc jego rodziców i paru przyjaciół. A teraz takie rzeczy. Zrobiło mu się niezręcznie. Nie bardzo wiedział o co w ogóle pytać.

- A co z dwojgiem pozostałych spadkobierców?

- Już wyjaśniam. Spadkobierca mieszkający w Stanach (USA), był spadkobiercą w podobnym kręgu, co pańska babka lady Margaret Handfield. Jednak nie był spokrewniony z dziadkiem lorda Jeffrey’a de Blackstone – a z jego babką. A ta linia krewnych, była wykluczona z powodu intercyzy majątkowej. Ten dokument jest w posiadaniu lorda de Blackstone. Kserokopia tego dokumentu, znajduje się u mnie w sejfie. Według prawa, majątek dziadka lorda de Blackstone nie dziedziczy nikt po stronie jego babki. Drugi ze spadkobierców zmarł w swoim domu w Kanadzie. Niestety zmarł jako samotny człowiek, nie pozostawiając potomka. Zatem pozostał tylko pan sir.

Steven nagle poczuł rosnące gorąco. Nie wiedział co się z nim dzieje. Siedział i słuchał, ale nic do niego nie docierało. Kropelki potu ukazały mu się na czole. Nim cokolwiek mógł zrobić, pociemniało mu w oczach tak jakby ktoś pogasił wszystkie światła. Gdy się obudził, leżał już na sofie w pokoju obok gabinetu mecenasa. Tuż przy nim siedział mężczyzna w białym kitlu. Badał mu tętno aparatem. Uśmiechnął się doń pogodnie uważnie się mu przyglądając. Stała przy nich również znajoma sekretarka mecenasa.

- Co się stało? Nie rozumiem.

- Drogi panie. Po prostu pan zasłabł. Jak się pan czuje?

- Myślę że jest już dobrze.

Na to wszedł do pokoju mecenas Walentine. Widząc już siedzącego Steven’a szeroko się uśmiechnął.

- Panie Steven’e! Ale nas pan wystraszył. Z uwagi na to, co się wydarzyło, muszę pana przeprosić. Nie pomyślałem, iż być może to zbyt wiele informacji dla pana. Już wszystko dobrze?

- Tak, dziękuję. Już jest dobrze.

- Drogi panie. Jeśli wszystko jest już w porządku, to proponuję udać się obecnie na lekki posiłek – trochę pan odpocznie. Po posiłku dokończymy formalności. Co pan na to?

- Bardzo chętnie skorzystam z pańskiej propozycji. Dziękuję.

- To wspaniale. Zatem David zawiezie pana do restauracji – jest tu obok. Zaręczam słowem, iż tam wspaniale gotują. Jest obecnie godzina jedenasta. Zatem spotkamy się tu o godzinie pierwszej - pasuje panu?

- Naturalnie mecenasie, naturalnie i dziękuję.

- Nie ma za co. Przykro mi, że nie mogę panu towarzyszyć. Sam pan rozumie – obowiązki. Mam jeszcze paru umówionych klientów. Zatem o pierwszej spotkamy się tu u mnie w kancelarii.

W tym samym czasie w domu rodziny Forest’w.

W tym samym czasie w domu Forest’w – Vivienne z Sarą, powróciły już z zakupów. Sara była zadowolona niesamowicie z faktu, iż wyciągnęła matkę na zakupy. Obie potrzebowały wyluzowania. Zakupy same w sobie udały się w całej rozciągłości. Nie licząc smakowitości. To zasługą Sary są zakupy garderoby. Vivienne jak sama określiła po powrocie do domu „zaszalała”. Jednak by było śmieszniej, sama by na to nie wpadła. Córka włożyła w to wiele inwencji własnej, by ją przekonać do zakupu tych rzeczy. Sara już dawno stwierdziła, że matka odrobinę zapuściła się – jeśli chodzi o jej własny wygląd.

Zatem Vivienne obawiała się zajrzeć do tych wszystkich kolorowo błyszczących toreb. A już co dopiero cokolwiek z tego włożyć na siebie. Więcej! W ogóle nie wierzyła sama sobie, że wszystko to kupiła. Widząc że to i tak nic nie zmieni – dała sobie spokój. Ubrała się w swoją ulubioną długą sukienkę. Włosy spięła pasem kwiecistego jedwabiu. I ruszyła do salonu. Po chwili – przy niej zjawiła się i Sara. Na ławie stał las przeróżnych pakunków, woreczków, pudełek, paczek, foliowych zawiniątek. Vivienne stanęła przed tym zbiorem towarów, kolorów i zapachów. Jakby zastanawiając się – niemal kontemplując co ma z tym zrobić.

- W czym problem mamo?

- A czemu sądzisz, że jest problem?

- No przecież widzę. Stoisz i zastanawiasz się nad tym jakby to było zjawisko rodem z marsa.

- Bo znowu nie wiem co mam robić. Martwię się dziecko. Ojca jeszcze nie ma. My szalejemy w centrum. Co ja robię Saro? To ma być rozsądek?

- Mamo daj spokój. Cóż takiego się stało? Wreszcie raz się wyluzowałaś. Nie ma co żałować.

I obie pochwyciły fatałaszki. Sara myjąc zaczęła coś nucić. Wypłukiwanie jarzyn i warzyw szło jej raz dwa. Wymyte jabłka zaczęły fruwać w powietrzu, gdyż Sara zapragnęła sprawdzić własne umiejętności akrobatyczne. Vivienne już nie miała siły na powagę. Coraz bardziej jej twarz promieniała uśmiechem. No i zatopiła się w całej masie czynności, zabiegów, realizując swój zamiar stworzenia wspaniałego obiadu i kolacji.

STANFORD

W między czasie w Stanford – Steven z pomocą David’a odnalazł wskazaną przez sekretarkę mecenasa restaurację. Był zadowolony, iż nie okazała się ona tak nowoczesna jak ta w hotelu „STANFORD HOTEL”. Wiedział że czas pędzi do przodu, ciągnąc za sobą niemal wszystkie dziedziny życia. Zdawał sobie z tego sprawę, a jednak nie umiał w pełni zaakceptować nowoczesnego stylu. Kochał wszelakie przejawy starego stylu. Nie aby miał coś przeciwko nowoczesności względem wynalazków technicznych, jednak akceptował je umiejętnie ukryte w stylowe wnętrza. Ta restauracja przypominała wystrojem klubową kawiarenkę.

Całość była podzielona na kameralne sektory. Jedynym ich łącznikiem był niesamowicie żywo ubarwiony długi chodnik. Tworzył on jedyny pas komunikacji dla obsługi. Zasiadł przy jednym ze stylowo zaaranżowanych stolików. Kelnerka niemal od razu przyniosła kartę z menu. Po wybraniu lekkich potraw – wciąż oczekując – Steven ponownie zatopił się w rozmyślaniu. Dochodziła dwunasta czterdzieści pięć, gdy w kawiarni zjawił się David. Steven właśnie kończył posiłek popijając czerwonym obiadowym winem, gdy usłyszał chrząknięcie. Uniósł głowę w górę, i zobaczył przed sobą uśmiechniętą twarz David’a.

- Sir! Pozwolę sobie przypomnieć, iż ma pan spotkanie z mecenasem Walentine o trzynastej.

- Pamiętam David’e. Właśnie skończyłem posiłek.

- Proszę mi wybaczyć sir, ale otrzymałem polecenie bym przypomniał panu o spotkaniu.

- I po to specjalnie się fatygowałeś David’e? To nie było konieczne.

- To mój obowiązek.

Zdanie wypowiedziane przez stojącego przed Steven’m mężczyznę dość mocno go zastanowiła. Czuł się niezręcznie, gdyż David wydawał się starszy wiekiem od niego samego. A tu on prowadził samochód, to jazda do kancelarii – teraz pilnowanie czasu spotkania. To niemal wyglądało tak, jakby David był jego prywatnym lokajem. Chciał zaproponować mu odpoczynek przy stoliku, ten jednak wydawał się niecierpliwić. Zatem Steven wyciągnął banknot z portfela chcąc zapłacić. W tym momencie David lekko wykonał gest dłonią.

- Sir! Rachunek został już uregulowany. To należy do moich obowiązków.

Steven nie pytał już o nic. Wszystko co działo się dzisiejszego dnia sprawiało, iż czuł się jakby to wszystko było nierealne. Nie pozostało mu nic innego jak wstać, obejść stolik i wspaniałym barwnym szerokim chodnikiem, ruszyć do wyjścia. David naturalnie przepuścił Steven’a przodem.

- No istny lokaj. Jak nic - lokaj.

Pomyślał uśmiechając się sam do siebie. Ruszyli trotuarem pełnym małych sklepików. Niektóre były jeszcze w starej epokowej oprawie. Małe wystawki niemal uwięzione w grubych rzeźbionych oprawach, bądź metalu. Małe filigranowe schodki – tudzież – bardzo czasem sfatygowane – zapraszały do wejścia. Były również i takie, które niemal odbijały się epokowo od tych pierwszych. Nowoczesne tafle szkła wywierały zamierzone wrażenie. Do złudzenia wydawało się, iż to co było eksponowane za ich taflą za moment wypadnie na ulicę. Ostre barwne neony wymiatające wizualnie wszystko to, co mniej świeciło.

Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Był rozbity podrażniającym go światłem. Po chwili skręcili z trotuaru na znany już mini dziedziniec z parkingiem. Spojrzał jeszcze odruchowo upewniając się, czy nadal stoi tam jego samochód. Ruszył do wejścia przed David’m. Ten posłusznie wszedł za nim. Obaj szli wspaniałym korytarzem. Winda niemal chamsko wciskająca się w stare mury zaskakiwała swoim widokiem. Wspaniały hall z ciemno wiśniowym dywanem, i już byli w sekretariacie. David ponownie wykonał zwrot po zamknięciu drzwi, zapraszając Steven’a do wejścia.

- Bardzo proszę sir.

- Dziękuję pani.

Wszedł do środka. Już od wejścia mecenas Walentine uśmiechał się do Steven’a. Nie chciał ponownie być świadkiem zasłabnięcia klienta. I to z tego powodu szarmancko zaproponował przybyłemu coś do picia. Ten tylko poprosił o szklaneczkę wody. Zasiadł w fotelu czekając na dalsze informacje. Gdy tylko domyślił się, iż prawnik go obserwuje, pierwszy rozpoczął rozmowę.

- Mecenasie! Zatem co dalej?

- Powiem panu od czego zaczęliśmy. Jak i w jakim jesteśmy punkcie. Nie wiem jak pan zareaguje na to co panu przekażę. Sam muszę jednak przyznać, że w mojej długiej karierze, nie spotkałem się z czymś takim. No ale po kolei. Moim klientem jest lord Jeffrey Armando de Blackstone. Mój klient zleca mi odnalezienie swoich ewentualnych krewnych – czyli spadkobierców. Moja kancelaria przyjmuje zlecenie klienta. Odnajdujemy trzech ostatecznych spadkobierców – z racji prawa spadkowego – mogących pretendować do spadku po moim kliencie. Pierwszy ze spadkobierców mieszka w Stanach (USA) w tym przypadku jednak zostaje on wykluczony, gdyż wyklucza go intercyza małżeńska. Drugi ze spadkobierców – zamieszkały w Kanadzie – nie żyje. Zmarł samotnie – nie posiadając żadnych potomków. Trzecim ze spadkobierców jest pan Steven’e. Pańska babka lady Margaret Handfield – po mężu nosiła nazwisko Handfield, ale jej nazwisko panieńskie (rodowe), to de Blackstone. To znaczy, iż lady Margaret Handfield była najmłodszą siostrą dziadka lorda Jeffrey’a de Blackstone.

- Jest pan tego pewien?

- Całkowicie. Prawo zobowiązuje mnie do absolutnej skrupulatności. Dokumenty jakie posiadam są oryginalne ponad wszelką wątpliwość. Powiązania rodzinne – powinowactwa, jak i koniugacje kierują się swoimi prawami. Intercyza – jak pan wie – to dokument – coś w rodzaju umowy, kontraktu między małżonkami. Pan rozumie. W tamtych czasach stosowano osobliwe zabezpieczenia rodowych majątków.

- Tak, rozumiem mecenasie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz