Tom II – część 12

Post w dziale:

Życzliwie się doń uśmiechnęła. Nie chcąc jednak ponownie wpadać w uniesienie – wstała.

- Nie chciałabym byś się teraz forsował.

- Nic mi nie będzie - daj spokój.

- Nie ma żadnego daj spokój, odpoczniesz teraz. Później porozmawiamy i to koniecznie.

- Ok! ale teraz…

Wolno położył głowę na poduszce. Znowu jego wzrok gdzieś powędrował poza Sarę. Bała się o niego nie na żarty. Z rodzicami i braćmi zjedli śniadanie. Matthev i Thomas ruszyli do swoich zajęć. Vivienne jak i Steven wyjątkowo nie pojechali do firmy. Obawiali się o Jeffrey’a, a przez to i o Sarę. Po krótkim czasie odezwał się telefon i okazało się, iż Steven mimo wszystko musiał jechać do firmy. Pilnie wezwany został w sprawie nowych kontraktów. Prawdopodobnie w związku z tym wyniknęły jakieś niejasności. Vivienne z Sarą pozostały w domu. Po śniadaniu żona Steven’a – Vivienne Forest, koniecznie zamierzała porozmawiać z Jeffrey’m.

W między czasie Sara wezwała doń doktora. Okazało się, że incydent z tacą był dlań ogromnym nagłym przeżyciem. Doktor zapisał leki na uspokojenie. Miał nieco obiekcji co do pracy serca Jeffrey’a. Zwrócił na to uwagę Vivienne. Niemal cały dzień - pomijając czas, kiedy lord de Blackstone spał – Sara niemal stale go doglądała. Była zaniepokojona jego dziwnym zasłabnięciem. Dopiero pod wieczór Sara postanowiła wraz z rodzicami, z nim porozmawiać. W tym celu spotkali się w jego salonie. Nie chciała fatygować go do schodzenia na dół, i stąd ich spotkanie w tym miejscu.

- Widzę, że macie problem z czymś o czym chcecie mi powiedzieć.

- To nie jest łatwy temat Jeffrey’u. Jednak musimy o tym porozmawiać.

- Czyli?

- Wczorajszy incydent nie był jedynym w tym domu.

- Mówisz o moim zasłabnięciu?

- Nie! I myślę, że wiesz o czym mówię. Mówię o tym, co wywołało twoje zasłabnięcie.

Mężczyzna spoważniał. Wiedział co Sara miała na myśli. Vivienne również nie chciała być cicho.

- Dobrze. Zatem słucham.

- Od jakiegoś czasu, zaczęły tu się dziać dziwne rzeczy. Mama przeżyła incydent w oranżerii – ja w ogrodzie. Obecnie ty miałeś przykład na korytarzu. I z tego co wiem nie pierwszy raz.

- To prawda. Zatem sądzisz, że to może być problem?

- Jeffrey’u! To może być problem. To co widziałam w ogrodzie, co działo się z Sarą, i co przeżyłam w oranżerii zakrawa według mnie na zagrożenie.

- Co masz na myśli? Przecież Mary nie żyje. Więc jak…?

- Nie wiem jak – ale wiem, co może z tego wyniknąć. Wiesz że wystąpił wielki problem w sprawie waszego związku. Przepraszam lecz muszę to powiedzieć. Myślę że i ty wewnętrznie wiedziałeś o tym. Inaczej nie wyjeżdżałbyś tak nagle.

- No tak. Po to wyjechałem. Mam nadzieję, że to coś dało.

- Pewnie i by tak było gdyby nie to, co się dzieje w tym domu. Mary Radley usiłuje ewidentnie wpływać na każdego, kto ma coś do powiedzenia w sprawie waszego związku. Wpływa w jakiś – dla mnie nie zrozumiały sposób - na ciebie Jeffrey’u, jak i na Sarę. To duży problem, gdyż w takim wypadku nie można być niczego pewnym. Sara raz jest sobą, a raz staje się całkowicie inną osobą. Z tego co wiem to właśnie Sara w tych momentach staje się Mary Radley. To tak, jakby ona wpływała na Sarę – wcielała się w nią.

- Chcesz powiedzieć, że Mary manipuluje wszystkimi?

- To właśnie chcę powiedzieć. W ogrodzie parę dni temu zastałam płaczącą Sarę. Zaczęłyśmy rozmawiać, gdy nagle Sara wstała. W mgnieniu oka stała się inną obcą osobą. Zachowywała się inaczej. Mówiła inaczej. I co ważniejsze nie chciała ze mną rozmawiać. W ogóle nie pamiętała, że razem rozmawiałyśmy. I to wyglądało jak ostrzeżenie Jeffrey’u. Później można rzec, że zaatakowały mnie drzwi w oranżerii. Wyglądało to tak, jakby ktoś siłą napierał na nie z zewnątrz. Gdyby nie moja energiczna reakcja – trzasnęłyby, a szyby posypałyby się na mnie. Wtedy stamtąd uciekłam. Ona wpływa na Sarę tak, jakby popychała ją właśnie ku tobie. Ciebie zresztą również.

- To prawda – niestety ta sytuacja stwarza wątpliwości.

- Jakie wątpliwości?

- Nie chciałem o tym wspominać, gdyż – jak sądziłem – sprawa tyczyła się li tylko mojej osoby. Mówię tu o wpływie działań Mary w stosunku do mnie. Jednak bardzo szybko zauważyłem, iż ona wpływa na Sarę.

- W jaki sposób?

Vivienne nie chciała pokazać zaniepokojenia na zewnątrz, które z dnia na dzień rosło. Bała się o los córki wiedząc, że być może jej miłość do Jeffrey’a – nie jest miłością jej samej. Zatem w ten sposób może sobie zmarnować własne życie. Rozumiała, że taka sytuacja z czasem może wpędzić również Jeffrey’a w poczucie winy – a to już nie jest miłe. Zatem z wielką uwagą, zadawała pytania dogłębnie analizując odpowiedzi.

- W sytuacjach gdy byliśmy ze sobą blisko dało się zauważyć, iż Sara się zmienia. To czasem subtelne zmiany, gesty. Czasem wypowiadane przez nią słowa – tok słów. Tak było w sprawie Sary. Z początku nie byłem pewien, niemniej wyczułem – a później rozpoznałem cechy Mary. Od tej pory wiedziałem, że nasz związek nie jest sprawą oczywistą. Wiedziałem, że będą kłopoty.

- Ja również to zauważyłam Jeffrey’u będąc w ogrodzie. Sara płakała – potem rozmawiałyśmy. Cieszyłam się, gdyż Sara dotąd nie chciała ze mną bądź ze Steven’m rozmawiać. Ale rozmawialiśmy. Może ze dwie trzy minuty. Nic się nie działo. Później jednak – wybacz – gdy tylko zaczęłam jej tłumaczyć sprawę zagrożeń jakie niesie taki związek – zaczęła się nagle zmieniać. Wstała nagle, wykonała ze dwa kroki. Odwróciła się. I już nie zachowywała się tak, jak moja córka. Już nie pamiętała, że rozmawialiśmy. Była wręcz zaskoczona, że mnie widzi. I to jej zdanie, „pozwól jej na miłość”. To zdanie zostało wypowiedziane ustami mojej córki, ale nie przez nią. Jej wyraz twarzy, jak i to zdanie – świadczyły o tym, że to ktoś inny. I zaraz potem, jak ona odeszła. Ja chciałam pośpieszyć za nią, by z nią porozmawiać – drzwi oranżerii zachowują się tak, jakby ktoś na nie napierał w momencie, gdy ja najmniej się tego spodziewałam. Do tego ten wizerunek młodej dziewczyny z czarnymi długimi włosami. Jeffrey’u! to nie było przyjazne zachowanie – bardzo wyraźnie to widziałam. To było jak ostrzeżenie tylko dlatego, że ja byłam przeciwna waszemu związkowi. Czyli mogłam w jej oczach uchodzić za wroga. Nie sądzisz?

- Chcesz powiedzieć – zakładając, że ona może to zrobić, że Mary Radley realizuje jakiś plan?

- Tak! Z tego co już wiem – ona w stosunku do ciebie ma wielkie poczucie winy.

- Czemu?

- Uważa, że jej błędem było oskarżanie ciebie o śmierć Hampton’a – jej przyjaciela. Ona o tym wiedziała, inaczej nie byłaby z tobą. Ten błąd zaważył na dalszych jej decyzjach Jeffrey’u. Pamiętasz? Opowiadałeś mi, że ona zmarła nagłą śmiercią – przepraszam cię, że o tym wspominam.

- Nie masz za co przepraszać Saro. To prawda. Wiele razy pytałem ją o jej zdrowie, i zawsze zaprzeczała. Zapewniała mnie, że wszystko jest w porządku. I nagle ta śmierć.

- No właśnie. Nigdy byś się o tym nie dowiedział gdyby nie fakt – po latach – że ja zabrałam się za opracowanie twoich rękopisów. To wtedy postanowiłam odnaleźć jej brata, lorda Thomas’a Radley’a. I to od niego otrzymałam informację o jej testamencie. I to w nim Mary Radley wyznaje, że nigdy nie wyzdrowiała. I zaraz po tym fakcie przekazałam tobie te wieści.

- Ale to jest chore Saro. Jak można obwiniać się za coś, co – być może – nie było świadomym błędem, a co za tym idzie zawinionym.

- Jednak ona tak to odbierała. Pomyśl. Poznaje ciebie. Zakochujecie się w sobie. W między czasie ginie jej przyjaciel. Ona dowiaduje się, że sprawcą jest ktoś z organizacji do której i ty należysz. Obwinia ciebie za to – słusznie czy nie – sądząc, iż nie mogłeś o tym nie wiedzieć. Mimo, że ciebie kocha, wyzwala się w niej nienawiść – niemal agresja w stosunku do ciebie. W jakimś stopniu jej odczucia ranią i ją samą. Niemniej jest to przede wszystkim ładunek skierowany do ciebie. Dopiero po długim czasie wychodzi na jaw, iż ty nic nie miałeś z tym wspólnego. Pomyśl. Jej wali się cały mór nienawiści. Cała złość, nienawiść, agresja – nawet cel zemsty, jaką sobie planowała – to wszystko traci punkt odniesienia. Puki wiedziała, że to ty jesteś winien tragedii Hampton’a – miała cel. Dokładnie wiedziała, że ma winnego. Ma winowajcę, wobec którego może skierować te negatywne odczucia z zemstą włącznie. A tu nagle cel znika – nie ma go. Nie ma tego punktu odniesienia. W takim razie, co jej pozostało? Ona musiała zadawać sobie to pytanie. I to właśnie wtedy dotarło do niej, że skrzywdziła nie tylko siebie. Bo to rozumiała doskonale. Rozumiała też, że w tym wszystkim również skrzywdziła ciebie Jeffrey’u. Zabrała tobie cenne chwile waszego związku. Niszczyła miłość, która was łączyła. Ona o tym wiedziała - wiedziała co czyni.

- Masz rację Saro. Pamiętam dzień w którym byłem pełen goryczy. Coraz bardziej dawałem sobie spokój z marzeniami o małżeństwie, rodzinie, dzieciach. I to właśnie wtedy zjawiła się Mary – choć nie miałem z nią żadnych kontaktów. Miałem kontakt jedynie z jej bratem Thomas’m, lecz nie z nią. Nawet nasze spotkania z Thomas’m, zaczęły się zmieniać na tajemne schadzki. Organizowaliśmy je w tajemnicy przed nią. I nagle ona się zjawiła. Boże! Jaka ona była piękna.

- Jak to wyglądało?

- Byłem w szoku. Samo pojawienie się jej w moim domu sprawiło, że chodziłem jak oniemiały. Z jednej strony nie mogłem zrozumieć co się stało. Co sprawiło, że zmieniła zdanie. Z drugiej strony zaś cieszyłem się, iż moje modlitwy o nasz związek zostały wysłuchane.

- I jak się wtedy zachowała? Przepraszam ciebie Jeffrey’u za to pytanie. Może to niedyskrecja z mojej strony. Wiem, że to nie łatwy temat dla ciebie.

Vivienne od razu włączyła się w rozmowę. Chciała dociec przyczyny w taki sposób by on to zrozumiał. By sam wyciągnął słuszne wnioski. Sara Jeffrey jak i Steven, siedzieli niemal w półkolu w fotelach – tyłem do okna. Vivienne zadając to pytanie, stała przy Oknie uchylając je. Zamierzała wpuścić do wewnątrz nieco świeżego powietrza. W momencie zadawania pytania, właśnie mijała lustro – średniej wielkości – stojące na blacie. Od razu zauważyła w nim twarz Mary Radley. Poczuła obawę, że znowu się zaczną dziać dziwne rzeczy. A mimo to przyszła jej do głowy myśl, którą chciała wprowadzić w życie.

- Przyznam – jak teraz o tym myślę, to faktycznie jej zachowanie było nietypowe. Długi czas była wrogo nastawiona do mnie – by nie powiedzieć agresywna. Nie mam wątpliwości, że mnie kochała – bo na pewno tak było. Jednak, jak u mnie się zjawiła – nie wyglądało to tak, że cokolwiek mogło się źle dziać. To jakby nie istniało. Była kochająca, czuła, troskliwa. Kochaliśmy się, i ja wtedy byłem szczęśliwy – ona również.

- Czyli wychodzi na to, że ona miała dobre intencje Jeffrey’u. Tak jak sam powiedziałeś nie ma wątpliwości, że ciebie kochała. Nie ma wątpliwości również, iż ty ją kochałeś. Jej zachowanie jednak w tamtym czasie świadczy o tym , iż usiłowała wynagrodzić tobie krzywdę. Dla niej krzywdą było to, że ciebie obarczała winą za tamtą tragedię. To jest powód utajenia przez nią faktu, że nadal walczy o zdrowie, że nadal nie wyszła na prostą.

Vivienne dyskretnie spojrzała na liście rośliny, stojącej tuż za komodą. Dzieliła ona część z oknem do części wypoczynkowej z fotelami. Liście lekko poruszały się mimo, iż sama roślina stała w miejscu – gdzie przeciągu żadnego nie było w najmniejszej mierze – nic a nic. Wiedziała, że Mary Radley jest w tym pokoju, i że słucha uważnie.

- Jeffrey’u! Znaczyłoby to również, iż efektem jej tajemnicy było spisanie testamentu. Wiem że to ciebie poruszyło. Jednak fakt jego spisania w tajemnicy przed tobą, jak i spisanie go w ich domu – jest faktem uzasadnionym.

Sara z wielką przyjemnością starała się mu to uzmysłowić. To mogło przynieść mu ulgę. W dzień kiedy przekazała mu wieści o testamencie był bardzo rozgoryczony.

- No tak. Gdybym wiedział. Gdybym tylko wiedział. Nawet nie wyobrażam sobie co ona musiała przechodzić. Jak musiała cierpieć.

Liście kwiatów ponownie zaczęły się poruszać. W momencie, gdy lord de Blackstone wypowiedział te słowa, rozległo się mocne stuknięcie. Wszyscy od razu zwrócili się w stronę, skąd doszedł odgłos. Na komodzie leżało przewrócone lustro. Vivienne wiedziała kto jest tego sprawcą. Po chwili i Sara domyśliła się co się dzieje. Na chwilę zapadła cisza. Nagle Sara uniosła dłoń kładąc ją na ramieniu Jeffrey’a. Spoglądała na dywan tak, jakby się zastanawiała nad tym co powiedzieć. Jeffrey niemal od razu na nią spojrzał. Ta uniosła do góry dumnie głowę. Mężczyzna w tym geście bezbłędnie rozpoznał zachowanie Mary Radley. Oczy Sary były szeroko otwarte, i bardzo opanowane.

- Kochany Mój! Nic byś nie zrobił. Tyle lat Jeff. Tyle lat życia w błędzie. I po co? Po to by zaspokoić własną rządzę zemsty? By ugasić palącą potrzebę sprawiedliwości?

- Jednak to nie była twoja wina Mary. Ty nie mogłaś wiedzieć wszystkiego. Jak się okazuje, i ja nie wiedziałem wszystkiego. Mimo to ogromnie ciebie kochałem.

- Nie rozumiesz? To właśnie jest istota mojej winy Jeff. To jest mój dług kochany wobec ciebie.

- Nie masz żadnego długu. To co się wydarzyło między nami było zbiegiem okoliczności – być może bardzo okrutnych okoliczności – lecz nie twoją winą.

- To co się stało byłoby twoją winą, gdybyś dowiedziawszy się prawdy nie przyszła do mnie. Gdybyś nadal utrzymywała swoją wrogość. Ty jednak postanowiłaś inaczej. Mimo wielkiej zaciętości, chęci zemsty – ty przyszłaś do mnie, do mojego domu. Wyznałaś mi wszystko. Gdzie tu wina?

- Moją winą są utracone lata naszej miłości Jeff. I to przeze mnie.

- Ale właśnie dlatego nie może to być twoją winą Mary. Właśnie dlatego, że to nasza miłość. Nasza – słyszysz?! Czyli to nie tylko ja straciłem te lata, ale i ty również. Zrozum! Tak naprawdę cierpienie było udziałem nas obojga.

- Tak. Teraz to wiem, ale wtedy… . Jednak ty nadal jesteś samotny.

- Już nie Mary, już nie. Mam rodzinę - jak widzisz. Jest tu Vivienne i Steven – rodzice Sary. Są jej bracia.

- Wiem lecz ja nie o tym mówię. Wiesz o tym.

Dziewczyna lekko się zachwiała, jednak uchwyciwszy się oparcia fotela stała nadal. Vivienne jakby odnalazłszy najwłaściwszą sentencję do wygłoszenia, uniosła głowę życzliwie się uśmiechając.

- Nie obawiaj się. Pod tym względem Jeffrey również nie jest sam – ma Sarę.

Kobieta sama była dość zaskoczona własną wypowiedzią. Steven od razu z uwagą spojrzał na żonę. Dopiero po chwili uśmiechnął się, jakby rozumiejąc jej intencje. Sara – a raczej Mary uważnie spojrzała w oczy Vivienne. I w tej samej chwili osunęła się na podłogę. Jeffrey od razu zerwał się z miejsca – Steven za nim. Mężczyzna trzymał dziewczynę na rękach, i w tej samej chwili Vivienne podeszła do Steven’a.

- Zanieś ją do jej sypialni Jeffrey’u. Mam przeczucie, że wszystko będzie dobrze.

- Tak myślisz Vive?

- Jestem tego pewna.

Niepewnie niosąc Sarę na rękach, skierował się do wyjścia. Droga dzieląca go od salonu do jej sypialni wydawała mu się całą wiecznością. Bał się o nią – bał się o siebie. A najbardziej o miłość jaka ich łączyła. Coraz bardziej odczuwał poczucie winy. Gdzieś wewnętrznie winił siebie za to, iż pozwolił sobie na to uczucie po tylu latach. I to z kim. Z kobietą mogącą być co najmniej jego córką. No i ta sprawa z Mary. To jakieś szaleństwo. Ona już tyle lat nie żyje. Zatem co teraz się dzieje? Już od dawna twierdził, iż nie wierzy w duchy – i takie tam – ale tu niepokoił się nie na żarty. Do sypialni wszedł bardzo szybko – drzwi lekko się zatrzasnęły.

Obszedł łóżko, i delikatnie ją położył. Odgarną jej włosy wpatrując się w jej twarz. Kochał ją, a jednak czuł obawę. Bał się, że scenariusz znowu może się powtórzyć, czego on by już nie przeżył. Pogładził jej policzek zewnętrzną stroną dłoni. Wstał, podszedł do okna by je lekko uchylić.

- Jeffrey’u! Nie odchodź – proszę.

- Nigdzie nie idę kochanie. Jestem tutaj.

Lekko uchylił okiennice, zasunął lekko zasłony. Było ciepło i przyjemnie. Wiatr nieco nimi kołysał, i falowały niczym fala morska. Podszedł i usiadł na łóżku.

- Jak się czujesz?

- Jest ok! trochę tylko jestem oszołomiona. Co się stało?

- Chcesz naprawdę wiedzieć?

- Jeffrey’u! Nie każ mi prosić.

- Miałaś spotkanie z Mary Saro – jeśli to tak można określić.

- Co tym razem?

- Na szczęście nic się nie stało. Może „spotkanie”, to dość delikatne określenie. Ty się nią stałaś.

- Jak to?

- Tak po prostu. W jednej chwili jesteś Sarą, a już w następnej nią. Rozmawialiśmy ze sobą, ale nie ja z tobą – w pewnym sensie z tobą. Jednak mentalnie rozmawiałem z Mary. Wybacz! Wiem, iż to wygląda nie w porządku wobec ciebie.

- Aj tam nie w porządku. Nic takiego. I co dalej? Co powiedziała? Co ona powiedziała?

- Rozmawialiśmy o winie – jej winie. O naszej przerwanej miłości. O tym, iż to nie jej wina. Mówiłem że ja ją nie winię za nic. Twoja mama w jakiś sposób wyczuła, że Mary jest w salonie. W tym samym co my wszyscy byliśmy. Dopiero gdy odeszła zrobiło się jakoś inaczej. Nawet powietrze w salonie stało się lżejsze. Myślę, że Mery pojęła wreszcie, iż nie musi czuć się winna. Lecz dajmy sobie teraz z tym spokój Saro. Odpocznij.

- Nie odchodź. Tyle ciebie nie było.

- Wiesz, że musiałem… To miał być czas dla ciebie i twoich rodziców. Pisałem tobie w liście. Mam nadzieję, że George przekazał go tobie.

- Tak!

- I bardzo się cieszę. Bez rodziców byłabyś nieszczęśliwa. Wiem co to znaczy samotność Saro. Czyli mój wyjazd spełnił swoje zadanie. Nie wiem tylko co będzie z nami. Twój tata był milczący podczas rozmowy. Tylko twoja mama…

- Tak? Co moja mama?

- Nawet nie wiem jak to nazwać. Bardzo mnie zaskoczyła jej wypowiedź względem mojego życia. Wydaje mi się, że się pogodziła z naszym związkiem.

- Tak powiedziała?

- A tak - nie słyszałaś. Nie mogłaś słyszeć. W tamtej chwili byłaś pod wpływem Mary Radley. Ona co prawda nie powiedziała wprost. Odpowiadając Mary na pytanie, czy ja jestem nadal samotny stwierdziła, iż nie. Wyglądało to jakby upewniała Mary, że nie jestem samotny, gdyż mam rodzinę – że nie jestem samotny bo mam ciebie.

- To chyba dobrze?

- Nie zupełnie Saro. Problem polega na tym, iż oświadczenie twojej mamy – co do mojej osoby nie jest jednoznacznym stanowiskiem akceptacji.

- Chcesz powiedzieć, że powiedziała tak…

- Myślę, że powodem jej oświadczenia – nie koniecznie jest jej akceptacja naszego związku. Być może miało to związek z działalnością Mary.

- To znaczy?

- Mam pomysł. Sądzę, że powinniśmy szczerze porozmawiać o naszym związku.

- A o czym tu rozmawiać. Kochamy się. Łączy nas coś wspaniałego. Cóż chcieć więcej.

- A jak myślisz?

Sara zastanawiała się nad słowami Jeffrey’a. Jego oczy zmieniły wyraz w bardzo rozmarzony. Poznała tą subtelną różnicę. On mówił poważnie. Wewnętrznie czuła to samo co on. Wciąż jednak miała wątpliwości. Nie chciała popełnić życiowej pomyłki. Kochała Jeffrey’a de Blackstone. Nie była jednak do końca przekonana co do swoich uczuć. Chciała dać sobie czas. On z ukrytą niecierpliwością oczekiwał jej potwierdzenia. Ona jednak patrząc mu w oczy lekko się uśmiechnęła.

- Masz rację. Trzeba będzie nam poważnie porozmawiać na ten temat. Nie można tego tak pozostawić.

Mężczyzna od razu zauważył jej fortel. Nie oczekiwał takiej odpowiedzi, ale rozumiał jej stanowisko. Miał sprecyzowane plany co do własnej przyszłości. Były jednak to jego plany. Nie chciał nikomu niczego narzucać. Musiał być pewien, iż ona tego chce. To był jego priorytet.

- A tak zmieniając temat. Jak idzie ci z pracą nad rękopisami?

- Mówiąc szczerze nie miałam ostatnio do tego głowy. Zrobiłam sobie przerwę. Tyle się działo Jeffrey’u – przepraszam.

- Nie ma za co przepraszać rozumiem. Mam nadzieję, że od teraz będzie tu spokój.

- Mówisz o Mary?

- Tak. Ta sytuacja stawała się męcząca.

Już do pory obiadowej Jeffrey dał Sarze wypocząć. Co prawda ona była temu przeciwna – on jednak nalegał. Obiad rozpoczął się w atmosferze lekkiego zamyślenia. Można było wyczuć lekkie skrępowanie. Subtelne oznaki unikania spojrzeń, bądź nic nie znaczące zapytania, rozmowy. Lord Jeffrey de Blackstone czuł się nieco, jak w domu seniora. I tylko jak o tym pomyślał, od razu uśmiech pojawił się na jego twarzy. Sara to uchwyciła. Odwzajemniła swoim uśmiechem, jednak uważniej go obserwując. Mathev i Thomas idealnie zaaklimatyzowali się w nowym miejscu. Thomas nadal kontynuował naukę w szkole wyższej. Mathev postanowił się uniezależnić.

Podjął pracę jako programista informatyk w jednej z firm w Stanford. Długo przebierał w ofertach. Uważał, iż jeśli ma pracować to przynajmniej za odpowiednie pieniądze. Nie chciał korzystać z pieniędzy lorda de Blackstone. Thomas jednak w wolnych chwilach coraz częściej bywał u swojej dziewczyny Maggie. Na dzisiejszy dzień zaprosił ją do domu Jeffrey’a. Steven nie bardzo był tym faktem zachwycony – by nie powiedzieć, że wcale. Uważał, że syn ma jeszcze czas na takie zabawy. Uważał, iż obecnie to nauka jest najważniejsza. Vivienne jak zwykle wpłynęła na jego decyzję. To sprawiło, iż Thomas otrzymał zgodę na zaproszenie Maggie do posiadłości.

Oboje rodziców Thomas’a mieli pierwszy raz zobaczyć jego dziewczynę. Od pierwszego momentu dziewczyna nie spodobała się Jeffrey’i. Postanowił jednak się nie wtrącać. Uważał, iż jest to sprawa rodziców chłopaka. Vivienne wraz ze Steven’m równie byli zaskoczeni. Lord Jeffrey de Blackstone dyskretnie obserwował ich reakcję. Matka chłopaka była jak zwykle taktowna, zważając na syna. Nie chciała go urazić. Steven – natomiast był bardzo oszczędny w słowach. Lord de Blackstone zauważył szybko, iż ten obserwuje dziewczynę Thomas’a. Czynił to dyskretnie – ale jednak. Dziewczyna weszła do salonu, i niemal od razu wszystkich uderzył jej wygląd.

To była młoda dziewczyna – młodsza od Thomas’a. Mimo to biło z niej swoiste zimno. Niemal cała ubrana była na czarno. Spodnie z czarnego sztruksu. Gładka bluzka w kolorze czarnym, a na niej czarny luźno dziergany sweter z dużymi oczkami – niemal dziurami – również czarny. Sweter ten wyglądał niczym czarna kolczuga. Rękawy dziwnie powyciągane, tworzyły coś w rodzaju rękawów habitu. Mimo młodego wieku posiadała bardzo ostry makijaż na twarzy wykonany z dużym nadmiarem. Włosy długie, luźno rozpuszczone. To był widok ze wszech miar niestosowny. Dziewczyna co prawda uśmiechała się do wszystkich. Jednak bardzo często spoglądała na Thomas’a.

Bardzo wyraźnie wyglądało to, jakby między nimi ustalony był układ. Przy stole wszyscy zajęli się jedzeniem. Sara nic nie miała do powiedzenia. Spoglądając dyskretnie na Maggie, starała się w to nie mieszać. Uwagę Steven’a przykuło jej zachowanie. Potrawy na obiad były podane. Służba obsłużyła siedzących, i zniknęła z jadalni. Każdy zajął się jedzeniem. Maggie widelcem uporczywie rozdrabniała elementy potrawy na talerzu tak, jakby chciała je rozdzielić. To nakłuwała je na widelec, to wąchając, to smakując. Wszyscy to widzieli – nawet Thomas.

- Maggie! Czy tobie smakuje to jedzenie?

- Tak. Czemu?

- Na pewno smakuje? Bo tak dziwnie przesuwasz kawałeczki potrawy, to w tę to z powrotem.

- Bo nie wiem, co to jest.

- To znaczy?

- Co jest w tym jedzeniu.

- Nie wiem co jest w tym jedzeniu. A w ogóle czy to ważne? Przecież tobie smakuje.

Ona jednak nadal wykonywała te swoje dzienne badania na talerzu. Nie zrozumiała sugestii Thomas’a, że jej zachowanie jest – delikatnie mówiąc – dziwne. Przede wszystkim niedopuszczalne w czasie gościny. Jej twarz – co prawda – ujawniała uśmiech, ale nie wydawało się to naturalne. Thomas coraz bardziej odczuwał skrępowanie. Mimo to nie chciała nikomu tego pokazywać. Tym bardziej, iż chodziło o jego dziewczynę – o jej zachowanie, i to podczas pierwszej wizyty u niego w domu. Jego rodzice byli zadziwieni. Maggie nie pokazała w ogóle zainteresowania faktem, iż jest w gościnie w domu rodziców Thomas’a. Po obiedzie cała rodzina zaplanowała spacer po ogrodzie.

Również zorganizowano barbecue. Vivienne przy okazji chciała zebrać trochę kwiatów do jadalni. Co prawda było to zadanie służby, jednak ona zamierzała osobiście wprowadzić coś, czego dotychczas w tym domu nie było. Thomas z bratem pomagali tacie przy organizowaniu barbecue. Ich matka Vivienne zaś postanowiła wykorzystać ten czas, i zająć się kwiatami na stół do jadalni.

- Maggie. Powiedz mi proszę, jak idzie tobie nauka? Mam nadzieję, że nie masz z tym kłopotów.

- Nie, nie mam żadnych kłopotów. Obecnie mam wolne od nauki.

- Jak to? Nie macie zajęć?

- Pewnie i są, ale ja nie chodzę do szkoły proszę pani. Mam wolne.

- Nie rozumiem. Jesteś chora? Jaki jest tego powód?

- Nie. Po prostu nie chodzę do szkoły.

- No ale szkoła jest bardzo ważna – szkoła średnia, studia?

- Szkoda czasu na to proszę pani. Nie mam na to ochoty.

Kobieta oniemiała. Coś jej się tu nie zgadzało. Dobrze pamiętała z opowiadań Thomas’a, iż dziewczyna również się uczy. Tu okazuje się, że nie. Musiała się dobrze starać by nie wybuchnąć.

- No ale co dalej? Jaka ciebie czeka przyszłość, nie mając ukończonej żadnej szkoły? Trzeba mieć wykształcenie – jakiś kierunek, zawód.

- Proszę pani. Mnie jest tak dobrze. Żaden papierek nie jest mi potrzebny do życia. Zresztą Thomas powiedział, że skończy szkołę i będzie pracował. Zarobi na nas oboje.

- O nie! Tak nie można moja droga! Nie może jedno pracować na drugie. Musisz być samodzielna.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Widać było, iż nie podoba jej się to co powiedziała matka Thomas’a. Wciąż szukała wzrokiem gdzie on się znajduje. Widać było, iż bardzo potrzebowała jego poparcia. Vivienne jednak nie zamierzała czekać na to, by syn musiałby stanąć po jej stronie. Spokojnie wstała z miejsca usiłując wciąż być uprzejmą wobec dziewczyny.

- Maggie. Widzę, iż wszyscy zajęci są pracą przy barbecue. Czy mogłabyś przejść się ze mną po kwiaty? Chciałabym trochę udekorować stół w altanie z tego powodu.

- Thomas powiedział…

- Tak? Co powiedział mój syn?

- Bym była blisko niego. Mam nic nie robić. Nie po to tu przyszłam. Mam tylko odpoczywać.

- Po czym masz odpoczywać? To może nakryjesz stół w altanie? Ja pójdę po kwiaty.

- Nie, nie. Jak pani pozwoli pójdę do Thomas’a.

- Proszę bardzo.

Dziewczyna pośpiesznie ruszyła w stronę syna Vivienne. Ta stała chwilę wciąż ją obserwując. Nie spodobało się jej to co usłyszała. Przecież jej prośba nie była zbyt wygórowana. Każdy tu coś robił starając się pomóc. Nie czyniąc jednak z tego zbyt wielkiej sprawy, Vivienne postanowiła zająć się tym później. Czuła, że rozmowa jest nieunikniona. Czas trwania barbecue, przebiegł w atmosferze wyluzowania. Vivienne Forest parę razy jeszcze starała się zachęcić Maggie do pomocy w drobnych czynnościach.

Każda próba kończyła się jednak na dziwnych, porozumiewawczych spojrzeniach Maggie w kierunku Thomas’a. Chłopak od razu przejmował za nią obronną inicjatywę. Zatem Vivienne dała już spokój – miała dość. Jeffrey zajęty był rozmową ze Steven’m Forest’m i Mathev. Co i rusz dyskretnie obserwował starania Vivienne. Miał to jednak na uwadze, i postanowił monitorować tę sprawę. Już od samego wieczoru, cała rodzina miło spędziła czas aż do kolacji. Kolacja zaś odbyła się już w luźniejszej atmosferze. Maggie została odwieziona do domu, zaraz po zakończeniu barbecue.

Wyczuwało się u niej zniechęcenie. Thomas powrócił do domu jakby przygaszony. Jego zadowolenie jak i dobry nastrój gdzieś wywietrzał. Od razu wszyscy to odczuli. Nikt jednak nie podejmował tego tematu. Chłopcy z rodzicami zniknęli we własnych pokojach. Sara była u siebie. Zajęta dalszą pracą nad rękopisami Jeffrey’a, zupełnie oderwała się od wrażeń z rodzinnego spotkania. Sam lord Jeffrey de Blackstone, postanowił się wcześniej położyć. W pokoju Sary zapadła twórcza cisza. Słychać było jedynie szelest przewracanych kart rękopisów, i stukot klawiatury przy komputerze.

PRZESZŁOŚĆ… RĘKOPIS nr.4.

Rankiem nikomu nie chciało się wstawać. Podróż dawała się każdemu we znaki. Rozleniwienie było nader zrozumiałe. Emma jednak bardzo wcześnie się obudziła. Niepokoiła się o męża ze względu na jego stan zdrowia. I tak w nocy bardzo niespokojnie spała. Całą noc śniła o przebytej podróży. Jakoś nie mogła się pozbyć zdenerwowania, i jakiegoś dziwnego napięcia. Towarzyszyło jej również uczucie, że to nie koniec, ten sam niepokój, który odczuwała podczas podróży. A tu jeszcze sprawa męża. W nocy bardzo cierpiał. Przez to nie mógł spać. A jak już zasnął, często się przebudzał. Przeto musiała być przy nim – niemal bez przerwy.

Lekarstwa były zaaplikowane. Poleciła więc służącej doglądać pana. Sama chciała choć trochę zdrzemnąć się przed śniadaniem. W hallu jednak telefon zaczął bardzo hałasować. Emma miała oczy zamknięte licząc, iż któraś z pokojowych odbierze. Ten jednak wciąż dzwonił. Uparcie siliła się na drzemkę. Jednak jej cierpliwość była zbyt nadszarpnięta podróżą – zmęczeniem z niej wynikającym, i w ogóle całym tym bałaganem. Nie mogąc dłużej czekać na gosposię, pani Emma Radley podeszła do telefonu. Podniosła słuchawkę.

- Słucham!

- Czy to posiadłość państwa Radley’w?

Głos ostro urwał. W słuchawce słychać było oddech, jakby rozmówca bardzo się śpieszył. Tonacja głosu zdradzała, jakby po długim biegu dopadł słuchawkę telefonu, aby przekazać pilną wiadomość. Emma niemiała chęci na jakiekolwiek rozmowy. Zatem rzuciła ze zniecierpliwieniem.

- Tak! To ta posiadłość. Słucham!

Odpowiedziała lady Radley, coraz bardziej zniecierpliwiona. Zaczęła nerwowo stukać palcem po blacie stolika na którym stał telefon.

- Pilnie chciałbym rozmawiać z panną Mery Radley. Czy jest w domu?

- Oczywiście! A kto mówi?

- Stan! Stan Hampton!

- Za moment – chwileczkę.

Lady Radley ani myślała się śpieszyć. Miała przed sobą długie kręte schody. Kiedyś gdy zaczęła remont swego domu, sama wprowadziła tę innowację. Niemniej teraz po latach zastanawiała się, czy to był dobry pomysł. Stanąwszy więc na piętrze wzrokiem szukała pokojówkę. Jednak ta właśnie zajęta była swymi obowiązkami w innej części domu. Inne pokojówki jakoś dziwnie poznikały. Rozglądając się w koło z nerwową nutą w głosie, fuknęła sama do siebie. Pokonawszy korytarz zapukała do drzwi pokoju córki.

- Mary! Mary Agato Radley. Telefon! Chodź prędko.

Drzwi pokoju dziewczyny nagle się otworzyły. Dziewczyna wypadła z pokoju, jakby właśnie na ten telefon czekała. Wychyliwszy się z za drzwi jedynie spytała.

- Kto dzwoni?

- Niejaki pan Stan Hampton.

Słysząc nazwisko, odrzuciła gęste włosy do tyłu. Biegła po dwa schodki – susami w dół na złamanie karku.

- Co ty robisz dziecko? Gdzie twoja ogłada?

Dziewczyna nie słysząc nalegań matki, już była przy telefonie. Matka jedynie popatrzyła z góry na szaleństwo córki, i tylko kiwała głową. Wiele mogłaby na ten temat powiedzieć, ale już nie miała na to siły.

- Słucham Stan! Co jest?

- Przyjedź natychmiast do mnie. Nie do redakcji tylko do mnie. Pokażę tobie coś to zdębiejesz!

- Daj mi pół godziny, Ok?

- Oczywiście.

Odłożyła słuchawkę. Nie patrząc na swoją matkę biegiem ruszyła po schodach. Wpadła do swego pokoju, wzięła coś do pisania, i po chwili była już w hallu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz