Tom I – część 7

Post w dziale:

- Vive. On jest w wieku w którym już nie wiele oczekuje się od życia. Nie znam jego historii osobistej.

- A tak nawiasem. Dlaczego nie ma żony czy dzieci?

- Nie mam pojęcia. Wiem, że jest sam.

- Jest jeszcze coś. Następnym z warunków lorda jest to, iż zamieszkalibyśmy w jego posiadłości. On właśnie tam mieszka.

- Czyli co! Mielibyśmy mieszkać razem z tym obcym człowiekiem?

- Nie Vivienne. To nie tak. Przede wszystkim z tego co wynika z informacji, to nie jest obcy człowiek – tylko nasza rodzina. Po drugie jest już w takim wieku, że nie ma się co dziwić, że martwi się co dalej. On potrzebuje opieki. Ja rozumiem, że szuka w pewnym sensie ratunku dla siebie. Tym bardziej, że on nas nie zmusza. On daje nam wybór.

- No dobrze Steven ale zobacz. Z jednej strony mówisz, że ten człowiek daje tobie wybór, ale z drugiej strony proponuje nam własny majątek. Wiesz, jak to wygląda? To wygląda jakby chciał nas przekupić. To jak marchewka dla osła. Nie masz takiego wrażenia?

- Nie kochanie. Dlatego że spadek to jest sprawa niezależna. Natomiast sprawa opieki to druga sprawa. W każdej chwili możemy odmówić i nie przyjąć jego propozycji. Jak myślicie?

- Nie wiem Steven’e. Nie wiem.

Sara dotąd słuchała spokojnie wszystkiego, co dotąd zostało powiedziane. Jednak czuła, że traci cierpliwość. Spojrzała na braci i nagle się wyprostowała.

- No poczekajcie. To znaczy, że będziemy mili dziadka. Może nie do końca, ale można by tak powiedzieć – tato?

- No tak - można by tak rzec. Vive! Co ty na to? Popatrz jaka jest sytuacja. Dotąd musieliśmy starać się o wszystko. Ciułać każdego funta byśmy my i nasze dzieci mieli leprze życie. Nagle ktoś szuka swoich krewnych. Okazuje się, że ja – a co za tym idzie i wy jesteśmy jedynymi krewnymi. I niespodziewanie życie nam się odmienia. Co mamy do stracenia Vivienne? A zyskać możemy dużo. No i jednocześnie możemy pomóc człowiekowi.

- Może i tak. Jednakże nie wiesz gdzie będziesz mieszkał. Jaki jest ten jego dom. A może to jakaś ruina? No i nie wiemy, kim jest ten człowiek.

- To prawda. Jest wiele pytań lecz nigdy się nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy. Tym bardziej, że i tak nie mamy wiele do stracenia. No może ten dom. Ale go sprzedamy, i ktoś będzie tu szczęśliwy Vive tak jak my. Proszę cię, czas coś zmienić w naszym życiu.

Zapadła cisza. Sara już nie miała nic do powiedzenia. Była tym wszystkim tak podekscytowana – niemal zszokowana, że nie mogła sobie z tym poradzić. Czuła, że jak stąd nie wyjdzie nagle eksploduje. Energicznie wstając, chwyciła swoją szklankę kompotu, i ruszyła do kuchni. Chłopcy również się ożywili.

- To znaczy tato, że idzie o to, byśmy przyjęli propozycję tego pana. Mamy zamieszkać w jego posiadłości tam gdzie on mieszka. No to nad czym tu się zastanawiać? Uważam że jakby ten człowiek był złym człowiekiem, to mógłby nas minąć w tej całej sprawie. Przecież, czy poświęciłby tyle zachodu mając taki majątek? Mamo! Jego na wszystko stać, i gdyby chodziło tylko o opiekę nad nim – to by ją miał i to o wiele lepszą niż możemy mu ją zapewnić. Ja nie rozumiem nad czym tu się zastanawiać.

Cisza trwała jeszcze jakąś chwilę. Nawet Sara słysząc argumentację Toma, jakby się uspokoiła. Uznała że wreszcie ktoś zaczął mówić rozsądnie. Ona również tak uważała, tylko nie zawarła tego w takich słowach. Vivienne siedziała bez słowa. Jej oczy wpatrzone były w szklaneczkę kompotu, którą trzymała w dłoniach. Nie umiała zrozumieć, dlaczego tak idealny dom, tak ciepły, przytulny nie jest dla rodziny czymś, czego się nie pozbywa. Czuła się osamotniona we własnych poglądach. Jej mąż, córka, synowie – oni wszyscy chcą jechać do Stanford. Nie widzą najmniejszego powodu by dłużej tu pozostawać. Żaden z jej argumentów nie ma racji bytu, bo oni tego nie potwierdzają.

Ani to, że tu się urodzili i wychowali. Ani to, że tu mają szkoły. Nie mówiąc już o koleżeństwie, przyjaźniach. Oni tego wszystkiego nie potwierdzają. Sara chciała coś już powiedzieć ale Steven dyskretnie wykonał gest dłonią, wskazując wzrokiem w stronę jej matki. Chciał dać żonie dość czasu na podjęcie decyzji. Sam już ją podjął, jednak nie chciał Vivienne do niczego zmuszać. Dobrze rozumiał, że jeśli sama bez nacisku podejmie decyzję, będzie się umiała zaaklimatyzować na nowym miejscu. Inaczej dokumentnie znienawidzi nowe miejsce – a jego przede wszystkim. Obawiał się tego, i nie chciał za nic do tego dopuścić.

Już wolałby zrezygnować. Siedział i rozmyślał nad całością rozmowy z mecenasem. Starał się sobie wszystko przypomnieć, czego się dowiedział. Już nie widział chłopców, Sary, żony. Nie widział salonu – a niemal przeniósł się do kancelarii.

- Steven!

Mężczyzna siedział bez ruchu nic nie mówiąc. Był zupełnie nieobecny – wyłączony. Nawet Sara zwróciła na to uwagę. Siedział głęboko oparty we własnym fotelu tak, jakby nim się stał. Tak jakby wokół niego nic nie istniało oczy miał przymknięte. Obie spojrzały się po sobie. Sara natychmiast spojrzała na chłopców, kładąc palec na usta. Vivienne delikatnie wstała.

- Niech tata się prześpi. Ta rozmowa musiała go wymęczyć.

Spojrzała na ścienny zegar wskazujący już niemal ósmą. Sara widziała jej strapione oczy, i ani śladu uśmiechu. W tej właśnie chwili przypomniała sobie pierwsze słowa ojca, który stwierdził, iż decyzja zmieni wszystko w ich życiu. Nasuwało się jednak pytanie czy na lepsze, czy też na gorsze. Tyle pytań bez odpowiedzi. Tyle niewiadomych. Masa wątpliwości. Bała się emocjonalnie reagować wiedząc, że ta decyzja nie należy do łatwych. Rozumiała, iż albo wykonają krok do przodu albo krok w przepaść. Poczuła piekące łzy w oczach, rozmywające widziany obraz. Nie mogła sobie na to pozwolić. Matka być może wzięła by to za akt rozpaczy. Chrząknęła raz i drugi, i jakoś poszło. Vivienne starając się mówić cicho, spojrzała na chłopców.

- Idźcie teraz cicho do swoich pokoi. Macie lekcje do skończenia. Niech tata pośpi. To go wiele musi kosztować.

Wzięła leżący na jej fotelu pled, i delikatnie nakryła go do połowy. Skinęła na Sarą. Obie ruszyły do kuchni. Sara jak zwykle zajęła się nakrywaniem stołu w jadalni, co i rusz obserwując matkę. Ta przystawała przy pustych blatach, to ruszała do działania by ponownie zapadać w zamyślenie. Dziewczyna bała się o matkę. Już z ojcem był kłopot, a tu może jeszcze i od strony matki. Vivienne krzątała się przy deskach do wędlin i jarzyn. Sara wzięła się za pieczywo. Zatem ni stąd ni z owąd coś lądowało na stole w jadalni. Obie zajmowały się przygotowaniem kolacji. Nagle Vivienne przystanęła i aż zakryła dłonią usta.

Łzy potoczyły się po policzkach kobiety. Sara to widziała jednak nie chciała nic mówić. Doskonale rozumiała, iż ona sama musi sobie z tym poradzić. Sama sobie poukładać wszystkie za i przeciw. W pewnej chwili przystanęła przy matce obejmując ją w pasie.

- O czym mamo myślisz?

- A o czym mam myśleć. Mam tysiące myśli Saro – tysiące.

- A tak naprawdę o co chodzi? Bo przecież widzę, że się zamartwiasz.

- Popatrz na ten dom. To tyle lat naszego życia. Tu każdy kąt to wspomnienia. Teraz mam to wszystko zostawić? Saro jak mam to zrobić? Jak?

Sara bardzo chciała zaryzykować, zmienić to wszystko. Już od dłuższego czasu miała przeczucie, że jej życie jest jak przeskakująca płyta. Mimo to współczuła matce wiedząc, że każda drobina w tym domu – to jej dzieło. Jej zabieganie o styl, ciepło, rodzinną atmosferę. Wiele lat urządzała tego domu, jak i tworzenie jego otoczenia. Tu wszystko miało swój charakter, atmosferę. Zupełnie nie wiedziała, jak ją ma pocieszyć.

- Myślisz Saro, że powinienem się zgodzić? Przecież widzę, że już wszyscy podjęliście decyzję. Boże! Nie rozumiem tylko, dlaczego tak łatwo to wam poszło. Czy to wszystko dla was nic nie znaczy?

- To nie tak mamo. To nie prawda, że dla nas to nic nie znaczy. Każdy z nas rozumie dobrze, czym jest nasz dom dla nas. Ile to dla ciebie znaczy, dla ojca, dla nas wszystkich po kolei. Wiemy to mamo. Wierz mi, że i dla nas nie jest to proste. Tyle tylko, że nawet my wiemy o tym, że cokolwiek się stanie – życie biegnie dalej. Nie gniewaj się mamo, ale sama pomyśl, co nas tu jeszcze może czekać. Ty jesteś wciąż w domu. Tata ma pracę – a raczej miał. Ja zakończyłam już studia dziennikarskie. Pewnie i tak bym się usamodzielniła. Jak widzisz czas na zmiany. Kocham cię bardzo mamo, jednak nigdy się nie dowiesz jeśli nie sprawdzisz.

- Może masz rację Saro. Może faktycznie powinnam się zdecydować. Tylko co jeśli to okaże się niewypałem? Jeśli nie podołamy – co w tedy? Gdzie wrócimy? Dom będziemy musieli sprzedać. Tu będzie ktoś obcy. W razie czego gdzie wrócimy.

- A kto powiedział, że musimy od razu dom sprzedać? Możemy sobie dać czas z tą propozycją. Mamo! Możemy dom zamknąć, albo wynająć. Wtedy nie stracimy domu i w razie czego będziemy mieli gdzie wrócić.

- Nie pomyślałam o tym. Faktycznie możemy zamknąć go lub wynająć. No ale powiedz – nie szkoda tobie tego domu, tych wszystkich wspomnień, tego całego życia?

- Ja nie zadawałabym takiego pytania. Ale odpowiem tobie – nie szkoda. Wspomnienia idą z nami wszędzie tam, gdzie się kierujemy. Jeśli umiałaś sama dokonać tylu rzeczy tutaj, to będziesz mogła i tam. Nie jesteś sama.

- No wiem, wiem. Moja ty mądra córko. Popatrz jaka to ironia losu. Miast to ja – matka wspierać ciebie moją córkę, to jest dokładnie na odwrót. W kogo ty się wdałaś Saro Forest.

- W ciebie moja ty niezastąpiona matko lady Vivienne Forest.

I od razu w kuchni zrobiło się weselej. Te parę zdań wprowadziło inny, bardziej luźniejszy nastrój. Przygotowując kolację Vivienne nawet zaczęła się uśmiechać. Sara również jakoś radośniej się czuła. Kolacja była już na ukończeniu, gdy do kuchni wkroczył Steven. Był jakby z nie tego świata. Opasany własnymi ramionami rozcierał sobie bicepsy. Włosy rozczochrane jakby mu piorun w głowę strzelił. Koszula zwisała mu ze spodni stercząc niedbale. Uśmiechał się tak, jak wiele lat temu gdy starał się o rękę Vivienne. Oczywiście to rozpoznała zastanawiając się jednak z jakiego powodu. Przed drzemką niemal źle się czuł – usypia – i nagle jest odmieniony. Jakby nic się nie stało.

- I jak tam Steve?

- A jak ma być? Wyspałem się. Słuchaj Vive. Pierwszy raz nie czuję zmęczenia, stresu. To niesamowite.

- No tak. To niesamowite. Teraz idź jednak się ogarnij. Wyglądasz strasznie – zaraz będzie kolacja.

- Wiem że mnie kochasz.

- Steven!

- No już idę – matko! Ale i tak cię kocham.

- No widzisz Saro, co ja się mam z twoim ojcem?

- Słyszałam. Mamo kolacja – pamiętasz?

Po chwili cała rodzina Forest’w była już przy stole w jadalni. Wszyscy oblegli stół, jak Indianie ognisko. Tak jakby to był codzienny odwieczny rytuał. Jednak z jednym wyjątkiem – oni byli bliżej siebie. To było widać w subtelny sposób. Talerze półmiski krążyły między nimi, niczym satelity w kosmosie. Tym razem jednak wszystko działo się w materii taktownych uśmiechów, spojrzeń, zrozumienia. Tudzież głośnym chichotem. Żartom nie było końca. Napięcia i stres gdzieś uleciały. Vivienne wreszcie odczuła ulgę. Choć na dobrą sprawę, nie rozumiała dlaczego. Tylko co i rusz przyglądała się mężowi, który niemal promieniał.

Nie chciał tego zniszczyć za żadne skarby. On wreszcie wydawał się wolny. Jego uśmiech był tym razem szczery, spontaniczny. Po prostu był szczęśliwy. Ten nastrój wprost unosił się w ich domu. Sara co i rusz wtrącała swoje kwestie, ciesząc się po społu. Kolacja zakończyła się później niż zwykle. Była godzina już grubo po dziewiątej wieczorem. Sara właśnie chciała wstać by zająć się naczyniami, jednak jej ojciec ją wyprzedził chwytając własne naczynia. Vivienne zamurowało. Sara jak uniosła się lekko na krześle, tak usiadła z powrotem. Zebrał naczynia Sary i Vivienne. Chłopcy jakby poruszeni działaniem ojca również ruszyli do sprzątania ze stołu.

One obie były tym widokiem zdumione. Wstały, zbierając resztę naczyń. Na stole pojawiła się nowa serweta. Na własne miejsce powrócił wazon z kwiatami, górując nad blatem. Chłopcy mieli już wolny czas od lekcji, więc ruszyli do salonu. Tam nastąpiła zmiana. Pilot tv nie poszedł w ruch zakłócając wszech obecną ciszę. Siedzieli spokojnie, jakby oczekując na dalszy ciąg. Naczynia zostały pozmywane. Każde – do sucha wytarte znalazły się na swoich miejscach. Kobiety kończyły porządkowanie w kuchni, jednak Steven stał z boku, jakby na nie czekając.

- Potrzebujesz coś kochanie?

- Nie. Jestem tak najedzony, że już dzisiaj nic nie zjem. Czekam na was obie.

- Tak? A o co chodzi?

- Chciałbym byśmy zakończyli przerwany temat. Czas ku temu najwyższy prawda?

- No prawda, prawda.

Vivienne wypowiedziała tę kwestię niemal jednym tchem tak, jakby nie bardzo jej to pasowało. Wyczuła jednak u siebie coś innego niż wcześniej. Odczuła swoiste rozluźnienie. Nie była już tak spięta, wracając do tematu minionej rozmowy. Po krótkiej chwili zakończyły z Sarą pracę w kuchni. Córka była pod wielkim wrażeniem, iż to wszyscy pracowali przy sprzątaniu. Obie rozsiadły się na kanapie w salonie.

- Posłuchajcie. Wybaczcie mi, że być może wciąż drążę ten temat lecz muszę wiedzieć.

- Tak Steven.

Vivienne wystrzeliła jak z armaty. Chłopcy nawet nie zdążyli zareagować. Sara wpatrzona w ojca od razu spojrzała na matkę. Vivienne natomiast spokojnie siedząc, lekko uśmiechnęła się do męża.

- O co tobie chodzi Vive?

- Przecież o to tobie idzie. Prawda? Cały czas wyjaśniasz, informujesz, przekonujesz – po co? Czyż nie po to, by to usłyszeć?

- Nie Vivienne nie po to. Powodem był wybór was wszystkich. Równie dobrze moglibyście się nie zgodzić.

- Pewnie tak Steven. Pewnie tak. Jakby się to jednak miało do twej decyzji, którą podjąłeś już wcześniej. Bo podjąłeś ją – prawda?

- Tak. Podjąłem.

- Czyż tą decyzją nie była twoja zgoda?

Przez chwilę milczał. Patrzył żonie prosto w oczy. Nie chciał odwracać od niej spojrzenia, gdyż stanowiłoby to o jego słabości. Świadczyłoby to o bezwarunkowym przyznaniu jej racji.

- No właśnie. Mówisz że mamy wybór. To dlaczego decyzję podjąłeś już na samym początku? Czy na samym początku nasza decyzja, miała dla ciebie jakieś znaczenie?

- Vivienne! Ja…

- Nie poczekaj. Daj mi się proszę wypowiedzieć. To co przed chwilą powiedziałem, nie ma teraz dla mnie znaczenia. Siedząc tak podczas kolacji, obserwując wszystkich – przede wszystkim ciebie – coś sobie uświadomiłam.

- Co takiego?

- Uświadomiłam sobie, iż to gdzie mieszkamy, z jakiego powodu, czy coś zakończyliśmy czy też nie – nie ma najmniejszego znaczenia – jeśli będziemy razem. To rodzina jest priorytetem a nie miejsce. Nie ma znaczenia gdzie się znajduje. Uświadomiłam sobie, że cóż mi po moim rodzinnym domu, jeśli byłabym tu sama. To ty, Matthev, Thomas, Sara jesteście moim domem. To dla was chcę żyć. Bo bez was nic nie ma sensu. Zatem tak Steven. Powiedziałam – tak – bo się zgadzam na decyzję nie nieznajomego lorda, ale na twoją decyzję. Bo to ty jesteś bezpośrednio spokrewniony z tym lordem. Bo to ty dziedziczysz ten cały majątek po tym człowieku. My – natomiast – jesteśmy twoją rodziną, a przez ciebie rodziną tego pana. Zatem zastanów się, czyja decyzja jest tu wiążąca? Ja, jako twoja żona oraz nasze dzieci, możemy tylko zaaprobować twoją decyzję. Jednak to ty ją podejmujesz. Dlatego powiedziałam – tak. Jednak tyczy się to twojej decyzji.

Steven niemal miał łzy w oczach. Z jednej strony wiedział, że jego decyzja może wywołać w jego rodzinie wielkie poruszenie. Wiedział, że na pewno decyzja o sprzedaży rodzinnego domu Vivienne – jego żony – będzie dla niej bardzo trudną decyzją. Z drugiej strony – faktycznie – od samego początku tej sprawy, znał własne zdanie. Był przygotowany na – być może – negocjacje z rodzinną o aprobatę. A mimo to miał skrupuły. Czuł jak mu to ciąży. Miał pełny wzgląd na to, co powie jego rodzina. Ale to, co usłyszał teraz – w tej chwili – było dlań niebywałe. Uświadomił sobie nagle, iż nie docenił w pełni własnej żony. Tak jakby gdzieś w głębi jej nie ufał. Inaczej nie przygotowywałby się do obrony własnego stanowiska.

Wiedział doskonale, że Vivienne podejmie słuszną decyzję. Choć jak sama powiedziała, nie o jej decyzję tu chodzi. Nie rozumiał jednak, a raczej zaczynał mieć sobie za złe, iż dopuścił do siebie taką wątpliwość. Można by było jeszcze zrozumieć wahanie , niezdecydowanie – gdyby żyli ze sobą rok, dwa, trzy. Ale oni żyli ze sobą prawie trzydzieści sześć lat. Ponad ćwierć wieku. Tak więc skąd u niego takie wątpliwości? Zły był na siebie. To co usłyszał wywołało u niego falę wzruszenia. Nie chciał pokazywać swojej słabości, którą ukrywał za pochrząkiwaniem. Chciał coś powiedzieć. Podziękować – ale nie mógł wydusić słowa. Krtań od razu się zaciskała, gdy tylko próbował wypowiedzieć słowo – dziękuję. Wstał od razu mając oczy zaszklone ze wzruszenia. Vivienne nie czekając podeszła doń obejmując go w pasie.

- Wiem Steven. Wiem. Widzę po tobie, ile to dla ciebie znaczy. Nigdy w ciebie nie wątpiłam. Wiedziałam że nie zrobisz nic, co by mogło nam zaszkodzić. To raczej ja winnam się winić za to, że zwątpiłam w naszą miłość.

- Wiesz że ciebie kocham – bardzo kocham.

- Wiem. Ja również ciebie bardzo kocham. I dlatego to zrobimy. Choć to być może całkowicie zmieni nasze życie – zrobimy to. Pójdziemy wszędzie tam, gdzie ty będziesz.

- Tak się bałem Vive. Tak się bałem.

- Czemu?

- Bałem się jak zareagujecie na tą całą sprawę. Wiem, jak ja zareagowałem. Wiele mnie to kosztowało. Ale też wiem, ile dla ciebie znaczy ten dom, otoczenie, ogród. Ile poświęciłaś dni i nocy na jego urządzenie.

- Pewnie i dużo. Jednak to nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Musimy wszyscy podjąć decyzję i ją podejmiemy. Nie ma się tu nad czym zastanawiać. Ale mam jedną prośbę. Musimy koniecznie poznać tego człowieka – to po pierwsze. Po drugie – nie wiemy nadal, gdzie będziemy mieszkali.

Sara słuchała tego z wielkim przejęciem. Wreszcie czuła, że w rodzinie zapanuje spokój. Burzowe chmury zwiastujące kłopoty, gdzieś się rozpłynęły. Wiedziała, iż teraz musi być tylko lepiej. Jej rodzice ponownie rozsiedli się na swoich miejscach w salonie.

- Rozumiem, że sprawa przesądzona? Widzę mamo, że już wyraziłaś swoje zdanie.

- No tak. Czas na twoje zdanie i chłopców.

- Od razu mogę powiedzieć, że sprawa jest przesądzona. Ja jestem również za. Matt i Tom już wczoraj by się wyprowadzili. Oni klimatyzują się błyskawicznie mamo.

- Co teraz Steven?

- Czyli tak. Jesteśmy na etapie, iż zgadzamy się na propozycję lorda de Blackstone. Tak?

- Tak.

- Zostaje w takim razie poinformować kancelarię mecenasa Walentine’a o naszej decyzji. Potem zobaczymy co dalej. Jak na razie nigdzie się stąd nie ruszamy. Zgadzasz się z tym Vive?

- To rozsądne wyjście.

- No to wszystko jasne. Jutro z rana przedzwonię do mecenasa. Przekażę mu moją decyzję w sprawie propozycji lorda.

- To znaczy?

- Chodzi o naszą zgodę w sprawie przedstawionej przez lorda, za pośrednictwem biura prawnego mecenasa Walentine’a. Jak również moją zgodę na pozostawienie dokumentów w tym samym biurze prawnym. Skoro tam mamy mieszkać.

- To logiczne. Zadbaj jednak o to, byś miał wszystkie dokumenty Steve. Jutro zobaczymy co dalej. A teraz idziemy spać. Na dzisiaj mam już dość wrażeń kochani. Saro. Ty też pewnie jesteś zmęczona – prawda? Już prawie północ.

- No tak. Nie bardzo lubię siedzieć po nocach.

Cała trójka gasząc światła ruszyła do swoich pokoi. Gdy światła w sypialniach pogasły, Vivienne usnęła przytulona do Steven’a. On jednak nie spał. Nie umiał opanować rosnącego niepokoju. Podczas kolacji był spokojny, wyluzowany. Jednak wewnętrznie coraz bardziej obawiał się tego co zastanie tam w Stanford. Coraz bardziej w jego głowie, mnożyły się pytania. Czego właściwie oczekuje właściciel tego majątku – ich krewny. Jakim człowiekiem się okaże w rzeczywistości. Jak dotąd nie widział go na własne oczy. Rozmowy z nim również nie było. Skoro to taki bogaty człowiek i to z tytułem, to czy nie okaże się snobem, skąpcem, despotą?

Zarozumiałym pyszałkiem z szumem banknotów w głowie? Nagle uświadomił sobie, że tak naprawdę nic o nim nie wie. Nic nie wie o jego majątku – nic! Ok! Otrzymał suche informacje, lecz również tylko na papierze. Tylko co dalej? Co dalej? Niepokoił się coraz bardziej. Nim ta myśl całkowicie go pochłonęła, oczy opadły znużone snem.

- Jak pan śmie spać w mojej obecności! To skandaliczne! I jeszcze te zabłocone buty!

- Ale ja… my…

- No co! I jeszcze głuchy! Myślałeś pan, że dostałeś fortunę to już można się panoszyć? A brać się do roboty! Podłogi są brudne. Schody też są do wymycia! Podpisałeś pan papiery – wiedziałeś co robisz!

Nogą pchnął mu wielkie wiadro z wodą. Obok niego leżał wielki mop. Wytrzeszczonymi ślepiami przyglądał się Steven’i, jakby zaraz miał wywiercić nimi dziurę w jego czole.

- A i jeszcze jedno. Na końcu wysprzątasz sobie oficynę. Tam będziesz mieszkał!

Słyszał dziki śmiech właściciela wielkiej posiadłości, rozchodzący się po korytarzach i salonach. Wypełniały się one echem dzikiego niemal szaleńczego śmiechu. Steven zaczął biec przez niekończącą się liczbę połączonych salonów, chcąc uciec od słyszanego śmiechu właściciela – despoty. Zaczął szarpać za klamkę ostatnich drzwi – ostatniego salonu. Gdy je otworzył, zobaczył na jego środku wielkie biurko. Za nim siedział właściciel – despota. Obok niego stał mecenas Walentine. Obaj śmiali się ze Steven’a. Tego gdzie dotąd mieszkał. Stary właściciel – despota, wskazał palcem miejsce, gdzie wpisano nowego właściciela. Tam widniało nazwisko „de Blackstone”.

Po czym wskazał stojącemu mężczyźnie wiadro z mopem. W tej właśnie chwili – mimo, iż Steven nie chciał słyszeć o myciu podłóg i schodów – znalazł się w sali. Właśnie w tej sali, gdzie Vivienne myła okna rzucając mężowi płaczliwe spojrzenie. Z drugich drzwi wyszła Sara w uniformie pokojówki. Chłopcy zaś w uniformach lokajów. Chciał krzyczeć ale nie mógł. Zebrał się w sobie i szurnął wiadrem tak daleko, jak tylko mógł najdalej. Woda rozlała się brudząc całą podłogę. To wyzwoliło obrzydliwy krzyk właściciela despoty. Steven pochwycił mop w dłonie, by nim pchnąć weń jak dzidą.

Ku jego przerażeniu mop ożył. Swymi długimi mokrymi sznurkami – niczym mackami, zaczął oplątywać ramiona Steven’a. Przy tym rósł niczym wielka kałamarnica, otwierając swój ogromny otwór gębowy. Mężczyzna walczył z nim, szamotał się, krzyczał bez opamiętania. Chwycił ohydne macki chcąc się uwolnić.

- Zostaw mnie! Idź precz!

- Steven?

- Idź precz ohydo!

- Steven! Na miłość Boską! Obudź się wreszcie.

Mężczyzna panicznie walczył z czymś, co istniało tylko w jego głowie. Z przerażeniem usiłował się uwolnić z wciąż go oplatających macek. Coraz to wracał do rzeczywistości – walcząc z własną pościelą. Vivienne właśnie wyszła z łazienki, gdy usłyszała krzyki męża. Zobaczyła go szamoczącego się jakby z czymś walczył. W rzeczywistości jednak walczył z kołdrą. Nawet już nie pytała, o co chodzi. Wiedziała, że to był jakiś senny koszmar. Miała wciąż w pamięci jego dobry nastrój wczorajszego wieczoru. Chcąc by to nie minęło, zignorowała fakt jego sennej walki. Wyjaśnienie tego faktu odłożyła na później. Wybudzony ze snu wpatrywał się w nią, jakby sam sobie przeczył

- Idę na dół kochanie. Ty sobie jeszcze poleż. Chłopcy pewnie jeszcze śpią. Trzeba uszykować śniadanie. Zaplanowałam na dzisiaj kakao. Oni tak je lubią.

- Czyli to był sen? To był sen.

- Chyba, że uznać kołdrę za ohydę.

Wychodząc śmiała się głośno. Czuła się dobrze i to było ważne. Już nie widziała zimnych, pustych kątów. Owszem kocha dom, jego atmosferę, miliony zawartych w nim dobrych i tych mniej dobrych wspomnień. Jednak teraz stała jakby obok tego. Już nie dawała temu jakiejś nienaruszalnej wartości. Uświadomiła sobie, iż być może w tym wszystkim widziała zbyt wielką wartość. Kochała męża, dzieci i była kochana. Ceniła sobie swoje obowiązki w domu. Sprawiało to, iż była prawdziwą kobietą. Kobietą umiejącą zrobić wszystko by napełnić dom rodzinną atmosferą. Umiała dbać o męża, o dzieci, o dom. Umiała wspaniale gotować, piec.

Kochała sprawiać przyjemność swoim bliskim. Usłyszeć pozytywne opinie o tym, jak im smakuje było czymś budującym. Zbierać drobne dowody uznania, to było coś. Tego samego nauczyła swoją córkę Sarę. Nie raz patrząc na jej pracę w domu, widziała samą siebie. Nie znosiła w domu nieróbstwa lenistwa czy brudu. Mogłaby wiele wymieniać przykładów, ale wszystkie one tyczyły się właśnie domowników. Tyczyły się wychowania, zasad, poczucia wartości. Jednak w tym wszystkim dom, jak i jego fizyczna sfera stał się tłem. Dotąd czyniła błąd stawiając właśnie tło na pierwszym miejscu. Steven ruszył od razu do łazienki. Błyskawicznie zaliczył odprężającą kąpiel pod prysznicem. I już w dziennym ubraniu znalazł się przy żonie w kuchni. Dochodziła ósma rano, kiedy oboje zaczęli dzień.

- Vivienne. Ja dzisiaj robię naleśniki z klonowym syropem. Przydałaby się do tego sałatka i owocowe co nieco – nie sądzisz?

- Dobry pomysł. To ja biorę się za sałatkę – ty za naleśniki z syropem.

- Ok!

I po chwili pukaniom, szczękaniom, dzwonieniom, stukaniom nie było końca. A że oboje byli energiczni – moment - szklana misa sałatki owocowej stała już na stole. Deser z owoców konserwowych z bitą śmietaną – jego barwny wygląd był wielką pokusą. Steven kończył smażyć naleśniki, których wielki stos pojawił się na półmisku. Vivienne chciała pochwycić naczynia by nakryć do stołu, gdy ni stąd ni z owąd Sara wyrosła niemal spod ziemi. Była w iście szampańskim nastroju. Ostatnio poznała super chłopaka. Był budowlańcem – samoukiem. Jego fach, to wszelkiego rodzaju przeróbki, remonty, innowacje. Był od niej wyższy i obłędnie zbudowany.

- Stół jest mój gołąbeczki.

Porwała w dłonie talerze z serwetami. Vivienne na taką niespodziankę głośno zareagowała śmiechem. W całym domu pachniało naleśnikami. Czekała tylko, kiedy zwabieni zapachem chłopcy zjawią się w jadalni. I nie myliła się. Zjawili się zaraz po tym, jak dzbanek pełen kakao, pojawił się w centralnym miejscu stołu. Byli wymyci, uczesani, stosownie ubrani. Coś jej w tym obrazku brakowało. Co dzień trzeba było im przypominać o obowiązku dbania o siebie, o rannym wstawaniu. A tu proszę. Znowu cała rodzina znalazła się przy pachnącym stole. Znowu pochwałom nie było końca. Syrop klonowy poszedł w ruch, a naleśniki znikały jak kamfora. Po śniadaniu Steven Forest dziękując ruszył do telefonu. Wybił numer.

- Dzień dobry. Wiem że to dzisiaj niedziela. Chciałabym jednak rozmawiać – jeśli można – z mecenasem Walentine. Czy urzęduje dzisiaj?

- Raczej nie szanowny panie. Obecnie akurat prowadzi ważną sprawę, więc wyjątkowo pracuje przy dokumentach. A kto mówi?

- O! proszę mi wybaczyć – nie przedstawiłem się. Z tej strony Steven Forest. Nie zajmę mecenasowi wiele czasu. Chciałbym tylko coś mu przekazać.

- A sir Forest. Naturalnie. Proszę chwilę poczekać. Zaraz zapytam – dobrze?

- Oczywiście.

- Halo! Walentine! Sir Forest słucham. Chciał pan ze mną rozmawiać.

- Tak. Dziękuję mecenasie, że znalazł pan chwilę dla mnie.

- Nie ma sprawy sir Forest. Słucham pana, czym mogę służyć?

- Mam jedynie dla pana informacje co do podjętych decyzji w naszej sprawie.

- Tak. Słucham.

- Mecenasie. Wiem iż dał mi pan więcej czasu na ich podjęcie, ale po przedyskutowaniu wszystkiego z moją rodziną, doszedłem do wniosku, iż nie ma na co czekać. Zatem proszę zapisać, iż wszystkie dokumenty oryginalne dotyczące mojej sprawy, winny pozostać w pańskiej kancelarii. Mam nadzieję, iż tak jak dla rodu de Blackstone – tak i mnie nie odmówi pan mecenasie swoich usług. Innymi słowy chciałbym by pańska kancelaria, stała się moją kancelarią z panem mecenasie na czele. Chcę by pan prowadził moje interesy. Co pan na to?

- To niezmiernie dobra wiadomość sir Forest. Bardzo się cieszę. To dla mnie zaszczyt prowadzić pańskie sprawy sir. Tak, jak dla lorda de Blackstone.

- Dziękuję. Skoro lord panu zaufał, to ja nie mam podstaw by panu nie ufać.

- O dziękuję sir, jest pan bardzo łaskawy. Nie zawiodę pana sir.

- Druga sprawa to decyzja, co do przyjęcia propozycji pańskiego klienta lorda de Blackstone. Brzmi ona: - tak! Tak. Zgadzam się na propozycję złożoną przez pańskiego klienta. Co do opieki, to ten temat wynika sam z siebie. Zatem mam nadzieję, nim będę mógł w jakiś sposób wspomagać - opiekować się lordem – nim to nastąpi – uważam, iż muszę ja i moja rodzina – musimy go poznać. Zatem czy możliwe byłoby zaaranżować wspólne spotkanie w tym celu?

- To wspaniale. Sir Forest proszę posłuchać. Jeszcze dzisiaj poinformuję mego klienta lorda de Blackstone, o pańskim stanowisku w tej sprawie. Co do spotkania, to rzecz się tyczy jedynie ustalenia terminu. Na pewno odbędzie się ono w szczególnym miejscu. Nim jednak to nastąpi, proszę oczekiwać telefonu ode mnie. Osobiście do pana oddzwonię informując go o terminie i co dalej.

- Naturalnie. Zatem będę oczekiwał na telefon.

Po chwili już słuchawka leżała na widełkach aparatu. Wszystko zostało powiedziane. Ostatni ruch z jego strony został wykonany. A jednak czuł się zaniepokojony. Nie umiał się tym cieszyć. Wciąż w głowie siedział mu ten szczególny sen, przedstawiający właściciela – despotę. A co jeśli to oszustwo? Co jeśli oni chcą go ograbić w niecny sposób z jego domu? Obawiał się tego. Już po chwili Vivienne była przy nim.

- I jak? Dodzwoniłeś się?

- Tak. Już przekazałem mecenasowi swoją decyzję. Przekazałem mu również moje oczekiwanie w sprawie wspólnego spotkania nas z lordem de Blackstone.

- I jaka odpowiedź?

- Mam oczekiwać na telefon od mecenasa. Powiedział, iż zapewne spotkanie odbędzie się w szczególnym miejscu.

- To znaczy?

- Nie wiem. Pomału mam dość zagadek Vive. Zaczyna mnie to męczyć.

Kobieta uważnie przysłuchiwała się temu, co mówił jej mąż. Jednak wychwyciła jego rosnące poirytowanie, którego podczas dopiero co zakończonego śniadania nie było. Czuła że coś się dzieje, że coś go trapi. Nie chciała w jakikolwiek sposób nadopiekuńczo go traktować. Niemniej odkąd zasłabł bardziej czujniej reagowała na wszystko, co z nim związane.

- Czy mi się wydaje, czy jesteś poirytowany?

- Nie. Czemu?

- Ty mi powiedz.

- Nic się nie dzieje. Nie martw się – proszę.

- Steven!

Mężczyzna nie miał chęci na jakiegokolwiek rozmowy na ten temat. Gdzieś wewnątrz czuł wielką okazję na rozwinięcie własnej pasji. Podpisane kontrakty, dawały mu prawo do całości zadań. Wciąż miał w pamięci sen, który niczym woda w skale – wolno, ale drążył mu umysł. Czuł irytację nie posiadając ani jednej informacji, dającej mu gwarancję bezpieczeństwa. Coraz bardziej nie umiał sobie poradzić.

- Słuchaj! Chciałbym tobie o czymś powiedzieć.

- Tak?

- Wiem że i tak zauważyłaś moje poirytowanie. Nie ma co tego ukrywać.

- Coś się stało?

- Nie, nic. Po prostu chciałbym z tobą porozmawiać. Masz teraz czas?

- Mam go wiele Steven. Choć pójdziemy do salonu.

- Wybacz ale nie chciałbym, by Sara czy chłopcy słyszeli naszą rozmowę.

- Nie ma sprawy. Dzisiaj jest tak ładnie na powietrzu. Słońca też nie brakuje. Idziemy do ogrodu. Porozmawiamy w altanie – może być?

- Naturalnie.

Steven delikatnie obejmując żonę pocałował ją w czoło – mocno przytulając. Potrzebował tego. Gdzieś wewnętrznie czuł, że sam nie dźwignie tak wielkiego ciężaru. Ciężaru, który gdzieś wewnętrznie się gromadził. Wiedział, że stąd ten stres, napięcie, drażliwość, irytacja. Wciąż był silnym mężczyzną umiejącym sobie radzić. Wciąż nie cierpiał skarżyć się i narzekać, ale teraz to było ponad jego siły. Ubrał ciepły blezer zrobiony przez Vivienne. Bardzo go lubił. Nie posiadał guzików. Związany pasem z tej samej dzianiny. Był całkowicie biały z wzorem z wszystkich odcieni burgundu i cynamonu. Był dość długi i ciepły. Vivienne ubrana podobnie zeszła na dół. Tyle że ona włożyła fantazyjnie ażurowy golf.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz