Tom I – część 8

Post w dziale:

Oboje ruszyli do ogrodu. Tam mnożyło się od kolorów różnorakich roślin. Bardzo o to dbała układając harmonogram sadzeń tak, by kwitły przez cały rok. Ważne były wszystkie pory roku. Jedynie iglaki, tuje i cyprysy, kończyły ten barwny korowód. Altana była iście wypieszczona. Choć to było wspólne dzieło rąk jej i jej męża, to ona sama zadbała, by projektem nie odbiegał od natury. Zatem altana była wielokątem zbudowanym w całości z kamieni. Kochała ten rodzaj materiału do tworzenia uważając, iż to dar od natury. Altana wybudowana była na parowarstwowym postumencie, wykonanym ze szlifowanych kamieni. Tworzyły one nakładające się na siebie płaszczyzny nieokiełznane swoim kształtem.

Każda z nich przypominała kształtem kałuże po deszczu. Płaszczyzny mające nieregularne zarysy. No i naturalnie mnóstwo kwiatów, niskopiennych krzewów na zewnątrz, jak i wiszących wewnątrz. Usiedli na ławkach umocowanych wzdłuż ścian altany. Na środku której znajdował się jednonożny stół z blatem o nieregularnym kształcie. Noga stołu wykonana była z pnia drzewa. Całość stanowiła oryginalny projekt. Vivienne ponaglała go. Chciałaby, by on sam z siebie wyrzucił to co go trapi. Cierpliwie czekając obserwowała jego niezdecydowane kroki po altanie. Nagle podszedł do niej, by po chwili przysiąść obok.

- Posłuchaj Vive. Mimo tego całego zamieszania związanego z tym spadkiem, powinienem czuć się wspaniale. Przecież mamy pieniądze, będziemy mieli nowy dom – ja pracę. Wszystko jest ok – prawda?

- Tak by się wydawało Steven’e, ale nie wiem o co chodzi?

- O to, że ja wciąż nie mogę sobie pogratulować z tego powodu. Nie umiem znaleźć w tym radości Vive. Dlaczego? Powiedz mi – dlaczego?

- Myślę, że cała ta historia z tym spadkiem pojawiła się nagle w twoim życiu – i to jest powodem twoich odczuć. Nikt z nas się nie spodziewał. Też ma znaczenie fakt, iż to dość dziwna sprawa.

- Powinienem tobie o tym już wcześniej powiedzieć, ale dzisiejszej nocy miałem sen. Powinienem mieć dobre sny wiedząc, że mam taki spadek. Mimo to nie mam. To był koszmar. Śnił mi się ten de Blackstone – jako właściciel – despota. W tym śnie okazało się, iż on mnie oszukał. Ten cały spadek był fikcją Vive. Jemu chodziło o to, by ze mnie i mojej rodziny zrobić służących. Widziałem jak ty ze łzami w oczach patrzyłaś na mnie z wielkim wyrzutem, mając jemu okna. Nasze dzieci widziałem w uniformach, jako jego lokajów. On i ten cały mecenas, pokazywali mi akt własności naszego domu. Tam widniało jego nazwisko – rozumiesz?

Kobieta słuchała męża z wielką uwagą wiedząc, że on ma prawo tak się czuć. Nie mogła w tej chwili jednak cokolwiek powiedzieć. To była jego decyzja. Jej zamiarem było, by on to rozumiał. Nie chciała w nic ingerować. Z drugiej strony nie chciałaby, by Steven wpadał ze skrajności w skrajność. Tym bardziej, że ona też miała swoją tajemnicę – swój sen. I to – być może – bardziej zagmatwany niż koszmar męża. Nie zamierza nic o tym mówić. On i bez tego nie miał lekko. Jej opowieść byłaby tylko dodatkowym obciążeniem.

- Posłuchaj kochanie! To co odczuwasz wewnątrz siebie – wszystkie te szarpiące tobą wątpliwości, mnożące się pytania bez odpowiedzi, i wreszcie wahania – to wszystko – być może – ma odniesienie do tego co śnisz. Być może tam właśnie poszukujesz odpowiedzi, na które nie doczekałeś się tutaj. Nie wiem. Być może też, jest to wskazówka dla ciebie. Na co masz zwrócić uwagę. Na co położyć większy nacisk by upewnić się nim cokolwiek zrobisz. Nie wiem Steven’e – nie wiem. Jedno wiem na pewno – masz wybór. Irytacja czy panika nic tu nie pomogą.

- Być może masz rację. Niemniej nie sądziłem, że to będzie tak trudna decyzja. Ta cała sprawa tylko z pozoru wydaje się błaha. Dlatego właśnie potrzebuję ciebie Vive. Ty masz na to inne spojrzenie.

- Rozumiem kochany – rozumiem. Wiedz jednak, że to nie ja mam podjąć decyzję. To ciebie tyczy się ta cała sprawa. Ja i dzieci jesteśmy twoją rodziną – pamiętaj o tym. Co do innego spojrzenia czy mojego zdania – będę tobie pomagała, jak tylko będę umiała – wiesz o tym. Tak samo jak to, że ciebie kocham. Jesteś dla mnie całym moim światem.

Przytuliła się do niego, jak tylko mogła najmocniej. Objął ją ramionami, przytulając ją do swojej piersi. Tego mu było trzeba. Właśnie taka postawa żony dawała mu siłę. Ona była – niemal, jak fala dobrej energii zdrowego myślenia.

- Vivienne. Już określiłem swoje zdanie w tej mierze. Wyraziłem swoją zgodę i masz rację. Dokonałem wyboru. Jednak dopóki nie będę całkowicie pewien tego, co mnie czeka – dopóty nie ruszę naszego domu. Miałaś rację kochanie. Nasz dom to nie tylko zimna skorupa. Nasz dom to całe nasze życie. Tego jestem pewien. Decyzja którą podjąłem tyczy się li tylko tego, czy przyjmę propozycję lorda, czy też nie.

- No widzisz i masz jasność. Tak jak postanowiliśmy, zadzwoniłeś do kancelarii i przekazałeś swoją decyzję. Obecnie pozostaje nam czekać. A tymczasem trzeba dalej żyć kochanie.

Siedząc Vivienne wpatrywała się w kwiaty przylegające do altany. Dłonią delikatnie pieściła zwisające ich kiście. Już wczorajszego dnia niemal żegnała się z tym wszystkim co tu stworzyła. Żegnała się z tym co tu żyło dzięki jej pielęgnacji. Dzisiaj jednak jej dotyk – w tej chwili – był jak tchnienie nadziei mówiące – nie martwcie się jeszcze, być może nie wszystko stracone. Jej zaskoczenie na tę myśl było dość duże, gdyż aż cicho westchnęła. Steven tego nie zauważył. Wiatr jakoś zawiał od zewnętrznej strony ogrodu, przynosząc lekki chłód. Oboje ruszyli w stronę domu. Chłopcy wciąż byli w swoich pokojach. Słychać było tylko dudnienie muzyki.

Vivienne już od pewnego czasu nie zabiegała o jej ściszenie, pilnując jednak, by nie przekroczyli bezpiecznej granicy. W salonie siedziała już Sara. Na stole stała taca z kawą, roztaczającą wokół wspaniały aromat. Uśmiech samoistnie zawitał na twarzach obojga.

- Saro. Miło że pomyślałaś.

- Tak romantycznie wyglądaliście tam w ogrodzie. Wy i ta altana, kwiaty, krzewy.

- To miłe co mówisz. Jakie masz plany na dzisiaj Saro?

- Idę do Lilly. Jesteśmy umówione. Obie chcemy poszperać w ofertach, może w Internecie. Chodzi o nasze plany, co z nami dalej. Wiesz. Ciąg dalszy praca, czy nauka.

- Ok! Zatem trzymam kciuki. Tylko pamiętaj. Masz wspaniałe wyniki. Masz talent. Nie wybieraj czegoś z niższej pułki.

- No wiem, wiem. Będę panią minister.

- A chociażby.

Obie roześmiały się głośno. Sara ruszyła na górę by się przebrać, i niemal od razu hałas hitów Matthev urwał się. Siedząc na dole przy kawie, oboje doskonale wiedzieli co się dzieje. Wiedzieli, iż jak Sara wkracza na górę – koniec hałasów. I tak też było. Bez słowa była głośna muzyka – nie ma głośnej muzyki. Po chwili Matt ubrany w markowe dżinsy i bluzę zbiegł na dół.

- A ty gdzie?

- Idziemy z kumplami na miasto mamo.

Tylko pochwycił lekką kurtkę, i już go nie było. W domu pozostali tylko oni oboje i Thomas. Po chwili i on zszedł na dół. Usiadł na kanapie z książką w dłoniach. Vivienne spojrzała nań z rosnącą uwagą. Co prawda czytał książkę siedząc po turecku, jednak coś jej mówiło, że to tylko poza. Rzuciła dyskretne spojrzenie na męża.

- Tom! Co się dzieje?

- Nic – czytam!

- Synu daj spokój. Przecież widzę, że nie czytasz. Co ci jest? Widzę, że coś ciebie trapi. O co chodzi?

Chłopak przez chwilę trzymał książkę w dłoni. Po chwili jednak zaznaczył miejsce, zamknął ją odkładając na kolana.

- Co uradziliście co do wyprowadzki?

- Tata przyjął propozycję Tom.

- Czyli definitywnie się wyprowadzamy?

- Nie Tom! Co prawda propozycja została przyjęta, ale to nie znaczy, że od razu się wyprowadzamy. Wiele jest jeszcze do omówienia, do sprawdzenia.

- Ale rozważacie taką opcję. A co ze mną? Ja nie chcę się przeprowadzać.

- Czemu?

- Mam tu szkołę, kolegów. Znam tu wszystkie kąty.

- Przecież poprzednio nie miałeś nic przeciwko temu. Dlaczego więc teraz…?

- Na początku nie chciałaś się wyprowadzać mamo!

- Myślę że nie o to tu chodzi Tom. Jaki jest prawdziwy powód tego, iż zmieniłeś zdanie?

Vivienne przyjrzała się uważnie synowi. Widziała jego zmieszanie, ciągłe uciekanie wzrokiem w dywan. Tu nie chodziło o szkołę, kolegów i znane kąty. To coś poważniejszego – czuła to. Dyskretnie spojrzała na męża, dając mu sugestywnie znak, by porozmawiał z synem jak mężczyzna z mężczyzną.

- Przepraszam was ale muszę skorzystać z łazienki.

Obaj pozostali sami. Vivienne szybko wycofała się z salonu wierząc, że być może ojcu uda się wyciągnąć prawdziwy powód jego złego nastroju. Steven przesiadł się bliżej syna. Wykonał łyk kawy, po czym odstawił filiżankę na stół.

- Dobra Thomas jesteśmy sami. Co jest grane synu?

- Nie chcę o tym rozmawiać tato.

- Widzę. Widzę również, że ciebie coś gryzie. Spójrz na mnie – proszę. O co chodzi synu?

- Nie chcę o tym mówić. Nie jestem dzieckiem. Nie zauważyłeś?

- Właśnie zauważyłem Tom – widzę to. I dlatego z tobą rozmawiam. Widzę, że jesteś osowiały, zamyślony. Co się dzieje? Czy tu chodzi o dziewczynę?

- Daj spokój!

- Thomas!

- Tak! Chodzi o dziewczynę.

- No więc w czym problem Tom? Masz dziewczynę i co w tym złego?

- To, że ona mieszka w Londynie tato a ja tu. Już jest nam nie łatwo. Jak przeprowadzimy się do Stanford – będzie to już nie możliwe.

- Czemu?

- Odległość tato.

- A tak nawiasem – nic nam nie mówiłeś o tym, że poznałeś kogoś. Kto to taki?

- Ma na imię Maggie.

- Toś mnie zaskoczył. Pewnie się uczy tak jak ty?

- Tak, uczy się?

- Teraz mamy kontakt Internetowy, albo komórki.

- A w Stanford nie będziesz miał takiej możliwości?

- Będę miał. Jednak nie chciałem by kontakt na tym się skończył. Chcemy się widywać.

- No to skończysz szkołę – ona również. Masz jeszcze studia przed sobą. Jak będziecie mieli być razem, to będziecie razem. Co prawda Stanford od Londynu to nie mała odległość, ale nie jest do nie do pokonania.

- Tak myślisz?

- Ja to wiem synu lecz najważniejsza jest teraz szkoła. To jest teraz dla ciebie priorytetem. Ona pewnie również chce skończyć szkołę. A to co dzieje się u nas w rodzinie Tom – myślę, że nie tyczy się jej – prawda?

- Prawda.

- No widzisz. Posłuchaj Tomy. Nasza rodzina jest dla mnie bardzo ważna – wiesz o tym. Chciałbym móc na was liczyć w każdej chwili tak, jak wy możecie liczyć na mnie. To co się teraz dzieje – chodzi mi o tą całą sprawę z tym spadkiem – to wielka sprawa Tom. Zmieni to nasz życie – każdego z nas. Ale damy radę. Czy potrafisz to zrozumieć Tom?

- Tak.

- Jakie masz teraz plany na sobotę?

- Idę do biblioteki. Mam parę książek do oddania, i wezmę nowe. Może jeszcze pogadam z Maggie.

- Ok!

Chłopak trochę się uspokoił. Nie bardzo mu pasowało to, co usłyszał. Temat przeprowadzki pozostał, co nie było dla Thomas’a najszczęśliwszym wyjściem. Już po chwili Steven został sam w salonie. Tylko drzwi głośno się zamknęły – Vivienne wyszła z łazienki. Była wykąpana, otulona po samą szyję długim szlafrokiem. Na głowie barwny wielki turban. Wyglądała iście jak żona sułtana arabskiego. Wkroczyła do salonu jak primadonna. Steven kochał ten widok. Żonę w długim szlafroku, poruszającą się przy nim bez skrępowania. Zapach szamponu i balsamu zarazem sprawił, że kochał ją jeszcze bardziej.

- I jak tam męska rozmowa? Dowiedziałeś się o co chodzi?

- Tak.

- Powiesz mi?

- Chodzi o dziewczynę. Wiedziałaś, że Thomas ma dziewczynę?

- Nie byłam pewna ale domyślałam się. Steven! on już jest w średniej szkole.

- No wiem, wiem. On się jednak obawia, iż jak się wyprowadzimy on straci z nią kontakt. Ona jest z Londynu.

- No i co mu powiedziałeś?

- Powiedziałem mu, że na dzień dzisiejszy ma jeszcze wiele przed sobą. Ma szkołę - być może studia. Zresztą ona również.

- No i miałeś rację.

- Też tak myślę. Coś mi się jednak wydaje, że Thomas ma inne zdanie.

- No to trzeba będzie mieć go na oku. Słuchaj napijesz się kawy?

- Bardzo chętnie – dziękuję.

Ruszyła do kuchni. Elektryczny czajnik od razu stanął na tacy tam, gdzie zwykle parzyło się aromatyczną herbatę. Pojemnik z ulubioną kawą znalazł się obok ich ulubionych kubków z czerwonej glinki. Po chwili aromat kawy wypełnił rozkosznym aromatem niemal cały salon. Vivienne postawiła tacę przy Steven’e – sama przy nim się rozsiadając. Zrobiła łyk kawy trzymając kubek w dwóch dłoniach. Wpatrzona w bukiet kwiatów na komodzie wtuliła się w barwne poduchy. Chwilę było cicho. Lubieli oboje te milczące chwile w domu. Oboje wtedy ładowali własne baterie – jak mawiała Vivienne. Smucił ją tylko fakt, iż tych chwil kiedy nie ma z nią dzieci jest coraz więcej.

Cała trójka dorastała nie dając rodzinom szansy na okazywanie tej samej dozy miłości, co w ich dzieciństwie. Niemal cały czas Steven poświęcał na uporządkowanie spraw związanych z rodziną. Na stole wylądowały wszystkie dokumenty, jakie posiadał przy sobie w domu. Przejrzane i pogrupowane lądowały do nowych teczek. Sprawdził je wczorajszego dnia, chcąc doprowadzić do jakiegoś chronologicznego ładu, uporządkować tę całą stertę papierzysk. Gdy zakończył, przyszła mu na myśl jego babka, za sprawą której on był spadkobiercą. Teczki powędrowały na swoje miejsca.

- Vive! Wiesz może gdzie mamy pamiątki po mojej babce?

- Są na strychu w brązowym pudle. A czemu?

- Chciałbym sprawdzić, co pozostało z dokumentów po niej.

- Nie wiem Steve. Czy tam są akurat dokumenty, niemniej sprawdź. Mogę się mylić.

- Dobra.

Po chwili już opisane pudło było na dole. Jednak Vivienne położyła na krześle nakrycie. Pudło było zakurzone.

- Nie stawiaj proszę pudła na kanapie. Masz w jadalni miejsce na krześle.

- Ok! już idę.

Vivienne przetarła pudło wilgotną ściereczką, i zaraz potem podała nożyk. Wewnątrz znajdowało się parę bibelotów po babce. Znajdowały się tam porcelanowe figurki, które Vivienne otrzymała w prezencie będąc w jej domu w gościnie. Parę wyszywanych bieżników. Jednak na samym dnie leżała dość duża kaseta. Była zamknięta. Wyciągnął ją spod szpargałów, masy zdjęć. Zaczął przeglądać luźno zgromadzone tam pisma, dokumenty, druki. Dosiadła się do niego, pomagając mu w porządkowaniu tego wszystkiego. Było tam mnóstwo zleceń, jakiś remontów z doczepionymi doń rachunkami zapłaty. Wiele ozdobnych zaproszeń na bale, przyjęcia, kolacje.

Zebrała wszystkie fotografie do osobnego pudełka, chcąc je uporządkować później. Wiele osób na nich uwiecznionych nie znała zupełnie. Steven nie umiał ich rozpoznać. Znajdował się tam również dość pokaźny pakiet prywatnych listów. Widniał na nich herb. Nadawcą była Margaret Handfield. Pisała do jakiegoś mężczyzny. Były również jej listy do różnych ówczesnych urzędów. Osobny pakiet stanowiły listy do biura prawniczego w Londynie, ale i w Stanford. Jednak były one według Stevena bardzo enigmatyczne.

- Vive. Spójrz proszę na to. To korespondencja mojej babki z biurem prawniczym w Londynie, jak i w Stanford. Są one dość dziwne.

- Czemu?

- Te dokumenty stanowią o rozpoczęciu przed laty procesu adopcji. Nie wiem o co chodzi. Jednak tu napisano wyraźnie, iż jedną ze stron jest moja babka lady Handfield. Tyle, że to zdarzenie miało miejsce o wiele wcześniej niż ona wyszła za mąż. To bardzo dziwne.

- Może ona starała się o dziecko – nie wiem. Twoi rodzice nic o tym nie mówili?

- Nie – nic. Moja babka miała tylko jednego syna –był nim mój ojciec. Pierwszo słyszę, by jego matka – a moja babka, starała się o jeszcze jedno dziecko. Tym bardziej, że miała już własnego syna. Zatem, po co adopcja?

- Może starała się o dziecko nim zaszła w ciążę – nie wiem.

- Być może. Wezmę te dokumenty osobno od kancelarii Walentine’a. Mecenas bardziej zna się na tym. Może będzie mógł mi to wyjaśnić.

- Masz rację.

I zabrał ten pakiet w całości, wkładając go do białej torby. Od ręki wsadził to do teczki z napisem: „DO WYJAŚNIENIA”. Prywatne listy poszły do innej teczki. Steven chciał je przeczytać, choć nie bardzo wiedział, czy to wypada czytać osobistą korespondencję. Pozostała tylko kaseta. Jednak była zamknięta. Oglądał ją pobieżnie. Była bardzo stara, ale i bardzo kunsztownie wyprawiona. Jej boki obite prawdziwą skórą boki, posiadały metalowe okucia ze złoceniami. Skóra miała wyciśnięty herb – mało już czytelny. Co prawda posiadał gdzie nie gdzie ślady złoceń, ale były one bardzo słabe.

Na rogach górnej pokrywy znajdowały się miniaturowe głowy lwów, trzymające jedną łapę podniesioną ku górze – zgiętą, a drugą twardo stały na ziemi. Stanowiła ona jednocześnie stopkę szkatuły. Tak było na każdym rogu szkatuły. Jednak była ona zamknięta. Vivienne widząc, iż mąż planuje podważyć wieko na siłę, taktownie go powstrzymała zabierając mu ją.

- Wydaje mi się, że już gdzieś widziałam ten wzór.

- Jaki wzór? O czym ty mówisz?

- O zamku. Sam widzisz, że tu nie ma tradycyjnej dziurki na klucz. Gdzieś to widziałam. Nie otwierajmy tego na siłę Steven’e. Może sobie przypomnę gdzie go widziałam – dobrze?

- Jak sobie życzysz.

Wziął w dłonie wielką, szarą kopertę. Była zalakowana – opatrzona imieniem i nazwiskiem, a na pieczęci widniał rodowy herb. Coś ciągnęło Steven’a by otworzyć kopertę. Byłby to uczynił, gdyby nie sygnał telefonu. Vivienne spojrzała nań znacząco. On wykonał gest dłonią na znak, iż to on odbierze. Ruszył w kierunku aparatu w salonie.

- Słucham!

- Czy rozmawiam z sir Forest’m? Steven’m Forest’m?

- Tak! Przy telefonie. A kto mówi?

- Z tej strony mecenas Walentine.

- A witam mecenasie, witam. W czym mogę pomóc?

- Chciałem przekazać panu sir bardzo miłą wiadomość.

- Tak?

- Przekazałem pańską decyzję lordowi de Blackstone. Był bardzo zadowolony z faktu, iż zdecydował się pan przyjąć jego propozycję. Liczył na to – nawiasem mówiąc.

- Tak też myślałem mecenasie. Zatem jakie ma pan dla mnie wieści?

- W naszej poprzedniej rozmowie wspomniałem, iż lord Jeffrey de Blackstone zapewne będzie się chciał spotkać z tobą sir, jak i pańską rodziną w szczególnym dla niego miejscu.

- Tak. Pamiętam. Zatem…

- Zatem lord de Blackstone zaprasza ciebie sir wraz z jego rodziną do swojej posiadłości na cały dzień. Stosowne zaproszenie winno już być u pana sir Forest.

- Nic mi o tym nie wiadomo. Jednak że – przyznam się, iż nie sprawdzałem skrzynki pocztowej.

- Zatem proszę to niezwłocznie uczynić. Naturalnie data jest do uzgodnienia. Niemniej lord de Blackstone raczy proponować poniedziałek. Czy to panu odpowiada sir?

- Mówiąc szczerze, musiałbym uzgodnić to z moją żoną. Być może ona ma jakieś plany na ten dzień. A i dzieci mają lekcje – rozumie pan mecenasie.

- Rozumiem doskonale. Zatem proszę tę sprawę uzgodnić z żoną. Ja zadzwonię za godzinę. Czy to panu odpowiada?

- Oczywiście. Dziękuję za wyrozumiałość.

- Proszę bardzo. Zatem do usłyszenia za godzinę.

- Do usłyszenia.

Steven stojąc chwilę przy komodzie odłożył słuchawkę aparatu. Zastanawiał się nad tym co usłyszał. Co prawda przez cały ten czas liczył na spotkanie z lordem de Blackstone. Obecnie gdy już ma przed sobą nadarzającą się sposobność, znowu pojawiają się wątpliwości. Wciąż w pamięci miał koszmarny sen o właścicielu – despocie. Obawiał się, czy to aby nieuczciwe posunięcie ze strony lorda. Dopiero gdy Vivienne wkroczyła do salonu, ocknął się z zamyślenia. Spojrzała nań pytającym wzrokiem.

- Kto dzwonił Steve?

- Mecenas Walentine kochanie.

- I co?

- Dzwonił by przekazać mi, iż poinformował o mojej decyzji lorda de Blackstone. Twierdził że ten był bardzo zadowolony z tego, iż wyraziłem zgodę na jego propozycję.

- No nie wątpię. I co dalej?

- Mecenas poinformował mnie, że lord de Blackstone chciałby zaprosić nas na cały dzień do jego posiadłości w Stanford.

- Czy nie tego chciałeś Steve?

- Tak tego chciałem. Było to dla mnie jasne, gdy się nad tym zastanawiałem. Teraz jednak gdy to nastąpiło nie jestem już taki pewien.

- Czemu?

- Z powodu snu – pamiętasz? Opowiadałem tobie o tym. Nie wiem czy aby nadto nie pośpieszyłem się z decyzją. Prawda jest taka, że tego człowieka wcale nie znam. Nie widziałem go na oczy, ani o nim nic nie słyszałem. Nagle to wszystko spada na mnie, jak grom z jasnego nieba. I to wtedy, gdy mam już poukładane życie. Vivienne! Ja najzwyczajniej w świecie mam poważne wątpliwości. Zacząłem uświadamiać sobie, że ta cała sprawa zaczyna mnie przytłaczać.

- Myślę, że przesadzasz. Kiedy mielibyśmy tam jechać Steven?

- Mecenas Walentine przekazał mi, że lord de Blackstone proponuje poniedziałek. To jest do uzgodnienia. Będzie dzwonił w tej sprawie za niecałą godzinę.

- Ok! ale poniedziałek odpada. Chłopcy mają lekcje, a Sara ma własne plany. Ona zbiera propozycje co do pracy. Teraz właśnie jest u swojej koleżanki, która również idzie w kierunku dziennikarstwa.

- To jaki dzień mam mu zaproponować?

- Myślę, że najbardziej odpowiednim dniem będzie sobota. Chłopcy mają wolne od szkoły. Porozmawiam z nimi, by na ten dzień nic nie planowali. Myślę, że Sara również da się przekonać. Co ty na to?

- Nie ma sprawy Vive. Jak tobie będzie pasowało, to i mi również. Prawdę mówiąc męczy mnie brak pracy. To że mamy pieniądze na koncie, to nie jest rozwiązanie. Czuję się jak na utrzymaniu.

- Spokojnie Steve. Zbyt galopujesz. Na razie przyjąłeś propozycję tego człowieka. Nie podpisałeś jeszcze niczego – prawda?

- No nie.

- No widzisz. Mamy przed sobą jedynie spotkanie z tym człowiekiem. Tym bardziej, że nie będziesz tam sam. Będziemy tam wszyscy. Będzie czas na wyrobienie sobie zdania.

- Tak myślisz?

- Będzie dobrze Steven’e.

Drzwi wejściowe nagle się otworzyły, i do domu weszła Sara. Od razu spostrzegła rodziców w salonie. Przedsionek do salonu był oddzielony jedynie dwoma filarami. Płaszcz od razu znalazł się na wieszaku, pantofle w szafce. Lekkim ruchem niemal wpłynęła w swoje ulubione papcie. Z wielkim westchnieniem weszła do salonu.

- Hej! Jak się macie?

- Witaj Saro. Pewnie jesteś głodna?

- Nie, nie. Zjadłyśmy pizzę na mieście. Zresztą mama Katie uraczyła mnie naleśnikami. Nie wiem ile będę musiała biegać, by to spalić. Boże! Ile oni tego jedzą.

- A co z poszukiwaniami ofert Saro?

- Katie znalazła dla siebie pracę, a raczej praktykę w redakcji „NEWS PAPER FEMININE WORD”. Mnie mamo to nie odpowiada. Ona jednak zawsze lubiła krąg nowości, ploteczki z dziedziny mody, świata kosmetyków, urody. Nie wiem tylko co to ma wspólnego z dziennikarstwem. Ona jednak twierdzi, że potrafi ukazać prawdziwą twarz kobiety.

- No dobrze. To w takim razie co z tobą? Znalazłaś coś dla siebie?

- Mam. Ale nie wiem, czy to dla mnie.

- To znaczy?

- Mam ofertę z „The Nev York Times’a”. Poszukują młodych talentów do rubryki literackiej. Ogłosili konkurs na reportaż, felieton, opowiadanie, powieść, biografię. Nie ma znaczenia, czy to będzie na faktach, czy też fikcja. Chodzi o styl pisania, technikę, logikę i takie tam.

- No i?

- Co no i?

- Pytam co ty o tym sądzisz Saro? Chociaż zastanawiasz się nad tym?

- Mamo! To jest poważne pismo o ustalonej renomie. Ja jeszcze nic konkretnego nie napisałam. Mam za sobą tylko studia, i praktykę w podrzędnej redakcji. Jak ja mogę konkurować z tymi co uznają się za mocniejszych dużo bardziej ode mnie.

- Posłuchaj. Nie będę ciebie do czegokolwiek przekonywała. Jednak znam twój styl pisania. Wielokroć czytałam twoje reportaże – jak ty to nazywasz – podwórkowe. Saro ty piszesz genialnie. Nie bardzo znam się na zagadnieniu techniki pisania, ale twoje teksty czyta się bardzo lekko. Wciągają poprzez rosnące zainteresowanie tematyką. Masz szczególny styl pisania i to się wyczuwa.

- Dziękuję mamo za te pochwały. Niemniej to może być za mało na taki poziom jak „New York Times”.

- Ile masz czasu?

- Na zgłoszenie do konkursu mam dwa miesiące od wczoraj. Według regulaminu mam podać, co to będzie. Z wyszczególnieniem co do tematu. Na ukończenie pracy mam pół roku od zgłoszenia.

- To w czym problem Saro? Tematów jest mnóstwo. Czasu też masz nie mało. Lecz jak nie spróbujesz to się nie dowiesz – jesteś dobra, czy też nie. Przecież ktoś to będzie oceniał – prawda?

- Tak. Zapewne. Część Jury ma składać się z osobistości z „New York Times’a”, a część to sławni literaci. Mamo! To wysoka ranga. To nie są żarty.

- No i dobrze. Wreszcie ktoś kompetentny oceni twój talent. Przynajmniej się nad tym zastanów.

- Ok! Widzę że nie odpuścisz, co? Wiem, wiem. I tak miałam zamiar wziąć w tym udział.

- No i tak trzymać. Zatem trzymamy z tatą kciuki za ciebie Saro.

- Dzięki mamo. Idę do siebie trochę odpocząć. Kiedy obiad?

- Za jakieś dwie godziny, a co? Jesteś głodna? To zrobię ci jakieś kanapki na szybko.

- Nie. Po prostu pytam. Katie ma wpaść do mnie z tym, co sama przygotowała. Prosiła mnie, bym jej pomogła zredagować to i owo.

- To miło z twojej strony, że chcesz pomóc koleżance.

- Jak ją znam, to i tak postąpi jak chce. To przekorna dusza mamo.

Idąc po schodach głośno się roześmiała. Vivienne ze Steven’m ruszyli do kuchni. Sara naturalnie zniknęła na piętrze w swoim pokoju. I tylko gdy Vivienne wzięła się do planowania co upichcić na obiad drzwi otworzyły się z hukiem. Nie lubiła, jak do domu wchodzi się w taki sposób. Chłopcy jednak jakoś nigdy nie potrafili się do tego zastosować. Jednak okazało się, że to Matt wszedł pierwszy. Tom żegnał się z Maggie na chodniku. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie.

- Już ze szkoły? Czemu tak wcześnie?

- Mamo! Dzisiaj mało lekcji. Mają jakieś nadzwyczajne zebranie, czy coś takiego. Nikt nie wie co się dzieje. Widać było, że to coś ważnego, bo wszyscy jacyś podenerwowani.

Thomas wyrzucił swój opis jednym tchem. Matthev nie przejmował się tym wcale. Pasowało mu wcześniejsze zakończenie lekcji. Był już w szkole ostatni rok, więc nie robiło mu to różnicy. Vivienne jednak bacznie się przyglądała starszemu synowi. Coś jej nie pasowało w jego zachowaniu. Zachowywał się jakoś inaczej. Zawsze zależało mu na szkole, na lekcjach. Wyglądało to tak, jakby już jutro miał koniec szkoły. Nie drążyła jednak tego tematu, gdyż ten był już na schodach. Thomas ruszył za nim.

- Chłopcy! Za godzinę obiad. Mam nadzieję, że pamiętacie o przebraniu się i całej reszcie.

Odpowiedzi jednak nie było. Rozległ się tylko lekki śmiech rozmawiających chłopców, i lekkie stuknięcie zamykanych drzwi ich pokoju. Wróciła do kuchni z miną zdradzającą niezadowolenie. Steven właśnie dzielił mięsne pulpety, kiedy kontem oka uchwycił grymas na twarzy żony.

- Co się dzieje Vive?

- Nie cierpię jak tak trzaskają drzwiami. To objaw chamstwa.

- Młodość kochanie. Rozpiera ich siła.

- I do tego są drzwi? Nie wiedziałam.

- Czy mi się wydaje, czy ty jesteś poirytowana? Nie sądzę by to chodziło o chłopców. Coś cię dręczy.

- Róbmy ten obiad dobrze?

- Jak chcesz. Widzę jednak, że martwisz się?

- Nakryjesz do stołu? Sary nie ma a nie chcę ją specjalnie wołać.

- Nie Vivienne, nie! Siadaj tu ze mną i mów o co chodzi? Vive!

- Dobrze. Powiem tobie o co chodzi. Dzisiaj zbierałam u chłopców i u Sary rzeczy do prania. Wiesz co zobaczyłam u Sary w pokoju? Pudła.

- Jakie pudła?

- No pudła. Gdzie jeszcze do przeprowadzki i w ogóle. Nie wiadomo jeszcze, czy się przeprowadzimy. A ona jest już przygotowana do przeprowadzki. Jej notesy, zapiski, książki, pędzle, obrazy, farby. Wszystko jest w pudłach pod ścianą. Czekają na wyprowadzkę. A ja myślałam, że nasz dom jest szczęśliwym domem.

- Bo tak jest Vivienne.

- Tak! Dlatego ona z takim pośpiechem pakuje już teraz rzeczy?

- Myślę, że po prostu robiła porządki i tyle.

- Steven! O czym ty mówisz? Ona nawet ze ścian pościągała obrazy.

- No ale sama mówiłaś, że będzie dobrze. Zdawałaś się wyrazić na to zgodę.

- Ale żeby tak się śpieszyć? To przykre.

- Co jest przykre mamo?

Kobieta słysząc głos córki raptownie się odwróciła. Nie zauważyła ani nie spodziewała się jej – akurat wtedy, gdy opowiadała mężowi o powodzie jej irytacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz