Tom I – część 4

Post w dziale:

- W dzisiejszych czasach takie same kontrakty zawiera się nadal. Co prawda czasy się zmieniły. Ale obawa o własne majątki szczególnie tam, gdzie one są pokaźnych rozmiarów, wymusza istnienie takich umów. To wymaga zabezpieczeń. To ciężki temat. Pozostanę tylko przy tym, iż w razie spraw spadkowych, osoba objęta intercyzą – nie dziedziczy nic z majątku współmałżonka. Chyba, iż on sam wskaże – za sprawą odrębnie sporządzonego dokumentu – co taka osoba ma odziedziczyć mimo wszystko. Jednakże taki dokument nie został sporządzony, a w moim posiadaniu jest jedynie kopia oryginału intercyzy - w oryginale dokument ten znajduje się u lorda de Blackstone.

- Czyli według pańskich ustaleń mecenasie, pozostaję tylko ja?

- Dokładnie tak. Zatem proszę mi powiedzieć, czy dokładnie zrozumiał pan dotąd udzielone przeze mnie informacje? To bardzo ważne.

- Tak rozumiem. Według tego co pan stwierdził, ja jestem jedynym spadkobiercą majątku lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone. Tylko co dalej? Co to dla mnie oznacza?

- Już tłumaczę. Nim jednak to uczynię na tym etapie przekazanych przeze mnie spraw, przygotowałem dla pana stosowny komplet dokumentów. W związku z tym mam pytanie. Czy posiada pan własną kancelarię prawną, gdzie zdeponuje pan oryginały dokumentów?

- Nigdy nie potrzebowałem kancelarii prawnej do takich spraw, gdyż nigdy takowych nie miałem. Zawsze to inne kancelarie prowadziły sprawy spadkowe. Chodzi mi tu o sprawy spadkowe moich i żony rodziców. I od tej pory już nie potrzebowałem z nich korzystać.

- Tak, rozumiem. Pytam pana o to gdyż dokumentacja oryginalna w tej sprawie, nie może opuścić kancelarii prawnej. Zatem musi pan zdecydować.

- A nie może ona pozostać tu w tej kancelarii? Tu u pana mecenasie?

- Może – jak najbardziej. Jeśli takie będzie pana rozporządzenie sir.

Steven Forest chwilę się zastanowił nad tą kwestią. Nie przychodził mu jednak lepszy pomysł. Mecenas wiedział, że to trudne decyzje, i to wymagające zastanowienia. Nie chciał wymuszać podjęcia jej już teraz, gdyż może to sprawić, iż nie będzie ona dobrze przemyślana.

- Sir. Widzę, iż zastanawia się pan nad tą kwestią. Zatem mam propozycję. Dopóki nie podejmie pan ostatecznej decyzji w tej sprawie, proponuję by oryginalna dokumentacja pozostała u mnie w kancelarii. Jeśli już będzie pan pewien własnej decyzji da mi pan znać. Czy miesiąc na podjęcie tej decyzji panu wystarczy?

- To rozsądna propozycja. Tak. W zupełności mi wystarczy. Dziękuję.

- Zatem przejdźmy obecnie do następnego etapu. Są dwie kwestie sir Steven’e. Pierwsza to fakt rozporządzenia majątkiem przez mojego klienta. Druga to fakt dokonania spadkowego. Każde z tych kwestii jest obwarowane warunkami, jakie zawarł mój klient w stosownym dokumencie.

- Trochę to zawiłe drogi mecenasie.

- To się tylko takim wydaje sir Forest. I aby to udowodnić, proponuję zająć się pierwszą kwestią. Chodzi tu o rozporządzenie majątkiem przez mojego klienta. On to posiada majątek składający się z wielu nieruchomości w tym własnej posiadłości. Oprócz tego posiada aktywa finansowe. Posiada również okazałą stadninę koni w swojej posiadłości. To wszystko przechodzi w prostej linii na pana sir Forest. Naturalnie wykaz szczegółowy jest również w posiadaniu mojej kancelarii. Czy pan to rozumie?

- Rozumiem całkowicie, choć dla mnie jest to niewyobrażalne zdarzenie.

- Nie wątpliwie. Jestem jednak zobowiązany przez mojego klienta, dokładnie to panu wyłożyć. Mianowicie główna posiadłość lorda de Blackstone ma stać się pańskim domem – i to jest jeden z głównych warunków. Reszta rozporządzeń będzie do wglądu, kiedy omówimy drugą kwestię. Jest nią fakt dokonania spadkowego.

- Dokonania spadkowego? Nie rozumiem.

- Już tłumaczę. Najważniejszą z informacji pozostawiłem na samym końcu.

- Tak?

- Proszę się nie denerwować gdyż wydawać by się mogło to dziwnym, ale mój klient zastrzega sobie dożywotnie miejsce, jak i opiekę nad nim w swojej posiadłości.

Mecenas celowo wykonał pauzę, by Steven przyjął te informację. I chyba tak się stało, mimo to uchwycił szczególny wyraz twarzy rozmówcy. Ten siedząc w fotelu wykonał gest dłonią w stronę mecenasa tak, jakby chciał pokazać mu, czy ma czystą dłoń. Jednocześnie rozchylił usta jakby chciał zapytać - a raczej wykrzyczeć: „co!? Jak to!? To co ja tu robię? Ale nie mógł. W ostatniej chwili słowa uwięzły mu w gardle. Trochę to trwało nim emocje opadły na tyle, iż mógł wreszcie zapytać.

- Proszę mi wybaczyć mecenasie, ale czegoś tu nie rozumiem. Może nie jestem specjalistą od prawa spadkowego. Jednakże znam to prawo na tyle by wiedzieć, że działa ono wtedy, gdy właściciel pozostawia majątek w wyniku swojej śmierci. Czyż nie tak?

- Dokładnie sir Forest.

- To na miłość Boską o co tu chodzi? Wyraźnie mówił mi pan o spadku, a więc sądziłem…

- Wiem jak to wygląda sir Forest, ale to szczególne życzenie mojego klienta. Lord de Blackstone jest samotnym mężczyzną. Nie wnikam w tajniki jego życia osobistego. Faktem jest jednak, iż nie ma ani potomków, ani nikogo, komu mógłby pozostawić swój majątek – nie aby się skarżył. Jest majętnym człowiekiem o aktywach pozwalających mu na wiele. Niemniej jego zamierzeniem było dokonać swego żywota z rodziną. Co prawda być może daleką – ale jednak. Czy jest pan w stanie to zrozumieć?

- Mówiąc szczerze…

- Proszę posłuchać. Od tego całkowicie zależy finał zamierzenia mojego klienta. Zatem zapytam pana ponownie. Czy jest pan w stanie zrozumieć tę sytuację? To bardzo ważne.

- Nie jest to zwyczajna sprawa. Ale tak. Potrafię to zrozumieć. Proszę jednak mi powiedzieć. Był pan uprzejmy rzec, iż właściciel majątku chce dokonać swego żywota w swojej posiadłości – i jednocześnie rzekł pan mecenasie, iż to właśnie w jego posiadłości musiałbym zamieszkać. Dobrze zrozumiałem?

- Dokładnie tak. Bardzo dobrze pan zrozumiał.

- Czyli innymi słowy musiałbym się zobowiązać do opieki nad tym człowiekiem, czyż tak?

- Właśnie tak. Muszę jednak zaznaczyć, iż mimo zaawansowanego wieku, jest nad wyraz samodzielny.

Następna informacja, która niemal przygniatała Steven’a. Mężczyzna wstał z fotela. Czuł przygniatającą siłę tego o czym się dowiedział. Właściwie był wściekły na siebie za swój wielki entuzjazm – może nawet podniecenie tą całą sprawą. Wiadomość o właścicielu, który w świadomości Steven’a Forest’a miał nie żyć – a jednak żył – zdezorientował go całkowicie. Warunek zamieszkania w jego posiadłości, i to z nim w komplecie – wydało się Steven’i jakąś groteską – i to plus zobowiązanie się do opieki nad nim. To było powodem niemal wściekłości Steven’a. Wciąż rosnącej irytacji na samego siebie - wręcz buzującej w jego głowie burzy wątpliwości.

No i do tego tygla wściekłości, należałoby dodać niepewność, zaskoczenie, niepokój – i Bóg jeden wie co jeszcze. Dochodziła jeszcze jedna kwestia. Coraz bardziej uświadamiał sobie, iż Vivienne miała rację. Okazuje się, że wpakował się w następną głupotę. Jeden odebrany telefon i proszę – klops. Znowu dał ponieść się impulsowi mającemu w zarysie poprawę pensji, czy też ponieść się ułudzie marzeń – jakby to nie nazwać. Co prawda siedział słuchając, co ma do powiedzenia mecenas Walentine – już czuł, że marnuje czas. Mecenas tłumacząc - dyskretnie obserwował reakcję Steven’a Forest’a.

Nie umknęło jego uwadze to, iż ten się taktownie zaczynał wycofywać. To było w jego ocenie nadzwyczajne. Taki majątek – tak wielkie udziały – a ten chce czmychnąć, zniknąć. Aby do tego jednak nie dopuścić, musiał do końca wyłożyć całą sprawę.

- Sir Forest. Nim pan dokumentnie zwątpi w słuszność własnej wizyty, muszę do końca wyłożyć całą sprawę.

- Rozumiem mecenasie, ale nie wiem, czy nasza dalsza rozmowa ma sens.

- Proszę mnie posłuchać sir. Czy ta rozmowa ma sens czy też nie, to będzie stanowiło o pańskim wyborze. Ja wykonuję tylko wolę mego klienta. Niemniej nim pan zadecyduje sir, musi pan wiedzieć o wszystkim.

Steven’i coraz trudniej było znieść toczącą się rozmowę. Coraz bardziej był przekonany, iż to co powie mecenas nic nie zmieni. Wiedział, że przecenił szansę płynącą z tej propozycji z telefonu. Coraz dotkliwiej zaczynał dostrzegać rację płynącą ze słów jego własnej żony. I to z tego powodu coraz bardziej go bolało, iż stracił pracę w dotychczasowej firmie. Zaczynał bać się o byt. Spojrzał dyskretnie na okno, następnie powrócił wzrokiem do mecenasa. Ten taktownie oczekiwał na stosowny moment. Rozumiał konsternację i zaskoczenie sir Forest’a. Musiał jednak do końca dopełnić obowiązku.

- Jest jeszcze jedna sprawa sir.

- Tak. A co może być bardziej zaskakującego od tego co już usłyszałem?

- Są dwie kwestie. Pierwsza to kwestia finansów.

- To znaczy?

- Sir Forest. Jak powiedziałem lord Jeffrey de Blackstone, oprócz nieruchomości posiada również aktywa finansowe. Wielkie aktywa. Zobowiązany jestem poinformować pana sir Steven’e, iż życzeniem mojego klienta jest zabezpieczenie również pańskich potrzeb finansowych. Naturalnie jeśli wyrazisz sir zgodę co do warunków przedstawionych przez mojego klienta.

- Proszę mi wybaczyć, ale to mi wygląda na… niemal przekupstwo.

- Mylisz się sir. Nie zna pan mojego klienta. Powiem tylko jedno. To będzie ukoronowaniem naszej rozmowy.

- Słucham.

- Mój klient oświadczył, iż pan jak i pańska żona oraz troje pańskich dzieci – jako krewni, będziecie całkowicie zabezpieczeni finansowo. Liczy on jednak na waszą pomoc.

- Czyli?

- Tę kwestię pozostawił sobie w ostatniej gestii. Zależy to jednak od efektu finalizacji.

- Rozumiem. Czy coś jeszcze pozostało do omówienia?

- Tylko jedno. Rozumiem, że to jest bardzo wiele do przemyślenia sir Forest. Zdaję sobie z tego sprawę. W związku z tym, umówimy się w ten sposób. To co miałem do przekazania – już przekazałem sir. Obecnie będę oczekiwał na pańskie stanowisko w tej sprawie. Byłoby nieuczciwością z mojej strony, gdybym pytał ciebie sir Forest o jego zdanie już teraz. Co prawda nie mogę czekać zbyt długo na pańską decyzję, ale czy tydzień wystarczy panu na podjęcie decyzji?

- Nie wiem…

- Sir Forest. Jakąkolwiek decyzję pan podejmie, ja będę musiał ją uszanować. Ja tylko wykonuję wolę mojego klienta. Czy pan to rozumie?

- Tak. Rozumiem.

- No to się cieszę. Zatem jesteśmy umówieni. Dzisiaj mamy poniedziałek. Zatem daję panu czas – jeśli mi tak wolno określić – do wtorku, następnego tygodnia. We wtorek będę oczekiwał pana tu u siebie w kancelarii. Co do godziny naszego spotkania, będę oczekiwał na pański telefon w następny poniedziałek. Wtedy po zamknięciu tej kwestii będziemy musieli omówić następny z etapów. Jak pamiętasz sir, wspominałem o dwóch sprawach.

- Oczywiście.

- Zatem postanowione. Będę oczekiwał na pański telefon. No cóż – zatem do zobaczenia.

- Do widzenia.

Panowie powstali. Po uściśnięciu sobie dłoni ruszyli do wyjścia z kancelarii. Mecenas nic nie mówiąc wciąż lekko się uśmiechał. Żadnym gestem nie zdradzał rozmówcy, iż dokładnie obserwuje jego zachowanie – reakcję. Gdy Steven Forest wyszedł, i drzwi się za nim zamknęły – mecenas Walentine zasiadł za swoim biurkiem. Sekretarka sprzątnęła brudne naczynia po kawie, po czym wychodząc zamknęła drzwi gabinetu. Walentine pochwycił słuchawkę telefonu, błyskawicznie wybijając numer. Sygnał.

- Z lordem de Blackstone proszę.

I po chwili w słuchawce odezwał się stateczny, spokojny głos starszego mężczyzny.

- De Blackstone! Słucham!

- Z tej strony mecenas Walentine sir.

- Witam pana mecenasie. Mniemam, iż ma pan dla mnie jakieś nowe wieści?

- Tak i nie.

- To znaczy?

- Właśnie zakończyło się spotkanie, które zaaranżowałem w mojej kancelarii. Mówię o spotkaniu z sir Steven’m Forest’m.

- Z jakim rezultatem?

- Tak jak sobie tego życzyłeś sir, przedstawiłem wszystkie fakty. Naturalnie stopniując informacje tak, jak pan sobie tego życzył. Tak jak przewidywaliśmy sir, Steven Forest okazał się bardzo rozważnym człowiekiem. Proszę sobie wyobrazić, iż jego reakcja była zaskakująca.

- Tak? W jakim sensie?

- Większość rozmówców dowiedziawszy się o takiej fortunie, wchodzącej w skład spadku, niemal zareagowałoby entuzjastycznie. I to najczęściej kierując się chciwością. Tu nastąpiło coś zupełnie innego. Mój rozmówca na moment stracił przytomność.

- Ale nic się groźnego nie stało?

- Nie, nie. Po prostu zemdlał z wrażenia. Tym bardziej, że był to ranek – dość długa jazda samochodem. Być może również tu znaczenie miało zmęczenie – trudno powiedzieć. Niemniej po ponownym spotkaniu…

- Ponownym spotkaniu?

- Tak, postanowiłem zarządzić w rozmowach małą przerwę. Zaproponowałem rozmówcy posiłek w pobliskiej restauracji. Naturalnie David otrzymał polecenie dowiezienia, jak i powrotu sir Steven’a Forest’a do kancelarii. Miał również dopilnować, by pan nie spóźnił się na umówioną godzinę.

- Bardzo rozważnie mecenasie.

- Dziękuję. Zatem po tej przerwie, powróciliśmy do rozmowy. Proszę sobie wyobrazić, iż sir Forest zareagował wręcz zaskakująco. Nie pałał chęcią przejęcia pańskiego majątku sir. Nie pytał – jakby to określić – kiedy będzie miał dostęp do majątku, ale wręcz wykazywał obawy z tym związane. Prawdziwym wstrząsem dlań okazał się nie sam majątek, czy jego wielkość. Prawdziwym wstrząsem okazał się fakt, iż ty żyjesz sir. To znaczy chodziło o to, iż nie mógł zrozumieć, że mowa jest o spadku w momencie, kiedy właściciel jeszcze żyje. Był tym zupełnie zaskoczony.

- Słucham dalej.

- Po przekazaniu wszystkich tajników sprawy – widząc, iż trudno jest mojemu rozmówcy podjąć już dzisiaj decyzję, zaproponowałem mu tydzień na jej podjęcie.

- Rozumiem.

- Zaproponowałem również mu miesiąc na zastanowienie się, czy dokumenty jakie posiadam w tej sprawie pozostawić w mojej kancelarii, czy też sam zaproponuje inną.

- To rozsądne. Czy na te ustalenia sir Forest wyraził zgodę?

- Tak, zgodził się.

- Czyli czekamy.

- Tak jest sir.

- Dziękuję mecenasie. Mam nadzieję, że decyzja sir Forest’a mnie nie zawiedzie. Myślę, iż dobrze go oceniłem. Ale czas pokaże. Oczekuję dalszych wieści od pana mecenasie.

- Naturalnie sir. Jesteśmy w kontakcie.

- Do usłyszenia.

Mężczyzna odłożył słuchawkę. Odetchnął z ulgą. Lord Jeffrey de Blackstone nie należał do - jak to się mówi – łatwych klientów. Kancelaria Walentine’a już od lat zajmowała się sprawami rodu de Blackstone. Od lat wiedziano, iż rodzina wymaga od biura mecenasa lojalności, odpowiedzialności, jak i kompetencji. Wszelkie choć najmniejsze uchybienia czy odmienne działania, kończyły się ostrymi konsekwencjami. Toteż mecenas Walentine był jednym z niewielu prawników, ściśle spełniających wymagania lorda de Blackstone. Po pewnym czasie Steven Forest zwolnił, by bezpiecznie dojechać do domu.

Podczas jazdy źle się poczuł. Bojąc się o siebie zatrzymał się na poboczu. Chwilę posiedział spokojnie, oddychając przy otwartym oknie. Już raz stracił przytomność tam w kancelarii. Czyżby znowu miało to się powtórzyć? Serce biło mu tak mocno. Ból w piersi był coraz bardziej dotkliwy – rósł coraz bardziej nie dając wytchnienia. Steven nie mógł się skupić na prowadzeniu samochodu. Nie wyglądało to jak tylko zasłabnięcie. Nie wiedział co robić. Otworzył drzwi samochodu, chcąc wyjść – jednak nie potrafił. Ból był nieznośny, a nogi niepewne – zachwiał się. Zrezygnował z powstania z fotela. Miał pełną głowę myśli, wątpliwości, obaw.

Zaczynał obawiać się o słuszność własnej decyzji, i to go najbardziej gnębiło. Przecież ją już podjął ale czy była słuszna? Nie ma pracy – prysła jak bańka mydlana. Nie będzie teraz dochodu. Ostatnie pieniądze wspaniałomyślnie pozostawił żonie, by ta zrobiła porządne zakupy. Co teraz? Był psychicznie przybity. Siedział za kierownicą chwilę ciężko oddychając. Po chwili w spokoju, odczuwając z lekka poprawę, zamknął drzwi samochodu. Ruszył wolno bacznie na wszystko zważając. Już na własnej przecznicy znalazł się około godziny szóstej wieczorem. Niestety nie mógł już przystanąć. Ruch tu był dość duży i nie pozwalał na tego typu manewry.

Z ulgą w oddali spostrzegł własny podjazd. W chwili, gdy już doń się zbliżał, poczuł w klatce bolesny ucisk. W oczach niemal pociemniało. To co mógł zrobić to tylko zatrzymać samochód – mimo wszystko. W tej chwili akurat nie było zbyt wiele samochodów.

DOM RODZINY FOREST’ÓW.

W domu Vivienne z Sarą odpoczywały po wyprawie do centrum. Czas spędzony z matką sprawił, iż Sara panowała nad wszystkim. Vivienne uspokoiła się na tyle, iż przestała torturować się własnymi wątpliwościami. Gdzieś jednak w głębi mimo, iż była zajęta drobnymi pracami w domu czuła niepokój. Coś jej brakowało – nie pozwalało jej się skupić. Zajęta ścieraniem kurzów, to ustawianiem bibelotów na półkach, to znowu aranżowaniem garnituru stołu w jadalni. Mimo to wszystko wciąż ją coś trapiło. Sara właśnie stworzyła istny reportaż z wypadu do centrum, w świetle nadmiernej gotówki. A wszystko zmotywowane gniotącym stresem.

Odłożyła na biurko swoje stworzone dzieło w notatniku, gdy kolejny raz spostrzegła matkę przechodzącą obok jej otwartych na rozcież drzwi. Spojrzała raz i drugi. Z początku uznała, że tylko jej się tak wydaje. Po chwili jednak przypatrując się przestrzeni otwartych drzwi, znowu ujrzała matkę. Tym razem ujrzała ją chodzącą z doniczką paprotki w dłoni. Wstała zaciekawiona nie wierząc w to co widzi. Chcąc już coś powiedzieć, przystanęła przy drzwiach, lecz nie zdążyła. Matka ponownie przeszła koło niej, tym razem z drugą paprotką. Wyglądało to tak, jakby szukała dla niej nowego miejsca. Przypatrywała się ścianom, to przyglądała się barierce przy schodach.

W ocenie Sary jej matka zachowywała się dość dziwnie. Wciąż mijając Sarę wydawało się, jakby jej wcale nie zauważała. Z początku wydało to się Sarze widokiem zabawnym. Szybko jednak jej odczucia przerodziły się na niepokój.

- Mamo! Co ty robisz?

Vivienne nadal szła przed siebie po czym nagle przystanęła. Odwróciła się na moment – znowu ruszyła, by finalnie postawić paproć na ściennej półce tam gdzie początkowo stała. To wydawało się niemal groteskową sceną.

- A czemu miałabym się źle czuć. Właśnie zajęta byłam…

- No właśnie. Czym byłaś zajęta mamo?

Ta jakoś nie mogła się skupić – przypomnieć sobie. Odwracała twarz w niemal różne strony przyglądając się wszystkiemu, by - być noże odnaleźć tam odpowiedź na zadane pytanie. Czym faktycznie się zajmowała. Jej zachowanie jednak zdradzało dezorientację. Sara wyraźnie widziała, iż jej matka zupełnie nie wie co się z nią dzieje. Zaczęła się nad tym błyskawicznie zastanawiać.

- Mamo! Zaczynam się o ciebie bać. Co się z tobą dzieje?

- A co ma się dziać? Nic się dziecko nie dzieje. Sprzątam.

- Przecież ty nie wiesz co robiłaś dwie minuty temu. Ja stałam przy drzwiach obserwując twoje wyczyny. Pewnie znowu się zamartwiasz z powodu ojca.

- Szczerze mówiąc sama nie wiem. Lecz jakoś nie mogę sobie znaleźć miejsca. Coś się dzieje niedobrego – czuję to Saro. Rozumiesz? Czuję to.

- Wiedziałam. Tata niebawem będzie w domu. Ot i tyle.

- Pewnie masz racje, ale ile można rozmawiać?

Vivienne krzątając się we własnej sypialni ponownie wpadła w ciąg szybko wykonywanych kroczków od ściany do ściany. Sara przyglądała się matce z niepokojem. Nie bardzo wiedząc, jak reagować w takiej sytuacji. Dopiero po którymś kursie po sypialni – nagle, jakby niesiona przeczuciem zatrzymała się przy oknie. Bezwiednie uniosła dłoń do firanki, tak jakby ją rozprostowując. Sara nagle skoncentrowała się na matce. Tak jakby uznając, że ponownie widzi jej dziwne zachowanie.

- Mamo?

- Poczekaj! Poczekaj Saro! Czy to nie jest ojciec?

- Co? Tata przyjechał?

- No właśnie przyjechał. Ale coś jest nie tak Saro.

- To znaczy?

Dziewczyna energicznie wstała kierując się w stronę okna. Szybko wyminęła wielkie łóżko rodziców, chwytając firankę odchyliła ją całkowicie. Faktycznie. Ojciec opierając się plecami stał przy słupie. Dłonią wciąż trzymał się za pierś. Sara przysunęła się do okiennicy, by przyjrzeć się temu co dzieje się na zewnątrz. Matka nagle się odezwała jakby obudzona z otępienia.

- Co się stało Saro? Coś z ojcem nie tak.

I nie czekając na reakcję córki, raptownie się odwróciła. Znowu zaczęła wykonywać małe kroczki do wyjścia z sypialni. W połowie pokoju zaczęła już biec. Sara jakby wyrwana z otępienia pośpieszyła za matką. Gdy tylko Vivienne wybiegła na ganek domu, na moment przystanęła. Widziała jak mężczyzna opierając się o słup, stara się uchwycić oddech. Uniósł głowę do góry łapiąc powietrze, jak wyciągnięta ryba z wody. Widziała jego oczy. Zaczęła biec. Sara za nią.

- Steven! Co się dzieje? Steven!

- Tato!

Nie było odpowiedzi. Widać było wyraźnie, że chciał coś powiedzieć, lecz nie mógł. Vivienne przypadła do męża, chwytając go za dłoń. Nadal nic się nie odzywał, a jego oddech był niepokojąco ciężki. Po chwili dobiegła Sara.

- Saro! Dzwoń po pogotowie! Natychmiast!

Tak jak matka poleciła, tak Sara od razu zawróciła do domu. Mechanicznie pochwyciła słuchawkę aparatu stojącego na stoliku w hallu. Wybiła szybko numer pogotowia. Już po chwili była ponownie przy matce. Ta już siłowała się by powoli doprowadzić męża do domu.

- Saro! Ja sobie dam radę z ojcem. Ale ty idź proszę po samochód ojca. Stoi na poboczu drogi.

- Nie ma sprawy mamo. Na pewno dasz sobie radę?

- Tak myślę.

Steven Forest był blady jak papier. Widać było, że ma ogromne trudności z chodzeniem. Wciąż walczył z bólem. Nim Sara wprowadziła samochód do garażu, Vivienne z mężem już była w salonie. Niestety nie dała rady wprowadzić go na piętro do sypialni. On sam nie miał na to siły. Zatem położyła męża na kanapie na dole uznawszy, iż i tak do sukces. Dziewczyna wpadła do salonu od razu kierując się do ojca.

- Co jest tatku? Zaraz będzie pogotowie.

Mężczyzna nic nie mówiąc, wciąż trzymał dłoń na piersi. Nie uszło to uwadze Vivienne. Teraz już była poważnie zaniepokojona. Nie pytała nawet o to, co się działo w Stanford. Uznała to w chwili obecnej za błahą sprawę. Krzątając się jednak po kuchni i salonie, zerkała wciąż na męża. Sara siedziała przy ojcu, chcąc bacznie go obserwować. Aż korciło ją by zapytać, co załatwił w Stanford. Mimo to, nie mogła się przemóc. Nagle rozległ się dzwonek przy drzwiach. Sara zerwała się by je otworzyć.

- Mamo! Ja otworzę – spokojnie!

Lekarz w asyście pielęgniarzy przywitał się szybko i wszedł do środka. Od razu zabrał się za oględziny stanu zdrowia pacjenta. Po chwili odwrócił się w stronę jego żony.

- Czy mąż miewał już takie incydenty ze zdrowiem?

- Nie, nigdy - bynajmniej. Mąż nigdy się nie skarżył na zdrowie. No… może na zmęczenie. On tyle pracuje.

- Jak długo mąż pracuje w ciągu doby?

- Wiele lat pracował tylko osiem godzin. On jest architektem.

- Czyli nie wykonuje fizycznej pracy?

- Z tego co wiem – to nie. Jednak praca bardzo go pochłania.

- Powiedziała pani od wielu lat – a w obecnym czasie?

- Obecnie od ponad miesiąca – bądź dwóch, mąż pracuje o wiele więcej. Jedzie do pracy rano, a wraca przed kolacją.

- Rozumiem.

Lekarz powrócił do leżącego mężczyzny. Kończył właśnie niezbędne badania, próbując znaleźć jakąś odpowiedź na stawiane sobie pytania. Pytania o to, co jest przyczyną.

- Proszę ni powiedzieć jak pan się czuje?

- Trudno mi oddychać, i ogromnie boli mnie w piersi.

- Od kiedy pan zaczął odczuwać taki ból?

- Jechałem do domu, i ponownie się źle poczułem. W drodze musiałem zatrzymać się na poboczu. Dopiero po jakiejś pół godziny trochę mi ulżyło, i ruszyłem dalej.

- Powiedział pan - ponownie. Czy to znaczy, że to nie jest pierwszy raz?

- Nie, nie. Taki ból odczułem pierwszy raz, jednak źle się poczułem już rano.

- Tak?

- Tak. Właśnie odbywałem rozmowę z prawnikiem gdy zasłabłem. Nagle nie mogłem złapać tchu – zaniemówiłem. Pociemniało mi w oczach. Nie wiem ile byłem nieprzytomny. Obudziłem się w innym pokoju. Był lekarz. Co prawda stwierdził jedynie zasłabnięcie, ale i tak ostro się zaniepokoiłem. Dał mi coś na wzmocnienie. Zrobiłem sobie przerwę na posiłek w restauracji. Wydawało się, że sytuacja jest opanowana, i już było dobrze.

- Acha. Proszę spokojnie leżeć, i starać się nie denerwować. Niestety z tego co pan opisuje jak i z tego co wynika z moich pobieżnych badań – to nie jest to tylko zasłabnięcie. Podejrzewam, że przyczyna leży w sercu. Coś dzieje się z pańskim sercem. Czy pan Steven’e przechodził ostatnio jakiś duży stres?

- No tak. Nazbierało się tego trochę w pracy.

- No właśnie. Tu jednak nic nie zrobimy. Będę zmuszony zabrać pana do szpitala. Tam wykonamy badania, i sytuacja będzie jasna. Czy zgadza się pan na przewiezienie do szpitala?

Mężczyzna przez chwilę milczał, tak jakby zastanawiając się nad tym, co ma zrobić. Jednak Vivienne zareagowała od razu.

- Dobrze. Nawet nie ma się nad czym zastanawiać. Wolałabym by mąż był przebadany dokładnie.

- Rozumiem. Jednak to mąż musi zadecydować. Takie są przepisy droga pani.

- Tak wiem. Steven’e?

On jednak nie oponował. Kiwną głową przytakująco na znak zgody. Lekarz to przyjął i powstał. Dwaj sanitariusze rozłożyli nosze. Chciał coś powiedzieć lecz czuł, że ból wracał. Po przypięciu go pasami ruszyli z nim do wyjścia. Lekarz uważnie go obserwował. Vivienne była zdenerwowana tą całą sytuacją. To nie tak miało wyglądać. Niemal od razu zaczęła kłaść to na karb jakiegoś fatum. W domu jednak byli chłopcy, i trzeba było się nimi zająć. Lekarz zauważył zakłopotanie kobiety.

- Jeśli pani ma życzenie, może pani jechać z nami.

- Nie, nie. Ja mam własny samochód. Dziękuję. Do którego szpitala się kierujecie doktorze?

- Do „WONDER HOUSE HOSPITAL”.

- Ok. Zatem ja zorganizuję tu wszystko jak należy, i niebawem tam przyjadę. Dobrze?

- Naturalnie.

Lekarz zapakował do własnej torby wszystkie swoje akcesoria. Pożegnawszy się – wyszedł. Vivienne od razu zawołała do siebie chłopców. Sara starała się być przy matce widząc jej rosnące poirytowanie. Szczęście że chłopcy nie byli już małymi dziećmi. Jednak był wieczór. Czas kolacji. Kobieta rozważała, co należałoby teraz zrobić a co można odłożyć na później.

- Jest już kolacja mamo? Wołasz jakby się paliło.

- Nie, nie ma jeszcze kolacji.

- Ale zaraz będzie.

Sara wtrąciła się wchodząc matce w słowo. Jej jakoś się nie udzieliło to zdenerwowanie tak jak matce. I jak widać nie myliła się. Pozostawiając ją w kuchni, sama skierowała się do chłopców w salonie.

- Idźcie się przygotować do kolacji. Za moment siadamy do stołu.

- A co z tatą?

- A co ma być? Zasłabł i pojechał na badania. Będzie dobrze. No już. Idźcie teraz. Nie możemy denerwować mamy. Rozumiecie.

Obaj ruszyli na górę. Vivienne była zajęta w kuchni szykowaniem kolacji. Sara widziała, że śpieszy się z szykowaniem bo chce być w szpitalu jeszcze dzisiaj. Co było według niej nie do końca rozsądne.

- Mamo! Spokojnie. Już jest wieczór, i nie ma po co gdziekolwiek jechać. Wonder House Hospital nie jest daleko. Dopiero co wzięli ojca. Przecież jest wieczór. Nim wykonają mu wszystkie badania – trochę potrwa. Dzisiaj i tak niczego się nie dowiemy. Mamo spokojnie. Teraz zjedzmy kolację. Jutro chłopcy pójdą do szkoły, a my obie pojedziemy do szpitala. Rano już będę coś wiedzieć.

- No masz rację. Ale co mogło się stać? Może coś w Stanford się wydarzyło o czym nie wiemy. Tato się nigdy tak źle nie czuł.

- Nie ma co snuć domysłów mamo. Jak na razie jest ok. Wezwaliśmy pogotowie, zabrali go do szpitala. Tam będzie miał zrobione badania. No i ma fachową opiekę. A jutro tam będziemy, i dowiemy się co dalej.

- No już dobrze, dobrze. Czas kończyć kolację. Zobacz do naszych głodomorów. Jak oni rosną Saro. To już niemal młodzi mężczyźni.

- No rosną, ale i chyba głupieją. No zobacz co oni robią z serwetkami. Może byście zostawili te serwety w spokoju. Jak z mamą podamy kolację?

To głośne stwierdzenie Sary sprawiło, że na chwilę się uspokoili. Okazało się, że nie na długo. Przenieśli się do salonu na kanapę. I zaczęło się bieganie pilotem po kanałach tv. Sarę zaczęło drażnić ich zachowanie. Nie chciała jeszcze bardziej dokładać matce powodów do irytacji. Kolacja była już na stole, gdy Sara wkroczyła do salonu. Wystarczył jeden szybki ruch ręką, i pilot był w jej posiadaniu. Telewizor został wyłączony, zalewając dom błogą ciszą. Mimo iż jej bracia dawno zrozumieli, że nie ma co dyskutować z siostrą – coraz bardziej stawali się zuchwali. Wstali z kanapy z niewyraźną miną aprobaty na twarzach. Niechętnie ale przenieśli się do jadalni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz