Tom II – część 17
- Nic konkretnego. Zbadał go na tyle, na ile mógł. Powiedział, że nie widzi jakichś poważnych anomalii. Stwierdził jednocześnie, że to dziwne – tak to określił.
- Co jest dziwne?
- Stwierdził, iż objawy jakie ujawniają się u Jeffrey’a, nie są adekwatne do wyników badań.
- To czemu go nie zabrali do szpitala? Na miłość Boską!
Kobiecie nie wydawało się to normalne. Skoro coś się dzieje, czego nie może wytłumaczyć lekarz – chorego transportuje się do szpitala.
- Vive! Daj jej spokój. Ona i tak jest wykończona – nie widzisz tego?
- Ale…
- Nie ma żadnego ale. Trzeba iść do niego. Nie wiadomo w jakim jest stanie.
- Wy idźcie a ja jeszcze zaglądnę do kuchni. Nie wiadomo co z obiadem. Ona na pewno nie zje w jadalni – jeśli w ogóle zje.
Vivienne była coraz bardziej poirytowana sytuacją. Wiedziała, że to nie jest błaha sprawa. Inaczej byłby już w stanie coś powiedzieć. Bała się tej niedyspozycji Jeffrey’a bo nie był już taki młody. Lecz nie chcąc myśleć o najgorszym, zajęła się dyspozycjami co do obiadu. Steven z Sarą weszli do sypialni. Jeffrey tak jak go położyła Sara, tak leżał przykryty kocem. Steven powoli doń podszedł.
- Dobrze że śpi Saro. Jak mówią, „sen najlepszym lekarstwem na wszystko”.
- Tak myślisz tato? To nie wyglądało najlepiej.
Steven nie znał się zbytnio na rozpoznawaniu objawów. Położył dłoń na jego czole. Było dość ciepłe, lecz zadziwiły go nerwowe drgania oczu pod zamkniętymi powiekami. To nie wyglądało normalnie. Sara lekko rozchyliła okna, choć nieznacznie. Dzisiejszy dzień kaprysił pogodą. Nie chciała do sypialni wpuszczać chłodnego powietrza.
- Trzeba go przenieść do jego sypialni Saro. On nie…
- Nie tato. Jeffrey zostanie tutaj. Będę miała go na oku. Ja jestem tu obok. Muszę wiedzieć…
- No już dobrze, dobrze. Wiem co mi chcesz powiedzieć. Tylko się nie irytuj. To jeszcze nie jest koniec świata.
Na te słowa do pokoju weszła Vivienne. Steven stał przy łóżku Jeffrey’a. Sara siedziała nań obok niego. Kobieta podeszła i od razu zaczęła przyglądać się leżącemu mężczyźnie.
- Jak on długo śpi Saro?
- Jakąś godzinę, może trochę więcej.
- Pytam, bo jeśli to tylko osłabienie, to powinien się już obudzić. Chyba, że…
- Chyba że co mamo?
Nie czekając na dalszą polemikę córki, kobieta do niego się przysunęła. Nachylając się lekko Poklepała go dłonią po policzku. Ona również zauważyła ciągły ruch jego oczu pod zamkniętymi powiekami. Zaczęła poklepywać go po policzku ponownie.
- Jeffrey’u? Jeff? Obudź się proszę. Otwórz oczy.
On jednak nadal na nic nie reagował. Coraz bardziej Vivienne była zaniepokojona. Docierało do niej, że to nie jest zwykłe osłabienie. Inaczej już by się obudził. Leżał w pościeli Sary bez ruchu. Przykryła go tylko do połowy kocem, nie chcąc by się przepocił. Vivienne odwróciła się na moment w stronę Sary stojącej przy oknie. Gdy nagle Jeffrey – mimo zamkniętych oczu – zaczął skręcać głowę to w jedną to w drugą stronę. Wszyscy słyszeli coraz to rosnący bełkot, wydobywający się z ust mężczyzny. Sara od razu przypadła do łóżka. Vivienne również nachyliła się nad leżącym.
- Jeff! Obudź się. Jeff!
Wciąż poklepywała go po policzku, jednak nic to nie dawało. Sara lekko potrząsała ramieniem Jeffrey’a, i również nic. Na jego czole pojawiły się krople potu. Sara od razu je zauważyła. A za nią spostrzegła to jej matka.
- Słuchajcie! Tu nie ma na co czekać. Trzeba ponownie wezwać pogotowie. To nie jest normalny stan. On powinien się obudzić, choć na chwilę.
- Saro! Dzwoń do szpitala. Niech przyślą karetkę. Tu mu nie pomożemy.
Zdenerwowanie Sary rosło coraz bardziej – zaczęła płakać. Uchwyciła za jego dłoń. Vivienne wiedziała, że tak będzie. Ich łączyło coś więcej niż zwykła Przyjaźń. Bała się o córkę. Spojrzała na Steven’a, ale on już stał przy biurku Sary. Wybijał numer do szpitala.
- Słucham! Wonder House Hospital!
- Tak? Mamy tu chorego. Nie można go dobudzić.
- Oczywiście! Przyjmuję zgłoszenie. Proszę czekać na przybycie karetki.
I kobieta rozłączyła się. Steven odłożył słuchawkę. Sara siedziała przy Jeffrey’u – płakała. Bała się o niego. Vivienne od razu podeszła do córki. Uchwyciła ją za ramię.
- Saro! To może nic poważnego. Uspokój się. Niemniej on musi być w szpitalu. Tu mu nie pomożemy.
- Mamo! Boję się, że…
- Ani mi się waż kończyć. Rozumiesz! Ani mi się waż!
Niemal wyrzuciła to zdanie, ujawniając własne zdenerwowanie. Usiłowała w jakiś sposób pocieszyć córkę, złagodzić jej rosnące przerażenie. Jednak coraz bardziej uświadamiała sobie, że sama ma poważne wątpliwości. Dopiero w takiej chwili dotarło do niej, iż Jeffrey również nie jest jej obojętny. Ten cały czas spędzony w nowym miejscu zrobił swoje. On stał się dla niej rodziną, choć do końca sama tego nie rozumiała. Wtedy przed całą tą burzą zmian była przeciwna niemal wszystkiemu co się tu działo. Obecnie jej zależało. Karetka przyjechała dość szybko. Przybył również ten sam lekarz, który był poprzednio. Tym razem Steven akurat był na dole. Od razu – nie czekając na George’a sam otworzył drzwi.
- Dzień dobry. Państwo wzywali pogotowie. Co się dzieje?
- Proszę do środka. Chory jest na górze.
- Tak, pamiętam. Byłem tu wcześniej tego samego dnia.
- Tak – wiem. Niemniej się dziwię.
- Czemu?
- Iż po zbadaniu pacjenta tak szybko doszedł pan do wniosku, że nic się nie dzieje.
- Proszę posłuchać. Wykonałem…
- To pan niech posłucha. To jest członek naszej rodziny, i nie życzę sobie objawów lekceważenia w jakiejkolwiek postaci.
- Ależ…
- Proszę na górę. Tu jest winda.
Cała czwórka była już na trzecim piętrze. Sanitariusze weszli do sypialni jako ostatni. Lekarz ponownie zaczął badać pacjenta. Vivienne wraz z Sarą przystanęły przy oknie, obserwując dokładnie wszystko co czyni lekarz.
- Nadal uważam, że to bardzo dziwne. Lecz tu nie ma co dywagować. Zabieramy pacjenta do szpitala. Proszę przygotować go do transportu.
Sanitariusze od razu ustawili nosze przy łóżku. Po chwili już leżał na noszach. Sara od razu zaczęła płakać. Nie wytrzymała napięcia. Został od razu przetransportowany do karetki. Lekarz zapakował swoje rzeczy, i skierował się do wyjścia.
- Czy to pan będzie prowadził leczenie pacjenta?
- Nie, nie. Ja jestem tylko z sanitariuszami. W szpitalu od razu będzie miał przydzielony oddział, i lekarza.
- Rozumiem. Proszę jechać. My za moment będziemy w szpitalu.
- Oczywiście.
Karetka odjechała. Sara nie mogła się uspokoić. Vivienne starała się jak może, by wyciszyć jej zdenerwowanie. Usilnie usiłowała załagodzić sprawę. George podszedł do uchylonych drzwi sypialni. Zapukał. Uchylił je bardziej.
- Przepraszam państwa. Chciałem tylko przekazać, że obiad gotowy.
- Tak, dziękuję George. Już idziemy.
- Ja nie będę jadła tato. Nie dam rady cokolwiek przełknąć.
Sara chciała jak najszybciej znaleźć się przy Jeffrey’u. Vivienne jednak uspokoiła córkę, iż jak tylko zjedzą obiad, wszyscy wyruszą do Wonder House Hospital w Stanford. Sama chciała już tam być, ale obiad był już gotowy. Wszyscy zeszli do jadalni, gdzie George – jakby przewidując ich pośpiech – nakazał przygotować – na szybko, niewielkie porcje. Pani Forest uśmiechem nagrodziła go za jego domyślność. Obiad minął niemal w błyskawicznym tempie. Po chwili wszyscy ruszyli, by przygotować się do wyjazdu do szpitala. Steven postanowił również zawiadomić biuro prawne rodziny de Blackstone. Uznał, iż ta informacja winna i tam się znaleźć.
W szpitalu lord Jeffrey de Blackstone, został poddany bardzo szczegółowym badaniom. Wyniki poza nielicznymi wahaniami temperatury, jak i przyśpieszonej pracy serca – okazały się w granicach normy. Zaraz po zawiadomieniu biura prawniczego zadbało ono, by lord Jeffrey Armando de Blackstone, nie umieszczony był razem z innymi pacjentami. Toteż stworzono mu bardzo specyficzne warunki. Jednak z uwagi na fakt, iż jego stan zdradzał symptomy śpiączki, podłączony został do aparatury monitorującej. Musiano podać mu leki uspokajające, gdy ten coraz bardziej – w opinii lekarza prowadzącego – miał dziwne objawy. Były też chwile, gdzie był spokojny – wyglądając jakby spał.
Jednak coraz bardziej zdradzał symptomy, iż coś się dzieje złego. Niemal bez przerwy był spocony, a temperaturę wciąż trzeba było zbijać. Najgorsze jest to, iż nie było dość jasnych przyczyn. Praca serca zdradzała nadmierny wysiłek, jakby właśnie w tym momencie organizm podejmował jakieś obciążenie. Po dłuższym pobycie w szpitalu, unormowano stan zdrowia Jeffrey’a. Niemniej on tylko wiedział, iż nadal coś z nim się dzieje. Czuł że nie jest wszystko w porządku. Już od chwili, gdy wrócił do domu czuł się dziwnie nienaturalnie. Nie zdawał sobie w ogóle sprawy co mogło być przyczyną. Odczuwał dziwny ucisk w piersi, jakby powietrze nagle zgęstniało. Czuł swoisty opór w oddychaniu.
Gdy usiadł w fotelu w gabinecie Sary, nie chciał uwierzyć w to co widział. Wpatrywał się w nią z rosnącą uwagą, lecz jej nie widział. Przed nim stała starsza kobieta z innej epoki. Z początku nie słyszał jej głosu, jednak wciąż on sam stawał się cięższy i cięższy. Kobieta doń się zbliżyła, gdy tylko chciał się unieść z fotela.
WIZJA Z PRZESZŁOŚCI
- Znam cię drogi panie, a raczej znałam ojca twego.
- Ale o co chodzi? Nie rozumiem co pani tu robi?
- Zrozumiesz – chodź ze mną.
Nim Cokolwiek mógł wymówić, ściany jego pokoju jakby zanikały. Widział coraz to rozczłonkowany obraz gabinetu Sary. Przezeń ukazywał się obraz ogrodu. Jednak to nie była jego posiadłość. Kobieta wciąż dłonią wskazywała mu kierunek, co wyglądało jakby go zapraszała.
- Pewnie dziwisz się co tu robisz?
- Nadal nie rozumiem. O co pani chodzi?
- Wiem, że zastanawiacie się z całą rodziną na tym, co się dzieje w twoim domu lordzie de Blackstone.
- Przyzna pani, iż to są dziwne zdarzenia. Ale, ale. Ja panią pamiętam. Pani to lady Mary de Candberry. O pani opowiadała Vivienne.
- Tak to prawda. Muszę doprowadzić do końca to co zostało ukryte przez czas. Wiele się wyjaśniło już przez te wszystkie lata. Ta sprawa jednak jest ostatnią z tajemnic. Ten dom jest domem Steven’a – a raczej Aleksandra.
W tym samym momencie, wokół kobiety roztaczał się rosnący hałas. Mimo, iż kobieta mówiła i mówiła, Jeffrey coraz mniej słyszał. Kobieta jednak wciąż wskazywała dłonią jeden z portretów. Wskazała na umieszczoną pod nim tabliczkę. Tam napis głosił: „Lord Anthony de Candberry”. Pod drugim: „Lady Jaqueline de Candberry”. Oddalając się od Jeffrey’a, wskazywała wciąż swoje ramię – wyraźnie kierując nań jego uwagę. Gdy niemal zniknęła z jego pola widzenia, on sam zaczął odczuwać na szyi rosnący ucisk. Nie rozumiał co się dzieje. Widział wciąż piękne pomieszczenia cudzego domu, lecz co i rusz odczuwał zimno. Rosnące nieznośne zimno. Widok salonów zmienił się w dość ciemne przygnębiające pomieszczenie.
Widział kamienne schody. Kamienne i metalowe ławy. Wielkie drewniane drzwi ze starymi metalowymi zawiasami. Drzwi skrzypiały, gdy on wciąż – mimo woli - do nich się zbliżał. Na jednym ze skrzydeł ujrzał czarną dłoń z rubinowym pierścieniem. Usłyszał głos – męski i dość tubalny. Poczuł ,jak ta sama dłoń ukazywała się na jego szyi. Dusił się – szarpał i wyrywał, mimo to nie mógł się uwolnić. Nagle znowu mu pojaśniał widziany obraz. Znów ujrzał tę samą kobietę. Wciąż się doń zbliżała. Tym razem miała jedno ramie odkryte. Nie mogąc się ruszyć uważnie się w nią wpatrywał. Gdy tylko stanęła na krok od niego, odwróciła się tak, jakby chciała mu je pokazać. Nie rozumiał o co chodzi. Po chwili – gdzieś w oddali dał się słyszeć rosnący hałas. Ona jednak poruszała ustami tak, jakby coś mówiła, coś chciała mu przekazać. Starał się wsłuchiwać uważnie, by wyłapać jej słowa. I usłyszał coś dziwnego.
- Nie obawiaj się człowieka z pierścieniem. Nie walcz z nim. Nie możesz się go bać. On na to liczy. Musisz sobie wybaczyć, to jest twoja siła – twoja przewaga nad nim. To jest twoja broń.
- Ja nie mam sobie nic do wybaczenia. Co mówisz pani?
Gdy tylko wypowiedział te słowa, kobietę otaczał coraz to gęstszy dym – jakby szara mgła. Jej stopy, suknia, coraz to bardziej znikała w kłębach czerniejącej pustki.
- Twoje wątpliwości potęgują jego siłę. On jest częścią twej nieświadomości. Tylko wybaczenie da tobie wolność.
I znowu walczył ze sobą, to z człowiekiem z czarnej pustki, gdzie wyłaniała się tylko jego czarna dłoń. Tyle że tym razem coraz bardziej wyłaniała się jego postać. Nagle zwrócił uwagę na ubranie tego człowieka. Co prawda ukazywał się fragmentarycznie, lecz znał je. Kolory również były mu znane. Nie mógł uwierzyć, lecz przypominały kolory jego herbu. Herbu jego rodu. To przygniotło go jeszcze bardziej do łóżka – w jego wizji do błotnistej ziemi.
- Nadal się bronisz przed prawdą. Musisz sobie wybaczyć, przez to wybaczysz im. To jedyny sposób.
Walczył z tym nieznanym mężczyzną. I jak migawki stawały mu przed oczami znane miejsca. Walczył a jednocześnie miał obrazy czegoś, co wyglądało wręcz inaczej – jednak to znał. Coraz bardziej rozpoznawał te miejsca, choć to daleka przeszłość. Kłębiący się dym docierał niemal do niego. Co rusz padał, i co rusz powstawał walcząc z przeciwnikiem. Kobieta wciąż krzyczała doń tak, jakby dając mu wskazówki. Chcąc dowiedzieć się z kim walczy – wciąż nie widząc twarzy przeciwnika – uchwycił go za ubranie. Szarpiąc go niemal unosił się w powietrzu, coraz bardziej był zdezorientowany przebłyskami miejsc jakie widział. Wyglądało to tak, jakby jego przeciwnik w niego nimi ciskał, czyniąc to rodzajem własnej rozmowy. I znowu ukazywała się mu ta przedziwna kobieta, która tym razem stawała się niesamowicie dlań widoczna. Czerń pustki rozjaśniała się, ustępując światłu kobiety.
- Wykorzystując swoją czystość serca! Twój gniew daje siłę tym demonom. Znasz prawdę – masz ją przed sobą. Musisz dokonać wyboru. Gniew i ciągła walka, albo rezygnacja z całego bagażu złych emocji! Tylko tak go pokonasz – ich pokonasz – siebie ratując.
W tym samym momencie, gdy do głębi zaczął o tym myśleć, ujrzał swoją posiadłość. Nie dowierzając – dane mu było widzieć znane pokoje własnego ojca. Jedna dłoń rozluźniła się z uchwytu walki, i to w tej chwili ujrzał białą długą brodę, długie włosy. Scenę własnej furii, gdy kopał regał w pokoju ojca. Jego twarz stanęła przed jego twarzą – tyle, że w dwóch wydaniach, dwu wersjach. . Niemal identyczne, a jednak inne. Jego ojciec miał białe długie włosy, brodę i wąsy. Ta druga wersja była niemal łysa. I dłoń ojca wskazująca regał. Czarna dłoń wskazująca drewniane drzwi z metalowymi okuciami. W tej sekundzie puścił napastnika, który oddalając się od niego, wyciągnął doń obie dłonie.
Dłonie dwu wersji. Czuł, że opada lekko w dół, pozostawiając wszystko w kłębach pustki. Odczuł ulgę. Najwyraźniej czuł się lżejszy - coraz łatwiej oddychał. Kobieta wciąż stała przy nim, lecz tym razem uśmiechając się przyjaźnie. Wiedziała co się dokonało. Dokładnie widziała wyraz twarzy Jeffrey’a. Nie było innego sposobu na zakończenie walki. Walki, tak naprawdę ze sobą samym.
- Dam tobie odpowiedź w sprawie mego syna chłopcze.
- Jaką odpowiedź?
- Odpowiedź na pytania w sprawie, którą się trapisz. To właśnie chodzi o mego syna. Pamiętaj – znamię chłopcze. Znamię! To jest odpowiedź.
I pokazała mu swoje prawe ramię. Odwracając się od niego wciąż się oddalała. Przyglądał się wytężając wzrok. Ona palcami jednak wskazywała na znamię, które sama nosiła – znamię w kształcie księżyca.
- Pamiętaj – znamię. Księżyc na ramieniu. To odpowiedź – to klucz.
Chciał ją zapytać o wiele rzeczy, lecz już jej nie było. Był sam, choć nawet nie wiedział gdzie. Był jednak Spokojniejszy. Tyle myśli, tyle pytań krążyło mu w umyśle. Odczuwał ogromne zmęczenie, jednak jego ciężar, jakby malał. Wciąż jakaś siła przemieszczała go w inne miejsca, otulając białymi kłębami jego ciało. Czuł jak niewidzialne dłonie wciąż go pochwytają, lekko nim potrząsając. Na twarzy odczuł przyjemny chłód, i poddawał się mu bez ograniczeń. Poczuł w ustach zimny mokry smak. Uległ. Jego ciało ogarnięte ogromnym wyczerpaniem, niemal bezwiednie opadło w najdalsze granice kłębiącej się mgły. W umyśle widział znaną twarz ukochanej Sary, która się nad nim nachylała.
Gładziła jego włosy z prawej strony. Czuł jak spływa na niego wielka miłość – wielki spokój. Widział wokół siebie wyłaniające się z jaśniejącej mgły postaci. I tą jedną przy sobie – blisko. Poczuł, jak jakaś dłoń pochwyta jego dłoń, i unosi do swoich ust. Całuje jego dłoń. Czuł, jak ją przytula do swojej twarzy, i to w tym momencie palce jego drgnęły. Zacisnął lekko swoją dłoń na jej dłoni. Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Oczy, coraz bardziej rozchylały się, ogarniając widok w koło.
- Jesteś mój kochany! Jesteś nareszcie. Tak się bałam.
- Sara? Co się dzieje? Co się stało?
- Zasłabłeś. Potem straciłeś przytomność, lecz już jest lepiej.
Po drugiej stronie łóżka stał lekarz z pielęgniarką. Odczytywał dane z aparatury monitorującej. Widać było, iż był bardzo zaabsorbowany wynikami. Podszedł do pacjenta bliżej. Wykonał parę czynności kontrolujących stan jego zdrowia.
- Jak się pan czuje drogi panie?
- Trochę zmęczony.
- Nieźle nas pan przestraszył. Nadal podtrzymuję swoje zdanie, że stan pana zdrowia w porównaniu z pańskimi wynikami nie ma nic wspólnego.
- To znaczy doktorze?
Odezwała się Sara zaraz po słowach lekarza. Nie czekała na to co on powie. W tamtym momencie z wielką siłą uświadomiła sobie, co ich tak naprawdę łączy. Była już pewna, że łączy ich nie tylko Przyjaźń. To coś o wiele więcej – ogromna miłość. Dotąd się obawiała, iż to może być ingerencja Mary. Obecnie jednak była już pewna, że nie miała ona z tym nic wspólnego. Jej wizyty – tak nieoczekiwane – dawno ustały. Jedynie obawa pozostała. W momencie kiedy to sobie uświadomiła, odczuła wewnętrzny spokój. Dziwne to odczucie. Zważywszy na to, iż tak długo odpierała – wzbraniała się przyznać do tego, co czuje. Obecnie patrząc na Jeffrey’a, doskonale już wiedziała. Niemal oderwała się od rzeczywistości tu i teraz. Gdy tylko oprzytomniała, od razu zwróciła twarz w stronę lekarza. Ten tylko się uśmiechnął.
- Widzę, że wszystkim nam udzieliła się radość z powodu przebudzenia się naszego podopiecznego.
- To prawda doktorze. To prawda.
Tym razem zaznaczyła Vivienne. Również bardzo poruszona faktem stanu zdrowia Jeffrey’a. Cieszyła się, choć niemal od razu zaczęła odczuwać nieodparte wrażenie, iż to nie koniec kłopotów. Wciąż miała na myśli dalszy los córki. Dyskretnie spoglądała nań z obawą, że w ich przypadku to nie jest li tylko zwykle zauroczenie. To nie jest fascynacja starszym dobrze zbudowanym mężczyzną o wielkim stopniu zaradności i inteligencji. Nie wierzyła w fakt, iż jego majątek miał tu jakiekolwiek znaczenie. Choć niewątpliwie jest to bardzo ważnym aspektem. Sara była młodą kobietą przed którą życie stało otworem.
Ona dopiero wchodziła w nie - niczym przez szeroko otwarte skrzydła. Czuła również rosnącą bezradność wobec tego co widziała. Starała się by jej dyskrecja – niczym woal – kryła jej uczucie w stosunku do tego mężczyzny. Vivienne jednak doskonale to widziała. Spojrzenie córki na niego, jej dotyk, sposób trzymania jego dłoni z lekkim dyskretnym pogłaskiwaniem palcami jej górnej powierzchni. To niuanse jednak świadczące o tym, iż to wielkie uczucie. Kobieta stała rozmyślając nad własnymi wątpliwościami nie zauważając, iż Sara przypatruje się jej bardzo uważnie. Musiała zauważyć, iż jej mama – pochłonięta rozmyślaniem – niemal wyłączyła się z rozmowy.
- Czyli co – na obecną chwilę – pan zaleca doktorze?
- W tej chwili zlecę wykonanie – powtórnie – kompletu standardowych badań, niezbędnych w tym przypadku. Od ich wyniku zależy – choć mniemam, że będzie wszystko ok. – kwestia konieczności pozostania pacjenta w szpitalu, czy też będzie mógł wrócić do domu.
- To wspaniała wiadomość doktorze.
Siedząca obok Jeffrey’a Sara, od razu bardziej uścisnęła trzymaną jego dłoń. Jej radość emanowała niemal z jej całej postawy. Nie sposób było tego nie zauważyć. Po chwili gdy tylko doktor opuścił pokój, wszedł doń David. Ogromnie ucieszony widząc swego pana w pozycji pół siedzącej. Od razu wtoczył do pokoju przenośny kuferek na kółeczkach. Przeprosił oboje Forest’w by dotrzeć do blatu szafki. Od razu znalazł się nań wspaniały kryształowy dzban z kompotem. Srebrne pojemniki z przekąskami. Jeffrey przyglądał się wszystkiemu z wielkim sentymentem – co i rusz się uśmiechając. David zadbał o wymianę garderoby swego pana – nawet nie czekając na jego reakcję – zwinnie wymienił bieliznę na świeżą. W szafie na wieszakach znalazł się czysty garnitur z koszulą. Czyste pantofle. Szlafrok wiszący w końcu łóżka, natychmiast wylądował w kuferku. Na jego miejscu znalazł się nowy, elegancki – pachnący świeżością.
- Davidzie. Jeszcze tak trochę to rzeczywiście nie będzie mi się chciało stąd ruszać.
- To właśnie dla zdrowia sir. To wszystko z naszego chowu – zdrowe. Nic ze sklepu.
- Wiem Davidzie, wiem. Lecz ja – da Bóg – wracam do domu.
Starszy mężczyzna wyprostował się na te słowa, i aż pojaśniała mu twarz. Widać było, iż w nim również rosła radość.
- Oj, dałby Bóg sir! Dałby Bóg! To będzie wielka radość w domu. Wielka radość.
Drzwi wejściowe do pokoju rozsunęły się, i weszła doń pielęgniarka – za nią druga z doktorem.
- Drodzy państwo. Obecnie mamy komplet badań do wykonania. Będziemy zmuszeni państwa przeprosić. Myślę, że pacjent również winien wypocząć.
- Naturalnie doktorze, naturalnie. Oczywiście jutro z rana będę tu w szpitalu. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku.
- Jestem niemal tego pewien – lecz to się Okaże po badaniach.
Lord Jeffrey de Blackstone uchwycił dłoń Sary. Tym razem mocno ją przyciągnął do siebie. Nie obawiał się reakcji reszty osób. Usiadła na jego łóżku, i zatopiła się w jego objęciach. Gorący pocałunek uwieńczył wszystko. Była szczęśliwa. Tak, jak zalecił doktor – wszyscy opuścili szpital. Co prawda Sara z ciężkim sercem opuszczała pokój Jeffrey’a – ale ustąpiła. Postanowiła odpuścić dla jego dobra. No i doktor stanowczo nalegał. Badania przebiegły planowo – choć były dość męczące. Wciąż podobne pytania. Wciąż ktoś robił przy nim coś, na co on niekoniecznie mógłby się zgodzić. To jednak było niczym w porównaniu z tym co miał w głowie.
Wciąż rozpamiętywał to, co przeżył gdy będąc nieprzytomny. Za nic jednak nie potrafił sobie przypomnieć końcówki wizji. Pamiętał niemal całość. Lecz nie pamiętał tego, o czym mówiła ta nieznana kobieta. To tak, jakby ktoś właśnie to wymazał z jego pamięci. Wciąż zastanawiał się czy to źle, czy dobrze. Może to było bez znaczenia, niemniej dlaczego nie zapomniał całości? Czemu akurat nie dane mu było zapamiętać tej części wizji? Coraz bardziej go to męczyło. Nawet nie interesował go cały plik wyników, z którymi lekarz zjawił się wieczorem w jego szpitalnym pokoju. Owszem – czytał mu, jednocześnie dyskretnie analizując reakcję Jeffrey’a – a raczej na jej brak.
Coraz bardziej go to zastanawiało. Pacjent zdawał się być czymś pochłonięty – bo jego apatyczny nastrój, nie mógł wynikać ze złego stanu zdrowia. Chwilkę się tak przyglądał - chciał też o to zapytać – zrezygnował.
- Obecnie pozostawimy pana samego. Myślę, że wymęczyły go te wszystkie badania.
Wypowiedział tę kwestię celowo chcąc sprowokować go do rozmowy, lub chociaż do poświęcenia swojej uwagi. Jednak to na nic. Dopiero gdy obie z pielęgniarek wyszły, lekarz skierował się do wyjścia jako ostatni.
- Już pan skończył doktorze? Przepraszam! Zamyśliłem się nieco, i stąd brak mojej uwagi na to, co dzieje się w koło mnie.
- Zauważyłem. A co do pańskiego pytania – tak! Zakończyliśmy już badania. Mam już pańskie wyniki. Jedynie oczekuję na wyniki z laboratorium.
- I jaka jest pańska diagnoza doktorze?
- Tak jak przypuszczałem. Pański stan zdrowia jest zadowalający. Serce pracuje w granicach normy – choć nie powiem – w czasie, gdy był pan nieprzytomny – szalało niesamowicie. Musieliśmy zastosować środki zbijające ciśnienie, jak i środki silnie uspakajające. Gdyby nie pański brak przytomności można by rzec, iż był pan w ogromnym wzburzeniu.
Lord de Blackstone nic nie odpowiedział. Wiedział dokładnie co się działo. Co mogło być u niego przyczyną wzrostu ciśnienia krwi.
- Wyniki z laboratorium będziemy mieli z rana, lecz proszę się nie niepokoić. Z tego co już widzę, wszystko jest w porządku. A obecnie jak się pan czuje?
- Trochę zmęczony, a poza tym jest dobrze. Nie narzekam.
- W takim razie pozostawiam pana tu na resztę wieczoru. Pielęgniarka przyjdzie jeszcze zbadać panu ciśnienie, i temperaturę – to, gdzieś za pół godziny. Proszę zatem odpoczywać i niczym się nie martwić. Stres tu jest najmniej wskazany.
- Rozumiem.
- Zatem do zobaczenia z rana. Miłego wieczoru – jeśli mogę tak powiedzieć.
- Zapewne.
Doktor wyszedł. Lord Jeffrey de Blackstone nadal źle się czuł. Nie z powodu stanu zdrowia, lecz coraz bardziej tęsknił. Jego pobyt w szpitalu nie należał do długich, lecz tęsknił za Sarą, za domem, za resztą rodziny. Gdy został sam w szpitalnym pokoju doskwierała mu samotność. Wewnętrznie bronił się przed tym uczuciem. Zawsze tę sferę uważał za słabość, jeśli chodziło o innych – u siebie, to była nowość. Wciąż nie dawało mu spokoju to co przeżył wcześniej. Nie spodziewał się takiego przeżycia. Coraz bardziej coś mu mówiło, iż znowu los szykuje mu niespodziankę. Zastanawiał się dlaczego wciąż się tego obawia. Czuł to wyraźnie, czuł obawę graniczącą z lękiem.
Coraz bardziej to odczucie go nurtowało. Strach, lęk, obawa. Po co? Czego? Kogo? Powieki znowu stawały się ciężkie. Opadając zawężały mu widok pokoju. Co i rusz je podrywał ku górze, niczym motyl skrzydła. Obawiał się zasnąć. Nie chciał zasnąć. Przez to co przeżył – sen był czymś dlań wrogim.
- Gdybyż tu była Sara.
Wypowiedział te słowa, i niemal od razu schował twarz w dłoniach. Łzy potoczyły się subtelnym strumieniem, co i rusz wyrywając mu z serca cichy szloch. Spoglądał w okienne szyby, które zabarwione ciemnością nocy nie dawały ukojenia. Położył się wygodnie w pościeli. Przygaszone światło pokoju, dawało ukojenie oczom. Bronił się przed uśnięciem. Walczył z powiekami, które uporczywie opadały. Usnął. W tym samym czasie w posiadłości lorda Jeffrey’a de Blackstone – cała rodzina zjadła kolację.
Chłopcy już od dawna nie wymagali tak wielkiej kontroli, jak to bywało niegdyś. Stali się samodzielni na tyle, iż Vivienne jak i Steven – bacznie się przyglądając ich poczynaniom – dyskretnie kontrolowali to co się dziej wokół nich. Sara była wciąż przygnębiona. Przy kolacji bardziej się zmuszała do jedzenia bacząc na to, by nie odejść od stołu głodna. Vivienne doskonale to rozumiała, co jest tego powodem. Steven udał się do własnego gabinetu, lecz ona podążyła za córką.
- Saro! Chciałabym z tobą porozmawiać.
- Mamo! Nie mam dzisiaj już na cokolwiek chęci.
- Wiem kochanie. Ta sytuacja z Jeffrey’m…
- Tak to nazywasz? Sytuacja z Jeffrey’m? Mamo! To człowiek, którego kocham! Człowiek, który odmienił moje – ba! – nasze życie. A ty mówisz sytuacja?
- Wybacz. Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że widzę jak jesteś tym przygnębiona. Serce mnie boli na myśl, że miast się radować, żyć, rozwijać – ty zamartwiasz się rzeczami, którymi….
- Którymi co? Którymi co mamo! Co chcesz mi powiedzieć? Że nie powinnam zamartwiać się zdrowiem Jeffrey’a, że on jest za stary? Nie dla mnie. Co jeszcze mamo?
- Saro.
- Nie mamo! Dosyć! Dotąd obawiałam się tego uczucia. Obawiałam się jego osoby właśnie dlatego, że przez chwilę myślałam tak jak ty mamo. Miałam wątpliwości co do wiarygodności tego co się dziej ze mną, z nim – z nami. Lecz to już przeszłość mamo. Coś ci powiem. Gdy tam przy nim siedziałam, trzymając jego dłoń przy moich ustach – bałam się – rozumiesz? Ogromnie się bałam. Czy tak zachowuje się człowiek wobec kogoś, kto jest mu obojętny? Zrozumiałam wtedy, że go kocham. Tak mamo! Kocham! I niemal umieram, gdy on jest tam sam – a ja tutaj. Nie umiem opisać tego uczucia które mam w sobie.
W tym momencie dziewczyna zaczęła szlochać. Od razu ruszyła na schody, by ukryć swoją słabość – Vivienne była szybsza. Pochwyciła ją za dłoń nie dając jej się wyrwać. Spojrzała jej w oczy z taką żarliwością, jak tylko matka potrafi. Przyciągnęła ją do siebie tuląc w ramionach. Sara nie miała siły się wyrywać. Szlochała raz po raz, czując ogromny ból w sercu. Tęskniła tak ogromnie, iż nie umiała nad tym zapanować. Matka odprowadziła ją do jej pokoju. Wiedziała teraz, iż nic nie dadzą spory z córką w temacie słuszności jej decyzji. Zrozumiała, iż jej córka musi to przeżyć, doświadczyć sama na sobie. Inaczej znienawidzi i siebie i innych. Powróciła do swego pokoju. Steven był już w piżamie, i leżąc w łóżku przyglądał się żonie.
- Nadal trapisz się Sarą?
- Przytul mnie Steve! – proszę. Inaczej zwariuję.
Oboje położyli się, nakrywając się pościelą zdobioną wspaniałym haftem. Steven przygasił światła. Jedynie światło księżyca, zaglądało przez znajdujące się w sypialni okna. Tulił ją tak mocno, a zarazem tak delikatnie, jak tylko potrafił.
- Powiesz mi o co poszło?
- Nie wiedziałam…, nie sądziłam, że …, to jest tak wielkie uczucie. Ona go kocha Steve! Powiedziała mi to przed chwilą – ba! – wykrzyczała. Muszę to zaakceptować. Musimy ją wesprzeć.
- Wiem moja droga, wiem! Dlatego już dawno zrozumiałem, że oni giną bez siebie. Dawno to zauważyłem, ale co zamierzasz?
- Boże! Nie wiem. Gdybym wiedziała, jak postąpić by było dobrze. Znasz moje poglądy w tym temacie.
- O tak! Znam. Wybacz! Lecz czy można tobie przetłumaczyć Cokolwiek. Jeśli ty sama uważasz, że masz rację?
- No tak lecz nie sądziłam…
- Vive! Czy teraz dasz sobie coś wytłumaczyć? I to bez atakowania własnymi racjami?
- Czyli to teraz moja wina?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz