Tom II – część 1
Nie uśmiechnął się słysząc to ostatnie zdanie wuja. Chciał dać w ten sposób wyraz temu, iż on sam będzie wybierał sobie szkołę. Jeffrey od razu to wyczuł. Wiedział, że chłopak ma przekorny charakter. Był niezmiernie uparty. Jeśli sobie coś zaplanował, dążył do celu całą siłą.
- Czyli do ostatecznej przeprowadzki mamy trochę czasu Jeffrey’u.
- Na to wygląda. Jednak nie dajmy się zwieść Vivienne. Mamy tyle do zrobienia, że czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.
- Czemu?
- Bo sprawy remontu, przygotowanie waszego piętra, jak i mojego – to nie jedyna pilna sprawa. Mamy też kwestię firmy dla Steven’a. A to już nie mała sprawa. Trzeba zająć się wyborem siedzib. Później naborem pracowników. To również będzie się wiązało z remontem. To jest tu na miejscu, zatem nie będzie z tym problemu.
- Widzę, że jesteś wielkim optymistą Jeffrey’u. Samo znalezienie ludzi do pracy będzie problemem.
- Ależ skąd. Tu jest tyle ludzi, którzy z chęcią popracują by zarobić na chleb. Jeśli zwęszą, że powstaje nowa firma, która może dać pracę – to tym bardziej problem z naborem zniknie. Tu jest zadanie dla ciebie. Wszelkie plany techniczne, rozplanowanie prac, wybór pracowników w kierunku specjalizacji. To właśnie jest to zadanie.
- Jeszcze pozostaje jednak kwestia kosztów Jeff. To ogromne przedsięwzięcie.
- Tak. Zgadzam się. Lecz tak jak rzekłem wcześniej – koszty nie grają roli. Chcę tylko być pewien tego, że decyzje jakie wspólnie podejmiemy będą słuszne. I tu polegam tylko na tobie. To ty jesteś specjalistą w tej dziedzinie. Ja zajmę się stroną finansową i prawną.
- Może być?
- Jeśli tak na to spojrzeć – jak najbardziej.
- No i jesteśmy w domu. To się nazywa planowanie.
Wszyscy mieli zafrapowane miny tym co dotąd usłyszeli. Każdy rozumiał, że szykuje się nie mała sprawa. Sprawa która pociągnie za sobą wielkie zmiany. Niestety jednak i wiele wyrzeczeń. Jednak Vivienne wciąż była zamyślona. Wciąż coś nie dawało jej spokoju.
- Vivienne! Widzę, że coś ciebie zastanowiło. Jesteś taka zamyślona. O co chodzi?
- Zastanawiałam się nad tym jak to wszystko pogodzić. Jest tyle pracy tu na miejscu, ale jest i nasz dom – tam w Sheffield. Zupełnie nie rozumiem. Czyli co? Steven pozostaje tutaj, a my wszyscy jedziemy do domu?
- Nie Vivienne. Właśnie dałem Steven’i plany mojego domu. Na sam przód zajmiemy się piętrem dla was i dla mnie. Będę potrzebował pomocy Steven’a. To nie znaczy, że ma on tu już mieszkać. Co prawda dałoby się to przeskoczyć, ale nie ma takiej potrzeby. Na razie jesteśmy na etapie planowania, sporządzania planów technicznych. Muszę wiedzieć ilu i kogo mam zatrudnić. Ale to jest do wykonania tam u was w Sheffield. Drugim etapem będzie sporządzenie zapotrzebowania na materiały. Ja zupełnie się na tym nie znam. Oddaję to zatem w gestię Steven’a. Ja przynajmniej będę miał okazję, by was odwiedzać w waszym domu.
Ta perspektywa niesamowicie spodobała się Vivienne. A i Sara była tym zachwycona. To roztaczało przed nią nadejście czasu na wielkie zmiany, wielkie plany życiowe. Co prawda zamierzała już pozostać w posiadłości Garden Hill – jednak odpuściła. Rozumiała, że to najlepsze wyjście dla wszystkich. Uświadomiło jej to, iż tam gdzie remont – tam hałas, brud, kurz. A w domu w Sheffield było czysto i spokojnie. Wobec tego nie oponowała. Tylko spoglądała to na swoją rodzinę, to na wuja. Coraz bardziej zafascynowana szykującymi się planami.
SHEFFIELD – DOM RODZINY FOREST’W.
Następnego dnia po śniadaniu rodzina Forest’w, powróciła do domu w Sheffield. Steven przywiózł plany całego domu w Garden Hill. Lord Jeffrey de Blackstone również umówił się z nimi w kwestii zmian. Obaj będą się kontaktowali co do tej kwestii. Zmiany będą nanoszone na nowe plany tak by wiadomo było gdzie co ma być wykonane. Na końcu według planów ma być wykonany kosztorys. Jednakże z powodu wielkości przedsięwzięcia kosztorys będzie sporządzony w określonych częściach – działach. Steven postanowił, iż będzie stopniował prace tak by w całym domu wprowadzić zmiany podłóg specjalności.
Są kwestie elektryczne, elektroniczne, wodociągowe, kanalizacyjne i remontowe. To wszystko wymagało sporządzenia szczegółowych planów. Steven już zaczynał tym żyć. Chłopcy nadal uczęszczali do szkół, starając się osiągnąć jak najlepsze wyniki w nauce. Sara pracowała będąc w domu nad zarysem początkowego reportażu na konkurs. Zgłoszenie swoje już wysłała, i otrzymała potwierdzenie. Minęło parę miesięcy. Prace związane z firmą Steven’a są już na ukończeniu. Pozostało tylko uporządkować teren wokół budynku. Steven postarał się, by wokół niego było dużo zieleni, ale i elementy sztuki.
Zależało mu na nowoczesności, lecz z bezwzględnym uwzględnieniem stylu budynków znajdujących się w okolicy. Toteż sam wykonał projekt gmachu. Może nie był to największy gmach w Stanford, ale za to bardzo odróżniał się od reszty. Miał co prawda wiele elementów sztuki dawnej, ale uchwycone w okowy nowoczesnego stylu. Lord de Blackstone nawet się nie spodziewał, iż tak dalece nie mylił się w opisie charakteru Steven’a. Gmach posiadał wysoki parter i piętro. Przez całą długość budynku, zaprojektowane były schody, niczym poziomy terakotowej posadzki z kolorowego kamienia. Cały parter podzielony był na część biurową i prawną.
Jeffrey postarał się wypełnić wszelkie zalecenia Steven’a. Zatem ta kondygnacja przeznaczona była li tylko do prowadzenia spraw urzędowych, dokumentacyjnych, oraz archiwum. Piętro to wielkie pomieszczenia przeznaczone do projektowania. Na tym samym piętrze część biurowa jak i część projektowa – wyposażone były we wszelkiego typu nowoczesne urządzenia odpowiednie do danego działu. Wystrój hallu głównego na parterze, to kamienne posadzki o wspaniałej barwie wszystkich odcieni bieli i wrzosu. Na wprost szklanej ogromnej ściany, znajdowała się wapienna ściana z logo firmy: „S. V. Forest Architect Building”.
Steven Forest dumny był z tego – niemal dzieła. Firma czyniła też nie mały zamęt w mieście i okolicy. Lokalne gazety zaczęły rozpisywać się na temat nowo powstałej firmy. Steven też miał już za sobą rekrutację pracowników. Tu korzystał z doświadczenia lorda Jeffrey’a de Blackstone – jeśli chodziło o część biurowo – prawną. Lord de Blackstone w tej kwestii miał własne kryterium co sprawiło, że w firmie pojawiły się osoby kompetentne, odpowiedzialne, jak i lojalne. Zastrzeżeniem Steven’a było jednak, by zbyt nie rozbudować części biurowej jak i prawnej. Przeto podszedł pragmatycznie do tematu. Przyjęto tyle osób, ile to było ściśle konieczne.
Otwarcie nastąpi po rekrutacji pracowników wykonujących prace fizyczne. Rekrutacje jednak były w toku. Plany z naniesionymi konkretnymi zmianami zostały już ukończone. Steven okazał się niesamowicie energicznym biznesmenem. Doskonale wiedział gdzie i co załatwić. Był nieustępliwy tam, gdzie tego wymagało załatwienie trudnych spraw. I dopinał swego. Vivienne miała już kandydatów do wynajęcia domu. Okazali się nimi młode małżeństwo zakochane w naturze tak samo, jak ona sama. Podczas prezentacji domu, byli ogromnie zachwyceni jego wystrojem. Ogród jednak przyprawiał ich o zachwyt. Małżeństwo chciało od razu się wprowadzić.
Vivienne wynajęcie domu uzależniła od wyprowadzki, jak i od ukończenia liceum przez starszego syna Matthev. Thomas już wybrał szkołę w Stanford, w czym pomogła mu Sara. Prace w posiadłości toczyły się pełną parą. Steven zatrudnił wielu fachowców elektryków, elektroników. Matthev podpowiedział wujowi, iż dobrze byłoby wyposażyć dom w komputery, i system alarmowy. Prace wodociągowe, jak i kanalizacyjne były już ukończone. Trwały prace wykończeniowe, jeśli chodziło o glazurnictwo, i wystrój wnętrz. Nietknięte pozostały jedynie pomieszczenia oficjalne i trzecie piętro. Również klatka schodowa była również poddana metamorfozie.
Podczas remontu, wszystkie obrazy złożone zostały w pomieszczeniach na trzecim piętrze. Lord de Blackstone przy całej swej cierpliwości, coraz bardziej był zmęczony tym całym bałaganem. To co zatrzymywało go w domu, to wielogodzinne rozmowy z Sarą. Dziewczyna kursowała między domem w Sheffield a posiadłością w Stanford. Sara spędzając wiele chwil na rozmowach z wujem Jeffrey’em, poznała wiele faktów z jego życia. Uznała, że reportaż nad którym pracowała kończąc go parę dni temu, jest tylko preludium do tego, co już skrystalizowało się w jej głowie. W posiadłości obecnie trwało wielkie sprzątanie.
Cała służba uwijała się czyszcząc, myjąc i polerując wszystkie powierzchnie. Po wyczyszczeniu wszystkich obrazów, powieszono je w pierwotnych miejscach. Rozpoczęły się prace na trzecim piętrze. Sara ustaliła z wujem, że całe trzecie piętro zajmie dla siebie. Początkowo temu Jeffrey się dziwił, gdyż nie umiał zrozumieć, jak można lubić skośne ściany wynikłe z zadaszenia. Jednak po rozmowie z Sarą doszedł do wniosku, ,że ona tego pragnie. Zlecając zatem Steven’i wykonanie planów trzeciej kondygnacji, postanowił spełnić jej życzenie. Sara była uszczęśliwiona tym faktem. Ostatnią rzeczą, jaką przyszło wykonać w domu Garden Hill to szorowanie, mycie i polerowanie podłóg.
Okna i meble były dokładnie czyszczone. Dom był prawie gotowy do przyjęcia swoich nowych mieszkańców. Oczekiwano tylko transportu nowych zasłon, firan, chodników i dywanów. Tym zajęła się Vivienne. Miała do tego – niemal – wizyjne spojrzenie. Poczuła się przez ten fakt tak, jakby faktycznie była już panią tej posiadłości. Steven coraz bardziej widział u niej ten charakterystyczny błysk w oku. Taki sam jak w tedy, gdy urządzała ich własny dom w Sheffield. Lord Jeffrey Armando de Blackstone niemal unosił się z radości, gdy tylko zakomunikowano mu, iż zaplanowane pracy zostały ukończone. Martwiła go jedynie ta cała nowoczesna aparatura.
Owszem był za nowoczesnością, ale ta cała technika przyprawiała go o dreszcz. A mimo to niezmiernie go fascynowała. Był maj, jak wszystkie prace związane z remontem wewnątrz domu w Garden Hill zostały zakończone. Nawet część oficjalna z całym zapleczem kuchennym lśniła teraz świeżością jak i nowoczesnym stylem. Cały remont przeniósł się na zewnątrz budynku. Cała elewacja budynku miała otrzymać nową powłokę. Lord Jeffrey ze Steven’m i Vivienne długo debatowali nad materiałem, z jakiego miała być wykonana zewnętrzna elewacja. Faktem miało być to, iż materiał ma cechować się trwałością, wodoszczelnością.
Niemniej ustalono, iż najważniejszym warunkiem ma być niezmienność, zachowanie stylu jak i charakteru budynku. Zatem wszyscy przyjęli projekt, iż będzie to kamienna elewacja. Duże płyty z ciętego kamienia. Były bardzo trwałe, a jednocześnie dość mocno nawiązywały do stylu budynku jak i do jego wieku. Vivienne jednak – w tym temacie – przeforsowała parę nowoczesnych kwestii. Mianowicie ocieplenie budynku, które miało być wykonane według najnowszych standardów. Następną z rzeczy było oświetlenie elewacji (iluminacja), z zainstalowanym systemem alarmowym. Uważała, że to jest piękny dom, i warto wyeksponować jego piękno.
Zaznaczyła jednak, że posiadłość jest rozległa. Przyda się więc zadbać o bezpieczeństwo. Miało być wymienione całe poszycie dachu. Pogoda dopisywała, tak więc prace można było wykonać dokładnie i w miarę szybko. Steven znalazł fachowców parających się tą profesją. Trwały też prace przy restauracji schodów tarasowych, samych tarasów, balkonów. Te prace miały być zakończone do końca czerwca. Pracowało przy tym mnóstwo ludzi – fachowców różnych profesji. Zatem byli i dekarze, murarze, tynkarze, glazurnicy itd. Itd. Lord de Blackstone pilnował wszystkiego od strony prawnej i finansowej. Od razu typował wszystkich pracujących przy remoncie domu do zatrudnienia w firmie Steven’a.
Jeśli ktoś nie nadawał się - w ocenie Jeffrey’a i Steven’a – nie był zatrudniony w firmie. Chyba, że sam nie miał takiej woli. Dzięki temu w firmie rosła załoga złożona z różnych profesji, i wspaniałych specjalistów. Stworzone zostały zespoły ludzi ukierunkowane konkretną specjalnością. Lord de Blackstone sam uważał, że największym skarbem firmy jest pracownik. W domu Vivienne chodził niczym rozkojarzona. Na niczym nie mogła się skupić. Wszystko sprawiło, iż przystawała w zamyśleniu. Chłopcy starali się przetrwać możliwie bezboleśnie ten cały chaos. Sara była już niemal spakowana. Jednak Steven nie chciał pakować się bez wiedzy żony.
Wyraźnie widział jej nostalgię z powodu czekającej ją wyprowadzki. Vivienne znalazła się niemal bezwiednie w kuchni. Postanowiła zrobić niecodzienną kolację, ale w trakcie coraz bardziej traciła do tego przekonanie. On stał chwilę obserwując ją w kuchni.
- Co się dzieje Vive?
- Nic się nie dzieje. Po prostu jestem smutna.
- Widzę. Myślę jednak, że nie masz powodu ku temu.
- Lecz mimo to jest mi smutno. Steven’e! Ot kawał naszego życia. Te wszystkie rzeczy każdy kąt – nasze życie.
- Masz rację. Dlatego pozwoliłem sobie z chłopcami i Sarą na to, iż zrobimy tobie niespodziankę.
- To znaczy?
- Tego dowiesz się podczas uroczej kolacji. Wiem, że planujesz kolację. Widziałem jak czyniłaś zakupy. Zawsze starannie je planowałaś. Dzisiaj jednak zakupy były wyśmienite.
- Czy tylko dzisiaj takie były?
- Wiesz, że nie o to mi chodziło. Nie to chciałem powiedzieć. Chciałem…
- No wiem, wiem. Żartuję sobie z ciebie – ale troszeczkę.
I uśmiechnęła się doń patrząc nań życzliwym spojrzeniem. Owszem, widział w nich smutek, ale i coś w rodzaju pogodzenia się z sytuacją. Ona coś kroiła, mieszała, szykowała. Jednak on – mimo wszystko – podszedł do niej z tyłu i przytulając ją – pocałował w czubek głowy. Nachylił się do jej ucha całując ją ponownie.
- Nawet nie wiesz jak cię kocham.
- Ja ciebie też. To właśnie dlatego jest to dla mnie bardzo trudne.
- Czemu?
- Bo zawsze będę podążała za tobą mimo, że kocham również to miejsce.
- Myślę, że ta rzeczywistość, którą obecnie tworzymy da nam wiele szczęścia Vive. Szczerze w to wierzę. Bo zobacz jak dalece zmienia się nasze życie. Tu pracowałem w obecnej firmie za psie pieniądze – tam mam własną firmę. I wreszcie będę sam sobie panem. Ty tu miałaś cały dom na głowie. Dzieci i wiele obowiązków – tam wreszcie wykorzystasz swój talent w urządzaniu wnętrz. I tu również będę miał dla ciebie niespodziankę – ale o tym później. Sara jak widzę znalazła swoją pasję. Ukończyła reportaż do konkursu – tu jak wiesz – snuła się po domu nie wiedząc co wybrać. Chłopcy – mimo, że to otwarty temat - również zostali zmobilizowani do działania. Zatem sama widzisz – a o nowym krewnym nawet nie wspomnę.
- Wiesz co Steven’e? Powinieneś być jakimś dyplomatą mój drogi – masz gadane.
I roześmiała się na tyle głośno, że Sara idąca po schodach przyśpieszyła kroku. Zaciekawiło ją to co się dzieje w kuchni. Już z salonu widziała objętych rodziców, stojących przy blacie pełnym produktów. Weszła do kuchni.
- No widzę, że gołąbki już gruchają. Mamo przybywam na pomoc bo głodomory już się obudzili. Zaraz będzie tu Armagedon.
- Co takiego?
Ale dziewczyna już kursowała między jadalnią a kuchnią śmiejąc się do rozpuku. Vivienne ze Steven’m troszeczkę zaskoczeni, ruszyli do swej pracy. Faktycznie nie trwało długo, gdy chłopcy zjawili się na dole w salonie. Zdziwiło wszystkich to, że byli już umyci ubrani wyczesani. I jakby nigdy nic, ruszyli do kuchni pomagając w czym się tylko da. Kolacja przebiegła wyśmienicie. Vivienne stanęła na wysokości zadania albo jeszcze wyżej. Postanowiła, że zrobi kolację w iście francuskim stylu. Chciała choć trochę poczuć się jak w ojczyźnie swoich rodziców. Na stole pojawiło się francuskie pieczywo, parę francuskich sałatek – w tym z kurczakiem i owocami morza.
Jedyną angielską potrawą, jaka pojawiła się na stole, to pudding. Górował nad wszystkimi potrawami swoim wysokim szczytem na białej paterze. Po kolacji wszyscy zabrali sią za dokończenie pakowania. Chłopcy – jak się okazało – nie marnowali czasu. Już wcześniej ich rzeczy znalazły miejsce w wielkich pudłach. Sara również zdołała zakończyć swoje pakowanie, pozostawiając tylko garderobę do jazdy. Zatem Vivienne pozostało tylko spakować siebie pilnując, by jak zwykle wszystko było perfekcyjnie spakowane. Sara zaoferowała pomoc swojej matce. Obie niemal błyskawicznie ukończyły zapełnianie pudeł wszystkimi jej rzeczami. Steven Forest zaś korzystając z pomocy synów, również się spakował.
Co prawda w porównaniu z żoną miał o wiele mniej rzeczy, ale to mu wystarczyło. Zatem jedynie co pozostało, to znieść dokładnie opisane pudła na dół do salonu przy drzwiach. W ostatniej chwili Vivienne zaznaczyła by wszystkie złożyć do garażu tuż przy wyjeździe. Firma transportowa, zawodowo zajmująca się przeprowadzkami, zamówiona była na jutrzejszy dzień rano. Nie musieli wchodzić do domu by zabrać pudła. Było trochę pracy z przenoszeniem. Bo jeśli chodzi o pięć osób – pudeł jest nie mało. Obie z Sarą ustaliły, że jutrzejszego dnia wysprzątają cały dom – w co zamierzały również zaangażować Steven’a i chłopców. Po namyśle jednak pozostawiły to im do decyzji.
Tak czy owak dom musi być sprzątnięty. Vivienne uznała ten fakt za szacunek dla nowych lokatorów. Poczytywała sobie to za wdzięczność, iż znalazła kogoś, kto jest rozmiłowany w naturze. Kogoś kto będzie szanował, i cenił sobie tak ukochane miejsce jakim był jej dom. Następnego dnia wszyscy nie mogli długo spać. Vivienne z Sarą już od wczesnego rana, szykowały w kuchni śniadanie. Co prawda miały dość ciężki dzień za sobą, lecz obie były nadal w dobrym nastroju. Zły nastrój Vivienne gdzieś uleciał, i zastąpiony został ekscytacją samej przeprowadzki. Sama nie mogła w to uwierzyć, że mimo, iż czeka je jeszcze sprzątanie – ona wciąż rozmyśla o tym co będzie dalej.
I co dziwniejsze – przy tym ma dobry nastrój. W skrytości podziwiała markę za jej – mimo wszystko – dojrzałość w zrozumieniu sytuacji. Samochód zjawił się o umówionej godzinie. Mimo, że Vivienne sama chciała dopilnować załadunku – Steven sam doskonale pokierował załadunkiem. Panowie z firmy przewozowej skrzętnie wykonali wszelakie polecenia Steven’a. Rozległo się jeszcze „bezpiecznej drogi”, i już samochód zniknął z pola widzenia. Śniadanie było gotowe. Wszyscy zjawili się, jak na komendę. Wciąż panował dość luźny nastrój. Nikt nie miał żadnych uwag do niczego, jedynie tylko Vivienne – gdzieś wewnątrz siebie dziwiła się, że z racji przeprowadzki nic nie czuje.
Tak czy siak śniadanie zakończyło się dość szybko. Sara skrzętnie pozmywała i powycierała naczynia. W pracach porządkowych nie trzeba było stosować wiele wysiłku. W domu na co dzień dbało się o idealną czystość. Cała praca polegała na utrzymaniu porządku – czyli utrzymanie wszystkiego na swoim miejscu. Reszta to utrzymanie w czystości każdej powierzchni. Nim obie jednak zakończyły sprzątanie na dole – na górze reszta rodziny miała już wolne. Ten dzień był ostatnim dniem rodziny Forest’ów w ich domu. Sara ostatni raz przygotowała dla wszystkich szklaneczki z kompotem. Cała rodzina usadowiła się w salonie.
Właśnie w ten dzień rodzina umówiona była z małżeństwem chcącym wynająć ich dom. Vivienne wiele czasu poświęciła na weryfikację najemców. Co prawda to małżeństwo chciało kupić dom od państwa Forest’w, ale pani Forest dla pewności zastrzegła sobie czas próbny – stąd czasu najmu. Wszyscy siedzieli w salonie przy stole gdy rozległ się gong do drzwi. Sara zwinnie je otworzyła. W drzwiach stało oczekiwane małżeństwo. Na ich widok Vivienne od razu wstała z fotela, śpiesząc im na powitanie.
- Witajcie. Jak się cieszę, że postaraliście się przybywać wcześniej.
- Tak się umawialiśmy.
Od razu odrzekła młoda kobieta o imieniu Lucy, wciąż trzymając męża pod rękę. Bady’u bardzo odpowiadało położenie domu. I mówiąc szczerze dom bardzo mu się podobał. Lucy oprócz domu zachwycona było ogrodem. Kochała roślinność. Zatem małżeństwo z uśmiechem przywitało się ze wszystkimi.
- A gdzie wasze bagaże Bady? Umawialiśmy się, że już dzisiaj wprowadzicie się tutaj. My za moment będziemy wyjeżdżali.
- Mamy bagaże w samochodzie. Nie ma ich dużo. Zawsze najmowaliśmy jeden pokój. Dopiero od niedawna Bady dostał dobrą pracę. I to dlatego możemy sobie pozwolić na dom.
- Lucy! Jak chcesz to chłopcy pomogą wnieść wasze bagaże do domu. Będzie tobie łatwiej.
- Nie, nie trzeba. Nie ma ich dużo. Pani Vivienne ale tu czysto.
- Dziękuję. To jednak nic szczególnego. Tu zawsze jest czysto Lucy. Mam nadzieję, że ty również doceniasz czystość w domu?
- O tak. Tyle że tu jest tyle miejsca. Ja miałam niemal zawsze jeden pokój – tu nagle jest cały dom. Proszę się nie martwić. Ja lubię sprzątać. Nie cierpię bałaganu.
- Cieszę się.
W tej chwili rozległ się ponownie gong u drzwi. Steven podszedł by je otworzyć. Stał w nich David. Gdy tylko zobaczył Steven’a, od razu się uśmiechnął. Wykonał elegancki ukłon.
- Sir. Jaki jestem szczęśliwy. To wielki dzień dla mnie i mego pana.
- Ja również jestem szczęśliwy. David’e! Nasze bagaże już pojechały do Stanford. Mam nadzieję, że tam będą wiedzieli, co z nimi zrobić.
- O tak! Bez wątpienia. Służba jest już poinformowana co do tej sprawy. Apartamenty państwa również są przygotowane.
Bady i Lucy stali nieopodal nic nie mówiąc. Oczekiwali na reakcję Vivienne Forest. Ta zresztą pozostawiła męża rozmawiającego z David’m, a sama podeszła do obojga.
- Lucy! Pozostawiam wam cały dom z wyposażeniem. Jakbyś potrzebowała jakiejś pomocy to dzwoń – proszę. Tu masz mój numer telefonu. Naturalnie, jeśli chciałabyś jakiejś dorady – również. W kuchni też masz wszystko, włącznie z naczyniami.
- Pani Forest. Nie trzeba było. To tyle kosztuje.
- Nic podobnego. Mam do was zaufanie. Wiem, że wam się nie przelewa. A tu jest wszystko. Mnie to już nie będzie potrzebne.
- Co do pokoi to daję tobie wolną rękę. W sypialni masz wszystko co potrzebujesz. Tylko się spokojnie wprowadzić. Na początek macie pełną lodówkę żywności. Spiżarnia też jest pełna. Wiesz gdzie jest – pokazywałam tobie.
- Tak, tak. Pamiętam.
- Bady! Tu masz wszystkie klucze. Od domu, garażu, ogrodu, spiżarni. Wszystkie po komplecie. Tak było zamówione od samego początku, i tak wam daję. Kochani! Jakby co to dzwonicie. Z tego wszystkiego sama nie wiem, czy o czymś nie zapomniałam.
- Oczywiście. Będziemy dzwonili.
- No to byłoby na tyle moja droga. Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi w tym domu tak, jak my byliśmy.
- Trudno byłoby tu na cokolwiek narzekać. Tu jest tak ładnie. I tak czysto proszę pani.
Vivienne Forest nie chciała mówić nic więcej. Czuła jak w niej rośnie poczucie smutku i porzucenia. Coraz bardziej docierało do niej, że to ostatni dzień w miejscu gdzie spędzili tyle lat. Czuła, że musi jak najszybciej wyjść z domu. Narastający smutek coraz bardziej przybierał na sile. Podeszła jedynie do balustrady schodów, i gładząc ją rozpostartą dłonią – w duszy - żegnała się z tym miejscem. Nie było tu już żadnej ich rzeczy. Obmiotła wszystko wzrokiem, jakby chciała błyskawicznie skontrolować porządek. Nagle zasłoniła twarz dłonią. Steven rozmawiając z David’m, uchwycił ten jej gest. W pełni rozumiał żonę wiedząc co przeżywa. Chcąc skrócić już to pożegnanie, położył dłoń na ramieniu David’a.
- To by było na tyle David’e. Czas w drogę.
- Jak pan sobie życzy sir.
Vivienne była już na ganku gdy wszyscy wyszli z budynku. Matthev z Thomas’m od razu ruszyli do limuzyny. Sara przystanęła przy matce. Kobieta bezgłośnie płakała. Steven wraz z Bady’m i Lucy wyszli ostatni. Uściskali się na pożegnanie. Sara chwilę stała przy matce.
- Saro! Jedziesz z nami czy limuzyną z braćmi?
- Jak pozwolisz pojadę z mamą.
- Naturalnie. Mamie będzie raźniej. Ja będę waszym kierowcą – David’m numer 2.
I uśmiechnął się delikatnie do obu pań. Ruszył do swojego wozu. Na tle limuzyny wydał się taki mały i stary. Otworzył drzwi auta wykonując gest dłonią – zapraszający obie pani. Sara chwilę stojąc przy matce, uśmiechnęła się doń ciepło.
- Mamo musimy już jechać. Nie smuć się – proszę.
- To nic Saro – nic. Nie mogę tylko uwierzyć, że zdobyłam się na przeprowadzkę. To miejsce…
- Wiem mamo, wiem. Ale tam urządzimy sobie wszystko to co masz tutaj. Wszyscy tobie pomożemy. Będzie dobrze.
- Tak myślisz?
- Ja to wiem mamo. Inaczej sama byś się na to nie zgodziła. No to co jedziemy?
- Jedziemy Saro.
Obie ruszyły do samochodu. David wychylając się z okna limuzyny, uśmiechnął się do Steven’a. Ruszyła powoli jakby dając czas reszcie – by ruszyli za nią. Steven zamknął drzwi za żoną i Sarą – sam zasiadł za kierownicą. Opuścił okna od strony domu. Obie machały dłońmi na pożegnanie zostającym tam młodym gospodarzom. Samochód wolno jechał dając im szansę pożegnania. Bady i Lucy wyszli niemal na ulicę by ostatni raz pomachać właścicielom. Oba samochody jechały coraz szybciej. Jedynie w obrębie centrum musiały podporządkować się całej masie jadących pojazdów. Było ich coraz więcej z każdym tygodniem. To już nie było to spokojne miasto jak przed wielu laty.
Obecnie było pełne zgiełku, wrzawy jak i wszech obecnych dotkliwych spalin. Przejechali przez centrum po czym skręcili w przecznicę wylotową z miasta. Tu mieli już szeroką trasę prowadzącą w kierunku Stanford. Tereny coraz mniej zaludnione – mniej zabudowań. Obrzeża miasta zajmowały farmy, ich łąki i pola. Później i one ustępowały dzikim ugorom, dziko rosnącym łąkom. Coraz więcej było terenów zadrzewionych. Do Stanford dojechali około godziny jedenastej, tak jak przewidywał David. Vivienne niemal przez cały czas drogi drzemała. Przez co Sara miała swoją chwilę na rozmyślanie. Martwiła się o matkę. Ona tak mocno wszystko przeżywała. Obawiała się, że może to odbić się ja jej zdrowiu.
RODZINA FOREST’ÓW W STANFORD.
David postanowił ominąć centrum miasta – czego Steven się domyślił, zatem posłusznie skręcił za nim w obwodnicę. Tu już ulica była szeroka wielopasmowa. Można było rozwinąć dość dużą szybkość. Do zjazdu z obwodnicy dotarli dość szybko. Teraz mieli tylko przed sobą oba wzniesienia do pokonania. Minęli bramę wjazdową gdy Sara zaczęła delikatnie budzić matkę.
- Mamo! Jesteśmy już prawie na miejscu.
- Tak? Jakoś szybko dojechaliśmy Saro.
- A gdzież tam, po prostu zdrzemnęłaś się trochę. Mam nadzieję, że dobrze ci to zrobiło. To trudny czas dla ciebie mamo.
- Nie ważne dziecko. Ważne, że jesteśmy razem.
- To prawda mamo.
Wjechali na dziedziniec posiadłości. Widok, jaki zobaczyli był niezbyt ciekawy. Wszędzie rusztowania, mnóstwo ludzi w kombinezonach. Vivienne od razu zauważyła, iż prace remontowe wyszły na zewnątrz budynku. Obawiała się jedynie co będzie w środku. Samochody - mimo wszystko podjechały od głównego wejścia. Co prawda rusztowania stały również i przy fasadowej ścianie, lecz tu trwały li tylko prace wykończeniowe. Boczne ściany bardziej były oblegane przez rusztowania. Mnóstwo pracujących ludzi stale krzątało się w koło. Jak tylko wyszli z samochodów, od razu spostrzegli wyremontowane tarasowe schody.
Okazały się być wykonane ze wspaniale wyszlifowanych płyt krzemieniowych. Oddawały one swe wspaniałe naturalne barwy wtopionych w nich krzemieni. Widziała nowe drzwi z odnowionymi witrażami. Vivienne była zachwycona. Przyjrzała się fasadzie z dumą stwierdzając, że lord de Blackstone wziął sobie do serca wszystkie jej rady. Toteż od razu wywnioskowała, iż budynek jest solidnie ocieplony i zabezpieczony przed wilgocią. Weszli do wewnątrz. Tu na przybyłych oczekiwała już cała służba. Niemal uroczyście witali swoich nowych państwa. W oczy od razu uderzała panująca czystość. Wszystko aż lśniło. George, jak zwykle życzliwie uśmiechnięty przyglądał się przybyłym.
- Witamy państwa serdecznie.
- George! Jak to możliwe? Na zewnątrz taki remont - tyle ludzi a tu tak czysto. Wszystko lśni jak lustro.
- Cieszę się, że tak uważasz sir. Obecnie to i tak już wszystko wyszło na zewnątrz – jeśli mogę w ten sposób określić to co się tu dzieje. Pan silną ręką dyrygował tu wszystkim. Oj, mieliśmy tu młyn sir.
- Nawet sobie nie wyobrażam co tu musiało się dziać.
Nim George mógł cokolwiek odpowiedzieć, wszyscy zobaczyli na schodach lorda Jeffrey’a de Blackstone. Szedł po nich dumny i uśmiechnięty. Schodząc już na dolne stopnie rozpostarł ramiona przyśpieszając kroku.
- Jak dobrze, że jesteście. Wreszcie będę miał z kim porozmawiać. Tu było istne piekło. Witaj Vivienne… Saro.
- Witaj Jeffrey’u. Witaj wuju.
- Math. Tom – witajcie.
- Cześć wuju.
- I jak wam się podoba? Wreszcie mamy koniec remontu wewnątrz. Samo sprzątanie trwało niemal parę tygodni.
- To imponujące Jeff. Hall jest nie do poznania.
Lord de Blackstone był tak podekscytowany tą całą metamorfozą, iż niemal unosił się w powietrzu. Sara od razu to zauważyła. On po prostu nie posiadał się z radości. No i faktycznie było z czego. Hall odzyskał swoje piękno. Marmurowa posadzka w ciepłym odcieniu szarego i bieli. Marmurowe kolumny o wrzosowo – białym odcieniu, posiadały granitowe podstawy w kolorze czerni. Ściany w ciemniejszym odcieniu wrzosu, były wspaniałym tłem dla wrzosowo – białych kolumn. Schody to istne arcydzieło. Całość wykonana z białego marmuru, jedynie szeroki chodnik odcinał się od reszty żywo wiśniową barwą.
Na ścianach znalazła miejsce wielka galeria z mnóstwem obrazów przedstawiających wspaniałe kompozycje kwiatowe. To niemal lawina kolorów. Jadalnia, która dotąd była widoczna już z hallu – obecnie – została subtelnie oddzielona od hallu girlandami upiętych kotar w kolorze żywo niebieskim. W tym samym stylu wystąpiły one od strony oranżerii po drugiej stronie. Z tą jednak różnicą, iż w tym przypadku kotara była potraktowana jako górny garnitur okiennic. Ściany jadalni utrzymane były w kolorze jasnego błękitu. Ściany zdobne w rzeźbienia w tynku tworzące ramy w barwie bieli. Każda z nich niesamowicie zdobna, ożywiała płaszczyzny każdej ze ścian.
Tu również były kolumny, ale jedynie w miejscach przenikania się jadalni z hallem – po jednej stronie. Jak i jadalni z oranżerią – po drugiej. Wspaniała mozaika z drewna – odnowiona, wycyklinowana, polakierowana lśniła niczym lustro. Wspaniała barwa drewna, harmonizowała z żywo bursztynowym owalnym stołem. Blat polerowany niemal na wysoki połysk, przyozdobiony wiśniowym bieżnikiem. Na jego środku rozlewa się okazała ikebana pełna kwiatów. Lilie, hiacynty, róże i mnóstwo akcentów zielonych. Nad stołem – niczym wodospad królował kryształowy żyrandol.
Kredensy, komody o tej samej barwie co stół, odbijały się kontrastem na tle jasnego błękitu ścian. Garnitury okien prócz fantazyjnie upiętych kotar w żywo niebieskiej barwie, wzbogacone były o luźno spadające firany. Po bokach żywo – niebieskie kotary spływały niczym wodospady. Oranżeria została oddzielona od jadalni panoramiczną ścianą z kryształowego szkła. Okiennice jak i drzwi emitowały niesamowite refleksy światła, padającego przez nie z okiennic oranżerii. Jeffrey nie chciał pokazywać zbyt szczegółowo innych pomieszczeń. Jednak ciekaw był ogromnie ich reakcji, gdy zobaczą własne apartamenty.
- Moi drodzy. Mam nadzieję, że będziecie usatysfakcjonowani metamorfozą. Starałem się uwzględnić wszystkie wskazówki jakie udzieliłaś mi Vivienne. Ufam, że sprostałem waszym wymaganiom. Zatem zapraszam was na górę.
- Wiesz Jeffrey’u, że tu jest nie do poznania. Ściany, podłogi, schody, balustrady - wszystko odnowione. I ten zapach. Tu wszędzie pachnie taką świeżością.
- No ja myślę.
Wszyscy z wielkim przejęciem wchodzili po schodach. Co i rusz odkrywali coś nowego. Coś, czego do niedawna nie było. Pierwsza kondygnacja zmieniła całkowicie własny wystrój. W ogóle nie przypominało tej z przed remontu. Kolor ścian zmieniono na barwę kremowej zieleni. Jedynie sztukateria tworząca lamperię wykonana była z jasnego drewna. Cały korytarz wyłożony był kamiennymi płytami z białego granitu, po których w każdą stronę biegł żywo zielony dywan. To ożywiało każdy z korytarzy.
- Oto piętro dla was. Czyli dla ciebie Vivienne i Steven’a. To korytarz po lewej stronie. Macie tu wspólną sypialnię, własny salon, garderobę, łazienki – osobne dla obojga. Każda posiada również własną toaletę. No i oczywiście gabinet dla ciebie Steven’e i Vivienne.
- Jak widzę pomyślałeś o wszystkim Jeffrey’u.
- Uczyniłem tak, jak mi doradziłaś moja droga. A teraz chodźmy tam. Zobaczycie jak to wygląda.
Ruszyli całą grupą w lewy korytarz pierwszego piętra. Na ścianach wspaniałe paprocie, tryskały niczym fontanny na jasnym tle ścian. Wszystkie skrzydła drzwi zachowały swój styl rzeźbień. Niemniej zmieniły swoją barwę na ciemno bursztynową, co ociepliło cały korytarz. Vivienne otworzyła sama drzwi własnego salonu – oniemiała. Pokój był w iście królewskim stylu. Delikatny kolor ścian o barwie jasnej brzoskwini, zachował swoje sztukaterie w tynku. Zamykały one barwę w ramach o motywach roślinnych. Wisiały nań wielkie obrazy z krajobrazami, widokami, pejzażami. Salon posiadał własny kominek, choć Vivienne spostrzegła system ogrzewania przy oknach.
Od razu uśmiechnęła się na ten widok. Wspaniałe komody czekające na rzeczy lady i sir Forest’w. Wspaniałe wygodne fotele, zatopione w kwiecistych pokrowcach. Takaż sama tkanina stanowi garnitury okien spod których bielą jaśnieją firany. Wszędzie czysto, przestronnie, jasno. Obie z Sarą zachwycały się za każdym razem, gdy tylko oglądały każdą z rzeczy.
- Jeff! Jestem tobie bardzo wdzięczna. Mówiąc szczerze – mimo tych wszystkich moich wskazówek jakie ci udzieliłam – obawiałam się o efekt tych wszystkich prac. Ale to co tu widzę przechodzi moje oczekiwania.
- Cieszy mnie to bardzo moja droga. Mówiąc szczerze nie było to łatwe, lecz skoro tobie się podoba…
- Bardzo Jeffrey’u, bardzo.
- No to teraz chodźmy do pokoi po prawej stronie pierwszego piętra.
Wszyscy ruszyli w stronę korytarza po prawej stronie schodów. To były pokoje Matthev i Thomas’a. Była tam ta sama ilość drzwi. Ten sam wystrój korytarza, co po lewej stronie. Tu jednak pokoje były iście wyskokowe. Barwy panujące w pokojach to błękity, zielenie, biel. Każdy z chłopców miał własny pokój do nauki, jak i sypialnię do spania. Każdy z chłopców otrzymał pełny sprzęt elektroniczny, co wprawiło ich obu w niebywały zachwyt. Sarę jednak zaciekawił krótki korytarz na wprost schodów.
- A tu co jest? Pozostał tylko ten korytarz.
- To prezent ode mnie dla was wszystkich Vivienne. Ty znasz się na wszelkich roślinach. Zatem będę ciebie traktował jak eksperta w tym temacie. Tobie to przypadnie dzieło urządzenia i dbania o nie.
Krótkim korytarzem, wszyscy przeszli na taras. Wejście nań – to wielkie witrażowe drzwi, stanowiące niemal całą ścianę korytarza. Lord de Blackstone zażyczył sobie, by szkło było całkowicie przeźroczyste. Ozdobą w tym miejscu ma być witraż – układ i kształt małych szkiełek. Tworzyły one niezwykłą harmonię z roślinnym tarasem. Stanowiska przeznaczone na kwiaty, rośliny, pnącza były puste. Całość dokładnie wyczyszczona, tak więc cały taras po remoncie wyglądał imponująco. Zyskał nową oprawę kamienną, takież same balustrady. Jedynie konstrukcja z metalu górowała nad resztą – niczym korona nad głową. Metal został oczyszczony ze starych kłączy, jak i ze starej śniedzi. To przydało mu efektu wyrazistości. Czyszczenie to uwidoczniło każdy detal, każde zdobienie, zawijas, niuans żłobień w metalu.
- A ja się nie zgadzam wuju.
Sara od razu wypaliła jak tylko usłyszała, iż taras ma być prezentem dla jej rodziny. Świadczyłoby to o tym, iż on sam nie będzie tu przebywał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz