Tom I – część 14
Ruszyli w stronę schodów. Sara już w myślach rozważała, jak podejść do tematu. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Matka ma swoje zasady, reguły, przyzwyczajenia trzymające ją w miejscu. Schodząc z Jeffrey’m na pierwsze piętro, wciąż rozważała tę kwestię.
- Kiedy mają przyjechać?
- Oznajmiłem David’i, iż mogą przyjechać nawet dzisiaj. Nie widzę ku temu przeszkód. Mogą nawet tu nocować. Miejsca jest dość.
- Cieszę się, że tak mówisz.
- A sądziłaś, że się nie zgodzę na ich przyjazd?
- Po tym, jak potraktowała ciebie moja matka, masz prawo czuć się urażony.
- Bynajmniej. Myślę, że muszę tobie wyjaśnić moje stanowisko. Wtedy – być może – będziesz mogła rozsądzić co mną kieruje.
Właśnie weszli do gabinetu Jeffrey’a. Mężczyzna nie zasiadł jednak za biurkiem. Tak zwykł czynić, gdy tylko miał jakąś ważną sprawę do omówienia. Wskazał Sarze miejsce w fotelu przy regale. Sam usiadł naprzeciw niej.
- Posłuchaj Saro. Nie zwykłem uzewnętrzniać własnych uczuć. A już na pewno, nie zwykłem o nich mówić głośno. Całe moje życie to ciąg zdarzeń, z którymi musiałem dać sobie radę. Owszem były kwestie, gdzie - dać radę - zamieniłem w walkę o coś, co tamten czas tego wymagał. Inaczej przyciągałbym do siebie tylko takie zdarzenia. Niemniej obecnie, chciałbym byś zrozumiała moje intencje jako pierwsza.
- Wuju. Nie musisz mnie przekonywać.
- Tak sądzisz? Sądzisz, że chcę ciebie do czegokolwiek przekonywać? Zatem wyprowadzę cię z błędu. Otóż nie. Po stokroć nie. Zupełnie nie o to chodzi. Mam tyle możliwości pod każdym względem, iż mogę w nich wybierać, jak tylko chcę. I mogę to uczynić w każdej chwili. Jednak te dziesiątki możliwości, nie dają mi tego, co obecnie ta jedyna możliwość, która się nadarzyła.
- Mówisz o odnalezieniu krewnych.
- Dokładnie tak. Wiele lat żyłem między ludźmi, otoczony wieloma z nich. A mimo to, wciąż czułem się samotny. Dopiero po latach zrozumiałem, że nie można żyć samotnie. Odczuwałem to już żyjąc tu w tym domu, jak jeszcze żył mój ojciec. Jak był tu - naturalnie. Lecz gdy tylko zapadł na zdrowiu, coraz bardziej ode mnie się odsuwał. Znikał, jakby uwolniony z konturów własnego ciała. Jakby robił się przeźroczysty – mentalnie oczywiście. I wtedy właśnie pierwszy raz odczułem, czym jest samotność.
- A kobiety wuju? Przepraszam, że o to pytam. Wciąż chciałam się o to zapytać, czemu nie miałeś żony?
- Ależ była kobieta, którą…, ale to już inny temat. Może jak przyjdzie czas opowiem tobie o tym. Niemniej właśnie dlatego – mając obecnie taki majątek – będąc wciąż samotny – postanowiłem coś z tym zrobić. Wiedziałem, że życie mi ucieka, a wciąż jestem sam. Stąd to właśnie wzięła się decyzja, by poszukać krewnych. Co prawda nie miałem zbyt dużej nadziei, ale wewnątrz niemal oczekiwałem na cud.
- No i znalazłeś nas.
- Wiesz Saro, co to dla mnie znaczyło? To się nie da nawet określić. Poczułem się tak, jakby los dał mi kolejną szansę w tej mierze. Nie jest to żona – własne dzieci. Wybacz że tak mówię, ale krewni. Moi krewni, moja rodzina. Znowu poczułem powiew nadziei, że nie będę sam. Że skończy się moja wędrówka po pustych piętrach, pokojach.
- Wuju. Z mojej strony masz moje poparcie. I to nie dlatego, że jesteś bogaty – jak to się mówi – ustawiony. Ale dlatego, że od pewnego czasu, chciałam coś zmienić w swoim życiu. To co osiągnęliśmy z rodzicami tam w Sheffield, to jest pewien etap. I to tyle. Nie abym chciała powiedzieć, że to mało. Już od jakiegoś czasu czułam się stłamszona – niemal zamknięta w pułapce. No i tak jak ty cieszę się, że mam krewniaka – czyli ciebie wuju. Choć prawdę mówiąc nie wiem nawet, czy – wuju – tu jest odpowiednim odniesieniem do ciebie. Nasze pokrewieństwo…
W gabinecie odezwał się telefon. Lord de Blackstone przeprosił Sarę. Wstał i podszedł do biurka. Uniósł słuchawkę, wciąż życzliwie do niej się uśmiechając.
- Słucham de Blackstone!
- Z tej strony David sir.
- Tak?
- Właśnie wjeżdżamy do Stanford. Za jakieś dwadzieścia minut będziemy w posiadłości.
- Kto jest z tobą?
- Cała rodzina sir.
- Bardzo się cieszę. Zatem oczekuję na was z niecierpliwością. Uważaj na drodze David’e.
- Tak jest sir.
Lord odłożył słuchawkę. Nadal uśmiechał się do Sary. Tym razem jednak widziała w jego oczach radość. Podszedł do niej spokojnie. Ona właśnie stała przy regałach, oglądając grzbiety książek. Odwróciła się doń, gdy już stał przy niej.
- Jaka sytuacja wuju?
- Wyobraź sobie, że jedzie tu cała twoja rodzina.
- No ale Matthev i Thomas mają lekcje. Jak oni to pogodzili z wyjazdem. Jutro będą musieli iść do szkoły.
- Nie wiem. Pewnie jakoś to załatwili. David właśnie dał mi znać, że są już w Stanford. Będą tu za niecałe dwadzieścia minut. Przepraszam ciebie Saro, ale trzeba szybko zorganizować dla nich pokoje. Nie sądzę, by chcieli jeszcze dzisiaj wracać do domu.
- No tak. Jest już dość późno.
Lord de Blackstone wstał. Podszedł do drzwi, gdzie wisiała haftowana szarfa i lekko za nią pociągnął. Sara uśmiechnęła się na ten widok. Rozbawiło ją to, iż w dobie telefonów, komputerów – tu nadal istnieją przejawy minionej epoki. Jeffrey uchwycił jej rozbawienie w oczach. Sam spojrzał na szarfę z takim wyrazem twarzy, że Sara oznajmiła to głośnym śmiechem. Po czym podeszła do niego. I jakoś tak z siebie – spontanicznie – przylgnęła do niego całą sobą.
- Myślałam, że będziesz niedostępnym, despotycznym człowiekiem wuju. Jednak dziękuję ca ciebie Bogu. I wiesz co? Chyba cię polubię.
- Chyba?
Uśmiechnął się do niej, obejmując ją jak własną córkę. Ciepło zrobiło mu się na sercu. Łza zakręciła się w oczach. Niemal zatopiła się w jego ramionach. Stali tak chwilę, a on czuł wielką dumę. Czuł, że w końcu los wysłuchał jego prośby, i że już nie będzie sam. Czuł, iż za nic nie chciałby tego stracić, zniweczyć. Niemal lgnął do Sary całym sobą. Czuł, że w jakimś sensie zyskał bratnią duszę. Poczuł jednak coś jeszcze. Stojąc tak z Sarą trzymał ją w ramionach. Po chwili wtopił dłoń w jej długie włosy, i bezwolnie przymknął oczy. Od razu poczuł żar w sercu. Zacisnął zęby, i wręcz zmusił się by ją uwolnić ze swoich ramion. Przeraził się tym odczuciem. Raz tylko poczuł ten żar w sercu. Jednak było to wiele lat temu.
- Saro. Musimy…
- Wuju! Wiem co robić. Mama kocha naturę, kocha rośliny, ogrody. Niemal uwielbia urządzać wnętrza domów. Nasz dom to jej dzieło. To jest sposób by ją zachęcić. Tu zmuszanie jej nic nie da. Ona musi poczuć, że jest potrzebna, że ty ją potrzebujesz.
- No bo tak jest Saro. Mam wobec twej matki pewne plany, i to bardzo poważne. Musisz wiedzieć, że mam wobec was wszystkich plany. Ale o tym porozmawiamy, jak wszyscy będą tutaj.
- No to jestem ciekawa, jakie zadanie masz dla mnie.
- Ty jesteś najtrudniejszym przypadkiem, jeśli mógłby tak określić twój przypadek.
I roześmiał się przy tym szczerze. Coraz bardziej ją lubił. Nie chciał ujawniać wszystkiego co czynił, by ich poznać. Tym bardziej nie chciał wyjaśniać jej, że sprawdzał ich wszystkich bez ich wiedzy. Rozumiał, iż mogłoby się jej to nie spodobać. Sara jego wypowiedź względem jej osoby, odebrała bardziej jako żart.
- Akurat! Jestem najtrudniejszym przypadkiem – a mówisz, że mnie lubisz. Z ciebie jak widzę jeszcze kogut wuju.
- Słucham?
- I jeszcze zasłania się słabym słuchem.
- Saro! Lepiej chodźmy na dół. Lada chwila będzie tu twoja rodzina. I jeszcze Bóg wie, co sobie pomyślą.
- Czyżbyś miał coś na myśli konkretnego?
- Saro?
Otworzył drzwi gabinetu, i oboje schodami ruszyli na dół. Wtedy to właśnie drzwi w hallu otworzyła Margaret. Pierwszy wszedł David, a zaraz za nim Vivienne, Steven i chłopcy. David wniósł do środka dwa nesesery. Lord de Blackstone widząc je, utwierdził się w przekonaniu, że goście dzisiaj nie odjadą. To mu pasowało. Vivienne wpatrzyła się w córkę stojącą na schodach obok Jeffrey’a. Już chciała wyrzucić z siebie mnóstwo wymówek w stosunku do niej, lecz w ostatniej chwili z tego zrezygnowała. Natomiast nie zrezygnowała z wymownego spojrzenia na Steven’a.
- Jak miło znowu was gościć. Co prawda wiem z jakiego powodu przyjechaliście, ale i tak się cieszę.
- To miłe, ale Sara rzeczywiście postąpiła lekkomyślnie. Wiesz Saro co ja przeżyłam? Tym bardziej, że widziałam te twoje kartony w twoim pokoju. Były pozaklejane tak, jakby przygotowane były już do przeprowadzki.
- Bo tak jest mamo. One są przygotowane do przeprowadzki.
- Saro!
- Mamo! Nim cokolwiek znowu doprowadzi ciebie do irytacji pozwól, że z wujem wskażemy wam wasze pokoje.
- Po co?
- Macie ze sobą nesesery – przecież widzę. Daj spokój.
- Chciałbym z tobą porozmawiać Saro, na osobności.
- Bardzo dobrze. Ale nim do tego dojdzie, trzeba coś zjeść – prawda? Matth i Thomas są pewnie głodni. A i tatko też coś wrzuci na ząb.
Lord de Blackstone z uwagą obserwował wyczyny Sary, i był pod wrażeniem. Właśnie odkrył w niej cechę, która potwierdziła mu jego plany względem Sary. Dla jej matki miał zadanie specjalne. Wiedział jednak, iż tu trzeba szczególnej dyplomacji. Steven już miał własne dzieło do spełnienia. No i chłopcy. Tu było jeszcze wiele czasu. Niemniej już postanowił się im bacznie przyglądać. Mimo, że Vivienne nie bardzo pasowało pozostać tu w posiadłości, to za wszelką cenę nie chciała dopuścić do rozpadu rodziny.
- Tak. Rzeczywiście. Przydałoby się zjeść i odpocząć. Wybacz Jeffrey’u, ale nie bardzo dobrze się czuję.
- Steven’e! Co się dzieje?
Niemal natychmiast zareagowała Vivienne.
- Zatem proponuję Steven’e, byś zjadł kolacje w swoim pokoju. Widzę, że jesteś zmęczony. A resztę państwa zapraszam na kolację do jadalni.
- Nie, nie mój drogi. Zjem razem z wami. Jedynie prosiłbym o szklankę wody.
- Naturalnie. George natychmiast poda tobie wodę do picia. Jesteś jednak pewien, że to dla ciebie bezpieczne przebywać z nami bez odpoczynku? To nie żaden kłopot, jeśli zjesz w swoim pokoju.
- Ogromne dzięki Jeffrey’u. Mam ze sobą leki. Dam radę.
Lord de Blackstone w towarzystwie Sary, zaprowadzili gości do swoich pokoi. Dostali oni pokoje na drugim piętrze. Jeffrey miał swoje pokoje na pierwszym. Goście odświeżyli się, i po chwili zjawili się na dole. W jadalni czekała już kolacja. Co prawda godzina niezbyt była odpowiednia na posiłek, ale to był wyjątek. Gdy weszli do jadalni, Sara z Jeffrey’m już tam byli. Oboje zachowywali się tak, jakby byli gospodarzami tego domu. Sara wyśmienicie się bawiła. Ona faktycznie czuła się w tym domu, jak ryba w wodzie. I to mimo, że w istocie go zupełnie nie znała.
Rodzice i bracia Sary weszli do jadalni już w lepszych humorach. Kolacja przebiegła w spokoju. Lord de Blackstone liczył na jakikolwiek temat przy stole. Nikt jednak nie chciał nawiązać rozmowy. Po kolacji wszyscy przeszli do biblioteki. Atmosfera była dość wyluzowana. Vivienne uspokojona na tyle, by rozmawiać bez oporów. Steven niestety musiał się udać do swego pokoju, potrzebując odpoczynku. Jeffrey polecił Juliett’e, by zaparzyła mu gorącej herbaty. Miała również przypilnować, by była tam taca z karafką zimnej wody.
- Mamo! Jak się czujesz?
- Jestem trochę zmęczona, ale jest dobrze. Martwię się o ojca Saro. To za wiele dla niego.
- Odpocznie i będzie jak nowo narodzony.
Sara czuła, że to jest ta chwila na która czekała. Ojca nie było przy nich, i to była szansa dla nich obojga. Wiedziała, że tylko od niej zależy, czy matka w cokolwiek się zaangażuje. Czy też zrejteruje chowając się w domu.
- Ale ja nie o tym chciałam z tobą porozmawiać mamo.
- Tak? A o czym?
- Powiedziałam tobie, że znalazłam dla siebie propozycję w „Nev York Times”. Pamiętasz?
- Naturalnie. Pamiętam doskonale. I masz jakiś pomysł na to, jak rozumiem.
- Mam. Właśnie wpadłam na pomysł stworzenia reportażu, tyczącego się starych, prywatnych posiadłości. To co tu widziałam przerosło moje oczekiwania. Doszłam do wniosku, że trzeba coś uczynić dla tych starych budynków, by nie zaginęły całkowicie wśród nowoczesności.
- I uważasz, że to będzie chwytliwy temat?
- Myślę, że właśnie dlatego ten temat nie jest chwytliwy, daje tyle możliwości. To będzie próbą dla mnie. Będzie cząstką tego co potrafię. I to przedstawię na konkurs.
- Czyli co? Wracasz jak rozumiem? Tam masz wszelkie materiały do pracy.
- Nie mamo. Pozostaję tutaj. I nim cokolwiek powiesz, chciałabym byś mnie wysłuchała. Możesz to dla mnie uczynić?
- Zatem słucham.
- Zamierzam jutro zająć się paroma sprawami. Jedną z nich jest zgłoszenie się do konkursu. Posłuchałam ciebie, i spróbuję własnych sił w tym temacie.
- Gratuluję Saro. To bardzo odważna decyzja.
Lord de Blackstone pochwalił dziewczynę za jej odwagę. Vivienne słysząc to uśmiechnęła się taktownie. Jego słowa podziałały na nią jak balsam. Jednak Sara doskonale rozpoznała jej sztuczny uśmiech. Czuła, że tu trzeba coś jej zaproponować. Jeffrey widząc jak Sara błyskawicznie analizuje zachowanie matki, sam wkroczył do akcji.
- Pod waszą nieobecność Vivienne, rozmawiałem z twoją córką o planach renowacji naszego domu. No i mamy problem.
Odczekał stosowną chwilę będąc spokojny i opanowany. Z widoczną życzliwością wciąż uśmiechał się do kobiety.
- Jaki problem Jeffrey’u?, jeśli mogę zapytać.
- Naturalnie. Sprawa remontu i renowacji tego domu nie jest taka prosta. To wielowiekowy dom posiadający swój styl, Sama to przyznasz. Niemniej to posiadłość prywatna. Już rozmawiałem ze Steven’m na temat planów technicznych. To jednak nie wszystko – ja nie mam projektanta. Kogoś kto by wykonał plany techniczne wykończenia wnętrz.
- Ale ja nie bardzo znam się na architekturze Jeffrey’u, nie bardzo wiem…
Lord de Blackstone lekko się uśmiechał prostując się w fotelu. Widział u Vivienne coraz to rosnące zainteresowanie tematem. Teraz trzeba było tak rozbudować temat, by zachęcić ją do wypowiedzenia się w tym temacie.
- Nie rozumiesz. Pozwól iż to tobie wyjaśnię. Jeśli patrzeć na tę posiadłość przez jej pierwotne przeznaczenie – to jest to posiadłość reprezentacyjno-prywatna. Stąd tu wiele pomieszczeń właśnie w tym stylu. Jednak Vivienne jak wiesz, iż tamte czasy minęły. Arystokracja nie ma dzisiaj takiego znaczenia jak niegdyś. Ja to wiem, i ty to wiesz. Jeśli chodzi o reprezentacyjność, to ta kwestia również odchodzi w zapomnienie. Pozostaje tylko kwestia prywatności. No i tu mam problem.
- Nadal nie rozumiem.
- Biura architektoniczno-projektowe nie chcą się tym zająć. Odmawiają mi podjęcia się tego tematu.
- Czemu?
- Bo ja osobiście chcę stworzyć z tego monstrualnego domu, rodzinny dom. Rozumiesz Vivienne. Dom w którym każdy z członków rodziny, będzie się czuł dobrze. Tyle tylko, że nie mam pojęcia jak to uczynić.
- Ale tu jest tyle pomieszczeń, korytarzy. Jak chcesz to przekształcić w przytulny dom Jeffrey’u. To niemal niewykonalne.
- Mam już pewną wizję Vivienne. O tym rozmawialiśmy już pobieżnie z Sarą. Chodzi o to by dom przekształcić w taki sposób by mimo, iż jest bardzo wiekowy był nowoczesny. Czyli wyposażyć go we wszystkie nowości techniki dnia dzisiejszego, jednak nie niszcząc jego charakteru. Tam gdzie to jest niekonieczne. Niemniej wnętrza dostosować dla ludzi, a nie dla przeszłych zasad.
Sara nic się nie odzywała. Vivienne zrobiła łyk kawy i odstawiając filiżankę wtopiła się w fotel. Widać było, że zastanawia się na tym co powiedział lord de Blackstone. Interesowało ją to coraz bardziej. Wiedział ile kosztuje urządzanie domu tym bardziej, jeśli chce się wyrazić swój styl - styl samego siebie. Jednak tu trzeba też pamiętać o charakterze domu i to pod względem architektonicznym. Jej zainteresowanie rosło też i z tego powodu. Ona niemal kochała urządzać, planować. Przekształcać wnętrza, detale, style. To było jej pasją.
- W takim razie bardzo się dziwię, że ludzie zajmujący się tym zawodowo nie chcą się tego podjąć. Oni najlepiej na tym się znają.
- Masz niewątpliwie rację. Jednak gdyby chodziło o rezydencje państwową lub starą posiadłość – zabytek - jak to dzisiaj nazywają, która jest we władaniu rządu Vivienne. Czyli innymi słowy posiadłość, która pełni dzisiaj zadanie muzeum, lub jest we władaniu urzędów. Wtedy to biura architektoniczne z polecenia odpowiednich władz biorą się za to. Jednak to bardziej wynika z przymusu niż z ich czysto podjętej decyzji – rozumiesz?
- Tak rozumiem. Chcesz powiedzieć, że ten dom nie spełnia tych warunków.
- Tak. Nie jest ani własnością państwa, ani nie pełni roli muzeum.
- A powiedz mi taką rzecz. Skoro to jest posiadłość prywatna, to czy urzędy mają tu jakikolwiek wpływ na planowane tu przemiany?
- Nie - dopóki jest tu właściciel i zarządza tą posiadłością – urzędy nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia.
- Czyli – jeśli brać to na logikę – to od ciebie zależy kto i jak będzie remontował tę posiadłość.
- No tak.
- Zatem pozostaje tylko kwestia ich najęcia za zapłatą.
- Tak. Dokładnie.
- No to w czym rzecz? Zaproponuj im należyte wynagrodzenie, i będziesz miał tu specjalistów.
- Tak byłoby najlepiej. Jednak to nie takie proste. Biura architektoniczne są obarczone wytycznymi z góry. Pierwszeństwem w takich renowacjach – bo to nie jest zwykły remont, ale renowacja, czy restauracja – pierwszeństwo mają właśnie nieruchomości należące lub przechodzące całkowicie na własność państwa. I ta kolejność jest ściśle ustalona. Co z kolei przeciąga się w czasie.
- No tak. Rozumiem. Czyli jak to się ma do twej posiadłości?
- To jest właśnie to o czym mówiłem wam wszystkim na samym początku – podczas waszego pierwszego pobytu tutaj.
- Czyli?
- Mówiłem, że potrzebuję waszej pomocy. Sam nic tu nie zdziałam.
- Ale co my tu możemy zrobić?
- No jak to? Posłuchaj! Steven jest wspaniałym specjalistą w dziedzinie architektury. Jest cenionym architektem. Wybacz, ale właśnie sprawa tych czterech kontraktów pokazała mi, że nie ma większego specjalisty od niego. Tylko on w swoich projektach pokazał mi to czego ja oczekuję od tego typu specjalisty.
- Ale on jest sam Jeffrey’u. Nie ma pracy, pieniędzy, możliwości. Co on może?
- I tu jesteś w błędzie. Ma pracę, ma pieniądze, ma możliwości. Właśnie tak jest w związku z tym, że Steven – twój mąż – okazał się moim krewnym, a wy przez niego również. Rozumiesz?
- Rozumiem, ale…
- Poczekaj. Pozwól mi wytłumaczyć. Nikt inny nie miałby takiej szansy. To istny cud Vivienne. No bo popatrz. Steven jest moim krewnym. Przy tym jest specjalistą od architektury – i to nietuzinkowym. On zna się na tym jak nikt.
- No rozumiem to Jeffrey’u, ale…
- Mówisz, że nie ma pracy. Ok! Jednak jaka to praca w firmie, gdzie nigdy nie rozwinie własnych wizji, pasji, możliwości. Tam musiał wykonywać li tylko polecenia swego szefa. Czy są słuszne, czy też nie – to nie miało znaczenia. Możliwości? Proszę bardzo. Jak tam pracował nie miał ich wcale. Dlaczego tak mówię? Bo możliwości Steven’a – tak naprawdę – nie były jego możliwościami. To co wykonywał to tylko to, na co zezwalał mu jego szef. Pieniądze? To zwykła comiesięczna pensja, której wysokość uzależniona była nie od jego talentu, pasji, umiejętności. Uzależniona była jednak od widzimisię szefa – właściciela firmy. Zgadzasz się z tym?
- Biorąc to wszystko pod uwagę, to tak – zgadzam się z tym całkowicie. Ale obecnie nie ma żadnych z tych kwestii. A musi żyć. Ma rodzinę, dom, dzieci. Ja też nie pracuję.
- Już to wyjaśniam. Pomyśl Vivienne. Właśnie dlatego zaproponowałem twemu mężowi założenie własnej firmy. Bo tylko w ten sposób, może on całkowicie oprzeć się na własnym talencie, pasji, wizji. Dlatego, że tylko w ten sposób sam będzie mógł o wielu sprawach decydować. To jedna z kwestii.
- No ale to kosztuje Jeffrey’u. Steven tobie tego nie powie. Jest zbyt skromny.
- Ok! Przyjmuję ten argument Vivienne. Ale i ty przyjmij mój. Steven jak i wy jesteście moją rodziną. To stawia was w całkowicie innym świetle. Dlatego poprzez moją kancelarię prawną oświadczyłem na samym początku, iż jeśli Steven przyjmie moją propozycję, zmieni to całkowicie jego życie. A przecież jego życie, to i twoje życie, jak i waszych dzieci. Jak widzisz chodzi nie tylko o niego, ale i o was – jego rodzinę.
- To miłe co mówisz, i naturalnie dziękuję tobie za to Jeffrey’u. Niemniej nadal nie podajesz konkretów.
- Czyi?
Sara przysłuchując się rozmowie obojga, wciąż siedziała w fotelu wyprostowana. Bacznie obserwowała zachowanie matki. Uważnie analizowała jej słowa, gesty. Nie chciała dopuścić do ponownego wybuchu z jej strony. Tu jednak była mile zaskoczona. Zauważyła coś zupełnie innego. Matka była bardzo skupiona na tym co mówi – o czym mówi. Sara zauważyła w zachowaniu matki coś jeszcze.
Zauważyła jej zaciekawienie – wręcz zainteresowanie. Jeffrey był coraz bardziej szczery w poruszanych tematach, i to ujęło Vivienne. Sara dokładnie to widziała. Lord de Blackstone odpowiadał na konkretne pytania jej matki likwidując jednoznacznie jej wątpliwości. Ta zmiana dawała jej coraz to większą nadzieję na to, że jednak matka da się przekonać.
- No chociażby, gdzie miałaby być ta firma Steven’a? Jakie to koszty? Skąd pieniądze na to wszystko? To tylko niektóre z konkretów.
- Ok! Zatem zacznijmy od miejsca na firmę. Mam parę miejsc tu w Stanford, które idealnie nadają się na ten cel. Postanowiłem jednak, że skoro to ma być firma Steven’a – czyli również twoja, jak i twoich dzieci w przyszłości – musi to być jego własny wybór. Wierzę, że dokona odpowiedniego wyboru. Wszelkie kwestie organizacyjne, tyczące się jego firmy – z nazwą włącznie – pozostawiam w jego gestii. Naturalnie będę służył radą, opinią – jeśli właśnie tego będzie ode mnie oczekiwał. Co do kwestii prawnych, finansowych. Tu uważam, iż nie masz się czego martwić. Pieniądze nie są tu problemem. To samo tyczy się kwestii prawnej, czy też urzędowej. Mam swoich prawników – co za tym idzie – Steven również. Z tej strony będzie miał zapewnioną całkowitą profesjonalną pomoc.
Sara słuchając była coraz bardziej zdumiona faktem, jak łatwo oni oboje rozmawiają o kwestiach tak dalece prywatnych. Jeszcze tak nie dawno jej matka urągała mu nieuczciwością, wybiórczością w podawanych informacjach. To było zdumiewające. Nie chciała się odzywać by nie popsuć tego, co się między nimi buduje. Nie umiała jeszcze tego nazwać, ale wiedziała jedno – ich zaczyna łączyć działanie. Jej matka nie lubiła nigdy zrzędzenia, czy siedziała bez zajęcia. Vivienne miała w naturze działanie, bez narzucania jej jakichkolwiek szablonów, mód, czy zdań miliona.
- Pozwól Jeffrey’u, że określę to tak. To bardzo wspaniałomyślne z twojej strony, że przejmujesz na siebie całą kwestię finansową i prawną. Ale trudno mi uwierzyć, że…
- Że czynię to bezinteresownie? Vivienne to chciałaś powiedzieć?
- Wybacz! Może tym cię uraziłam. Ale tak. To chciałam powiedzieć.
- Ok! Zatem posłuchaj. Mówisz, że to jest wspaniałomyślne z mojej strony. Ale to nie jest prawda Vivienne. Tu nie chodzi o wspaniałomyślność – w żadnym razie. Tu chodzi o to, że ja mam mnóstwo pieniędzy a Steven’e. Tu chodzi o to, że obaj mamy coś, na czym nam zależy.
- To znaczy?
- Steven ma talent. Jest cenionym architektem, a nie tuzinkowym dorobkiewiczem jak wielu tych bubków – wybacz za określenie – z pseudo firm architektonicznych. Takim nie chodzi o przywracanie duszy zabytkom, a jedynie o zysk, zarobek – co za tym idzie majątek. Steven jest kimś, kto ma pasję w tym co czyni – czuje to co robi. Cierpi z powodu tego, że nie może się rozwinąć. Ja – natomiast – mam mnóstwo pieniędzy. Mam swój majątek, z którym mogę uczynić to, co mi się rzewnie podoba. Zatem ja widząc, co się dzieje na rynku w tym temacie – a posiadając tak wielkiego człowieka, jakim jest mój mąż – logicznie myśląc potrzebuje go, jego talentu, działania, inwencji twórczej, pasji. Dlaczego? Bo wiem, że tylko taka osoba jak on, nie zniszczy tych obiektów. Włoży w to serce, i z wielkim kunsztem przywróci blask wszystkim detalom. Czy to jest rozsądne, to co mówię? Czy to ciebie Vivienne przekonuje?
- Jeśli mówisz szczerze. Jeśli jest tak, jak mówisz.
- Tak jest Vivienne. Zapewniam, że nie mam ukrytych intencji. A na dowód tego powiem coś, czego nie musiałbym tobie mówić. Ale niech to będzie dowodem na to, że moje intencje są szczere.
- Jeffrey’u, nie musisz mi niczego udowadniać. Chcę tobie wierzyć, choć sytuacja nie jest łatwa.
- Jest łatwa Vivienne, w brew oczekiwaniom jest. Jedynie musisz spojrzeć na to z innej perspektywy – szerzej.
- Ale wracając do tematu. Jak wiesz, co do mojej propozycji, dałem Steven’i wybór w podjęciu decyzji. Pamiętasz o tym?
Kobieta minęła głową na znak potwierdzenia. Sara śledząc uważnie rozmowę lorda, również odruchowo potwierdziła ten fakt, choć nie musiała – nie z nią rozmawiał. Coraz bardziej odczuwała radość ze swojej decyzji, iż sama przyjechała do posiadłości. Sama przerwała ciąg bezsensownych dywagacji, potyczek słownych, ciągłych pretensji, żalów płynących od jej rodziców. Uważała, że ktoś musiał uczynić coś, niczym ostre cięcie ku temu, by sprawa potoczyła się w odpowiednim kierunku. Coraz bardziej rosła w niej radość przemieszana z nadzieją. I właśnie w tej chwili przypomniały się jej słowa wuja, by zbyt szybko nie osądzała swojej matki. Ma prawo do swoich wątpliwości, że w prostej rozmowie można je wyjaśnić – rozwijać. To spotęgowało tylko jej zdanie o wuju. Zdanie o kimś kogo tak niedawno poznała. Kogo tek nie dawno jeszcze nie znała. O kimś o kim nie miała nawet pojęcia, że istnieje.
- Tak, pamiętam.
Vivienne odezwała się z tym szczególnym błyskiem w oczach. Sara wiedziała, co znaczy to spojrzenie u matki. Takie samo spojrzenie jej matka miała podczas, gdy chodziło o urządzanie domu, czy ogrodu. Nie widziała w tedy nikogo i niczego. Zachowanie Vivienne również przybrało symptomy zainteresowania, penetrowania, poznawania, badania możliwości.
- To również pamiętasz fakt, iż powiedziałem wtedy, iż mam wiele alternatyw na rozwiązanie mojego położenia. I tu muszę sprostować uczciwie, że trochę przesadziłem. Nie było prawdą to, iż miałem wiele alternatyw co do mojego majątku. Ich wybór – w pewnym sensie był tylko mnogi.
- To znaczy? Co masz na myśli Jeffrey’u.
- Mam na myśli fakt, że jeśli decyzja co do przyjęcia mojej propozycji będzie negatywna – ja sam zakończyłbym sprawę. Uczciwie mówiąc – gdyby do tego doszło – miałem zamiar sprzedać wszystko – spieniężyć. To byłaby najlepsza decyzja, patrząc na moje dobro. Inna sprawa tyczy się też umożliwienia podjęcia tej decyzji. Chodzi mi tu o to, że gdyby okazało się, że Steven jest człowiekiem chciwym, zachłannym, mającym gdzieś – nieładnie mówiąc – dobro całej sprawy, moje dobro. Chcę powiedzieć, iż nigdy nie dopuściłbym go do tej sprawy. Mam swoje zasady Vivienne, które są nienaruszalne. Mam nadzieję, że to rozumiesz?
- Tak. Rozumiem to. Każdy ma własne zasady pozwalające żyć we własnym spokoju i bezpieczeństwie.
- No właśnie. Reasumując całość. Steven okazał się moim krewnym – co za tym idzie, ty Vivienne i twoje dzieci również. Okazał się również wspaniałym, szczerym, uczciwym, utalentowanym człowiekiem – nie kierującym się chciwością czy zachłannością. Nie jest karierowiczem. Ma swoją pasję o którą umie walczyć. To wielki dar Vivienne. Wobec tego wszystkiego – wyobraź sobie – jaka była moja radość. Moje serce się radowało z powodu tego, że nie muszę spieniężać wszystkich swoich aktywów z majątku. Jak była moja radość, że jest ktoś kto sprawi, że cały majątek zyska przeznaczenie na dalszy czas. Nie wpadnie w obce łapy sępów biznesu. Jaka była moja radość z powodu tego, że ja sam nie będę samotny. Nie będę się już śmiał po korytarzach, pokojach, ogrodzie – patrząc tylko na służbę, krzewy, drzewa.
- No wyobrażam sobie Jeffrey’u. To widać po tobie.
- Zatem byłoby to na tyle jeśli chodzi o Steven’a, jego firmę – co za tym idzie – jego pracę.
- Czy masz jeszcze jakieś pytania, czy wątpliwości w tej mierze?
- No wyłożyłeś sprawę bardzo jasno. Nie. Nie mam pytań. Ale nadal nie wiem, jaką rolę w tym wszystkim upatrujesz dla mnie. Bo rozumiem, że dla mnie również masz zadanie – jeśli tak mogę określić.
- Naturalnie. I nie mam w tej mierze żadnych wątpliwości. Wiem Vivienne, że jesteś utalentowaną osobą.
- Nie przesadzaj.
Tu Sara od razu się wtrąciła. Czuła że musi dorzucić własne zdanie do wspólnej rozmowy. Zatem wyprostowana z wielkim uśmiechem na twarzy - niemal uściskała by matkę za tak wspaniałe prowadzenie rozmowy.
- Mamo. Nie bądź taka skromna, masz do tego talent. Wystarczy spojrzeć tylko na nasz dom w Sheffield. Zresztą mnie również tego nauczyłaś.
- Dziękuję ci za te słowa Saro, ale tutaj…
- Pozwól Vivienne, że i w tej mierze rozwieję twoje wątpliwości. Mianowicie twoja rola jest tu niemała. Wiem że masz talent, wspaniałe spojrzenie co do wystroju wnętrz – ich aranżacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten dom ma całkowicie inny charakter od waszego domu w Sheffield. Jednak tak jak powiedziałem wcześniej, to jest całkowicie prywatna posiadłość. I taki charakter ma pełnić. Zatem tam, gdzie się tylko da upatruję zasadność w wprowadzaniu świeżego zamysłu nowych czasów. To leży w interesie i dla wygody mojej, jak i waszej. Drugą kwestią renowacji tyczy się części całkowicie prywatnej. I tu zamierzam skorzystać z profesjonalisty – czyli ciebie Vivienne.
- Żartujesz?
- Ani trochę.
I tu lord de Blackstone zrobił taką minę, jakby od jej decyzji zależało niemal istnienie całego świata. No… może jego części. Sara i chłopcy omal nie buchnęli śmiechem. Sarze coraz bardziej podobał się wynik prowadzonych rozmów.
- Masz wielki talent w tym temacie. Nie ma mowy, bym tu kogokolwiek obcego wpuścił. Vivienne mam was – prawda? Kto tu dokona lepszej metamorfozy jak nie ty sama. Wiem że jesteś skromna. Uważam jednak, że nazbyt. Tu będziesz miała zajęcie, spełnienie, zaistniejesz. Szczerze chciałbym abyś udzieliła mi tego zaszczytu.
- Ty mówisz poważnie.
- Ja od samego początku liczyłem na ciebie. Liczyłem na każdego z was. Czemu nie rozumiesz, że bez was nie ma tu nic sensu? To dla nas wszystkich wielka szansa. Tak uważam.
Kobieta wstała z fotela, i skierowała się do okna. Po chwili odwróciła się oglądając w koło wnętrze w którym się znajdowali. Widać było, że analizuje to wszystko co powiedział Jeffrey. Sara widząc minę matki czuła, że wszystko zostało powiedziane. Bała się jednak tego, iż matka – być może – ponownie wpadnie w zwątpienie. Coraz bardziej zaniepokojonym wzrokiem spoglądała na braci, lorda i matkę.
- Zgadzam się!
- Co ty powiedziałaś mamo? Zgadzasz się?
- Tak. Zgadzam się. Tak się zagadaliście, że nie słyszeliście co powiedziałam. A teraz idę spać. Jestem tak wykończona, że nie dam rady na więcej debaty.
Zakręciła się wkoło siebie, po czym ruszyła do wyjścia. Przystanęła jednak przy drzwiach spoglądając na wszystkich, uniosła ramiona z lekkim uśmiechem.
- No zgadzam się. Matko jedyna – zgodziłam się. Nie wiem na co się zgodziłam, ani nie wiem co z tego wyniknie – ale się zgodziłam. Tego chcieliście – prawda? A teraz może mi ktoś pokaże, gdzie jest mój mąż. Za nic tam nie trafię.
- Już się robi Vivienne.
Jeffrey wstał kierując się do drzwi. pociągnął szarfą wiszącą przy nich. Nie trwało długo, gdy w bibliotece pojawił się George.
- Pan wzywał.
- Tak George. Zaprowadź lady Forest, panienkę Sarę i paniczów Matthev i Thomas’a do ich pokoi. Czas na odpoczynek. Ja również mam na dzisiaj dosyć wrażeń.
- Naturalnie sir.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz