Tom II – część 15
Wziął kapelusz przeciwsłoneczny z dużym rondem. Założył słoneczne okulary, i wyszedł bez słowa. W między czasie Mary zaszyła się w swoim pokoju. Szczęśliwa że udało jej się przemycić to co otrzymała od Stanley’a. Pani Radley postanowiła sprawdzić, co też robi jej najstarsza pociecha. Zapukała nieśmiało choć z typowym dla siebie dostojeństwem. Nie czekając na zaproszenie nacisnęła klamkę. Z wielkim zdziwieniem stwierdziła, że drzwi są zamknięte na klucz od wewnątrz pokoju.
- Mary Agatho Radley. Natychmiast otwórz te drzwi, albo ojciec dowie się o tym niefortunnym zdarzeniu!
- Mamo ja pracuję. Nie mam teraz czasu na dywagacje – przepraszam.
- Nie wiem czym się zajmujesz moja droga, lecz w twoim wieku….
- Tak, tak mamo. Wiem co mi powiesz. Panny w moim wieku były już w towarzystwie. To nie dla mnie.
Lady Emma Radley słysząc to była wprost zniesmaczona – nawet zgorszona. Fuknęła coś pod nosem. Lecz wiek córki nie pozwalał jej na więcej interwencji niż to było możliwe. Mrucząc więc coś pod nosem, obróciła się na pięcie. Schodami udała się do swego pokoju. Minęły jakieś dwie godziny, gdy do domu wszedł lord Stefan Radley – ojciec Mary Radley a mąż lady Emmy Radley. Emma akurat była w kuchni. Wydawała polecenia służbie, co do bardziej obiadokolacji niż obiadu. W tym dniu posiłek zaplanowany był na trochę później. Pani Radley złożyła to na karb rozleniwienia po powrocie od krewnych. Do kuchni wszedł Gustav – lokaj w domu Radley’w. Oznajmił iż pan wrócił. Pani Radley pośpieszyła przywitać męża. Pan był już w bibliotece. Lady Emma stanęła w drzwiach obserwując go, jak ten nerwowo chodzi w tę i z powrotem. Odwróciwszy się nagle z wielkim impetem wyrzucił z siebie.
- Mary! Natychmiast do mnie. Mamy do pomówienia! O przepraszam moje droga. Myślałem że to Mary. Jest w domu?
- Tak mój drogi. Jest. Ale co się stało? Jesteś bardzo poirytowany.
- To co się dowiedziałem w redakcji, to jest oburzające! Poproś proszę ją do mnie.
Emma wiedziała, że ten ton nie wróży nic dobrego. Przeciągając strunę czasu, chciała jak najszybciej złagodzić zdenerwowanie męża.
- Za chwilę będzie u ciebie. Tylko proszę uspokój się. Widzę że jesteś rozdrażniony. Usiądź i postaraj się uspokoić – proszę. A tymczasem ja poproszę Mary aby zeszła do biblioteki.
- Będę ci wdzięczny moja droga.
Nie czekając na nic, kobieta ruszyła szybko po córkę z trudem pokonując schody. Podeszła do drzwi pokoju dziewczyny. Otworzyła je nawet nie zastanawiając się, czy będą otwarte. W pokoju Mary szukała miejsca, gdzie mogłaby szczęśliwie przechować tak drogocenną zdobycz. Rozpakowała szary papier. Oglądała herb na czerwonej teczce.
- Mary Agatho. Ojciec powrócił do domu, i pragnie z tobą pomówić.
Mary stanęła jak wryta. Nie wiedziała co w tym momencie ma zrobić. Czuła jak krew płynie jej w żyłach do najdalszych części twarzy, i to ją niemalże sparaliżowało. Miała teczkę w rękach nie wiedząc, co ma naprędce z nią zrobić.
- Co tam trzymasz moje dziecko? Chciałabym wiedzieć?
- To tylko papiery mamo. Nic co by mogło cię zaniepokoić.
Obróciła się szybko do matki. Szukała najlepszego wyjścia z sytuacji. Jak i co powiedzieć? Cała płonęła. Myślała że wypali dziurę w podłodze, i przeleci przez sufit do innego pokoju. Może to byłoby najlepsze rozwiązanie sytuacji? Byłaby bezpieczna. Nie zauważyła jednak, że matka zaniepokojona jej zachowaniem stała tuż za nią. I jak ta kładła teczkę pod papiery na biurku, ta szybko przechwyciła ją w swoje ręce.
- Co to jest moja panno?! Czemu ukrywasz tak skrzętnie to, co twoim zdaniem jest takie zwyczajne?
- Mamo jak możesz? Ty się nie znasz – nic nie wiesz!
Szarpnęła teczką chcąc mieć ją w dłoniach. Matka jednak mocno trzymając zmarszczyła brwi. Było to oznaką jej silnego zdenerwowania. Opanowanym głosem acz energicznym powiedziała, aby zripostować zaistniały fakt.
- Jak śmiesz moja panno? Zachowujesz się skandalicznie niczym służąca! Czy tego cię uczyłam przez te lata?
Matka trzęsła się ze zdenerwowania. Nie wiedząc co ma zrobić z teczką, trzasnęła nią o biurko. W tej samej chwili spojrzała na nią mimochodem i zamarła. Ręce zaczęły jej się trząść w sposób iście szokujący. Mary w pierwszej chwili nie reagowała. Po prostu nie wiedziała jak zareagować? To było bardzo dziwne. Można było się zdenerwować – patrząc z punktu widzenia matki – ale że do tego stopnia.?
- Mamo! Co ci jest? Co się stało?
Trwało to moment. Już miała coś dodać. Matka stała wpatrzona w teczkę – blada jak papier. Po czym zaraz odezwała się mechanicznie.
- Skąd to masz moje dziecko?
- To jest tajemnica mamo. Nie mogę tego wyjaśnić. Mogę tylko powiedzieć, że mam się z tym zapoznać i oddać.
W tej chwili Mary spostrzegła herb na okładce. Był wyciśnięty w skórze. Mimo że purpura teczki wyblakła – złote elementy w wyciśniętym wzorze tkwiły jak cierń, dając niewyraźny obraz herbu.
- Czyli to herb mamo? Ty wiesz czyj to herb.
- Mary. Wiesz że nigdy nie chciałam twej krzywdy, lecz jeśli będzie taka potrzeba – jak mi Bóg miły – jestem skłonna trzymać ciebie w ukryciu. Wręcz zmusić ciebie do posłuszeństwa! Teraz zostaw to i zejdź do ojca. Będzie niezadowolony żeś nie przyszła na czas na jego wezwanie.
Zeszły razem do biblioteki. Zamknąwszy drzwi matka spoczęła we własnym zacisznym fotelu. Zamierzała kontynuować zaczęty haft staro szkocki, tak znany u niej w domu. Starała się skupić na zaczętej robótce, lecz zdenerwowanie nie mijało. Bała się o córkę. Obawiała się zdenerwowania męża. Co takiego mógł dowiedzieć się w redakcji, że aż tak był poirytowany. I co chce od Mary. To wszystko nie wyglądało dobrze.
- No nareszcie moja panno. Długo karzesz na siebie czekać!
- Wybacz ojcze. Sam mnie uczyłeś, że obowiązki na pierwszym miejscu, a przyjemności na drugim być powinny.
- Nie kpij moja panno! Posłuszeństwo to rzecz święta.
Dziewczyna wiedziała, że zaraz zacznie się wykład o moralności, ogładzie itd.. W myślach uśmiechała się na samo wspomnienie o wypowiedzianej przed chwilą filozofii.
- Byłem jak wiesz u starego Craft’a. Ciekaw byłem dlaczego nie dostałem swojego numeru gazety. Ale nigdy nie spodziewałem się tego, co tam usłyszę.
- Co takiego ojcze?
Mary była bardzo zaciekawiona. Traktowała wieści ojca jak swoiste plotki z miasta. Nie miała specjalnej chęci zajmować się tak niepotrzebnymi informacjami.
- Craft był rozdrażniony. Nie wiedział jak mi to powiedzieć.
Lord Stefan Radley jakby ważył słowa. Rozważał jakich słów użyć by przekazać istotę sprawy. Mówił dalej. Chodził po bibliotece sądząc, że to zapewni mu wewnętrzny spokój. Jednak zdenerwowanie nadal rosło. Pani Radley dyskretnie obserwowała zachowanie męża. Coraz bardziej odczuwała chęć przerwania tej rozmowy, lub chociaż by wtrącić się w to szaleństwo. Mężczyzna nie odpuszczał. Jednak teraz usiadł za biurkiem. Głos jego jakby stał się słabszy. Wziął pióro i zaczął nim nerwowo obracać w palcach.
- W wielkiej tajemnicy powiedział mi, że otrzymał przesyłkę bardzo poufną. Przesyłka ta po jakimś czasie zniknęła z jego biurka. Widać było po tym człowieku, że jest wstrząśnięty tym faktem.
- Dlaczego był taki wstrząśnięty?
Pani Radley przerwała wypowiedź męża zadając pytanie, wtrącając się w rozmowę. Nie powinna lecz tak czuła i tak uczyniła. To pytanie podczas wywodów męża, jakoś samo jej się nasunęło.
- To jest bardzo dziwne. Craft sprawiał wrażenie nie zirytowanego tą sytuacją. To znaczy był zirytowany, ale nie tylko. Miałem dziwne wrażenie, że on po prostu się boi. Wręcz w niektórych momentach, gdy ze mną rozmawiał – był przerażony. Ale nie o tym chciałem rozmawiać.
Teraz spojrzał na córkę. Omiatał ją wzrokiem szukając w jej zachowaniu odpowiedzi. Ona słysząc słowo „przesyłka”, stanęła jak porażona prądem. Cała jej pewność siebie uleciała w jednej sekundzie. Ta pewność siebie - siła jej słów, które były jej bronią. Były jednocześnie zasłoną skrywającą jej tajemnicę.
- Pracujesz tam z niejakim Stanley’m Hampton’m – czyż nie tak?
- Tak ojcze. Jest moim kolegą z redakcji. Tak jak i ja jest dziennikarzem. Dlaczego pytasz?
- Nie wiem czy wiesz, że jest podejrzany o kradzież przesyłki. Paczki, która została zdeponowana w depozycie redakcji. Craft twierdzi, iż osobiście zamykał ją we własnym biurku. Twierdzi że włamano się do jego biurka. Twierdzi, iż oprócz niego jak i sekretarki – w redakcji był Hampton. A co za tym idzie i ty również. Dlaczego i ty? On twierdzi, że wy oboje macie z tym coś wspólnego.
Głos ojca stał się bardziej ostry i nieprzejednany. Stał się bardziej szorstki. Widać było, że poirytowanie rośnie w jego gestach. Mimo że siedział wciąż za biurkiem – usilnie starał się opanować. Jakby sądząc, że spokojem więcej faktów dowie się od swej córki.
- Czy jest tobie coś o tym wiadomo?
- Nie ojcze. Nic nie wiem.
- A to ciekawe! Twoja matka przekazała mi, że właśnie tu dzwonił i prosił ciebie w pilnej sprawie.
Badawczo przyglądał się tej młodej osobie, czekając na dalszy ciąg jej zachowania. Z jednej strony jego rozumienie stwierdzało, że jest to ze strony Craft’a zwykłe oszczerstwo – lecz z drugiej strony znał charakter córki, i wiedział, iż już nie raz pokazała co potrafi.
- Może nam wyjaśnisz co chciał ten jegomość od ciebie? Co jest tak pilnego, iż osobiście miałaś się udać do jego posiadłości?
Mary błyskawicznie się zastanowiła co ma powiedzieć – lecz wzruszyła tylko ramionami. Nic nie odpowiedziała. Tak naprawdę nie wiedziała jakich słów użyć. W ogóle nie uważała, że musi się tłumaczyć z treści własnych telefonicznych rozmów. Jednak że jej ruch ramionami w wymownym geście, był bardzo niepewny. Doskonale wiedziała, że kłamie – nie mówi prawdy. Lecz jednocześnie paraliżowała ją przestroga Stanley’a.
- Czekam Mary Agatho. Co masz mi do powiedzenia?
W myśli panicznie szukała wersji, jaką w tej chwili mogłaby się posłużyć. Czegoś sensownego. Co nadawałoby się na wytłumaczenie. Stała jak figura woskowa. Nie mogła się ruszyć. Czuła jak zdenerwowanie, strach i niepewność rosną w niej w zastraszającym tempie. Wiedziała że jak czegoś naprędce nie wymyśli – załamie się i zdradzi swoją tajemnicę. A to będzie jej koniec.
- Ojcze – zaczęła – Wiesz przecież, że muszę mieć trochę swobody w tym co robię. Nie wiem skąd brane są materiały do moich artykułów. Zaręczam tobie jednak, że żaden z nich nie jest nielegalny. A co dopiero kradzież czegoś takiego!
Odetchnęła po tym potoku słów. Już miała się odwrócić, gdy jej ojciec – lord Stefan Radley, znając przebiegłość córki nie dał za wygraną. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że panna w jej wieku i to dziennikarka, umie zagadać na śmierć.
- Co więc chciał ten jegomość?
- Oświadczył, że ma materiały do artykułów – nic więcej. Zapewniam cię.
Matka siedząc z boku we własnym fotelu niby to przypadkiem, niby niechcący szybko się wtrąciła, jednocześnie narażając się na gniew męża. Wiedziała o tym, że mąż nie zaaprobuje jej stanowiska lecz czuła, że to jedyny sposób aby zakończyć tę rozmowę.
- Coś również mówił o swoich nadchodzących urodzinach i twoim zaproszeniu, ale…
I przerwała. Ojciec podrywając się raptownie z fotela z za biurka wrzasnął na nią tak przeraźliwie, iż praca jaką wykonywała wypadła jej z rąk. Była na to przygotowana, choć ton w jakim to uczynił był dla niej zaskoczeniem.
- Moja droga. Do diaska! Czy nie zamilkniesz? Panna jest mi winna wyjaśnień!
Mary szybko oszacowała co miały znaczyć wywody matki. Nie wiedzieć dlaczego przystała na ten diabelski plan gry. W tym całym zdenerwowaniu natychmiast pojęła, że matka chce jej pomóc. Chce ją bronić przed gniewem ojca.
- To prawda ojcze. Mówiliśmy też o zbliżających się urodzinach Stanley’a nic więcej. No i o tym, czy nie zechciałabym zaszczycić go swoją obecnością. Chyba nie masz nic przeciwko temu?
- Mówisz więc, że nie masz nic wspólnego z tą sprawą córko?
- Tak. To właśnie usiłuję tobie powiedzieć ojcze.
I aby nie zemdleć Mary wybiegła z pokoju. Czuła na całym ciele świadomość własnego kłamstwa. Czuła gdzieś w głębi, iż mimo to kłamstwo – była to dobra decyzja. Matka szybko pozbierawszy pracę z dywanu – wstała. Ruszyła do wyjścia z biblioteki. Przed wyjściem przystanęła w drzwiach.
- Musiałeś Stefanie tak na nią naskoczyć? Przecież to jeszcze młoda dziewczyna. Jak możesz? To nasza córka.
Lord Stefan Radley, patrząc na żonę, zamyślił się. Nie dowierzał tej sprawie. Doszedł do wniosku, że trzeba to dokładnie zgłębić. Pani Radley skorzystała z zadumania męża, i nie czekając zbyt długo, zamknąwszy drzwi od biblioteki podążyła za córką. W jej wieku przeżywać takie historie to za wiele, lecz biegać po schodach to już nadto. Weszła do pokoju córki. Szczelnie zamykając drzwi z wielkim przejęciem zaczęła swą mowę.
- Coś ty zrobiła? Wiesz czyj to herb? Wiesz o jaką rodzinę chodzi?
- Nie wiem mamo. Jednak po twojej reakcji widzę, że ty wiesz. Powiesz mi czyj to herb?
Dziewczyna czekała na cokolwiek. Na jakąś informację, co byłoby nośnikiem sensu dla którego tak się naraża. Pani Radley choć zdyszana, poprzez zdenerwowanie oczy miała szeroko otwarte. Zastanawiała się, jakie informacje przekazać córce, by nie dopuścić do zagrożenia. Wzięła do ręki tę nieszczęsną teczkę. Nawet nie oglądając, położyła na herbie swoją rękę.
- Ta teczka nie powinna ujrzeć światła dziennego Mary Agatho. To czego dotyczy jest sprawą bardzo dziwną i niepokojącą.
Kobieta uważnie patrzyła to na teczkę, to na córkę. Przeżywała istny dylemat. Czy zniechęcić córkę do prowadzenia dzikiego śledztwa, czy dać jej wolną rękę.
- Lepiej byłoby moja droga, abyś nigdy nie musiała się tego dowiedzieć czego ta sprawa dotyczy. Powiem tobie tylko tę informację. Ten herb – to herb Rodu de Candberry. Więcej nie powiem nic. Postaraj się jak najszybciej tego pozbyć.
Nim dziewczyna cokolwiek zdążyła powiedzieć, zareagować – w pokoju jej matki już nie było. Szarpało ją wiele myśli i nieporozumień. Nie wiedziała co ma czynić. Czy pozbyć się tego, czy trwać i brnąć w to dalej? Za bardzo była ciekawa, z jakiego powodu jest to takie niebezpieczne. No i co to za rodzina – de Candberry? Szybko więc zamknęła drzwi. Wzięła do ręki to co tak bardzo ją przerażało, a zarazem jednocześnie ją podniecało. Odpięła klamrę, która kryła coś co powinno być dawno wyjaśnione. Tylko czy powinno być wyjaśnione? To była jedyna wątpliwość, która trapiła Mary. Były tam dokumenty, i zdjęcia w bardzo starym stylu. Była koperta pisana pięknym pismem – mimo wszystko wciąż pachnąca lawendą. Pisana pięknym pochyłym pismem, kaligrafowanym według starej sztuki kaligrafii. W świecie tej młodej dziewczyny jaką była Mary Radley, mało kto już tak pisze. Chyba że starsze osoby w starych rodach. Otwierając kopertę Mary drżała na całym ciele. Nie mogła się opanować.
- Boże! Co się ze mną dzieje? Czemu nie umiem przestać?
Ledwie zaczęła czytać, a już nie mogła zatrzymać wzroku na starych literach. Wczytywała się coraz bardziej. Nie zauważyła nawet łez, które płynęły jej po policzkach. Cienki strumyczek niczym połyskująca linia, zarysowała jasną karnację młodej dziewczyny. Poznała coś co nie powinno się wydarzyć. Coś co nie było jej sprawą, lecz było – istniało. Krzyczało wręcz aby rozwiązać te zagadkę. Wczytywała się w tekst coraz zachłanniej. Przeglądała zdjęcia całego rodu. Wśród nich było zdjęcie pięknej, choć starej posiadłości. Wielki park okalający całą posiadłość. Był tak piękny, że przejmował ją dreszcz zachwytu. Oczy miała tak mokre, że widok na fotografii mienił się wieloma kolorami tęczy. Z tym zdjęciem w dłoni usnęła.
Tak jakby we śnie chciała dostać się do pięknego tajemniczego domu. Porozmawiać o tym co się wydarzyło. Obudziła się gdy księżyc był już na niebie. Była już późna noc. Odczuwała wielkie zdziwienie a zarazem lęk. Była zdezorientowana. Zastanawiała się dlaczego? Usiadła na łóżku i spostrzegła, że teczka jest na pościeli. List rozpostarty leżał na jej poduszce. Mnóstwo zdjęć było porozrzucanych. Widocznie usnęła nie pochowawszy uprzednio wszystkiego w bezpieczne miejsce. Przecież mógł ktoś wejść, i stałoby się to najgorsze. Wszystko pośpiesznie pozbierała, i pochowała do brezentowej torby. Szurnęła ją pod łóżko. Cały czas miała przed oczami tę jedyną fotografię majątku z pięknym parkiem. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że gdzieś tę posiadłość widziała. A przynajmniej tak jej się zdawało. Jednak po krótkiej konsternacji, przebrała się w nocną bieliznę i położyła się na resztę nocy. Postanowiła sobie jednak, że porozmawia ze Stanley’m o tym przeczuciu. Usnęła.
CZAS TERAŹNIEJSZY.
Noc minęła spokojnie. Dom lorda Jeffrey’a Armanda de Blackstone był na tyle wielki, iż cisza tętniła w uszach. Ranek rozświetlił wszystkie pomieszczenia. Vivienne Forest już kursowała między łazienką a garderobą. Szykowała się na ważne spotkanie biznesowe w firmie. Nawet nie myślała o rozmowie, jaką przeprowadziła ze Steven’m i Jeffrey’m. Była zupełnie pochłonięta sprawami firmy, choć jeszcze nie wyszła z domu. Steven leżał przez chwilę w pościeli. Obserwował żonę, która pojawiała się i znikała z jego oczu. Wyglądało to iście zabawnie. Uważał, iż jako właściciele firmy, mają prawo do pewnego rodzaju luzu. Vivienne jednak stawiała na pierwszym miejscu obowiązek.
Wiedziała że własny biznes to podstawa niezależności. Gdy kolejny raz pojawiła się w sypialni – kompletnie ubrana – wymownie spojrzała na męża. Uchwycił jej spojrzenie i wiedział doskonale, co ono oznacza. Wstał przeciągając się wymownie. Spojrzał na swój zarośnięty tors – miną od razu okazał własne niezadowolenie. Poklepał się po brzuchu, i westchnął. Od razu pomyślał o sali do ćwiczeń. To wywołało – niestety – większe zniechęcenie. Vivienne właśnie w tym momencie wpadła do sypialni. Uchwyciła wzrokiem tę chwilę z jego miną na twarzy.
- Miło mi widzieć, że i tobie nie podoba się własny wizerunek.
Wciągając brzuch od razu się wyprostował. Zrobił przy tym tak niewinną minę, że gdyby nie wiedziała o co chodzi, byłaby co najmniej zdziwiona.
- To znaczy?
- Myślę że ty już wiesz co mam na myśli mój drogi. Czas ku temu najwyższy, byś zabrał się za siebie. Kiedy ostatni raz odwiedziłeś salę ćwiczeń?
- Jakoś nie dawno.
- To znaczy kiedy?
- Czy to takie ważne?
- Ważne. Bo wynik tej przerwy masz przed sobą.
Kobieta chciała być podczas tej chwili poważna, ale nie wytrzymała. Uśmiechnęła się jednak, i ruszyła po ostatni element swej garderoby – torebkę. Powkładała doń własne drobiazgi, i ruszyła ku drzwiom. Zatrzymała się jednak przy nich.
- Idę sprawdzić co u chłopców. A tobie zalecam pośpiech. Mamy dzisiaj ważnych klientów. Pamiętasz o tym?
- Tak pamiętam, oni są z Europy.
- No właśnie.
Od razu zerwał się na równe nogi. Vivienne wiedziała, że zapomniał – nie pamiętał – jak zwykle. Nie czyniła mu jednak wymówek. Od dawna prowadziła terminarz, i w firmie i w domu. Na bieżąco wiedziała, co ma zaplanowane na dzisiejszy dzień. Lord Jeffrey de Blackstone z pomocą Mathev, wyposażył całą posiadłość w Internet. Choć widok komputerów, wywoływał w nim lekki niepokój. Czuł się nie swojo, gdy siadając do biurka miał przed sobą komputer. Nie narzekał na wzrok – miał doskonały. Nie miał problemów z pisaniem czy też z czytaniem z ekranu. To wprowadziło jednak duże zmiany. Każdy miał pod ręką wykaz wszystkich spraw do załatwienia, oraz możliwość stosowania szybkiej korespondencji.
Został skrócony czas wykonywania wielu czynności. Wciąż jednak miał trudności, co do odszukiwania zapisanych informacji. Stąd Mathev był tu bardzo pomocny. Sara również obudziła się dość wcześnie rano. Miała problem. Mimo że była wypoczęta, i dobrze się czuła – wciąż myślała o szóstym z rękopisów. Mowa tu o Stanley’u Hampton’e. Ma tylko zarys informacji z jego życia. Jednak to zbyt mało na użycie tych informacji w książce. Kłopot polegał na tym, że Stanley Hampton nie miał krewnych. Zatem możliwość dotarcia do wiarygodnych informacji, stawała się problematyczna. Przed godziną ósmą rano Sara chcąc porozmawiać z Jeffrey’m, ruszyła na schody. Na schodach jednak spotkała lady Vivienne Forest – swoją matkę. Vivienne życzliwie uśmiechnęła się, i chcąc zaczekać na nią – przystanęła.
- Witaj! Jak się spało?
- Wspaniale lecz krótko mamo. Miałam dość dużo pracy, i jak widać straciłam poczucie czasu. Muszę bardziej uważać na własny rozkład.
- No mam nadzieję. Inaczej marnie będzie z twoim zdrowiem. Ale, ale. Czy mi się wydaje, czy też coś ciebie trapi. Nie ważne mamo. Mam trochę trudniejszy etap w mojej pracy. Jak widzę, będę musiała skorzystać z pomocy Jeffrey’a. Może on coś poradzi. Choć mówiąc szczerze, nie bardzo mi to pasuje.
- Czemu?
- Bo to ma być moja praca. Rozumiesz mamo? A tak, będzie to tylko po części moje dzieło.
- Nic podobnego. To że potrzebujesz pomocy i z niej skorzystasz nie znaczy, że to nie będzie twoja praca. To niedorzeczne Saro.
- Być może, ale nadal uważam…
- Daj spokój. Zaraz będzie śniadanie. Pewnie Jeffrey zaraz będzie w jadalni. Zatem porozmawiacie o tym przy śniadaniu. Mam do ciebie prośbę. Mogłabyś sprawdzić co ze śniadaniem? A ja zobaczę co u chłopców.
- Ok! Mamo.
Obie ruszyły w swoich kierunkach. Po krótkim czasie już cała rodzina spotkała się w jadalni. Jeffrey’a jednak nie było. Śniadanie było już na stole, i wszyscy pozajmowali swoje miejsca. Sara jednak była zdziwiona nieobecnością Jeffrey’a. Zawsze był zwolennikiem punktualności.
- To dziwne. Jeffrey’a nie ma w jego apartamencie.
- Może jest w kąpieli.
Matka starała się uspokoić córkę widząc jej rosnące zaniepokojenie.
- Mamo. Sądzisz że będąc u niego w apartamencie tego nie sprawdziłam? Byłam nawet w jego gabinecie – w bibliotece również. Wszędzie pusto.
- No to już nie wiem, gdzie on może być.
Vivienne zrezygnowała z dociekania. Steven chwilę się temu przysłuchiwał, zaczynając już jeść. Jednak George, przechodząc koło kredensów w jadalni słyszał rozmowę państwa przy stole. Skoro był nie pytany nie odzywał się. Niemniej przechodząc na moment przystanął przy kredensie.
- George. Czy wiesz coś na temat nieobecności pana w domu?
- Tak lady Saro.
- Zatem?
- Pan prosił państwa o wybaczenie. Nie będzie mógł wraz z państwem uczestniczyć podczas śniadania. Musiał wyjechać w pilnej sprawie. Prosił przekazać, iż będzie się starał być w domu przed obiadem.
- A mówił gdzie się udaje?
- Nie lady Saro.
- Rozumiem.
- Czy będę jeszcze państwu w czymś potrzebny?
- Nie, nie George. Dziękuję. Możesz się zająć swoimi obowiązkami.
Mężczyzna wykonał lekki ruch głową, i ruszył do swoich obowiązków. Męska część już pałaszowała śniadanie. Vivienne również zajęła się jedzeniem. Sara też, lecz wciąż jej myśli krążyły wokół Jeffrey’a. Nie wiedziała gdzie tak z rana mógłby się udać. Nic jej nie mówił, że ma jakieś plany. Zatem nic nie pozostało jak zająć się śniadaniem. Niemal utknęła w martwym punkcie, jeśli chodzi o szósty z dzienników. Opiewał on fragment z życia niejakiego Stanley’a Hampton’a, którego nie ma jak poświadczyć, uwiarygodnić. Koniecznie chciała porozmawiać na ten temat z Jeffrey’em, ale go nie było. Pozostaje tylko zapoznać się z materiałem – sprawdzając notatki i rękopisy Jeffrey’a w tym temacie. Sara nie chciała odkładać dalszej pracy na później. Już i tak szło jej to zbyt wolno – a nie chciała byle jak wykonać swojej pracy.
- Mamo. Chciałbym na dzisiaj zaprosić do nas Maggie. Chcielibyśmy trochę posiedzieć razem. Nie masz nic przeciwko temu?
- A o której kończysz zajęcia w szkole?
- Około czwartej będę miał już luz.
- Czyli obiad masz w szkole – a wziąłeś pod uwagę czas na powrót do domu, naukę?
- Dam radę mamo. Nie jestem już dzieckiem.
- Dla mnie jesteś, choć ty czujesz się już dorosły. Wiesz jednak co myślę o obowiązkach.
- Wiem. Czyli mogę ją zaprosić czy nie.
Vivienne spojrzała na Steven’a dając mu do zrozumienia, że potrzebuje jego pomocy. Thomas doskonale wiedział, iż jak matka nie ma argumentów to szuka ich u ojca. Ten tylko uniósł serwetkę do ust lekko je ocierając.
- Możesz lecz pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Oddalisz się do swego pokoju i zajmiecie się nauką. Uważam że nim wrócisz ze szkoły będzie już grubo po czwartej. A masz jeszcze poza nauką swoje obowiązki – czyż nie tak?
- Tato! Już powiedziałem…
- Takie jest moje stanowisko w tej sprawie. Uważasz że jesteś dorosły to dokonaj właściwego wyboru. Albo chcesz być kimś, albo marnujesz tylko mój czas. A teraz wybaczcie moi drodzy, czeka mnie praca w firmie – mamę zresztą również. Czyli jak będzie synu?
- Ok. zajmiemy się nauką. Może i masz rację tato.
- Może?
Thomas już niemal kończył swoją szkołę. Pozostał mu tylko czas do matury. Miał dość czasu aby się do niej przygotować. Lecz wciąż w jego życiu pojawiała się Maggie. Rodzice widzieli to, i nie byli z tego powodu zachwyceni. Tym bardziej, iż Vivienne po rozmowie z dziewczyną nie miała o niej dobrego zdania. Ona się nie uczyła, i to z własnego wyboru. Z tego co wynikało z jej własnej relacji, ukończyła tylko szkołę w podstawowym zakresie. Natomiast Thomas’i powiedziała, iż się uczy w liceum – choć z jej słów wyraźnie wynikało, iż jej w ogóle nie zależy na nauce. Ta dziewczyna nie kwapiła się do żadnej pracy ani w domu, ani poza domem by choć zarobić na własne utrzymanie – nic. Jednak ostry makijaż wyrażał wyraźnie jej charakter. Nadmiar kosmetyków, dziwna garderoba – no i wszechobecna upartość. To wszystko sprawiło, iż coraz bardziej Vivienne była przeciwna jej kontaktom z jej synem. Obawiała się, iż to może wpłynąć na jego naukę, plany na przyszłość.
- Mamo. On naprawdę ma już swoje lata. Wiem że się o niego martwisz, lecz Thomas wie co ma do stracenia.
Sara starała się uspokoić mamę czując, iż rozmowa zaczyna robić się nerwowa. Jednak kobieta tyko westchnęła. Sara wiedziała o co chodzi i mówiąc szczerze, sama nie pałała sympatią do Maggie. Uznała jednak wybór brata w tej kwestii za jego solenne prawo. Thomas nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Mimo że dostał – co do wizyty Maggie, zgodę rodziców – czuł jednak, iż nie jest ona tu mile widziana. Od poprzedniej wizyty Maggie minęło już trochę czasu. Złe wrażenie jednak pozostało, i kładło się cieniem na każde plany z nią związane. Thomas nie chciał nawet brać pod uwagę rozstania się z Maggie na stałe. To stawało się przyczyną do wielu spięć między nim a jego rodzicami.
Zmienił się. Stawał się bardziej zimny wobec nich, bardziej uparty. Widać było wpływ tej dziewczyny na niego. W tym właśnie Vivienne upatrywała problem. Bała się o syna. Dom znowu opustoszał. Każde z domowników ruszyło do swoich obowiązków. Rodzice pojechali do firmy. Chłopcy Mathev ii Thomas, ruszyli do swoich szkół. Sara natomiast do pracy nad szóstym dziennikiem. W zaciszu własnego pokoju, przeglądała zapiski Jeffrey’a względem poszczególnych osób. Szukała informacji na temat Hampton’a. Szukała jego – być może – istniejących krewnych. Dobrze byłoby w jakiś sposób potwierdzić informacje zawarte w rękopisach. Z nich to dowiedziała się, iż Stanley Hampton nie żyje.
Niestety nie posiadał żadnych krewnych. Jego rodzice zmarli wiele lat temu. On sam był jedynakiem. W posiadłości Stanley’a Hampton’a, pracowało dwoje starszych ludzi. Lecz to było również wiele lat temu. Zatem i oni również nie żyją. Nie jest to komfortowa sytuacja. Sara zaczęła zapoznawać się z tekstem. No i od razu jej ulżyło. Opisywane sytuacje co do Hampton’a, były również relacją lady Mary Agaty Radley. Oznaczało to, iż nie musiała szukać potwierdzeń związanych z nim osób – takowych nie było. To bardzo ułatwiło jej pracę nad tym rękopisem. Rękopis z numerem „6”, okazał się relacją Mary Agathy Radley z przeprowadzonych rozmów, jak i wiedzy jaką posiadała na temat zaistniałych faktów w posiadłości Stanley’a Hampton’a. Rękopis opatrzony był jakby wprowadzeniem, pisanym ręką laty Radley.
„To co dowiedziałam się od mego ukochanego Przyjaciela, przerosło najśmielsze moje wyobrażenia. Gdybym wiedziała – w momencie przyjmowania tej przeklętej przesyłki – iż wywoła ona taką lawinę tragedii, nigdy bym jej nie przyjęła. Wiele lat odczuwałam swoiste poczucie winy, iż mimo tak wielu ostrzeżeń, otworzyłam tę puszkę „Pandory”. Dopiero po latach dotarło do mnie, jaką byłam egoistką. Bo egoistycznym było poszukiwanie rewelacyjnego tematu, nie patrząc na to za jaką cenę. Postanowiłam w tym miejscu zdać relację z tamtych wydarzeń wierząc, iż choć w części spłacę dług wobec mego przyjaciela”.
RĘKOPIS NR. 6 / PRZESZŁOŚĆ.
W całym domu rodziny Radley’w, zapanowała cisza. Nikt jakoś nie krzątał się po domu. Każdy zaszył się we własnym pokoju, i po chwili światła zostały wygaszone. Noc była tak duszna – niemal elektryzująca. W posiadłości Stanley’a Hampton’a natomiast, młody dziennikarz nie mógł długo usnąć. Wstał tedy, i otwierając skrzydła wielkich okien, poczuł powiew rześkiego nocnego powietrza. Nie zapalał światła. Uważał że poprzez światło może przepłoszyć urok migoczących gwiazd na sklepieniu nieba. Świeciły tak wspaniale tak blisko. Wydawało się, iż można je kolekcjonować. Zbierać w pięknych ekspozycjach ku własnej radości. Świeciłyby każdego wieczoru, gdy nie ma się ochoty na sen. Nagle usłyszał szemranie w ogrodzie. Nie widząc niczego co by było niepokojące w ciemnościach, zwyczajowo rzucił zapytanie w czerń nocy.
- Któż tam do licha! Pokaż się!
Rzucił to zawołanie bardziej dla żartu, niż z konieczności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz