Tom I – część 6

Post w dziale:

Sara tylko spoglądała na nią z góry schodów. Wiedziała, że ten pomysł z jedwabną suknią, to dla ojca. Chłopcy byli we własnych pokojach, gdy Sara jako ostatnia schodziła na dół. Już miała rozsiąść w salonie na kanapie, gdy obie usłyszały dzwonek do drzwi. Rezygnując z siadania ruszyła w ich kierunku. Vivienne przeszła z kuchni do salonu. Dziewczyna otworzyła drzwi, w których stał ojciec. Wszedł do środka, a za nim starszy mężczyzna z wielkim bukietem przed sobą. Obie stały jak zahipnotyzowane. David podszedł do Vivienne, i wręczył jej jeden z bukietów. Steven stał spokojnie obserwując całość wydarzenia.

- Witam panią lady Forest. Proszę przyjąć ten bukiet kwiatów w dowód wielkiego szacunku z mojej strony. Mniemam, iż sprawią one pani przyjemność.

- O dziękuję panu, ale…

- David! Lady Forest. Mam na imię David.

Mężczyzna życzliwie się uśmiechnął. Ona odwzajemniła uśmiechem jego uprzejmość, przyjmując bukiet. Po czym podszedł do Sary – również z kwiatami. Dziewczyna znieruchomiała, zupełnie nie wiedząc, jak zareagować. To tak ją rozbawiło, iż sama ze sobą zmuszona była się siłować, by na cały głos się nie roześmiać. Chrząknęła jednak znacząco dłonią zakrywając usta.

- A to dla pani panienko Saro. Widzę że panienka również kocha kwiaty?

- Dlaczego również?

- Bo jeśli mi wolno zauważyć - panienka, jak i lady Forest, macie ten sam motyw na strojach. Tu jest zresztą mnóstwo kwiatów.

- No tak, ma pan rację.

- Proszę mi wybaczyć panienko. Moje imię David. Proszę po prostu tak się do mnie zwracać. Żaden ze mnie pan.

- Ależ…

- Saro. Uszanuj prośbę David’a.

Vivienne przysłuchując się rozmowie córki z obcym mężczyzną, od razu zauważyła dziwne jego zachowanie. Ten człowiek niemal wyrwany był z innej epoki. Był taki elegancki, niezwykle uprzejmy – by nie rzec – nienagannie taktowny. Obie jednak nie spodziewając się tak pięknych kwiatów, uśmiechały się do obu mężczyzn. Rozmowa toczyła się w iście pogodnym nastroju. Bo i był ku temu powód. Steven wrócił ze szpitala zdrowy – pełen sił i nie był tam długo. Dopiero po chwili do towarzystwa dołączyli chłopcy. David z lekka spoważniał. Gdy tylko ci doszli, on przywitał się po swojemu tytułując ich per „panicz Matthev i panicz Thomas”.

Wprawiło to ich w osłupienie. Szczęście, że Vivienne w porę posłała im odpowiedni gest by dać im do zrozumienia, by nie daj Boże nie buchnęli śmiechem. Obaj przywitali się też ze swoim ojcem.

- Moi drodzy. Będziemy mieli jeszcze czas na rozmowy. Teraz jednak zapraszam na obiad. Mam nadzieję, że pan David’e…, o wybacz - David’e, również zaszczyci nas swoją obecnością?

- Naturalnie. Jestem wdzięczny lady Forest za zaproszenie, ale nie wolno mi dopuszczać do takich sytuacji.

- To znaczy?

- Chodzi mi tu o wspólną obecność przy stole z moim państwem.

Steven stojąc bezpiecznie z tyłu David’a, wykonał tylko w stronę żony stosowną minę wskazującą na to, że o tym właśnie mówił. To właśnie jest to dziwne traktowanie. Jednak nie zwracał już uwagi na to, by nie zrobić przykrości David’i. Kobieta to rozumiała.

- Drogi David’e. Szanuję twoje zdanie w tej mierze, jednak pozwól mi również na własne. Moim zdaniem nie grzeczne z mojej – naszej strony byłoby to, iż nie okazalibyśmy wdzięczności za udzieloną pomoc memu mężowi. Zapewniam ciebie David’e, że sprawisz nam wielką radość swoją obecnością.

Mężczyzna – widać było, że sam ze sobą prowadzi wewnętrzną debatę. Tyle lat służył swemu państwu, ale z taką prośbą się jeszcze nie spotkał. Widząc jednak oczekujące miny tych ludzi, nie miał siły odmawiać, choć czuł się mocno skrępowany.

- Jeśli państwo sobie tego życzą, to z wielką radością spełnię tę prośbę.

- Ogromnie się cieszymy David’e. Zatem my z Sarą zajmiemy się kwiatami, a ty Steven’e – chłopcy, zajmiecie się naszym gościem.

- Lady Forest. Może ja pomogę. To mój obowiązek. Jak to tak bym ja siedział, a państwo pracowali.

- Nie, nie. Naturalnie dziękuję tobie David’e za propozycję, ale u nas w domu goście nie pracują. A ty jesteś gościem. Zatem Steven, David’e, chłopcy – zapraszam do jadalni. My zajmiemy się resztą.

Cała grupa ruszyła do jadalni, a Sara z matką ruszyły do kuchni. Dziewczyna przyniosła dwa wspaniałe wazony. Napełniwszy je wodą, szybko wstawiła doń kwiaty. Jeszcze tylko spryskała ich liście wodą, by już znalazły się w salonie. Nie chciała nieść swego do siebie, gdyż nie było tam na to miejsca. Postanowiła więc ustawić jeden wazon na komodzie z jednej strony, a drugi z drugiej. Jeszcze tylko błyskawiczne spojrzenie na to, jak to wygląda z daleka, i już była w kuchni z matką. Ta już zajmowała się obiadem, a Sara od razu zajęła się kompotem. W mig pojawiła się taca ze szklaneczkami na kompot, i szklanym dzbankiem.

- Mamo! Może szklany to za mało? Może dać ten kryształowy?

- Saro nie przesadzaj.

Zaśmiała się przy tym tak szeroko, że po chwili chrząknęła, by taktowniej uśmiechać się do córki.

- Saro! Mam już wszystko na półmiskach. Zatem ruszamy do jadalni.

Tam panowie już rozmawiali ze sobą swobodnie, choć to były luźne tematy – nic szczególnego. To o domu, to o wystroju, o pogodzie, o sytuacji w polityce w kraju w ogóle. Itd. Itd. Obie kursując między jadalnią a kuchnią z lekka się na to uśmiechały. Po chwili już wszystko, co było przygotowane na obiad, znalazło się na stole. Obie zasiadły na swoich miejscach. Sara po stronie David’a. Vivienne zasiadła na szczytowej stronie stołu – naprzeciwko Steven’a. Obiad minął w niezwykle miłej atmosferze. Atmosferze zabarwionej niesamowitym stylem prowadzenia rozmów przez David’a. Vivienne nadziwić się nie mogła, że chłopcy zazwyczaj głośni i ruchliwi – obecnie spędzali ten czas, jak nie jej synowie.

Byli pod wrażeniem całego spotkania, choć widziała w ich oczach inne zabarwienie. Ich w młodzieńczy sposób to bawiło. Potem towarzystwo przeniosło się do salonu. Tam Vivienne wraz z Sarą, podały pyszne ciasto z kawą. Była godzina czwarta, gdy David pożegnał się z państwem Forest. Sara chwilę posiedziała z rodzicami, po czym wzięła się za sprzątanie w kuchni, jadalni – salon pozostawiła na końcu. Nie chciała zakłócić rodzicom tej chwili. Wreszcie byli razem. Co i rusz nasłuchiwała, czy coś się nie dzieje. Chłopcy ruszyli do swoich pokoi. Czas na lekcje i naukę. W salonie pozostali rodzice. Vivienne aż paliła się do tematu, który już od wyjazdu Steven’a pozostał w milczeniu.

Obawiała się jednak o to, by nie doprowadzić do nawrotu złego stanu zdrowia męża. W kuchni Sara właśnie kończyła zmywanie naczyń – jadalnia była już sprzątnięta. Pojawiła się jeszcze na moment w jadalni, by zebrać niepotrzebne naczynia. Vivienne przytulona do męża, nagle wyprostowała się siadając prosto na kanapie.

- Steven! Powiesz mi teraz jak się czujesz? Ale tak naprawdę.

- Nie ma powodu do zmartwień Vive. Po prostu trochę przeforsowałem z pracą. To stres moja droga. Muszę zwyczajnie zwolnić.

- Mam nadzieję, że na poważnie weźmiesz słowa lekarza Steve. To nie żarty.

- Wiem i zapewniam, że poważnie traktuję jego słowa.

- Cieszy mnie to. Zatem powiesz mi teraz, co załatwiłeś w Stanford. Czy też wolisz odpocząć?

- Vivienne posłuchaj. To co mam w tej sprawie do powiedzenia, zostanie i musi być powiedziane. Jednak to muszę w pierw sprawdzić – upewnić się. Rozumiesz?

- Nie, nie rozumiem Steven. Nie rozumiem, bo nic nie powiedziałeś o co w tym wszystkim chodzi.

- Dobrze. Opowiem tobie o tym, co ja wiem. Ale to jest wszystko niewiarygodne. No to słuchaj. Ten człowiek miał rację. Gdy przyjmę jego propozycję, to ten fakt całkowicie zmieni moje – nasze życie. Jednak myślę, że powinienem to powiedzieć wam wszystkim. Wszyscy jesteśmy jedną rodziną, i to tyczy się nas wszystkich. Zatem nalej mi szklaneczkę kompotu – proszę. Będziemy mieli rodzinną naradę. Tylko się pośpiesz.

- Już się robi.

- Steve! A ja pójdę do chłopców na górę. Skoro ma być rodzinna narada, to oni też winni tu być.

- Dzięki Vive.

Kobieta pośpiesznie wstała kierując się w stronę schodów. Sara w miedzy czasie uprzątnęła stół w salonie. Ciasto zamknęła szklaną kopułą, talerzyki zostały migiem umyte. Szklaneczki z dzbankiem pełnym kompotu – na tacy, wylądowały na blacie. Sara wiedziała, że szykuje się ważna rozmowa dla nich wszystkich. Dlatego miast zwykłego kompletu do kompotu, użyła kryształowy komplet. Taca nie była lekka, ale podekscytowanie, ciekawość były silniejsze. To dawało jej dodatkowe siły. Z tacą w dłoniach w kroczyła do salonu. Steven na ten widok uśmiechnął się. Córka w dżinsach, kwiecistej falbaniastej bluzce i barwnym fantazyjnie szytym fartuszku.

To był kojący widok - ciepły widok. Wiedział, że z Vivienne dobrze wychowali córkę. W tym czasie Vivienne zapukała w drzwi pokoju synów. A że drzwi były uchylone nie czekała na słowne zaproszenie. Wykorzystała to, że obaj byli przy własnych biurkach. Nie wchodziła dalej – nie było takiej potrzeby.

- Chłopcy nie przeszkadzam?

- Nie mamo. A coś się stało?

- Nie, nic. Zresztą to się okaże. Jak stoicie z lekcjami?

- No jeszcze jest trochę do zrobienia.

- Czyli co? Matt?

- Ja mam jeszcze matematykę i ekonomię. Resztę mam już zrobione.

- A ty Tom?

- Mnie został Angielski i literatura. Jutro jest sprawdzian.

Obaj chłopcy uczęszczali do liceów. Jednak rodzice uzgodnili między sobą, iż obaj będą uczniami jednego liceum. Byli zdania, że oddzielne szkoły nie zapewnią im należytego bezpieczeństwa. Steven nie do końca był przekonany, co do tego, by uczyli się w jednej szkole. Zawsze uważał, iż to każdy z nich winien zdobyć samodzielność. Vivienne jednak obawiając się o ich bezpieczeństwo, postawiła na swoim – on odpuścił. Dlatego to obaj poszli do jednej szkoły. Matthev był chłopcem energicznym, posiadającym własne zdanie. cenił sobie wrażliwość, dobro, sprawiedliwość. Zawsze jednak był pragmatykiem o ścisłym umyśle.

Był wzorowym uczniem w ścisłych przedmiotach. Dobrze się czuł z fizyką, chemią, ale uwielbiał matematykę, ekonomię, rachunkowość. Już od wielu tygodni myślał o własnym biznesie. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, iż zbyt wiele przed nim, jeśli chodzi o naukę. Thomas był zaś bardziej podobny do matki. Kochał naturę, artyzm, sztukę. Uwielbiał literaturę. Matt nieraz żartując sobie z brata mawiał, iż jest za miękki na faceta. Nawet Sara ze swoimi talentami, nie była taką romantyczką jakim był Thomas. Vivienne wiedziała o tym, że każde z nich – mimo, iż cała trójka jest jej dziećmi – to każde z nich jest inne. Obawiała się tej rozmowy jaka ich wszystkich czeka.

Zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać. Starała się sama siebie stawiać do pionu, gdzieś w głębi strofując własną słabość. Czuła jednak nadchodzące zmiany. Sama myśl o pozostawieniu ich rodzinnego domu, już przyprawiała ją o zawrót głowy. To jednak byłoby zbyt proste jeśli chodziłoby li tylko o to. Steven nie robiłby z tego takiej tajemnicy – niemal obrzędu. Widziała po nim, jak na niego wpłynęły informacje uzyskane w Stanford. No i ten szpital. Nie wierzyła, że jego nagłe zasłabnięcie, nie ma nic wspólnego z tamtą sprawą.

- Mamo?

Ona stała przy drzwiach wpatrując się gdzieś w okno pokoju chłopców. Ani drgnęła.

- Mamo! Co z tobą? Co się dzieje?

Nagle ocknęła się z zamyślenia nie wiedząc o co chodzi. Zupełnie nie słyszała pytania synów. Dopiero Matthev uchwyciwszy jej ramię, lekko nią potrząsnął. To wtedy zwróciła twarz w kierunku syna. Była zaskoczona tym, że ten dopiero co siedział przy biurku, a nagle znalazł się przy niej.

- Zamyśliłam się – przepraszam.

- Co się z tobą dzieje mamo? Zupełnie byłaś nieobecna. Coś nam chciałaś powiedzieć. Stanęłaś w drzwiach – pytałaś się o lekcje. I nagle – bach – znieruchomiałaś. Co się dzieje?

- No właśnie. Co z lekcjami?

- Tom! No słyszysz? Znowu to samo.

- No dobrze już dobrze. Złapaliście mnie na zamyśleniu. Ale sprawa jest bardzo ważna. Chciałabym byście podeszli do niej poważnie.

- To znaczy?

- Prosiłabym was o to, byście – mimo, iż nie zakończyliście jeszcze pracy z lekcjami – byście zeszli teraz ze mną do salonu. Mamy rodzinną naradę.

Obaj spojrzeli na siebie poważniejąc. Uśmiechy na twarzach przez moment poznikały. W zamian tego pojawiło się zaciekawienie. Pamiętali o tym całym przedstawieniu z tym nieznajomym David’m. Czuli jednak, że to nie tylko o to chodzi. Ich matka była zbyt poważna.

- Mamo! Znowu te korowody z tym David’m, czy co? Jak chcesz to niech Sara z tobą tam będzie. Już i tak straciłem wiele czasu na to przedstawienie.

- To nie przedstawienie Matt. To rzeczywistość. Sama nie wiem o co chodzi, ale ojciec jest w salonie. Prosił by wszyscy byli przy tej rozmowie.

- Dopiero co wrócił ze szpitala. Może to chodzi o jego zdrowie. Mówił ci coś mamo?

- Nie, nie. Zapewniał mnie, że w tym temacie nie jest oczywiście najlepiej, ale nie ma podstaw do niepokoju.

- Czyli co?

Thomas był wyraźnie poruszony tym co się działo. Cały ten korowód z ojcem, nieznanym facetem w ich domu. Przyjęcie na cześć nie wiadomo czego. Bo sam nie wiedział, czy chodziło o uhonorowanie powrotu ojca ze szpitala? Czy też przyjęcie nieznanego człowieka, któremu trzeba było podziękować za opiekę nad nim w szpitalu. To już było dla niego zbyt grubymi nićmi szyte. Rozumiał matkę ale do końca nie rozumiał jej intencji. Wiedział jednak, iż siedząc tu w pokoju niczego się nie dowie.

- Dobra Matt! Nie ma co debatować. Idziemy na dół z mamą.

- Ale po co?

- Daj spokój! Idziemy. Chodź – nie marudź! Mamo. Ale mam nadzieję, że tego obcego człowieka nie będzie?

- Nie Tom. Jesteśmy tylko my – rodzina.

Matthev skapitulował. Wstał od niechcenia wydając takie jęknięcie, iż Vivienne spojrzała na niego. Widziała, że dlań ważniejsze były nauki ścisłe, niż jakieś tam rodzinne gadanie. Nie aby nie szanował, czy też nie był za rodziną – ale miał własne zdanie. Cała trójka kierując się do wyjścia z pokoju, po chwili znalazła się na dole w salonie. Sara z ojcem już siedzieli na kanapie. Na stole stały kryształowe szklaneczki z kompotem – no i dzbanek na wypadek, gdyby rozmowa się przeciągała. Cała kryształowa zastawa czyniła już specyficzny nastrój.

- No nareszcie. Już myślałem, że nie przyjdziecie.

- Tato! Ja mam jeszcze sporo do zrobienia. Lekcje – pamiętasz?

Matthev odezwał się z wielkim wyrzutem. Vivienne spojrzała na starszego syna karcąc go wzrokiem. Wszyscy zasiedli w salonie. W wielkim rozłożystym fotelu Vivienne podkurczając nogi okryła się pledem. Steven zasiadł na drugim z foteli naprzeciwko żony. Sara z braćmi na kanapie. Steven zrobił łyk kompotu ze szklaneczki, po czym odstawił ją na niskim rozłożystym stole.

- Posłuchajcie. To co ja wiem to i tak nie wszystko. Obecnie zastanawiam się nad tym, jaką decyzję mam podjąć! Jak zareagować?

- Steven!

Vivienne odezwała się zniecierpliwiona. Czuła że musi kontrolować męża bojąc się o to, iż znowu będzie dużo gadania, a mało konkretów.

- Ok! Rozumiem. Jak wiecie cała sprawa zaczęła się od krótkiej rozmowy telefonicznej.

- Wiesz już kto dzwonił?

- Nie! Mogę się tylko domyślać. W tej chwili skłamał bym mówiąc, że wiem kto dzwonił. Niemniej dzwonił mężczyzna, który dał mi cztery tygodnie na podjęcie decyzji. Czy przyjmę jego propozycję, czy też nie.

- No ale mówiłeś, że nie wiesz o jaką propozycję chodziło.

- Tak właśnie było. Ustalone zostało, że po czterech tygodniach otrzymam drugi telefon – tym razem tu do domu. I tak też się stało.

- Tak. to wiemy Steven. Sama go odebrałam. Jednak ty wróciłeś z pracy, i sam rozmawiałeś z tym mężczyzną.

- Właśnie. Nie wiem kto był rozmówcą w tym pierwszym telefonie do firmy. Ale wiem kto dzwonił do domu. To był David.

- No tak. Można było się tego spodziewać. I znowu David.

Starszy syn słysząc to wstał nagle z kanapy.

- Mamo! Czy ja muszę tego wysłuchiwać? To jakieś bzdury.

- Usiądź Matt. David to tylko drobiazg wobec reszty.

- Nie rozpraszajmy się Steve.

- Zatem odebrałem telefon w domu w którym David – wtedy nie wiedziałem, że to David – zapytał mnie, czy się namyśliłem. Wtedy – jak opowiadałem mamie – już nie pracowałem w firmie architektonicznej. Wiedziałem że jak nie mam pracy – ciężko będzie nam przetrwać finansowo. Pracy w tej dziedzinie nie zdobywa się z dnia na dzień.

- No dobrze. Tym bardziej chciałabym wiedzieć Steve, skąd miałeś trzysta dolarów na zakupy. Zostawiłeś je w kopercie.

- Już tłumaczę. Wiesz że nigdy nam się nie przelewało. Co prawda nie było aż tak źle, by nam brakowało na podstawowe rzeczy. Ale i nie były to kokosy. To co mieliśmy w banku to moja ostatnia pensja z firmy, która w całości niemal rozeszła się na opłaty za dom, ubezpieczenie, samochód mój i twój Vivienne.

- No właśnie dlatego się zdziwiłam – będąc z Sarą, gdy otworzyłam kopertę od ciebie.

- Wiedziałem że jak nie mam pracy – ciężko będzie nam przetrwać finansowo. Pracy w tej dziedzinie nie zdobywa się z dnia na dzień. Wiedziałem o tym, że się zdziwisz. Wyobraź sobie, że na moim koncie znalazło się tysiąc funtów z dopiskiem: „na czas podjęcia decyzji”. Wtedy nie wiedziałem o tym kto mi te pieniądze przesłał. Teraz już wiem – ale o tym później.

- Tysiąc funtów to ogromna suma Steven. Mam nadzieję, że wiesz co robisz.

Kobieta poruszyła się na fotelu poprawiając pled na nogach. Sara coraz bardziej wciągała się w temat. Już po tym wstępie czuła, że nie może być źle. Zrobiła łyk kompotu, i nie wiedząc co zrobić ze szklanką – odstawiła ją na blat stołu.

- No widzisz mamo, a tak się martwiłaś pieniędzmi. No dobrze tatku opowiadaj, co dalej w tym Stanford.

- W ten dzień kiedy miałem jechać do Stanford nie miałem czasu tłumaczyć skąd mam tyle pieniędzy.

- Mówiąc szczerze jechałem tam z wielką ciekawością, ale i z niepewnością. Teraz mogę to przyznać.

- To teraz wyobraź sobie, co ja tu przeżywałam.

- Mamo daj spokój! W ten sposób do kolacji nie dowiemy się, co dalej.

- Zatem pojechałem do Stanford. Tam skierowałem się – tak jak mi powiedziano w ostatnim telefonie do hotelu: „STENFORD HOTEL”. W hotelu usiadłem przy stoliku w tamtejszej kawiarni. Sądziłem że tam już ktoś będzie na mnie czekał. Jednak nie było nikogo takiego. Oczekiwałem tam człowieka, który dzwonił do mnie do firmy. Okazało się jednak, że po chwili zjawił się tam starszy mężczyzna…

- David jak sądzę?

- Tak. Zakomunikował mi, że przyjechał on nie po to by prowadzić ze mną dalsze rozmowy. Przyjechał po to, by mnie dowieźć limuzyną do człowieka, który miał ze mną rozmawiać.

Matthev znacząco uśmiechnął się do Toma.

- No właśnie widzieliśmy ją przed domem dzisiaj, ale fura tato.

- Matt!

- David proponował mi bym pojechał z nim limuzyną. Po to przyjechał – a raczej otrzymał polecenie, by mnie tam zawieźć. Mówiąc szczerze to mi się nie podobało. Oznajmiłem mu więc, iż jestem własnym samochodem, i nim mogę pojechać na miejsce.

- No i pojechaliście.

- Tak. Okazało się, że jechaliśmy do kancelarii prawnej mecenasa Walentine’a.

- Kancelaria prawna? Po co? Na miłość Boską! Po co?

- Vivienne! Mogę mówić dalej?

- No mów – przepraszam.

- Tam zostałem przyjęty przez mecenasa. Odbyłem z nim rozmowę. I to co usłyszałem przeszło wszelkie moje oczekiwania.

- To znaczy?

- Dowiedziałem się o istnieniu lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone. Okazało się, że to on zainicjował całą tę sprawę.

- Ale co on chce od ciebie Steven? Matko jedyna! Nic nie rozumiem.

- Mecenas przekazał mi, że chodzi o spadek. Oświadczył mi, że jestem jedynym spadkobiercą jego majątku.

- Ty spadkobiercą jakiegoś de Blackstone? Miałeś kogoś o tym nazwisku w rodzinie?

- Dotąd uważałem, że nie. Jednak szybko się okazało, że się myliłem – a raczej żyłem w głębokiej niewiedzy.

- Matko jedyna Steven! Mówże po ludzku, bo nic nie rozumiem.

- Okazało się, że to przez moją babkę. Przypomnij sobie. Moją babką była Margaret Handfield – pamiętasz? Zmarła jakiś czas temu.

- Pamiętam. Dobrze pamiętam, ale…

- No właśnie. Ona wciąż mówiła nam o tym, że ma tytuł lady?

- Pamiętam to. Zawsze musiałam się starać by czegoś źle nie zrobić. Ona była jakby nie z tej epoki. No mówiła często o tym, ale komu to potrzebne. Zresztą myślę, że to była wina jej wieku. Nie wiem czy można było traktować zbyt poważnie tego, co mówiła w tym temacie.

- A jednak. Okazuje się – słuchajcie - , że babka posiadała arystokratyczny tytuł „lady”. Okazuje się, że nie bez powodu. Babka nosiła nazwisko Handfield po mężu, jednak jej panieńskie nazwisko, czyli nazwisko rodowe to „de Blackstone”. Okazało się, że ona była najmłodszą siostrą dziadka lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone.

- No dobrze. Babka była jego siostrą. Co dalej?

- Właśnie z tego powodu zaczęła się ta cała sprawa.

- Czyli co chcesz powiedzieć? Twoja babka już nie żyje dość długo. To dlaczego wtedy nikt o tym nie mówił?

- Okazało się, że babka zastrzegła sobie tę informację. Z jakiego powodu – nie wiem. Dopiero sprawa wypłynęła, gdy lord Jeffrey de Blackstone, zaczął poszukiwać swoich krewnych – innymi słowy – spadkobierców.

- To znaczy, że to on był inicjatorem całego zamieszania? To z jego powodu jechałeś do Stanford? Zaraz, zaraz. Znaczyłoby to, iż on nie żyje, a ty jesteś spadkobiercą całości jego majątku.

- I tak, i nie.

- Nie rozumiem. Jak można nie być, a zarazem być spadkobiercą?

- Usiłuję to wam wyjaśnić. Lord de Blackstone wynajął kancelarię prawną Walentine’a. Ta kancelaria zajmuje się od lat sprawami tego rodu. Jego kancelaria zajęła się poszukiwaniem krewnych lorda de Blackstone.

- No i jak widać znalazła.

- No tak. I jak się okazuje znalazła trzy osoby spowinowacone z tym rodem. W Stanach był spadkobierca w podobnym kręgu, jak babka lady Margaret Handfield – jednak nie był spokrewniony z dziadkiem lorda Jeffrey’a de Blackstone – a z jego babką. A ci spadkobiercy byli wykluczeni z powodu intercyzy majątkowej. Drugi ze spadkobierców zmarł w swoim domu w Kanadzie, jako samotny bezdzietny człowiek. No i ja. Jako krewny mojej babki.

Vivienne wstała z fotela jakby ją nosiło po salonie. Sara milczała wpatrzona w ojca. Matthev i Thomas siedząc, niemal nie wydawali żadnego szmeru. Wydawało im się, że to jakiś film nie z tej ziemi. Vivienne chodziła po salonie, i widać było, że stara się przeanalizować to co usłyszała.

- Czyli co tato. Skoro tamci nie mogą być spadkobiercami – to trudno. A co z tobą?

- Okazało się ponad wszelką wątpliwość, iż jestem jedynym żyjącym spadkobiercą lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone.

Chodząca po salonie kobieta na chwilę się zatrzymała, jakby chwytając ostatnie wypowiedziane zdanie męża. Chwilę zawahała się, by po chwili usiąść na swoim fotelu – ale już bardziej taktownie.

- Chwila. Rozumiem że to właśnie ten de Blackstone – przez jego działania – ty otrzymałeś ten dziwny telefon. Następnie zmuszony byłeś jechać do Stanford.

- Tak – dokładnie.

- To co teraz? Jak rozumiem znowu zacznie się ten cały korowód z dokumentami, udowadnianiem pokrewieństwa, jazda do Stanford.

- Nie Vive. Z jego polecenia kancelaria prawna Walentina dokonała już tego całego korowodu – jak ty to nazywasz. Sprawa dochodzenia, dokumentacji, jak i ustalenie spadkobierców mamy już za sobą.

- No ok! Zatem następny krok? Jak to się ma do nas?

- Zatem – byłem tam w kancelarii Walentina. Dowiedziałem się, iż lord de Blackstone ma wielki majątek składający się z nieruchomości, ruchomości, jak i duże aktywa finansowe.

- Czyli teraz jesteśmy bogaci tak tato?

Matthev wyskoczył z pytaniem, jak Filip z konopi. Sara nie zdążyła nawet się do niego odwrócić by zareagować. Vivienne chwilę myślała. Naturalnie szklaneczka kompotu poszła w ruch, jakby miała być czynnikiem wspomagającym tok analizowania informacji. Dziewczyna od razu dolała matce kompotu. Chciała już odstawić dzbanek, gdy przezornie dolała też i sobie. Spokojnie usiadła, choć w środku aż ją roznosiło. Owszem słyszała to co jej ojciec powiedział, jednak te informacje wokół niej krążyły.

- I tak i nie Matt.

- I znowu zagadki Steven – obiecałeś.

- To nie jest zagadka. Po prostu mówię jak jest. Prawdą jest, że jestem jedynym krewnym – a co za tym idzie i wy również. Prawdą jest, że poprzez moją babkę Margaret Handfield z domu de Blackstone – ja jak i ty Vivienne – czy chcemy czy nie, dziedziczymy tytuły lordowskie.

Już chciał dalej ciągnąć niesamowite podsumowanie sprawy, gdy synowie parsknęli śmiechem. Sara spojrzała na nich tak litościwym wzrokiem, iż po chwili i ona zaczynała walczyć z rozbawieniem. Do tego zupełnie nie rozumiała, o co w ogóle chodzi braciom. Steven siedział wpatrując się w to przedstawienie. Vivienne widać pasowała ta przerwa w toku informacji. Uśmiechając się, coraz bardziej czuła, jak jej wewnętrzne napięcie maleje. Matthev wstał raptownie z wielką powagą spoglądając na brata.

- Bracie! Przedstawiam tobie lady Vivienne Forest, a to lord Steven Forest. Tu zaś siedzi lordowska córa Sara Forest. A my…

Głośno się śmiejąc klapnął na kanapę, aż Thomas i Sara podskoczyli. Steven też zaczął się uśmiechać. No i nie trwało wiele czasu, a w salonie Forest’ów aż wrzało od głośnego śmiechu. Co prawda mężczyzna chciał to przerwać od razu. Uznał jednak, że to dobrze na niego działa – zresztą reszcie również. Stres, podenerwowanie, napięcie. To wszystko zaczęło gdzieś ulatywać, zastąpione wyluzowaniem, i w pewnym stopniu wyciszeniem emocji.

- Dobrze już moi drodzy. Mówić dalej, czy też damy sobie na dzisiaj spokój?

- To jest jeszcze coś?

Vivienne lekko spoważniała. Śmiech w salonie wyciszył się. Wszyscy ponownie zaczęli wpatrywać się w Steven’a. Od razu wiedział, że mu nie odpuszczą. Gdzieś wewnątrz siebie chciał tego, traktując to jako całkowite wyzwolenie. Czuł że emocje w jego przypadku ponownie rosną. Z coraz większym wysiłkiem starał się miarowo oddychać. Vivienne przez ułamek sekundy uchwyciła szczególny wyraz jego oczu. Żyła z nim tyle lat, i dobrze go znała. Doskonale umiała rozpoznać kiedy on jest radosny, a kiedy tylko udaje. Kiedy jego uśmiech jest naturalny, spontaniczny – a kiedy wymuszony, sztuczny. Kochała go bardzo. Traktowała go jak samą siebie, chroniąc na każdym kroku.

- Steven! Co się dzieje? Źle się czujesz?

- Nie jest źle Vive, nie jest…

I brakło mu tchu. Łapiąc od razu powietrze przerwał tok słów. Tak jakby się zakrztusił. Kobieta zerwała się na równe nogi. Sara za nią.

- Steve, kochanie! Saro uchyl okno, i wpuść tu trochę powietrza – proszę.

- Dziękuję ale okazuje się, że to za dużo dla mnie.

- Jednak się źle czujesz – widzę to.

- Nie to chwilowe. Zaraz mi przejdzie.

Tym razem Sara usiadła na miejscu matki, a ona zajęła jej miejsce chcąc być jak najbliżej męża. Chwilę się mu przyglądając – lekko się uśmiechnęła.

- Uważasz że możemy kontynuować rozmowę? Czy też wolisz odłożyć to na jutro?

- Możemy kontynuować Vive. Co prawda wolałbym dać sobie chwilę wytchnienia, ale nie mamy wiele czasu na przedyskutowanie, zastanowienie się, i podjęcie decyzji.

- Dobrze ale spokojnie Steven. Jak tylko poczujesz, że coś się dzieje – dasz mi znać – proszę.

- Obiecuję.

- No to mów. Co jeszcze pozostało.

- W poniedziałek muszę podać mecenasowi moją decyzję w sprawie, gdzie mają być zdeponowane wszystkie dokumenty w tym temacie. Co prawda już ją podjąłem, niemniej ona zależna jest od waszej decyzji.

- To znaczy?

- Czy przyjmiecie propozycję lorda, czy też nie. Innymi słowy, czy przyjmiemy spadek, przeprowadzamy się do Stanford i tyle. Tam jest kancelaria Walentine’a. Gdy zatem będziemy wiedzieli co dalej nie będzie trzeba zmieniać kancelarii. Mecenas wydał mi się godny zaufania. Od lat prowadzi również interesy prawne rodu de Blackstone. Co wy na to?

- Słuchaj. Na ostateczną decyzję jest jeszcze za wcześnie. Mów dalej co jeszcze pozostało.

- Ok! Dostałem tydzień na zdecydowanie, co do wyboru kancelarii. Mecenas dał mi również miesiąc – przepraszam – odliczając tydzień pobytu w szpitalu – to już trzy tygodnie na zdecydowanie, co do przyjęcia propozycji lorda de Blackstone.

- Czyli przyjęcie spadku?

- Nie. Przyjęcie propozycji lorda.

- A to nie to samo?

- Niestety nie. To właśnie informacja, która wydała mi się bardzo dziwna. Nie wiedziałem – choć rozumiem intencje lorda – jak się zachować. To trudna decyzja Vivienne.

- Decyzja względem czego Steven?

- Chodzi o to, że lord Jeffrey Armando de Blackstone jeszcze żyje. Nie umarł.

- No to nie rozumiem sprawy spadku.

- Ja również tak zareagowałem. Jednak później zrozumiałem co miał na myśli ten człowiek.

- Tak?

- Tak.

- Mecenas wyjaśnił mi, że lord de Blackstone nie ma żadnych krewnych ani potomków. Jedynym krewnym – z tego co się okazało – jestem ja. Mimo że on ma wielki majątek – a ja jestem krewnym, jak by nie było. On jednak mnie do niczego nie zmusza. Mało – daje mi wybór. Przyjmę dobrze, nie przyjmę też dobrze. Jednak on dał mi czas na zdecydowanie.

- Rozumiem Steven’e, ale…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz