Tom I – część 5

Post w dziale:

Vivienne już siedziała przy stole. Wydawała się jakaś nieobecna. Co prawda przyglądała się temu, co chłopcy wyczyniają, lecz nie chciała reagować. Sara czuła jej nastrój. Wiedziała, że matka myślami jest z ojcem w szpitalu. Tylko szkoda jej było tego szczególnego wyluzowania, jakie uzyskała przez eskapadę po centrum. Cieszyła się, że to się jej udało. Choć na chwilę matka oderwała się od kłopotów. Teraz nic z tego wyluzowania nie pozostało. Miała znowu zamyślony błagający wzrok. Znowu milczała apatycznie wykonując czynności przy stole. Kolacja dobiegała końca, gdy Vivienne poczuła się zmęczona. Bardzo mało zjadła. Szklanka z herbatą drżała jej w dłoni, co nie uszło uwadze jej córki.

- Mamo. Idź się położyć, a ja tu z chłopakami wszystko uprzątnę. Ty idź odpocząć.

- No, ale ojciec Saro?

- No przecież powiedziałam, że się wszystkim zajmę. Niczym się nie martw.

- Dziękuję, ale…

- Mamo!

- No już dobrze dziecko. Tylko przyjdź później do mnie, bo chciałabym wiedzieć, co u ojca.

- Ok. Nie ma sprawy.

Kobieta wstała z miejsca, kierując się na schody. Była zmęczona. Na schodach spojrzała w dół na salon - kuchnię z jadalnią. Dom wydał jej się jakiś pusty, zimny. Co prawda słyszała chłopców córkę w jadalni – ale wciąż bolało ją, że nie ma przy nim Steven’a. Stojąc mocno uścisnęła dłonią balustradę, by się nie rozpłakać. Powoli ruszyła w górę schodów. Sara widziała jej zawahanie na schodach. Rozumiała co przeżywa ale nic nie mogła zrobić. Ktoś musiał być silny w tym domu. Od lat wiedziała, że jej matka – choć była wspaniałą matką i żoną – niemal całkowicie ograniczyła się do życia w domu. Świat jej matki to dom ze swoimi pomieszczeniami, ogród z jego prawami – tylko tyle.

To był jej świat od wielu już lat. Matka zachowywała się tak, jakby nic poza domem nie istniało. Tak jakby cały świat był dla niej zbędny. Zawsze interesowała ją harmonia z naturą, lecz również wnętrzem własnej duszy. Była pragmatykiem tak, jak ją wychowano. Gdzieś w głębi wiedziała, iż wszystko przemija. Sara posiadała inne cechy charakteru. Ona umiała walczyć, jeśli miała rację – a zwykle ją miała. Była pragmatykiem, ale i umiała logicznie myśleć. Ceniła sobie nauki, jakie przekazała jej matka - jednocześnie twardo stąpała po ziemi. Dobrze wiedziała, iż wartości własne to jedno, a obecny świat to drugie. Nie aby trywializowała nauki matki – nawet je sobie ceniła – jednak chciała być silną i niezależną kobietą. I jeśli drogę do jej niezależności miały być pieniądze, to ona je chciała mieć.

- One same nie są najważniejsze, jednak najważniejsze jest ich posiadanie.

Tak zawsze mawiała. Nie chciała patrzeć, jak jej życie przecieka przez palce tak, jak jej matce. Kochała rodziców. Wiedziała, iż to od niej zależy jakie będzie jej życie. Gdy się ocknęła z zamyślenia w jadalni chłopców już nie było. Zupełnie o nich zapomniała. Praca w kuchni nie sprawiła jej problemu – była zaradną dziewczyną. Zatem nie zwracając uwagi na fakt, iż chłopcy mieli jej pomóc, ostro wzięła się do pracy. Uśmiechnęła się tylko na myśl, że ona jedyna w domu ma teraz trzeźwy umysł. I aby to sobie podkreślić, jęła sobie podśpiewywać. Po zakończeniu pracy w kuchni - upewnieniu się, że o niczym nie zapomniała, nalała sobie szklaneczkę kompotu.

Nie lubiła tych wszystkich używek sztucznie wytwarzanych napojów. Zawsze mawiała, że poza pięknym kolorem tak naprawdę nic w nich nie ma. Ona ceniła sobie kompoty, które z matką przyrządzały nagminnie. Toteż spiżarnia w piwnicy ledwie mieściła rosnące zapasy. Ze szklanką w dłoni weszła do salonu. Rozsiadając się w fotelu, wybiła wyszukany w notesie numer do szpitala.

- Dzień dobry. Z tej strony Sara Forest.

- Tak słucham.

- Chciałabym dowiedzieć się o stan zdrowia mego ojca. Został przywieziony do was parę godzin temu.

- Jak nazwisko?

- Steven Forest.

- Chwileczkę. A tak. Pani ojciec został umieszczony w oddziale kardiologii.

- Czy mogłabym porozmawiać z lekarzem prowadzącym?

- Naturalnie. Przełączam panią na oddział kardiologii.

- Dziękuję.

- Proszę bardzo.

Sara usłyszała melodyjny krótki dźwięk przełączenia rozmowy na numer wewnętrzny. I już po chwili w telefonie odezwał się męski głos.

- George Davis. Słucham.

- Chciałabym porozmawiać o moim ojcu doktorze.

- Jak nazwisko pani ojca?

- Steven Forest.

- A kim pani jest dla pacjenta? Informacje mogę udzielać tylko rodzinie chorego.

- Sara. Sara Forest – córka.

- Aha. Chwileczkę. Zaraz sprawdzę. Już mam kartę pani ojca.

- Czy jest już coś wiadomo? Chodzi mi o stan jego zdrowia.

- Naturalnie. Pani ojciec przeszedł stan lekkiego zawału. Szczerze mówiąc miał wielkie szczęście, że otrzymał natychmiastową pomoc. Jego stan jest obecnie stabilny. Jest już po badaniach. Pozostanie u nas przez parę dni. Naszym zadaniem jest doprowadzić jego serce do stanu bezpiecznej pracy.

- Rozumiem. Czy są jakieś zalecenia?

- Naturalnie zlikwidowanie źródła stresu. Z wywiadu wiem, że to jego pierwsze takie zdarzenie?

- Tak. Tata nigdy się nie uskarżał na zdrowie.

- Być może. Niemniej jego serce nie wygląda najlepiej. Więcej. Myślę, że fakt iż ojciec pani nic nie mówił na ten temat, musiał już miewać podobne bóle. Uzyskane wyniki również nie są najlepsze. Problemem jest fakt, iż pani ojciec jest wyczerpany. Ile godzin pani ojciec spędza w pracy?

- Dużo doktorze. Rano jedzie – wieczorem wraca. To trwa już od jakiegoś miesiąca bądź dwóch. Dawniej pracował tylko osiem godzin dziennie.

- No to mamy odpowiedź. Zły tryb życia, nadmierne wyczerpanie, stres – i efekt gotowy. Droga pani. Ojcu grozi zawał, jeśli nie zmieni trybu życia. I mówię tu o poważnym zawale.

- Tak wiem. Domyśliłam się. Czyli zagrożenia obecnie nie ma?

- Nie. Choć wciąż musi być pod obserwacją, jak i musi przyjmować zalecone leki. Pacjent jest po niezbędnych badaniach. Otrzymuje leki w kroplówce. Musimy go wzmocnić.

- Czy coś mu potrzeba?

- Oprócz bielizny którą otrzymał tu na miejscu – myślę, że wszystko ma.

- Czyli możemy jutro z mamą przyjechać do ojca?

- Tak, naturalnie. Nawet jest to wskazane. Już dzisiaj miał gościa.

- Tak? A któż to taki?

- A nie wiem. Zjawił się natychmiast po przywiezieniu pani ojca do szpitala. Twierdził, że to jego obowiązek być przy pani ojcu.

- A jak się nazywa? Podał nazwisko?

- Przedstawił się jako David. Stwierdził, że to wystarczy.

- Jak wyglądał ten David?

- To mężczyzna w starszym wieku. Jakieś około sześćdziesiątki. Elegancko ubrany. Przyniósł pani ojcu wiele owoców, kompoty. Prosił o najlepszą opiekę dla pani ojca. Czy coś to pani mówi?

- Nie. Zupełnie nic. Nie znam tego pana. Może to jakiś znajomy ojca. Nie wiem.

- Mniejsza o to. Nie siedział tam długo. Przyszedł i pozostawił prowiant, napoje, no i bieliznę nocną.

- Co takiego?

- No tak. Sam się zdziwiłem, bo to akurat winna czynić rodzina. Ale pan stwierdził, że wszystko jest w porządku.

- No dobrze. czyli z tego co słyszę, ojciec musi tam pozostać jeszcze parę dni?

- Tak. mamy jeszcze parę spraw do sprawdzenia. Jeśli nasze obawy się nie potwierdzą – pani ojciec wróci do domu. Musimy uzyskać pewność, iż pacjent jest bezpieczny.

- Cieszę się. Zatem bardzo dziękuję. Jutro mamy zamiar przyjechać z mamą do ojca.

- Bardzo proszę.

Sara odłożyła słuchawkę. Wypiła parę łyków kompotu. Odniosła szklaneczkę do kuchni, po czym ruszyła do sypialni. Matka już spała. Nie chcąc jej budzić, przeszła do swego pokoju. Znowu w oczy rzuciły jej się spakowane kartony. Nie miała jednak na nic siły, tak więc pozostawiła je tak jak stały. Rano pozwoliła sobie na więcej snu. Nie chciało jej się wstawać każdego dnia wcześnie rano. Chciała dobrze wypocząć przed wizytą u ojca. Jednak gdy tylko budzik zaczął wydzwaniać godzinę siódmą zerwała się jak oparzona. Spojrzała na tarczę zegara i nie mogła uwierzyć. Nigdy tak późno nie wstawała. Od razu pomyślała o braciach. Oni mają iść do szkoły – gimbus.

Zerwała się na równe nogi. Zdążyła tylko zarzucić szlafrok, związać go w pasie. I biegiem wpadła na schody. Dopiero zatrzymała się w połowie salonu. Okazało się, że chłopaki już byli ubrani, śniadanie na stole, kanapki w opakowaniach, plecaki przy wyjściu. Przy kuchni krzątała się jej matka. Co prawda wszystko było zrobione, chłopcy właśnie kończyli śniadanie – by po chwili wpaść z jadani do salonu z wielkim hukiem. W przelocie wykrzyknęli: - cześć siostra!, i już ich nie było. Sara niemal oniemiała z zaskoczenia. Matka była jak nowonarodzona. Włosy elegancko uczesane. Jej ulubiona luźna kwiecista sukienka z jedwabiu, i niemal radosne oczy. To wszystko zaskoczyło Sarę. Było to miłe, lecz jednak zaskakujące. Weszła niepewnie do kuchni.

- Dzień dobry mamo. Znowu muszę się ciebie zapytać, czy coś się stało?

- Czemu?

- Ja najzwyczajniej zaspałam. Przepraszam cię. Zapomniałam o chłopakach.

- Ależ nie ma za co przepraszać dziecko. To ja jestem matką. To jest mój obowiązek pilnować was by wszystko było w porządku – a nie twój. No ale dziękuję za twoją troskę.

- Ja to rozumiem mamo, ale mimo to jestem zaskoczona.

- Czemu?

- No bo poprzedniego wieczoru byłaś bardzo przybita. A dzisiaj jesteś jak skowronek. Powiesz mi co się zmieniło od wczoraj?

Vivienne siedziała w jadalni przy stole co i rusz wstając, by na moment umknąć do kuchni. To coś do kanapeczek, to jakieś przyprawy, to ciasteczko. Sara nie mogła się napatrzeć. Matka niemal płynęła w swojej kwiecistej sukni. Ale było coś jeszcze. Jej włosy były bardzo fantazyjnie ułożone. Częściowo splecione, jednak w szczególny sposób. Eleganckie loki mijały się z wydatnymi falami jej długich ciemnoblond włosów. Teraz lśniły niesamowicie. We włosach miała wiśniowo herbacianą różę. Trudno było nie zauważyć tej zmiany. Po przygnębieniu, licznych obawach, gdzieś snującym się smutku – nie było śladu.

- Mamo co się dzieje? Jesteś dzisiaj jakaś inna.

Sara rzuciła niewinne zdanie. Wyczuwała - coś się wydarzyło a ona nic nie wie. Ta zmiana nie mogła ot tak sama się pojawić.

- Mamo?

- No przecież słyszę Saro. Słyszę, lecz dzisiaj jestem taka szczęśliwa.

- Z jakiego powodu?

- No powiem tobie bo widzę, że wychodzisz z siebie by się dowiedzieć. Posłuchaj. Wczorajszego wieczoru czułam się źle – pamiętasz.

- No tak, pamiętam.

- No właśnie. Cały dzień było dobrze. Mimo tych wszystkich wydarzeń z ojcem. Przy kolacji jednak poczułam nagle dziwne zmęczenie. Jakby coś mi mówiło bym poszła się położyć. Wręcz pragnęła się położyć.

- No i tak zrobiłaś. Nawet nie dokończyłaś kolacji.

- No właśnie. Wzięłam kąpiel i nawet nie zasłaniałam okien. Jakoś pasowało mi, że światło księżyca oświetla moją sypialnię. Usnęłam. Saro! Nagle miałam sen. Nawet nie wiem jak to nazwać. Ale to było takie realistyczne. Ja widziałam jakiś obcy dom – wielki dom. To była bardzo stara posiadłość. Ktoś pokazywał mi portrety. Portret mężczyzny i kobiety. Oba te portrety były wielkie, ale i stare.

- Jak to stare?

- Uznałam, że stare gdyż oboje na portretach ubrani byli w piękne ubrania – ale nie z tej epoki. Nie byłoby w tym nic dziwnego Saro, ale nagle zobaczyłam inny portret mężczyzny i starszej kobiety. Był tam jeszcze jeden portret – ale pusty. To bardzo dziwne. Widziałam to wyraźnie. Wisiała sama rama. Nagle zrobiło mi się jakoś dziwnie. Byłam tam w tych wnętrzach, ale z początku nie widziałam nikogo. Dopiero później zobaczyłam kobietę – piękną kobietę w długiej sukni. Saro to dziwne. Ona była zarazem na portrecie, jak i obok mnie.

- No to faktycznie niesamowity sen.

- Posłuchaj. Ta kobieta miała w dłoni fotografię dzieci. Wydaje mi się, że to były bliźnięta – ale nie jestem pewna. I nagle pokazała mi portret innej kobiety, ale nie ten w parze z mężczyzną, tylko kobiety obok starszego mężczyzny.

- Pewnie to albo krewni, albo dzieci tych pierwszych.

- Nie mam pojęcia. Na koniec zobaczyłam, że ta kobieta w długiej sukni wskazuje mi portret wiszący obok tej innej kobiety – z jej prawej strony. Saro! To był portret twego ojca. Nic z tego nie rozumiem. Ona powiedziała mi, że wszystko będzie dobrze. Wyznała mi, iż ona jest naszą – i się obudziłam.

- No to masz zagadkę mamo. Niemniej pomijając fakt, iż to tylko sen – to bardzo dziwny. Szkoda tylko, że nie wiesz, co chciała powiedzieć ta kobieta.

- Ona położyła mi dłoń na ramieniu, i tak mi się zrobiło dobrze, ciepło i bezpiecznie. Saro! Ja wiem, że będzie dobrze. Dajmy teraz temu spokój. Sen to sen i tyle. No ale opowiedz mi co się dowiedziałaś jeśli chodzi o ojca.

- Okazuje się, że tata przeszedł niewielki zawał.

- A z kim rozmawiałaś?

- Z lekarzem prowadzącym, panem George’m Davis’m. Powiedział mi, że tata już miał wykonane wszystkie badania. Stwierdził, że natychmiastowa pomoc wiele znaczyła dla jego bezpieczeństwa i życia. Lekarz podejrzewa, że to musiało się wydarzyć już nie pierwszy raz. Tyle tylko, że tata się do tego nie przyznaje.

- No tak. On się nigdy nie skarżył – jak zwykle zresztą. Co jeszcze mówił?

- Powiedział, że tacie grozi ponowny zawał jeśli nie zmieni stylu życia. Tata musi zwolnić tempo, wyluzować.

- Czy mówił co można przynieść?

- I to jest dziwne mamo. Poinformowałam doktora wczoraj, że przyjedziemy dzisiaj do taty. Lekarz odrzekł, że nie ma przeciwskazań ale tata już miał wczoraj gościa.

- Czyli? Kto to był?

- Nie mam pojęcia. Lekarz powiedział, że to jakiś starszy pan około sześćdziesiątki imieniem David. Pytał, czy to nasza rodzina. Powiedziałam mu, że nie – bynajmniej ja nic o tym nie wiem.

- No bo tak jest. My nie mamy nikogo o takim imieniu w rodzinie. Matko jedyna. Nic nie rozumiem.

- Mamo. To nie wszystko. Ten David zjawił się u niego zaraz po przywiezieniu taty do szpitala. Co prawda doktor twierdzi, iż on nie był tam długo. Ale przyniósł tacie prowiant, kompoty – nawet bieliznę.

- Co? Coś podobnego!

- Ja również się zdziwiłam. Lekarz sam stwierdził, że to niecodzienne zachowanie. Stwierdził że tego typu rzeczy osobiste przynosi rodzina.

- I ma rację. To nasz obowiązek – mój. Ale nic. Jedziemy do szpitala Saro. Chłopcy są w szkole – mamy czas. Pojedziesz ze mną?

- No pewnie, jadę z tobą mamo.

Vivienne ruszyła na schody, a Sara kończyła prace porządkowe w kuchni. Było już po śniadaniu, i Sara bardzo szybko uwinęła się z myciem naczyń. Po uprzątnięciu naczyń, sama ruszyła do swego pokoju, przygotować się do wizyty w szpitalu. Nie minęło nawet pół godziny, gdy Sara już była na dole. Vivienne potrzebowała trochę więcej czasu, toteż ta musiała na nią chwilę zaczekać. W między czasie wyprowadziła samochód z garażu. Gdy tylko zatrzymała wóz na podjeździe, spojrzała w stronę domu. Na ganku stała jej matka już gotowa. Jednak jej ubiór w niczym nie przypominał tego, jakiego używała na co dzień. Miała na sobie gustowny jesienny kostium w kolorze głębokiej zieleni. Vivienne kochała ten kolor.

W klapę wpięła srebrną broszę. Na głowie miała czarny kapelusz ze srebrną ażurową wstęgą wokół ronda. Czarne pantofle ze srebrnymi ozdobnymi klamrami, dopełniały kompletu. W dłoni trzymała czarną matową torebkę – również posiadającą srebrne ozdoby. Sarę zamurowało. To była całkowicie inna osoba. Elegancka, szykowna, gustownie ubrana kobieta. Była dumna z matki. Obie wsiadły do samochodu. Vivienne była spokojna i opanowana. Sara co i rusz zerkała na matkę. Ona emanowała optymizmem. Nie wiedziała zupełnie co dalej – a jednak była spokojna. Sara zastanawiała się, czy jeden dziwny sen mógłby tak na nią wpłynąć. Ruszyły wolno wyjeżdżając na ulicę.

Co prawda do szpitala nie było daleko, lecz trzeba było przejechać centrum miasta. Szpital znajdował się na jego peryferiach. Obie dojechały do szpitala bardzo spokojnie. Samochód został zaparkowany na pobliskim parkingu dla prywatnych samochodów. Vivienne wraz z Sarą kroczyły po tafli dziedzińca szpitalnego, śpiesząc się na wizytę. Obie zaciekawione w jakim stanie zastaną swojego krewniaka. Ruszyły na oddział kardiologii. Vivienne postanowiła, iż nim uda się do męża, porozmawia z lekarzem prowadzącym. Drzwi do gabinetu doktora Davis’a były uchylone. Sara nie zdążyła na nic zareagować gdyż matka lekko pchnęła drzwi.

- Doktor Davis jak sądzę?

- Tak. A kim panie są?

- No tak. Vivienne Forest, a to jest moja córka Sara Forest. Przyjechałyśmy do mojego męża Steven’a Forest’a. Nim tam jednak się udamy, chciałabym się dowiedzieć, jaka jest sytuacja?

- No szczególna. Tylko nie wiem o którą sytuację paniom chodzi?

- A nie rozumiem! Pytam o to co wiadomo o stanie zdrowia mego męża. Przecież mój mąż został tu przywieziony.

- No tak droga pani. Ma pani rację. Został przywieziony, lecz to co się teraz tu dzieje przechodzi ludzkie pojęcie.

- Ponownie nie rozumiem. Pytam pana o zdrowie mego męża. Słucham!

Doktor Davis był poirytowany tą całą sytuacją. Sądził że już widział wszystko w swojej karierze w szpitalu. Jednak to co działo się na jego oddziale – to jakaś bajka. Zastanawiał się, jak do tego podejść. Jak zareagować. Niby wszystko w porządku – a jednak. To co się działo, to istne przedstawienie z innej epoki. Nie mógł się denerwować, bo i nie było o co. Lecz takie sceny dzisiaj? Wszyscy o tym rozmawiali już na jego oddziale. Jeszcze trochę a cały szpital będzie wręcz szumiał tylko na ten temat.

- Pan Forest jak już mówiłem córce pani, jest już po badaniach. Przeszedł stan lekkiego zawału. Czynimy obecnie wszystko by go wzmocnić. Jego serce jest znacznie osłabione. Zatem badamy by wyeliminować wszystkie przyczyny.

- To znaczy?

- Czy nie ma gdzieś zatorów, zwężeń. Mogłoby to mieć bezpośredni wpływ na zasłabnięcie lub nie wydolność serca. Jednakże na obecną chwilę zagrożenia nie ma. Naturalnie – musi tu pozostać w szpitalu jeszcze parę dni. O zaleceniach w stosunku do pani męża również wspominałem córce. Czyli chodzi tu o konieczność zmiany trybu życia. Zmniejszenie stresu, jak i zwiększenie czasu wypoczynku.

- Rozumiem. Mówił pan doktorze o sytuacjach. Co miał pan na myśli?

- Naturalnie. Ale to pani sama zrozumie. Proszę tylko o jedno. Pacjenta nie wolno denerwować. Jego stan wymaga spokoju i opanowania. Jednak to co się tu dzieje – to już przesada. Ale proszę za mną.

Doktor wstał z fotela z za własnego biurka. Uśmiechając się podszedł do obu pań, wskazując im wyjście z gabinetu. Oddział kardiologii był wielkim oddziałem. Nowocześnie urządzony wielki hall, barwnie zaaranżowane ściany. Szklane drzwi wszystkich pokoi, nad którymi widniała konsola świetlna z przeróżnymi medycznymi symbolami. Cała trójka przeszła obok paru pokoi by wejść do sali, w której znajdował się Steven Forest. Drzwi wykonane z przyciemnionego szkła rozsunęły się automatycznie. W sali znajdowało się troje mężczyzn. Steven leżał przy oknie. Wszędzie schludnie, czysto, sterylnie.

Ale to, co zobaczyła Vivienne było dla niej i jej córki zaskoczeniem. U jej męża na parapecie okna znajdował się wielki bukiet kwiatów. Był jak fontanna barw na tle bladych kolorów sali. Na szafce znajdowała się srebrna taca z kryształowym dzbankiem, pełnym kompotu. Na oparciu łóżka przewieszony był atłasowy szlafrok o barwie burgundu w fantazyjne wzory, tworzone ze splotu nitek. Gołym okiem widać było, że szlafrok nie należy do tanich rzeczy. Prócz tego na blacie szafki wspaniała srebrna patera z owocami, na parapecie okna owalna taca ze srebrno-kryształową zastawą do kompotu. Właśnie w tym momencie pielęgniarka zabierała wazon z kwiatami, który jeszcze przed chwilą górował nad resztą parapetu okna. Wychodząc z sali chorych, obmiotła stojących gości swoistym spojrzeniem, jakby chciała rzec: - widział to świat takie rzeczy?.

- I co pani na to? Sama pani widzi!

Nie wypadało jednak analizować na głos tej sytuacji przy pacjentach. Doktor tylko wykonał gest głową lekko się uśmiechając. Vivienne weszła do wnętrza a za nią Sara. Drzwi automatycznie się zamknęły cicho sunąc swoim torem. Obie ruszyły w kierunku Steven’a. Rozmowy mężczyzn ucichły.

- Dzień dobry panowie!

- Dzień dobry paniom!

Kobieta wolno podeszła do łóżka męża. Nie mogła sobie pozwolić na ostentacyjne oglądanie wszystkiego, co przy nim się znajdowało. Obmiatając dyskretnym spojrzeniem wynoszone przez pielęgniarkę kwiaty, napoje na szafce, prowiant, naczynia – mimowolnie dłonią musnęła po leżącym na oparciu szlafroku. Od razu wychwyciła delikatność materiału. Podeszła do męża.

- Witaj kochanie. Jak się czujesz?

- No jest już dobrze. Wiele strachu i tyle.

- No z tego co powiedział doktor, to obawy były uzasadnione Steve. Przeszedłeś…

- Oj wiem. Doktor mi mówił. Mam nadzieję, że nie będzie mnie tu długo trzymać. Rozmawiałaś z nim może?

- Tak. Mówił o paru dniach.

- Ale konkretnie?

- To zależy od tego, jakie będą wyniki Steven’e! Tobie grozi ponowny zawał. Czy to do ciebie nie dociera? Jak możesz być taki nieodpowiedzialny?

- No wiem. Już się nasłuchałem. Ale teraz wszystko się zmieni.

- No ja już tego dopilnuję – bądź pewien. A tak a propos – widzę, że masz tu jakiegoś wielbiciela?

I uśmiechnęła się przy tym pamiętając słowa doktora, by nie denerwować pacjenta.

- Chodzi tobie o kwiaty i tę całą resztę.

- No… trudno tego nie zauważyć. Właśnie doktor mi o tym mówił, gdy byłyśmy z Sarą w jego gabinecie. Nie chciałam wierzyć, ale teraz…

- No. Ja też nie chciałem w to wierzyć, i mówiąc szczerze, nadal trudno mi w to uwierzyć.

- Możesz mi o tym opowiedzieć?

- Nie ma tu co opowiadać. Na razie powiem tobie tyle. Zaraz po moim przybyciu do szpitala, zjawił się u mnie pewien gość – starszy gość. Ma na imię David.

- David i?

- David i tyle.

- Ale kto to jest Steve?

- Na to pytanie nie odpowiem tobie – bo nie wiem. Co prawda nie widzę go pierwszy raz, ale…

- Jak to nie widzisz go pierwszy raz? To już kiedyś go widziałeś?

- Po prostu. Pierwszy raz widziałem go w Stanford. To z nim się spotkałem, jak tylko znalazłem się w kawiarni w hotelu „STANFORD HOTEL”. Ale o tym porozmawiamy w domu Vivienne.

- Nie wydaje się to tobie dziwne?

- Już teraz nie.

- O czym ty mówisz?

- Vivienne! O tym porozmawiamy w domu. To nie miejsce na to.

- No tak. Boże! Zapomniałam o tym, że jesteśmy w szpitalu. Słuchaj! Jak widzę nie potrzebujesz niczego. Nie wiedziałam co tobie przywieźć. Potrzebujesz czegoś?

- Nie, nie. Tu mam wszystko. David zadbał o wszystko.

Cała trójka spędziła wspólnie niemal dwie godziny w szpitalu. Do domu powróciły od razu ze szpitala. I od razu zabrały się za domowe obowiązki. Póki nie było chłopców w domu, rozmowom na temat sytuacji w szpitalu nie było końca. Minęło parę dni, i nastał piątek. Vivienne odebrała telefon ze szpitala. Dzwonił jej mąż Steven informując, iż w ten dzień wraca do domu. Kobieta nie ukrywała, że ogromnie się z tego cieszy. Sara była we własnym pokoju gdy jej matka rozmawiała z mężem. Ciekawa kto dzwoni w pośpiechu zbiegając na dół, głośno o to zapytała. Vivienne tylko uniosła rozpostartą dłoń do góry – na znak, iż ta winna być cicho.

- Jak to mam nie przyjeżdżać po ciebie - nie rozumiem! Przecież twój wóz jest w garażu?

- Przyjadę do domu limuzyną z David’m. Powiedział, że otrzymał takie polecenia.

- Jak to David – ciebie? Kim on w końcu jest by ciebie wozić?

- Porozmawiamy o tym w domu. Pamiętaj że nie możemy o tym rozmawiać przy nim – zaufaj mi. I najważniejsze. Nie dziw się temu jak on się do ciebie będzie zwracał – ok?

- To znaczy? Sama usłyszysz – będzie dobrze.

Mężczyzna pożegnał się po tym, jak przysłał żonie całusy przez słuchawkę. Cieszyła się tym, że mąż wraca. Ale zastanawiało ją to co Steven mówił o telefonie. To jakiś teatr. Sara widziała co się dzieje z jej matką. Jednak ją zżerała ciekawość. Usiadły na kanapie w salonie. Obiad już gotował się w kuchni napełniając wnętrze wspaniałym zapachem.

- No mów mamo! Tata wraca do domu?

- Tak Saro! Wraca do domu – ale nie sam.

- Jak to nie sam? A z kim?

- Z jakimś David’m.

- Kiedy jedziemy po niego?

- No właśnie nie jedziemy Saro. Tata przyjedzie limuzyną. Właśnie przywiezie go ten David.

- Limuzyną? Matko! O co tu chodzi mamo?

- Nie wiem dziecko, nie wiem. I wiesz co tata mi jeszcze powiedział? Mam nie dziwić się temu, jak ten David będzie się do mnie zwracał.

- Czyli?

- No właśnie nie wiem. Tata musiał kończyć. Ma być jeszcze raz przebadany przed opuszczeniem szpitala. David jest tam u niego. Pomaga mu w ubieraniu się i pakowaniu.

- Mamo. Jak to wygląda by obcy człowiek odbierał tatę ze szpitala. To chore.

- Wiem Saro, ale to też ma swoje dobre strony. Będziemy mogły przygotować tacie coś wspaniałego do jedzenia w domu. Musi wiedzieć, że czekaliśmy na niego. Chłopcy też zaraz będą.

- No tak masz rację, lecz i tak uważam, że to dziwne.

Obie ruszyły do kuchni. Sara zajęła się nakrywaniem stołu w szczególny sposób. Miały z czego przyrządzić obiad. A że było ich dwie, Vivienne nie obawiała się o to, że nie zdążą. Sara wychowana w pragmatyzmie, jak i zaradności, była bardzo pracowitą młodą dziewczyną. Mało, że miała talent do pióra i malarstwa – jednak jej innym talentem było gotowanie. Odziedziczyła po matce dryg do gotowania. Kochała uczyć się co i rusz nowych potraw. Tak więc obie wspaniale gotujące panie, wzięły się do roboty. Temat rozmów zmienił się automatycznie na tematy kulinarne, tajniki wyszukanych potraw, jak i sposoby eleganckiego ich podania.

Trwało to trochę, ale już wszystko było niemal zawiązane na ostatni guzik. Jadalnia wyglądała iście elegancko, gdy do domu wparowali bracia Sary. Od razu wbiegli do salonu, na co Sara błyskawicznie zareagowała wystawioną dłonią w kierunku drzwi.

- Ani mi się ważcie wchodzić w buciorach do salonu! Dopiero co sprzątałam. Już po kapcie!

- No ale my dopiero weszliśmy, co ty…?

- Matthev!

Chłopak chciał coś powiedzieć, ale wyraz twarzy Sary nic dobrego nie wróżył. Tym bardziej Sara nie miała czasu na pogaduszki. Vivienne również kończyła pracę w kuchni. Ostatnią rzeczą jaka pozostała, było ciasto w piekarniku. Sara uparła się zaraz po relacji matki o powrocie ojca do domu, iż upiecze dla rodziny odlotowe ciasto. Zatem pozostało tylko czekać na finał. Piątkowe popołudnie pachniało w domu Forest’w wspaniałymi aromatami. Chłopcy po przebraniu się rozsiedli się na kanapie w salonie. Chcieli włączyć telewizję przed obiadem. Jednak Sara chciała z nimi porozmawiać, pozostawiając matce czas na dokończenie wszystkiego w jadalni.

- Chłopaki! Zanim zaczniecie szaleć, chciałabym z wami porozmawiać.

- Stało się coś?

- Dzisiaj wraca tata ze szpitala. Z mamą szykujemy dla niego przyjęcie w domu. Obiad, ciasto i takie tam. Słuchajcie. Ma być tu cicho i spokojnie. Macie być w porządku. Tym bardziej, że tata nie będzie sam.

- A z kim?

- Nie wiem. Ale ktoś ma go przywieźć. Zatem proszę nie szalejcie. Tata wraca ze szpitala.

- No dobra, dobra.

- Zaraz będzie obiad. Przygotujcie się do obiadu. Trzeba się przebrać i jakby co to spokojnie. Nie naróbcie nam wstydu.

I gdy tylko Sara skończyła rozmowę z braćmi, a oni biegiem ruszyli do swoich pokoi przebrać się, zabrzmiał telefon. Sara była obok toteż podniosła słuchawkę.

- Tak słucham!

- Sara? Kochanie – tu tata. Mama mówiła tobie, że dzisiaj wracam?

- Tak mówiła. A coś się stało?

- Nie, nie. Właśnie jesteśmy w centrum miasta. Ja jestem w samochodzie, a David właśnie poszedł po kwiaty. Będziemy za jakieś dwadzieścia minut.

- Ok. Będziemy czekać.

Odłożyła słuchawkę, i z pośpiechem ruszyła do kuchni gdzie była jej mama. Ta już właśnie wyciągnęła ciasto z piekarnika. Sara poczekała by ta je odstawiła, nie chcąc narazić matki na poparzenie. Ciasto właśnie znalazło się na paterze. Jego wysokość wprawiała Vivienne w zachwyt. To dzieło jej córki, więc odwróciła się do niej pokazując, że to jej niewątpliwy sukces. Dziewczyna uśmiechnęła się na ten gest.

- Mamo! Dzwonił tata. Jest już w centrum. Będzie w domu za dwadzieścia minut.

- No to mamy mało czasu. A trzeba się jeszcze przebrać.

- Tata powiedział, że David zatrzymał się w centrum. Mają iść do kwiaciarni. Kupuje kwiaty.

- No a co w tym takiego dziwnego? Może one są mu potrzebne.

- Myślisz?

- Dobrze. Ciasto już nie opadnie. Saro gratuluję. Jesteś nieoceniona w kuchni.

- Tak jak ty mamo.

Obie śmiejąc się ruszyły na schody. Sara nie chciała się wielce stroić na przybycie ojca czy tego David’a. Dlatego postanowiła zmienić tylko bluzkę. Coś jej mówiło, że T-shirt nie jest najodpowiedniejszym strojem na taką okazję. Zatem wykonała parę tasowań wieszaków w szafie. Już miała w dłoni luźną bluzkę z wielką kwiecistą falbaną na ramionach. Pozostały tylko włosy. Przydałoby się je odświeżyć, ale wiedziała, że nie zdąży na przyjazd ojca. Vivienne zmieniła sukienkę na jej ulubione wdzianko po domu. To była długa suknia z jedwabiu, którą dostała w prezencie od Steven’a. Była długa powiewna i bardzo kwiecista. Vivienne niemal płynęła w niej po chodniku na schodach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz