Tom I – część 9

Post w dziale:

Dziewczyna stała przy nich na tyle blisko, że nie było mowy, by nie słyszała tematu rozmowy.

- To nie ważne. Długo tu stoisz?

- A jakie to ma znaczenie? Czemu nie chcesz mi odpowiedzieć na pytanie?

- Nic się nie stało Saro. Mama po prostu zbierając brudne rzeczy z waszych pokoi, zobaczyła u ciebie spakowane pudła i tyle. Z tego powodu zrobiło jej się przykro.

- Nie rozumiem z jakiego powodu? Mamo! Trzeba było mnie o to zapytać. Spakowałam te pudła niemal bezwiednie, niemal nieświadomie. Sama się dziwię temu jak tego dokonałam. Wtedy byłam dość zdenerwowana, i nim się spostrzegłam one już były zapakowane. A ty co myślałaś?

- Że chcesz się już wyprowadzić, że tu ci się już nie podoba.

- Przecież tak nie jest mamo. Wiesz o tym. Może po prostu podświadomie jestem za zmianami w naszym życiu w naszej rodzinie. Ale nie ma to nic wspólnego z niechęcią do naszego domu, czy coś z tych rzeczy.

- No widzisz Vive? Widzisz.

Steven starał się uspokoić żonę. Sara ruszyła do nakrywania stołu w jadalni. Uśmiechała się przy tym choć czuła, że nie bardzo jest się czego cieszyć. Mimo to nie chciała ciągnąć na siłę tematu, który i tak jest już przesądzony. Ojciec zgodził się na propozycje tego człowieka i tyle. Męczyło ją to ciągle powracanie do wątpliwości – zupełnie niepotrzebnych. Chłopcy zjawili się na krótko przed ukończeniem obiadu. Chwilę musieli poczekać w salonie. Widać było, że są głodni, gdyż co i rusz zaglądali w stronę jadalni. Vivienne ruszyła do łazienki chcąc umyć ręce. Po drodze wykonała gest ręką w kierunku synów. Z westchnieniem ruszyli do stołu. Sara z ojcem już przy nim byli. Czekali tylko na resztę rodziny. Właśnie zaczęli jeść obiad, gdy w salonie odezwał się telefon. Sara wstała pierwsza dając znak ojcu, że odbierze.

- Słucham! Dom rodziny Forest’w.

- Z tej strony mecenas Walentine. Czy mógłbym rozmawiać z sir Steven’m Forest’m? Byłem z nim umówiony na telefon.

- Oczywiście – chwileczkę. Tato! Mecenas dzwoni.

- Już idę.

Po chwili Steven był już przy telefonie. Sara ruszyła do jadalni z obojętną miną. Vivienne nawet nie pytała o co chodzi. Była zmęczona.

- Witam mecenasie. Jak się pan miewa?

- Wspaniale! Dziękuję sir Forest. Przepraszam, że nie dzwoniłem o ustalonej porze. Lecz miałem ważnego klienta i stąd moje spóźnienie. Dopiero teraz zakończyłem sprawę.

- Nie szkodzi mecenasie. Nie szkodzi.

- Pozwolę sobie zapytać sir, czy ustalił pan z żoną dzień wizyty w posiadłości lorda de Blackstone?

- Naturalnie. Jeśli pan pozwoli - ustaliliśmy, iż najlepszym dniem na wizytę będzie sobota. Proszę przekazać informację lordowi de Blackstone, iż sobota jest dniem wolnym od szkolnych obowiązków moich dzieci. Mam nadzieję, że ta zmiana nie będzie problemem?

- Naturalnie, że nie. Lord de Blackstone dał państwu wybór terminu, zatem wszystko jest w porządku. Naturalnie przekażę zaproponowany przez państwa termin przyjazdu do jego posiadłości.

- Dziękuję. Jednak mam jeszcze jedno pytanie w kwestii przyjazdu.

- Tak?

- O której mamy przyjechać? Bo to ważne.

- Rozumiem, ale nie ma takiej potrzeby by państwo sami jechali do posiadłości mego klienta. Proszę mi podać godzinę o której ma być u państwa limuzyna lorda. David przyjedzie po was, jak i państwa odwiezie.

- Czy to konieczne? Taki kłopot dla pana Davida.

- Proszę? Sir Forest – jak widzę nadal pan nie rozumie sytuacji. David jest przydzielony do pana dyspozycji. Odkąd przyjął pan propozycję lorda Jeffrey’a de Blackstone – pańskiego krewnego pozwolę sobie panu przypomnieć – ma pan swojego kierowcę. Jest nim David.

- Tak też się domyślałem mecenasie, ale nie byłem tego pewien.

- No to obecnie już pan wie sir. Zatem o której ma być u państwa David?

- Chwileczkę – zapytam żonę. Pozwoli pan mecenasie?

- Naturalnie.

Mężczyzna przyłożył dłoń do słuchawki wytłumiając mikrofon.

- Vivienne! Na którą David ma przyjechać po nas w sobotę?

- Na dziewiątą może być.

- Oczywiście.

- Mecenasie? Na dziewiątą David może być u nas – jeśli to nie kłopot.

- Oczywiście że nie. Zatem godzina dziewiąta rano limuzyna będzie u państwa.

- Już nie przeszkadzam. Zatem, żegnam sir.

- Do widzenia.

Słuchawka powędrowała na miejsce. Steven ruszył w stronę jadalni. W drodze zatrzymał się na chwilę tak, jakby się nad czymś zastanawiał. Odwrócił się w stronę telefonu, lecz zaraz machnął ręką, jakby w rezygnacji. Usiadł przy stole. Vivienne spojrzała nań z ciekawością.

- O co chodzi Steve? Co powiedział mecenas?

- Dowiedziałem się od niego, że nie ma potrzeby byśmy jechali własnym samochodem. Przyjedzie po nas David limuzyną. Będzie tu w sobotę na godzinę dziewiątą.

- Limuzyną? Po co? Czy my nie mamy własnego samochodu?

- Mamo. Limuzyna jest o wiele większa od naszego samochodu. Nas jest pięcioro. Co w tym złego, że nią pojedziemy? Będzie luźniej – prawda?

- Ale ten David nie jest już taki młody. Po co go ciągać specjalnie ze Stanford tutaj.

- A prawda Vivienne. Właśnie się dowiedziałem, że odkąd wyraziłem zgodę na propozycję naszego krewniaka – David jest moim kierowcą. Dasz wiarę – moim kierowcą. Ja, który ciułałem każdego dolara – mam teraz kierowcę.

Sara, chłopcy, jak i Vivienne siedzieli wpatrzeni w Steven’a. Było właśnie piątkowe popołudnie. Obiad niemal dobiegł końca, gdy nagle Vivienne spoważniała. Chwilę potem i Sara również.

- No dobrze. Ale w czym mamy pojechać? To lord a nie jakiś tam znajomy Steven’e. Pytałeś o to?

- Nie pytałem, bo i skąd miałem wiedzieć. To krępujące pytanie nie sądzisz?

- Masz rację. Czyli co? Jedziemy tam rano na cały dzień? Czyli zaliczymy tam śniadanie, obiad i kolację – zapewne, tak?

- No tak. Mecenas wyraźnie przekazał, iż jesteśmy zaproszeni na cały dzień.

- No to skoro tak, to wieczorowe stroje nie są wskazane. Trzeba ubrać się stosownie do wizyty. Zatem najbardziej trafne będą stroje wizytowe. Ja – kostium, ty – garnitur.

- A ja? W co mam się ubrać?

Sara wypaliła od razu, jak tylko usłyszała temat wyjazdu. Ledwo dowiedziała się, że jadą wszyscy, jej podekscytowanie zaproszeniem zaczęło rosnąć. Uznała, że wreszcie coś się dzieje. Coś konkretnego w jej życiu, a nie tylko gadanie.

Chłopcy też siedzieli zdumieni informacją o limuzynie, o wyjeździe i gościnie.

- My mamy tam jechać? Po co? Mamo!

- Matt! Jesteśmy tam zaproszeni wszyscy.

- Ale ja nie chcę tam jechać. Nie mam zamiaru siedzieć tam, i nudzić się jak mops.

- Matthev! Jesteśmy tam zaproszeni przez właściciela, którym jest nasz krewniak. Nie jakaś obca osoba. Wiesz dobrze, że nie możemy odmówić. Od tego zależy nasze całe życie. To będzie sobota. Dzień wolny od lekcji. Zatem nic się nie stanie, jak ją poświęcisz dla rodziny.

- A ja chcę jechać. Chcę poznać tego człowieka – lorda. Tym bardziej, że jest naszym krewnym.

- Ja też chcę jechać.

Sara poparła Thomas’a. Wiedziała, że aplauz tu się przyda. Inaczej wszyscy byliby gotowi zrezygnować z wyjazdu. Matt słysząc, że rodzeństwo już przegłosowało jego zdanie oklapł na krześle.

- Matt! Będzie dobrze. Zobaczysz. Ważne byśmy byli wszyscy razem. Zobaczymy wreszcie o co chodzi, i kim jest. No i jakim jest człowiekiem. Inaczej nic nie ma sensu.

Vivienne starała się utrzymać w głosie spokój mimo, że sama nie czuła się komfortowo. Można było sobie wszystko wyobrazić na temat nieznanego mężczyzny, nie mówiąc już o posiadłości. Jednak wiedziała, że to jedyne rozsądne wyjście z sytuacji. Maże się okazać, że ich obawy są bez podstawne.

- No to mamy już jasność. Jedziemy wszyscy w sobotę. David ma tu być na godzinę dziewiątą rano. Ma przyjechać limuzyną. Matko! Jedziemy limuzyną. To jakieś szaleństwo.

- Ale jakie miłe mamo. Sama przyznaj, że niecodziennie masz szansę być wieziona limuzyną. I to przez własnego kierowcę.

- No tak. Tylko, aby to nam bokiem nie wyszło.

- Mamo!

Sara uspokajała matkę, jak tylko mogła.

- Cóż takiego, że pojedziemy limuzyną? Samochód jak samochód. Prawda, że luksusowy ale, jakie to dla nas ma znaczenie?

- Pojedziemy, porozmawiamy, zobaczymy i wrócimy. Wtedy będziemy mieli o czym debatować.

- Może i masz rację. Może rzeczywiście trzeba dać trochę na luz. Tyle że ja wciąż czuję się dziwnie zaniepokojona. Z jednej strony rozumiem, co się dzieje. Zgadzam się na to. Jednak z drugiej strony, jak pomyślę, że zaczynamy wszystko od początku.

- Kochanie! Nie jesteśmy jeszcze starzy. Pięćdziesiątka to przecież nie wyrok – prawda?

- Tak. Ale ponowne urządzanie domu, szykowanie, poprawianie, planowanie. To nie jest takie proste.

- No nie było proste, bo nie było wiele pieniędzy – pamiętasz? Troje dzieci w domu, a ja przecież nie zarabiałem kokosów. A teraz – jak sądzę – będziemy mieli większe możliwości. A co do pracy to czuję, że tobie jej nie braknie. Wszyscy wiemy, jakie masz spojrzenie na wiele rzeczy. Jeśli chodzi o dom, wnętrza, obejście w szczególności. Wystarczy spojrzeć na twoje dzieło tutaj.

Vivienne uśmiechnęła się na te słowa. Wiedziała, że cała rodzina doceniała jej starania i tego była pewna. Steven wiele razy okazywał jej wdzięczność za jej mozolne starania, długotrwałe planowania. Wiele razy okazywał wielką cierpliwość czy wyrozumiałość, gdy tylko traciła zapał lub wpadała w irytację. Doceniała to, i tylko z tego powodu wiedziała, iż i tak da radę. Cokolwiek by się działo – rodzina stanie murem. Bała się jedynie tego spotkania. Nie mogła zrozumieć dlaczego? Odczuwała jakieś obawy z tym związane. Jedynie nie umiała dość precyzyjnie je nazwać – sprecyzować. Usilnie chciała zrozumieć, o co chodzi?

- Myślę, że czas zakończyć te moje narzekania. Trzeba sprzątnąć po obiedzie, a potem trzeba pomyśleć w co się ubrać. To nie jest zwykła wizyta.

Obiad dobiegł końca. Wszyscy ruszyli z naczyniami do kuchni. Każdy pomagał jak się dało, byle szybciej zapanował porządek. Coraz bardziej wszyscy zaczęli działać w rosnącej ekscytacji z powodu wyjazdu, i to limuzyną. Kuchnia, jak i jadalnia zaczęła pustoszeć. Niemal do samej kolacji zapanowała cisza w domu. Steven chcąc się trochę przewietrzyć, postanowił pospacerować trochę po ogrodzie. Jemu również udzieliło się to napięcie przed odwiedzinami. Wytwarzał dziesiątki wizerunków nieznanego lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone. Za każdym razem coś do opisu dorzucając bądź usuwając. Wieczorny chłód dawał o sobie znać. Ruszył w kierunku domu.

Jednak zatrzymał się, wykonał zwrot w kierunku podjazdu tam, gdzie znajdowała się skrzynka pocztowa. Spokojnie doń podchodził z rosnącą ciekawością. Tak, jakby nieco powątpiewał , że cokolwiek tam znajdzie. Jednak parę kroków od skrzynki, spostrzegł biel bijącą z jej szczelin. Przekręcił klucz w zamku. I po chwili już miał w dłoniach wielką, białą kopertę. Widniał na niej wspaniały herb umieszczony z lewej strony. Jakoś odruchowo przystawił ją od nosa – zupełnie nie rozumiejąc dlaczego. Mimo to wykonał mocny wdech nosem. Koperta pachniała męskimi perfumami. To dało mu odpowiedź, że faktycznie nieznajomy jest samotnym człowiekiem. Inaczej wyczułby coś jeszcze.

Wszedł do domu wciąż przyglądając się kopercie. Informacje na niej podane, nie były pisane długopisem – a piórem. To wskazywało, iż nie jest to zwykła przesyłka. Pismo zdecydowane, acz bardzo finezyjne. Pociągnięcia pióra zdecydowane, męskie ale dokładne i opanowane. Steven podszedł do sekretarzyka, gdzie znajdowały się przybory piśmienne. Ostrzem nożyka do listów, rozciął brzeg koperty. Z wnętrza koperty wyciągnął złożony w specyficzny sposób list, napisany na specjalnym papierze z prywatnej papeterii. Widniał na nim emblemat herbu rodu de Blackstone. Biała karta listu, złożona była w sposób trójdzielny. W górnej jego części, w środkowym polu widniała aplikacja herbu. Natomiast niżej pismo takie samo, jak na kopercie.

Lord Steven Forest.

Drogi Steven’e. Chciałbym wyrazić swoją wielką radość z powodu tego, iż nie myliłem się w ocenie Twej Osoby. Długo trwało poszukiwanie moich krewnych. Wierz mi, że dla mnie była to niemal wieczność. Jak tylko przekazano mi, iż mimo ciągłych złych wieści – mimo wszystko – odnaleziono mojego krewnego, ogarnęła mnie wielka radość.

Jak już pewnie Tobie wiadomo, jestem samotnym człowiekiem. Możesz sobie wyobrazić, co oznaczała dla mnie ta wspaniała wiadomość. Nie będę opisywał własnego życia, gdyż na to zapewne będzie wiele okazji. Nie będę również narzekał z powodu mojej samotności. Mimo to wiedz, iż odnalezienie Ciebie jako mojego krewnego – to istny cud.

Wybacz mi proszę, gdyż być może ta cała sprawa wprowadziła chaos w Twojej rodzinie. Niestety nie było innego sposobu na przekazanie Tobie tych wieści. Domyślam się, iż masz wiele pytań. Pytań związanych z całym tym zamieszaniem. Obiecuję, iż jeśli tylko będę w stanie – odpowiem na nie w całości.

Bardzo się cieszę, że mimo wagi tych wieści – mimo wielu wątpliwości – wyraziłeś nań swoją zgodę. Wiedz, iż uczynię wszystko, byś nie żałował swej decyzji. Żywię niezmierną nadzieję, iż nasze spotkanie przybliży nas do siebie. Być może przekona ona Ciebie do tego, iż była ona trafną decyzją.

Zatem oczekuję na Ciebie w raz z rodziną z wielką niecierpliwością.

Z poważaniem ord Jeffrey Armando de Blackstone.”

Steven czytał ten list kilkakrotnie, i to bardzo uważnie - za każdym razem odczuwając konieczność powtórnego czytania. Czytając podszedł do kanapy w salonie, bezwiednie na niej siadając. Wciąż czytał, po czym odłożył list na stół. W dłoni pozostało mu wspaniale inkrustowane złotem zaproszenie. Nie było nań żadnych zbędnych ozdób typu kwiaty, ornamenty graficzne – tylko biel tła, i umiejscowiony nań herb rodu do Blackstone. Otworzył zaproszenie. Znajdował się w nim krótki tekst:

Mam wielki zaszczyt, zaprosić mego krewnego, sir Steven’a Forest’a z małżonką, mis Vivienne Forest. Oraz ich dzieci: Matthev, Thomas’a, i Sarę Forest’ów – do mej posiadłości w Stanford.”

Ponownie przeczytał list dołączony do zaproszenia. I tak, jak poprzednio – odczuwając wewnętrzne rozbicie we własnych poglądach co do sprawy – tak obecnie to, co sobie już zbudował we własnej świadomości – ponownie legło w gruzach. Uświadomił sobie, że być może nie potrzebnie pokierował się własnym osądem snu o nieznajomym krewnym. Być może za szybko ferował opinie, na zbyt błahych poszlakach. Nadal miał chaos w głowie, jednak poza jednym subtelnym szczegółem. Gdzieś jego niepokój zaczął znikać. Zaczął maleć tak, jakby jego podłoże rozpływało się we mgle. Styk tekstu listu był taktowny, grzeczny – by nie powiedzieć dyplomatyczny.

Mimo to, gdzieś, między wierszami Steven wyczuwał jakieś swoiste ciepło, przychylność, troskę. To niczym gest wyciągniętej dłoni w ich kierunku. Co prawda list był dość oszczędny w informacje, jednak nie posiadał znamion ukrytej intencji, czy agresji. Od paru chwil Vivienne obserwowała męża siedzącego w salonie. Już jakiś czas temu zakończyła prace porządkowe w kuchni. Widząc męża z korespondencją w dłoniach, nie chciała mu przeszkadzać. Pozostawiła go na chwilę samego. Gdy oznajmił jej, że chce sam pospacerować po ogrodzie wiedziała, iż potrzebuje odosobnienia. Uważała każdą chwilę dającą szansę wyciszenia, przemyślenia, za coś dlań najbardziej pożądanego w tej chwili.

Wiele zachodu kosztowało jej rodzinę oswojenie się z tak niecodzienną sytuacją, jaką jest sprawa odnalezionego pokrewieństwa. I to pokrewieństwa z niebyle kim. Jednak mimo to następowała stabilizacja. Co prawda martwiła się o męża - o jego zdrowie. Nie wspominając już jego perypetii zawodowych. Uważała jednak, iż i to znajdzie własne ujście. Tak stojąc chwilę w kuchni, obserwując siedzącego męża z listem w dłoni – wciąż go obserwowała. Nie chciała tego czynić. Jednak nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jest spokojniejszy. Czyżby jakieś dobre wieści? Spokojnie ze szklaneczkami kompotu na tacy, wolno skierowała się ku niemu.

- Powiesz mi co przyszło?

Siadając postawiła przed nim tacę na stole. Uśmiechnęła się przy tym tak łagodnie, jakby nie chciał prorokować czegoś, czego później by żałowała.

- Kochanie. Otrzymaliśmy pierwszą korespondencję od naszego nieznanego krewnego.

- Czyli?

- Mówię o moim krewnym, lordzie de Blackstone. Uświadomiłem sobie właśnie, że to pierwsza korespondencja bezpośrednio od niego. Właśnie zastanawiam się, co w tej chwili czuję.

- Tak?

- Najdziwniejsze w tym jest jednak to, że nie wiem co odczuwam. To mieszanka mmm… informacji z tajemnicą, wyjaśnienia z niedomówieniem, a nade wszystko dezorientacji.

- Czujesz się zdezorientowany? Czemu?

- No…proszę. Przeczytaj. To otrzymałem dzisiaj. To list od lorda wraz z zaproszeniem na sobotni dzień.

Biorąc niepewnie w dłonie białą kartę listu, wciąż wpatrywała się w twarz męża. On rzeczywiście pochłonięty był analizą własnych odczuć. To było coś nowego. Mężczyzna, który od lat zajmował się biznesem, zarabianiem pieniędzy – nagle staje się analitykiem, filozofem. Ta zmiana nie mogła przejść niezauważona. Trzymając kartę listu wolno się weń wczytywała. Następnie odłożyła list sięgając po zaproszenie. Steven podał je żonie na znak jawności korespondencji. Wykonała ten sam ruch, zbliżając zaproszenie do nosa. To śmieszne, ale to był odruch bezwarunkowy. Nawet się nad tym nie zastanawiała.

- No i co z tym listem Steven’e?

- Mam dokładnie coś na kształt wyrzutów sumienia Vive. Za to, iż tak szybko oceniłem naszego nieznanego krewnego.

- Myślę, że twoja niepewność brała się z czystego rozsądku. W takich sprawach jak spadki – a już spadki po krewnych, o których istnieniu nie ma się pojęcia – wymagana jest niesamowita wnikliwość. Miałeś prawo do niepokoju, poprzez wiele wątpliwości. Twój sen był tego dowodem. Był właśnie odzwierciedleniem wielu pytań.

- Być może kochanie. Niemniej nie czuję się z tym komfortowo. Może się mylę, lecz z tonu tego listu wynika, że ten człowiek może mieć czyste intencje.

- Znowu ferujesz opinie bez pokrycia Steve. Ferujesz je zbyt szybko, i dlatego później cierpisz. Myślę, że na przód winieneś dać sobie czas. A co do listu – sama jestem zaskoczona.

- Czemu?

- Ten człowiek wyraźnie wyciąga do nas dłoń mimo, że to on ma atuty w ręku.

- Mówisz o jego majątku?

- Nie. Mówię o tym, że on w cale nie musiał szukać spadkobierców. Tak myślę. Przecież tak niedawno ty nic nie wiedziałeś o tym, że gdzieś istnieje ktoś, kto jest twoją rodziną.

- To prawda. Ale zastanawia mnie fakt, jak to się stało, że moja babka nic nam nie mówiła o koligacjach. Przecież musiała wiedzieć, że w jakiejś tam linii dziedziczy nie tylko tytuł lady, ale i majątek.

- To trzeba by zapytać twoich rodziców. Jednak ich już nie ma. Nie odkryjemy prawdziwych powodów. Steven! Przyszło mi coś do głowy. Nie wiem dlaczego akurat teraz, ale jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać na temat twej babki, i jakoś tak. A co z twoim dziadkiem? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek ktoś o nim wspominał.

- Bo nie wspominał. Dziadek to temat bardzo enigmatyczny. Babka – z tego co pamiętam – ze wspomnień ojca – a nie było ich wiele, nigdy nie chciała rozmawiać na jego temat. Rozeszli się wiele lat temu. Coś było mówione o dziecku. Wiem, że babka bardzo chciała mieć dziecko. Nie wiem, jak z dziadkiem. Jednak jak na świecie pojawił się, czy też miał się pojawić – nie wiem – dziadek zniknął. Pamiętam, że ojciec mawiał, iż dziadek nie spełniał jej oczekiwań.

- No ale mieli ślub, prawda?

- Tak, ale z tego co pamiętam. Dziadek musiał podpisać intercyzę małżeńską.

- I podpisał ją?

- A tego nie wiem. Niemniej wspominał o tym mój ojciec. Twierdził, że dziadek nie powinien dziedziczyć nic, co należy do babki. To dziwne, bo nigdy nie dowiedziałem się, o co chodziło. Bo skoro się kochali…

- Musiała mieć jakiś poważny powód, skoro miłość ich związku nie uchroniła. Nie wiem, jak to się ma do praw twojego dziadka do spadku – jednak myślę, że podpisał stosowny dokument. Inaczej pretendował by do spadku.

- Mówiąc szczerze, nie chcę dociekać co faktycznie się wydarzyło. Jakie to ma dla mnie znaczenie – teraz – nie wiem. Dziadek zniknął z życia babci, niemal na początku ich małżeństwa.

- To bardzo dziwne. Twój dziadek pewnie już nie żyje?

- Nie wiem – pewnie tak. Nikt o nim nie mówił od lat. Wydaje mi się, że unikało się tego tematu. Nawet portretów ani fotografii dziadka nie było.

- Powinniśmy sobie dać spokój z tą sprawą Steven’e. Myślę, że to nie nasza sprawa. Twoja babka musiała mieć własne powody, by tak się stało.

- Masz rację.

- Dajmy sobie z tym spokój. Teraz musimy zadbać o to, by się jakoś ubrać na to spotkanie. Ja nawet nie wiem, czego się spodziewać będąc tam w posiadłości.

- Co masz na myśli?

- Chodzi mi o to, co usłyszymy od twojego krewnego. No i w ogóle, jak mamy się zachować tam u niego. Sam widziałeś, jak zachowuje się David – ten twój kierowca.

Na to stwierdzenie uśmiechnęła się do męża. Zresztą oboje zaczęli się spontanicznie uśmiechać. To zapoczątkowało luźną atmosferę, jak i zmianę tematu. Tydzień minął bardzo szybko. Cała rodzina Forest’w, bardzo dokładnie przygotowała się, do planowanej wizyty w posiadłości lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone - krewnego Steven’a Forest’a. Garderoba była rodzinnie dokładnie przedyskutowana. W tym właśnie celu cała rodzina, wybrała się do centrum Shefield. Vivienne z mężem mieli wątpliwości, co do wydawania pieniędzy z konta. Jednak starali się to czynić rozważnie. Vivienne postanowiła ograniczyć się do zakupu sukienki wizytowej, w kolorze stonowanej wiśni z długim szalem z czarnej koronki. Do kompletu skomponowany był też toczek w kolorze sukienki z czarną delikatną woalką, zdobiącą całość fryzury.

Pantofle w żywo wiśniowym kolorze z czarnymi błyszczącymi broszami. Miała co do tego kompletu zastrzeżenia. Uważała, że kolor może być dość wyzywający, mimo, iż był stonowany. Jednak fakt skomponowania doń dodatków, wprowadzało spokój i wyciszenie barwy kostiumu. Wyglądała elegancko. Steven zaś postarał się o trzyczęściowy garnitur. Spodnie fantazyjnie szyte w kolorze głębokiej czerni. Do tego dwurzędowa marynarka w tym samym kolorze. Srebrzysta kamizela. Czarna koszula z jedwabiu, dopełniła całości. Chłopcom rodzice pozostawili wolną rękę co do ubioru. Toteż korzystając z tego, użyli do tego własnej wyobraźni.

Choć zdecydowanie królowały dżinsy, i sportowe koszule. Vivienne jednak wymogła na nich przynajmniej marynarki. Obaj zaakceptowali odcienie granatu, i bieli. Za to Sara przeszła samą siebie. Nie chciała przesadzić z ubiorem, ale i nie chciała być jak szara myszka. Tak określiła matce, gdy obie weszły do sklepu z garderobą dla dziewcząt. Zakupiła sobie wspaniale skrojoną dżinsową spódnicę z kieszeniami. Do tego jedwabną luźną koszulę, spiętą dżinsowym pasem. Długie szerokie drapowane rękawy, zebrane szerokimi mankietami, spiętymi trzema perłowymi guzikami. Na to wspaniały, dżinsowy płaszcz. Długi niemal do kostek.

Wyglądała modnie, sportowo – jednak bardzo elegancko. Vivienne z trwogą przypominała wszystkim o oszczędnościach, by nie szaleć z zakupami. Nie czuła się komfortowo z powodu tego, iż Steven nie ma pracy – a przez to własnych pieniędzy. Kwoty, które wpływały na jego konto nie były ich pieniędzmi. Obawiała się, że być może nadejdzie czas, by się z nich rozliczyć. Wiedziała dokładnie, że przejęcie propozycji krewniaka się dokonało. W jej ramach jej mąż otrzymał zapewnienie o finansowaniu. Jednak nie czuła się upoważniona do ich wydawania. A to ze względu na to, że oni sami – jednak, nie zrobili jeszcze nic w kierunku krewniaka. Czuła się tym bardzo skrępowana.

Zatem pilnowała, by zakupione rzeczy nie były zbyt drogie. Dumna była z tego, że nikt nie oponował, i nie szaleli z cenami. W sobotni poranek nikt długo nie spał. Chłopcy na temat braku pospania dłużej, mieli swoje do powiedzenia. Szybko im przeszło, gdy za matką – Sara wparowała do ich pokoju. Słyszała zmagania matki, by zmobilizować ich do wstania. Siostra jednym ostrym ruchem zerwała kołdry jednemu i drugiemu. W dłoni trzymała dość duży dzbanek z zimną wodą. Piorunująco to na nich podziałało. Wszyscy mogli zabrać się za ranną toaletę, choć obaj bracia zaczęli się coraz bardziej buntować przeciw temu, jak traktowała ich siostra.

Było około siódmej rano. Zważywszy na to, iż David limuzyną miał być na dziewiątą – czasu zostało niewiele. W jadalni nie było żadnego śniadania. Chłopcy jako piersi zdołali się ubrać. Zeszli na dół również jako piersi. Steven w szlafroku pojawił się zaraz po nich. Musiał wziąć kąpiel już o szóstej rano. Vivienne wraz z Sarą, już przeddzień zarezerwowały sobie łazienkę na piętrze. Nawet nie próbował protestować. Znając je obie, jak i ich argumenty wolał odpuścić. Być może dlatego dziękował Bogu, że nie jest kobietą. Uśmiechał się za każdym razem na tę myśl. Jak tylko zjawił się w szlafroku na dole, nie uszło to uwadze jego synów.

- Tata! Ty jeszcze w pieluchach? To nie typowe. Zważywszy na to, że tu panuje istne trzęsienie ziemi. Ten wyjazd, jakiś lord…

Ten tylko obrócił się na te słowa, i w pośpiechu skierował się do łazienki na parterze.

- Ha! Ha! Bardzo śmieszne. Nawet nie zaczynajcie.

- Ale tato!

Jednak ten już zniknął za drzwiami w łazience. Chłopcy pozostali sami. Siedzieli z utęsknieniem wpatrując się w pusty stół w jadalni – potem w kuchnię bez żadnych zapachów. Poniekąd tęsknili do energicznie krzątającej się po niej matki i siostry. Obecnie tylko błyszczące blaty, cisza i oni sami w salonie. Matthev już chciał wstać, i ruszyć do kuchni, by upolować choć jakąś suchą bułę z masłem. Jednak, jak tylko wstał, usłyszał trzaśnięcie drzwi na górze. Potem drugie trzaśnięcie. Po chwili dał się słyszeć chichot Sary i Vivienne. Steven po błyskawicznym ogoleniu się, szybkiej kąpieli – wypadł z łazienki w szlafroku. I niczym feniks – nim chłopcy mogli cokolwiek powiedzieć – był już na schodach.

- Matthev! Ani się waż.

No i tylko z jego strony zabrzmiało:

- Tato!

I na tym się skończyło. Matthev spojrzał na Thomas’a – ten na niego, i tyle. Jeden siedział – drugi stał jak słup soli. Math był przez chwilę zdezorientowany, co do podjęcia decyzji – co zrobić. Przez chwilę chciał klapnąć koło brata na kanapę. Jednak gdy tylko zdecydował się to zrobić, od razu zmienił decyzję na rzecz ruszenia do kuchni by coś zjeść. Thomas patrzył na jego wyczyny, czynienia paru kroków w jego kierunku – potem w kierunku kuchni. Na jego twarzy coraz bardziej pojawiał się grymas rozbawienia. Math chwilę był poirytowany tą sytuację. Potem przez moment irytował się tym, że brata ona bawi bardziej niż powinna. Szybko jednak i na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Tom! To jest jakaś szopka. Ty widzisz co tu się dzieje? Oni pogłupieli.

- Wiesz co o tym myślę Math?

- No?

- Jeśli my nie pomożemy, to ani mama ani ojciec tego nie udźwigną.

- A co my możemy? Tata ma spadek i już wyraził na to zgodę. A mama pójdzie za nim wszędzie. To już powiedziała wczoraj. Zresztą sam widzisz, jak się zachowują.

- No i dla tego my musimy się za to zabrać. Słuchać, pytać, pilnować.

- Myślisz? Myślałem, że chociaż Sara będzie za nami. Ale i widziałeś jej spojrzenie? Ona jest wprost na to napalona. Ja nie wiem, co ona widzi w tym wszystkim. Jakby mogła, już by się przeprowadziła. Widziałeś pudła w jej pokoju?

- Jakie pudła?

- No pudła. Chłopie! Ona już jest spakowana.

W tej właśnie chwili obaj usłyszeli kroki na schodach. Spojrzeli w ich kierunku, i zaniemówili. Ich oczom ukazał się ich własny ojciec, niemal nie do poznania. Wyglądał niemal jak arystokrata. W osłupieniu spojrzeli po sobie.

- Tata! Wyglądasz dzisiaj, jak elegant. Garniturek i pod szyją sznurek.

Wypalił Matthev do brata. I tak spojrzał na niego, że obaj ryknęli śmiechem. I byliby tak ryczeli ze śmiechu dalej, gdyby nie fakt, że Steven spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał właśnie ósmą czterdzieści a Vivienne ani Sary nie było na dole. Chłopcy od wychwycili jego szczególny wyraz twarzy, kończąc swoje wygłupy.

- One obie schodziły na dół Tom?

- Nie. Tylko my i ty tato.

- Matko jedyna. Czy one wybierają się na wizytę do Królowej Elżbiety czy co? Vivienne! Saro!

Jak nie wrzasnął stojąc przy schodach, wciąż patrząc w górę schodów. Powoli czuł, jak rośnie w nim irytacja. Już od wczorajszego wieczoru nastawiał się na tę wizytę. Obmyślił o czym ma rozmawiać, jak się zachować. Jakie tematy będą poruszane. Marzył od wczoraj, by wszystko dobrze wypadło. Obecnie czuł nadchodzącą katastrofę. Dochodziła niemal dziewiąta – zaraz miał zjawić się David. Synowie obserwowali z uwagą ojca. Czym bardziej się w niego wpatrywali, tym bardziej zbierało im się do śmiechu.

- No i widzisz Math! Dopiero co tobie mówiłem, że oni bez nas nie dadzą rady.

- O czym ty mówisz Tom?

Steven wtrącił się do rozmowy chłopców.

- Tata nie denerwuj się, ale sam zobacz. Odszykowałeś się na sztywno. Nawet usiąść nie możesz, bo spodnie pognieciesz.

I nim Steven mógł cokolwiek odpowiedzieć, obaj ryknęli śmiechem. Matthev z rozmachem klapnął na kanapę, słysząc ripostę brata. Po nim się tego nie spodziewał. Kto jak kto, lecz Thomas był zawsze taki taktowny, delikatny. A tu taki żart w stosunku do ojca.

- Wiesz Tom ile kosztował ten garnitur?

- Tata. No właśnie o tym mówię.

Znowu rozległ się gromki śmiech chłopaków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz