Tom II – część 2
Podeszła doń energicznie uważnie wpatrując mu się w oczy. Wiedziała o co chodzi. Pamiętała jego opowieść na temat jego własnych przeżyć. Pamiętała, jak bronił się przed przebywaniem właśnie tu na tym tarasie. Doskonale rozumiała, że kosztowało go to wiele wysiłku.
- Co masz na myśli Saro?
- Mówiąc, że oddajesz nam w prezencie ten taras jednocześnie dajesz do zrozumienia, że nie będziesz chciał tu przebywać. Już jakiś czas minął od chwili gdy poznaliśmy prawdę o tym, że jesteśmy rodziną. Każde z nas jest rodziną dla drugiego. W takim razie i dla ciebie. A skoro tak, to nie może być prezentem coś co należy do rodziny – do ciebie również.
- No tak, ale…
- Jesteś naszą rodziną, i pamiętaj o tym wuju. Sam powiedziałeś, że bardzo tobie na tym zależało. Stąd twoje starania, poszukiwania. Wiem, że jestem tylko młodą dziewczyną, i być może nie mam wiele do powiedzenia w tej kwestii – wybacz – ale nie pozwolę więcej byś był samotny. Nie zasłużyłeś na to. Pokazałeś sobą kim naprawdę jesteś. I albo jesteśmy rodziną z prawdziwego zdarzenia i będziemy razem, albo to wszystko nie ma sensu.
Na tarasie zapanowała cisza. Przemowa Sary wywarła na wszystkich ogromne wrażenie. Sam lord de Blackstone był tym tak wzruszony, że musiał od razu wycofać się z tarasu do środka budynku. Nic nie mówiąc chrząknął raz i drugi. Vivienne spojrzała na Steven’a – później na córkę.
- Saro on wiedział o tym. Może nie potrzebnie tak ostro to wyłożyłaś.
- Mamo! Nic się nie stało. Dajcie mi chwilę. Ja z nim porozmawiam.
- Ale…
- Mamo!
Vivienne już nic nie mówiła. Skierowała się w stronę balustrady. Wiedziała, że jej córka zdoła to załatwić, jak nikt inny. Spoglądała na zewnątrz tarasu. Wciąż rozmyślała o słowach Jeffrey’a, i była mu za nie wdzięczna. Dopiero patrząc z góry zwróciła swoją uwagę na wielki ogród w koło tarasu był martwy. Rośliny w nim dawno uschły. Krzewy zdziczały. Jedynie alejki gdzie nie gdzie ukazywały swój bieg. Trzeba by mocno użyć siły wyobraźni, by rozpoznać pierwotny wygląd. Poczuła coś na kształt rosnącej siły działania. To samo czuła wtedy, gdy przejęli dom po jej rodzicach. To uczucie narastało w niej z coraz to większą siłą. Sara podążyła za wujem.
Zamknąwszy za sobą szklane drzwi, spojrzała na dół ale tam nikogo nie było. Dopiero gdy weszła na drugie piętro, zauważyła otwarte drzwi do jednego z pokoi. Podeszła doń niepewnie. Zobaczyła lorda de Blackstone stojącego tyłem do niej przy Oknie. Przez ułamek sekundy nie wiedziała jak zareagować – jak postąpić. Co prawda – można by rzec – dopiero co go poznała ale wyczuwała między nimi coś szczególnego. Nie umiała tego nazwać - określić. Po prostu to czuła. Podchodząc do niego Spokojnie czuła pustkę. Mimo że była młodą dziewczyną po studiach, jednak jak na swój wiek była też bardzo dojrzałą osobą. Kończyła właśnie dwudziesty piąty rok życia.
Jej zachowanie jednak w ogóle na to nie wskazywało. Jej osąd sytuacji, energia jak i trafność – szybkość podejmowania decyzji – stanowiły o dojrzałej kobiecie. Podeszła doń Spokojnie uchwyciła go za ramię, chcąc odwrócić go w swoją stronę. I w tedy zobaczyła łzy na jego policzkach. Poczuła ukłucie w sercu. Coraz bardziej pochłaniało ją uczucie swoistego żaru. Gdzieś z jej wnętrza wydobywała się siła, której dotąd nie rozumiała. Siła która rosła gdy tylko była przy nim.
- Wuju!
Nie odzywał się. Nawet się doń nie odwracał tak jakby wzbraniał się przed tym, iż ona może zobaczyć go w takim stanie. W tym momencie uległa sile własnych odczuć.
- Jeffrey’u! Spójrz na mnie.
Na dźwięk głosu Sary od razu się odwrócił. Błyskawicznie spostrzegła w jego oczach wielki ból. Mimo posiadanego wieku – w jej oczach nie wyglądał na starego człowieka. Co prawda jego włosy nosiły już ślady czasu – ale mimo to były wciąż gęste i bujne. Nie straciły swojej barwy. Niewiele był wyższy od niej, jednak posturą wyglądał przy niej jak tur. Lord de Blackstone był zawsze dobrze zbudowany – wiedziała o tym. Wyczuła to gdy ją wcześniej przytulał. Jednak wpatrując się w nią – czuła – jakby nie ją widział.
- Powiesz mi co się stało?
Nic się nie odezwał. Wyglądało to tak, jakby – mimo, że patrzył jej prosto w oczy – przebywał gdzieś w innym miejscu – gdzieś w innej rzeczywistości. Nie czekając na nic uniosła dłoń w kierunku jego twarzy. Delikatnie dotknęła jego policzka ocierając jego łzy. Nie chciała nic mówić. Czuła jego ból w ogóle nie wiedząc, dlaczego tak się dzieje. Nagle uchwycił jej dłoń - tym razem patrząc jej w oczy.
- Saro! Co robisz?
- Wybacz mi proszę ale chciałam wyjaśnić to, co powiedziałam tam na tarasie. Ja…
- Nie ma czego tłumaczyć Saro. Ty nic nie zawiniłaś. To ja. To moje koszmary.
- Posłuchaj mnie Jeffrey’u. Nie wiem co przeżyłeś w przeszłości. Mogę tylko wierzyć, że kiedyś mi o tym opowiesz. Niemniej mnie chodziło tylko o to, że jesteśmy rodziną. Ty jesteś wujem – choć prawdę mówiąc do końca nie wiem, jakie w rzeczywistości jest to pokrewieństwo. Nie znam się na tych wszystkich powiązaniach. Dla mnie jesteś Jeffrey’m, i to się liczy.
- To znaczy? Nie rozumiem Saro. Co chcesz mi powiedzieć?
Nagle wyrwała dłoń z jego dłoni. Uczyniła dwa kroki w stronę okna, potem ruszyła w stronę drzwi. On błyskawicznie analizował to co tu i teraz się dzieje.
- Saro! Poczekaj proszę! Nie odchodź!
- Dlaczego mam nie odchodzić? Dlaczego Jeffrey’u? Ty masz swój świat, swoje wspomnienia, marzenia, myśli. A ja…
- Bo ja o to proszę. Czy tobie to wystarczy?
- Czy wystarczy? Ty się mnie pytasz, czy wystarczy? Nie wiem Jeff! Nie wiem. Coraz bardziej boję się tego co czuję.
- O czym ty mówisz? Na miłość Boską!
- Nie chcę o tym mówić. Przyszłam tu za tobą bo nie chciałam byś był sam. Byś nie cierpiał. Wiem, że cierpisz.
- Skąd to wiesz?
Dziewczyna wykonała dwa kroki w kierunku fotela. Nagle obróciła się w jego stronę. To co się z nią działo, wyglądało dość dziwnie. Coraz bardziej jej się przyglądał. Dziewczyna nagle wyprostowała się niczym struna w gryfie gitary. Pochwyciła swoje splecione włosy i jęła je delikatnie, acz energicznie rozplatać palcami. Stał jak porażony. Zupełnie nie wiedząc, jak ma zareagować. Gdy skończyła rozplatanie włosów – wykonała specyficzny ruch głową. Jego uwaga od razu się wyostrzyła. Coś go przyciągało do tej dziewczyny. Coś kazało mu wpatrywać się w to co ta czyni. Nagle uznał, iż zna ten ruch, ten gest. Poczuł żar w sercu, jak tylko zaczął sobie uświadamiać skąd go zna. Jej dłoń spoczęła na oparciu fotela tak jakby głaskała, gładziła jego powierzchnię – lecz za moment miała ulecieć w powietrze.
- Znam ten ból lordzie de Blackstone.
- Co ty mówisz!? Dlaczego ty…
- Nadal nic nie rozumiesz? Znam ten ból – on jest moim bólem – Jeff! Przypomnij sobie redakcję, przesyłkę Hampton’a, i…
Na te słowa cofnął się. Był niemal o dwa kroki od dziewczyny z którą rozmawiał. I w tej właśnie chwili nagle zrozumiał. Dotarło do niego, że nie rozmawia z Sarą. Nagle spostrzegł jej sugestywne lekko podniesione załamane brwi. Jej wzrok uniósł się w górę, ukazując długą, smukłą szyję. Chciał wyjść, uciec od niej – a jednocześnie nie mógł. Był pochłonięty rosnącym żarem, który – jak już dawno sądził, wygasł.
- Widzę, że wreszcie zrozumiałeś Jeff.
- Mary!?... Boże! Mary! Ale to nie możliwe. Czy ty…
- Nie mój drogi, nie. Nie jestem tu po to, by ciebie dręczyć.
Patrzył na nią. Jego uwaga była niemal pochłonięta tym, jak dziewczyna się porusza – niczym płynąc po jego pokoju. Łzy potoczyły mu się po policzkach z rosnącą siłą. Nie mógł się opanować. Niemal szlochał choć tego z całych sił nie chciał. Podeszła doń kładąc mu lewą dłoń na policzku, a prawą na jego sercu.
- Jestem tu po to by prosić ciebie o wybaczenie.
- Ty mnie? Nie masz mi co wyjaśniać Mery. To ja jestem winien! Ja zawiniłem – słyszysz?! Ja!
- Posłuchaj. Niemal całe życie byłam w błędzie. Teraz wiem, że ty nie miałeś nic wspólnego z tamtą tragedią. Lecz to się już nie wróci kochany, ty musisz żyć dalej.
- Ale nie wiem, czy ja chcę Mary! Bez ciebie nic nie ma sensu.
- Ma! Nawet nie wiesz jak się mylisz. To od ciebie zależy. Mieliśmy swoją szansę Jeff – choć na krótko. Nikt nie mógł przewidzieć, że tak to się skończy. Lecz ty masz szansę. Masz szansę. Jedynie musisz ją dostrzec.
- O czym ty mówisz?
Jednak ona nic nie odpowiedziała. Podszedł do niej wpatrując się w jej oczy bardzo uważnie. Chciał ponownie zapytać jednak dziewczyna zachwiała się. Jej dłoń nagle ześliznęła się z oparcia fotela. Pochwycił ją chroniąc by nie upadła. Zatopiona w jego objęciach była zupełnie oszołomiona. Trochę czasu zajęło Sarze by dojść do siebie. Wpatrywała się w niego jak w obraz. Po czym spojrzała na siebie. Dłonią uniosła kosmyki własnych włosów, które luźno spadały jej na ramiona.
- Jak się czujesz? Już jest ci lepiej?
- Czemu? Ja czuję się dobrze. Dlaczego mam źle się czuć - czemu pytasz?
- No bo chwilę trwało nim mogłem się z tobą porozumieć.
- Jak to porozumieć? Co prawda czuję się dziwnie oszołomiona, ale nic poza tym.
- Nie ważne Saro! Tak dla przypomnienia. Pozostawiliśmy twoich rodziców i braci na tarasie – pamiętasz?
- No tak. Ale nie powiedziałeś mi, czy się na mnie nie gniewasz.
- A za co miałbym się gniewać? Wręcz przeciwnie. To było dla mnie miłe zaskoczenie. Przecież wiesz co czuję przebywając na tarasie. Wspomniałem tobie o tym…
- Wiem i właśnie dlatego to powiedziałam. Nie chcę byś przebywał sam lub byś nie mógł korzystać z tego tarasu.
- Dlaczego wciąż wydaje mi się, że coś chcesz mi powiedzieć. Czemu tobie tak na mnie zależy?
- Bo cię lubię? Bardzo lubię. Czy to takie dziwne?
- Miło mi to słyszeć…, ja również…
Nie dokończył bo do pokoju wszedł Steven. Spojrzał na obojga. Lord de Blackstone wciąż trzymał Sarę za ramiona. Nawet tego nie zauważył, że wciąż ją w ten sposób trzyma. Gdy to sobie uświadomił, od razu opuścił dłonie.
- Coś mnie ominęło Saro? Czekaliśmy i czekaliśmy. Co się dzieje?
- Nic szczególnego. Właśnie wyjaśniałam wujowi tę sytuację na tarasie gdy zakręciło mi się w głowie.
- Czy teraz dobrze się czujesz?
- Jest Ok tatku - wracamy do reszty. Mama pewnie się niecierpliwi.
- I to jeszcze jak, lecz myślę, że to nie to. Vivienne jest zachwycona Jeff tym, czego dokonałeś tu w domu. Jej się tu wszystko podoba. Nachwalić się nie może.
- Cieszę się. Niemniej jest jeszcze coś.
- Tak?
- Przygotuj się na pełną ingerencję Vivienne co do ogrodu. Stojąc na tarasie długo się mu przyglądała.
- No tak, wiem. To obraz nędzy i rozpaczy. Mówiąc szczerze ja na to liczę. Wiem że Vivienne ma do tego talent. Chodźmy zatem bo zaraz nam wszystkim się oberwie.
Ruszyli do wyjścia z pokoju. Vivienne włącznie z synami była na schodach, gdy na szczycie drugiego piętra pojawił się Steven z Jeffrey’m i Sarą. Obaj uśmiechali się do niej życzliwie.
- Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku?
- W należytym Vive, choć musiałem ich wyciągnąć z pokoju. Inaczej zagadali by się do rana.
- Zatem jeśli jest wszystko w porządku pokażę wam, jak urządziłem własne piętro. Mam tu dla siebie łazienkę, toaletę, sypialnię, garderobę, własny salon, gabinet. Nie ma tego dużo. Z uwagi na to, iż jestem sam – w sensie na tym piętrze – stąd nie potrzeba mi wiele.
- Wiesz że to nie prawda. Rodzina – pamiętasz.
Sara znów wypaliła swoją kwestię, ale tym razem przyciszonym głosem. Mimo to usłyszał jej słowa. Stał obok i poczuł lekki kuksaniec w bok. Nie spodziewał się tego, ale wydało mu się to miłe uczucie. Wystrój wszystkich wnętrz był imponujący. Co prawda pozostały akcenty minionej epoki w stiukach, sztukateriach, obrazach. Wszędzie jednak był prąd, centralne ogrzewanie. Poznikały szarfy przy drzwiach zastąpione domowym telecomem. Sypialnia lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone utrzymana była w odcieniach żywo niebieskiej barwy i bieli. Salon utrzymany był w odcieniach zieleni. Łazienka i toaleta nosiły barwę jasnego marmuru, i barw bursztynu.
Kochał te kolory. Tu również zawitała elektronika w postaci wierzy do słuchania muzyki, tv. Zakupił sobie również komputer, co było w jego mniemaniu dość niecodzienną decyzją. Nie znał się na tym dobrze, lecz Matthev i Thomas’m namówili go do tego zakupu. Zapewnili go, iż zajmą się jego edukacją w tej mierze.
- A co jest po drugiej stronie Jeff?
- Proszę bardzo. Tu przeniosłem bibliotekę z pierwszego piętra – tę mniejszą. Przeniosłem też bibliotekę rodzinną - czyli archiwum. Wy potrzebowaliście więcej miejsca a ja jestem sam.
- Cudownie to urządziłeś, lecz zasłony i firany będę musiała sama zaaranżować. Te tutaj są zbyt ponure. No i nie ma tu żadnej roślinności. To koniecznie trzeba będzie zmienić.
- Tak myślisz?
- Jestem tego pewna, ale to zależy tylko od ciebie Jeffrey’u. Wybacz jeśli zbytnio mnie ponosi w tym względzie.
Vivienne Forest była w swoim żywiole. Już wewnątrz siebie planowała każdą rzecz, która nie pasowała – według niej oczywiście. Doskonale wyczuwała te delikatne niuanse tworzące istotną harmonię w pomieszczeniach. Lord de Blackstone z zadowolenia aż mrużył oczy. Wiedział, że nie ujdzie to uwadze Vivienne. Słusznie wnioskował, iż ona od razu podkreśli brakujące elementy wnętrz. O to mu chodziło. Sprawdzić czy zależy jej na tworzeniu nowego miejsca do życia. Czy tylko chce ona dociec słuszności swej decyzji. No i miał odpowiedź.
- Moja droga! Co prawda ta kondygnacja jest przeznaczona dla mnie, ale ty jesteś tu ekspertem. Zatem jakże mógłbym się na ciebie gniewać - wręcz przeciwnie. Liczę na twoją opinię. Mam nadzieje, że w tym domu zajmiesz się doprowadzeniem tego do porządku. Tu – co prawda – jest wiele służby, lecz liczę na to, iż ty się tym zajmiesz.
- Dziękuję Jeffrey’u. Bardzo chętnie się tym zajmę.
- Tuż przy bibliotece rodzinnej mam własny gabinet. Będę mimo wszystko potrzebował miejsca do załatwienia wszelkich spraw, które muszę załatwiać sam. A teraz chodźmy wyżej. To piętro jest niespodzianką.
Oprócz Sary i Jeffrey’a nikt nie wiedział o co chodzi. Sara tylko spojrzała mu w oczy, i oboje lekko się uśmiechnęli. Jednak nawet ona nie wiedziała, jak i co zostało zrobione. Nie miała pojęcia, jak będzie wyglądało trzecie piętro. Bardzo chciała mieć je tylko dla siebie, potrzebowała tego. I by nie przedłużać własnej ciekawości, ruszyła po schodach do góry. Tu najlepiej było widać wspaniały witraż na suficie klatki schodowej. Tworzył on ogromną kopułę. Posiadała wspaniale skomponowane kolory, które wychwalały rozbłysk słońca na niebie. Słoneczne promienie tworzyły wspaniały teatr kolorów, rozświetlający całą klatkę schodową.
- Ten witraż to jeden z powodów dla których chciałam to piętro.
- Ja nie rozumiem Saro! Jak to chciałaś to piętro? To znaczy, że nie będziesz mieszkała z nami na tym samym piętrze?
- Nie mamo. Ja potrzebuję własnej przestrzeni – a trzecie piętro było puste. Jeffrey zgodził się ze mną, że lepiej je zagospodarować. Bez sensu by ta przestrzeń była niewykorzystana.
Vivienne spojrzała na Steven’a. Jemu również to wydało się co najmniej dziwne. Bo skoro cała rodzina mieszka razem, to razem w dosłowny sposób – na jednym piętrze. Niemniej Sara była już dorosłą kobietą. Lord de Blackstone nie wtrącał się w ich wątpliwości. Uznał, iż to prywatna sprawa rodziny. Uznał, że nie będzie się wypowiadał. Jednak wewnętrznie wyczuwał rosnące rozdarcie. Z jednej strony uważał, że osobne zajęcie trzeciego piętra przez Sarę, będzie korzystne dla pracy nad jego projektem – niemniej z drugiej strony obawiał się tego, co odczuwał będąc przy niej. Bał się tej rosnącej siły przyciągania. Nie spodziewał się, iż cokolwiek będzie mogło jeszcze zbudzić w nim ten szczególny żar.
- Nie rozumiem czemu to dla was takie dziwne? Macie całe piętro dla siebie. Ty mamo, tatko po lewej stronie, a Matthev z Thomas’m po prawej. To idealny podział, ale dla mnie tu nie ma miejsca mamo – wiesz o tym. Już w domu u nas miałam własny pokój o który sama dbałam.
- Dobrze już dobrze Saro. Jeff możemy wreszcie zobaczyć to trzecie piętro?
- Proszę bardzo. To dzieło Sary. Zatem….
Wszyscy weszli na ostatnią kondygnację. Sara była tak podekscytowana, iż pierwsza zaczęła otwierać drzwi do pokoi. Pokoje posiadały niszowe okna w skosach wymuszonych przez kształt dachu. Lord de Blackstone wewnątrz siebie był dumny, choć zbytnio tego nie okazywał. Pozostawił to Sarze bo to jej dzieło. Vivienne mimo, że nie lubiła skosów w pokoju, to jednak nie mogła się do niczego przyczepić. Sara na swoim piętrze miała sypialnię z garderobą. Miała własny salon, łazienkę i toaletę. A co najważniejsze posiadała własny gabinet z komputerem, i własną bibliotekę. Wreszcie mogła stworzyć własne miejsce do pracy. Dopiero, jak zobaczyła końcowy efekt – zaniemówiła. Była szczęśliwa. Lord de Blackstone widział to i milczał. Dał jej czas na radość i przyswojenie. Nawet jej rzeczy zostały wniesione do jednego z pokoi.
- Widzę, że zaplanowałaś sobie całą górę.
- Będzie bobrze. Przecież wszyscy jesteśmy w jednym domu.
Jeffrey stał spokojnie przy wejściu jednego z pokoi. Uśmiechał się przyjaźnie do całej grupy. Nawet bracia Sary z wielkim zainteresowaniem oglądali całe piętro. Widać było, że nawet im się tu podoba. Już mieli wejść do gabinetu Sary, gdy na korytarzu trzeciego piętra pojawił się George.
- Sir! Podano do stołu – obiad gotowy.
- Dziękuję George. Kochani! Będziemy musieli na tym zakończyć gdyż jak słyszeliście - czas na posiłek. Po przejeździe jeszcze nic nie jedliście, a jeszcze tyle pracy przy rozpakowywaniu.
- Oczywiście. Vivienne chodźmy już na dół.
- Nie musicie iść schodami – jest winda.
- Jak to? Nie powiesz chyba…
- No tak. Tu jest winda, choć sam w to nie wierzę – ale jest. Jest i towarowa. Te obie kwestie to akurat mój pomysł. Tu są trzy kondygnacje jak wiecie.
Vivienne zastanowiło akurat to stwierdzenie. Wymienił trzy piętra jak by to zaplanował – jakby chciał bywać u Sary. Tylko po co? Co prawda już nie raz widziała szczególne spojrzenia między córką a Jeffrey’m, jednak składała to na konto rosnącej fascynacji. Teraz znowu poczuła lekkie ukłucie zaniepokojenia – dziwnej wątpliwości w stosunku do tego. Wciąż nie mogła określić tego co czuje. Usilnie starała się nazwać ten rodzaj spojrzeń córki. Obiad przebiegł już spokojniej. Każdy już mniej więcej poznał rozkład domu – przynajmniej w zarysie. Jeszcze wiele było do poznania. Z wieloma wymogami trzeba było się zapoznać i z nimi oswoić.
Niemniej nie trzeba było wracać do Sheffield. Co jakiś czas Vivienne łapała się na raptownym spoglądaniu na zegarek. Wyglądało to tak jakby miała powiedzieć, że czas wracać. Po obiedzie wszyscy przeszli do biblioteki na parterze. Po remoncie wygospodarowano dość miejsca na to, by stworzyć w niej sektor do rodzinnych narad, czy też luźnych rozmów. Jako ostatni do biblioteki wszedł lord de Blackstone. Przed zejściem na parter, poprosił o chwilę zwłoki. Chciał na moment zajrzeć do gabinetu. Uwielbiał korzystać z windy. Nie narzekał na zdrowie, mimo że nie był już młodzieniaszkiem. Całe lata dbał o zdrowie i tężyznę fizyczną.
Skala ćwiczeń, jak i ich intensywność nieco zmalała, niemniej nadal z nich nie rezygnował. Jazdy konne były codziennością, choć ostatnio nie było na to wiele czasu. Remont pochłaniał mnóstwo uwagi. Uwielbiał windę z jednego powodu. Przemieszczała się niemal bezszelestnie. Uwielbiał jej połyskujące wnętrze w deseniu drewna, i metalicznego blasku. Zatem w bibliotece zjawił się bardzo szybko, niosąc parę teczek pod pachą. Jeden z foteli oczekiwał na niego – zatem zasiadł na nim wygodnie.
- Steven’e! Mógłbyś przystawić ten stolik do mojego fotela? Jest mi potrzebny.
- Naturalnie.
Lecz w tym samym momencie Matthev z Thomas’m od razu zerwali się, kierując się w stronę wskazanego stolika. Jeffrey jedynie uśmiechnął się na ten widok. Nasunął mu się wniosek, iż mógł skierować swoje słowa do chłopców. Natychmiast zapisał sobie w myśli tę myśl, by bardziej angażować ich obu do spraw organizacyjnych.
- Kochani! Poprosiłem was do biblioteki bo mamy jeszcze wiele do zrobienia. Wiem że macie jeszcze mnóstwo własnych obowiązków. Mimo wszystko chciałbym z wami parę spraw omówić.
- Czy z remontu wynikły jakieś kłopoty?
- Nie, skądże. Remont przebiegł sprawnie. Ale ja chciałbym porozmawiać o sprawach, które pozostały.
- Ok. słuchamy.
Lord de Blackstone położył teczki na stoliku. Ujął w dłoń pierwszą, i kładąc na kolana otworzył. Drugą teczkę przysunął blisko siebie.
- Vivienne! Pierwszą ze spraw będę kierował do ciebie, a raczej dwie sprawy.
- Tak?
- Mianowicie prosiłbym właśnie ciebie o zajęcie się aranżacją roślinności wewnątrz, jak i na zewnątrz posiadłości. Chodzi mi tu o roślinność pienną, krzewy, kwiaty. Sprawę drzew, żywopłotów, trawników, pozostawiłem ogrodnikom.
- Ale to ogrom pracy Jeffrey’u. Ja nie wiem, czy…
- Wiem że jesteś bardzo skromna Vivienne. Niemniej wiem również, że masz w tej kwestii talent – ale i dużą wiedzę. Liczę na ciebie jak i twoją – w tej mierze znajomość tematu.
- Ale jak to ma wyglądać?
- Mam tu teczki zawierające dwa tematy. Pierwsza to teczka z planami wnętrza domu. Twoim zadaniem będzie zaaranżowanie roślinności w całym domu. Naturalnie do ciebie będzie również należała opieka nad oranżerią. Druga teczka to kwestia roślinności na zewnątrz. Tu są plany sektorów, ogrodów, alei, fontann. To również będzie pod twym zarządem.
- Ale co ja mogę sama z tym zrobić? Ty chyba mnie przeceniasz.
- Ależ skąd. Naturalnie, że sama tego nie jesteś w stanie zrobić. Lecz o tym później. Czy podejmujesz się tego zadania? Mogę na ciebie liczyć Vivienne?
- Tak. Myślę, że dam radę.
Podpisał dwie teczki imieniem Lady Vivienne Forest w ich lewym górnym rogu. Po czym wręczył jej – będąc dumny - jakby honorował ją co najmniej orderem.
- Saro! Co powiesz o własnym piętrze?
- Brak mi słów Jeff. Jest ekstra.
- Cieszę się. Jak widziałaś masz własny gabinet. Widzę, że jesteś zaskoczona. Wiem również, że to jest nie łatwe zadanie. Lecz od paru lat noszę się z zamiarem opisania mojego życia. Chciałem stworzyć coś w rodzaju kroniki.
- Czy to aby nie jest zbyt poważne zadanie Jeffrey’u.
- Fakt – to nie jest proste. Myślę jednak, że dasz radę. Umiesz pisać, jak i dociekać w iście literackim stylu. Jest to o tyle łatwiejsze Saro, że posiadam spisane rękopisy. Mnie jednak potrzeba czegoś więcej. Naturalnie wskażę tobie co trzeba robić i gdzie szukać. By rozwiać wszystkie twoje wątpliwości to wiedz, że czyniłem starania wyszukania kogoś, kto by podjął się tego zadania. Nic jednak z tego nie wyszło. Wszyscy orzekli, że nie zarobią na tym.
- To oburzające. Jak to zarobią? Na tego typu literaturze się nie zarabia. To bardzo specyficzny rodzaj literatury.
- Wiem, że jeśli ty mi w tym nie pomożesz to pomysł mój padnie.
- Daj mi trochę czasu do namysłu.
- Ile chcesz Saro, ale proszę byś się nad tym poważnie zastanowiła. Bardzo mi na tym zależy.
- Pomyślę o tym. Powiedz mi jednak coś na temat twoich rękopisów?
- Nie ma tu o czym mówić moja droga. To co mogłem spisać – spisałem sam. Rękopisy są spisane w dość szorstkim, czasami chaotycznym stylu. Tu jesteś mi potrzebna. Musisz to oszlifować. Zrobisz to dla mnie?
- Daj mi czas. Podejmę decyzję i dam tobie odpowiedź.
- Dziękuję. Jeśli twoja decyzja będzie pozytywna – przekażę tobie wszystkie moje rękopisy. Mają one dla mnie bardzo wielką wartość. Zatem… Gdybyś się jednak zdecydowała, to będę ciebie prosił o wielką uwagę z zachowaniem bezwzględnego stopnia bezpieczeństwa. To bardzo osobiste zapiski, a niektóre bardzo intymne Saro.
- Rozumiem. Jak powiedziałam – dam znać.
Mimo że Sara jednoznacznie nie wyraziła zgody, to jednak nie odmówiła. Dało to mu nadzieję, iż być może jego zamysł nie zniknie. Nieco zasmuciło go, iż nie usłyszał pozytywnej odpowiedzi. Ona bardzo starała się, by nie pokazać swojego poruszenia tą propozycją. Mimo iż kochała pisanie – obawiała się tego, że to nie lekki temat. Projekt niemal graniczył z biografią – choć ona nie bardzo lubiła tego typu literatury. Już w ten sam dzień coraz bardziej czuła, że musi spróbować – chce spróbować dla siebie – dla niego. Zaczęło jej jednak świtać w głowie, że projekt byłby bardzo interesujący lecz w innej postaci. Lord de Blackstone wiedział, iż mimo braku jednoznacznej odpowiedzi z jej strony – ona jednak się zastanawia. Bardzo uważnie przyglądał się dziewczynie. Jej zamyślonym otwartym oczom. Błądziły gdzieś, jakby przenikały całą rzeczywistość. Ten temat pochłaniał ją coraz bardziej.
- Pozwólcie moi kochani, że zmienię teraz temat. Co prawda miałem to uczynić jutro, lecz już dzisiaj chcę to z wami omówić.
- Stało się coś?
Steven od razu zapytał zaciekawiony. Dotąd się nie odzywał wiedząc, że Jeffrey porusza bardzo konkretne tematy. Rozumiał w jakim stopniu on odmienia życie całej jego rodziny. Zatem słuchał tego z wielkim podekscytowaniem co mówi Jeffrey. Vivienne również starannie wyprostowana słuchała z uwagą.
- Mam dwie sprawy. Pierwsza to ukończenie prac związanych z twoją firmą Steven’e.
- Już? To wspaniała informacja Jeffrey’u.
- Tak też sądziłem. Jednak to twoja firma, zatem to ty musisz ustalić datę otwarcia. Mamy skompletowane ekipy pracowników wszystkich sekcji. Mamy też komplet pracowników biurowych, jak i dział prawny. Zatem brakuje tam tylko szefa, więc…
- Tak się cieszę Jeffrey’u, tak się cieszę. To ogromnie wielka wiadomość. Trzeba by urządzić jakąś uroczystość. Co o tym myślisz?
- To dobry pomysł. Lecz gdzie chcielibyście zorganizować tę uroczystość?
- Najpierw trzeba by pomyśleć, kto miałby być zaproszony na otwarcie.
- A jakie jest twoje zdanie Steven’e! To twoja firma – ty decydujesz.
- Nie mam zdania. Prawdę mówiąc, nie byłem nigdy w takiej sytuacji.
- To zrozumiałe. Nigdy nie miałeś własnej firmy, a teraz ją masz. Niemniej nie masz jakichś sugestii, oczekiwań?
- Mówiąc szczerze, nie lubię hucznych przyjęć Jeff. To zbytni hałas, no i koszty.
- Ja też tak sądzę.
Vivienne odezwała się popierając męża. Oboje mieli zawsze wielu gości w domu, ale nigdy dużo i naraz. Zawsze urządzali gościnę kameralnie – rzadko hucznie. Sara z braćmi się nie wtrącali.
- Saro! A ty co o tym sądzisz?
- Mam własną koncepcję na ten temat, ale to tatko jest właścicielem firmy.
- Okay. Ale przedstaw nam – proszę – własny pomysł.
- Uważam, że otwarcie firmy można podzielić na dwa etapy. Myślę tu o części oficjalnej i nieoficjalnej.
Lord de Blackstone zaintrygowany tym pomysłem pochylił się do przodu. Steven wraz z Vivienne również przysłuchiwali się uważnie córce.
- To bardzo dobry pomysł. Niemniej jedno i drugie, trzeba gdzieś urządzić jak ty to widzisz?
- Myślę, że część oficjalną urządzić by można w firmie. Właściciel z tobą włącznie Jeffrey’u – oraz pracownicy. Natomiast część nieoficjalną można by było urządzić tu w posiadłości. I w tej części uczestniczyłaby tylko rodzina – czyli my wszyscy.
Rodzice Sary pokiwali głowami z zadowoleniem. Głównemu właścicielowi majątku, równie się podobało to co zaproponowała Sara. Już widział obie uroczystości, oraz wielką dumę Steven’a na samą myśl o firmie. Uśmiechał się coraz bardziej z zadowoleniem. Rozsiadł się Spokojnie we własnym fotelu.
- Zatem jaka jest decyzja moi kochani?
- Rozdzielenie otwarcia na dwie uroczystości pomniejsze, jest bardzo dobrym pomysłem.
Steven był bardzo zadowolony. Nie chciał zajmować się kwestią otwarcia. Jemu chodziło o działalność, o pracę.
- Czyli przyjmujemy kwestię dwu pomniejszych uroczystości. Jedna oficjalna w twojej firmie, i druga nieoficjalna tu w posiadłości. W takim razie pozostaje tylko ustalić datę uroczystości.
- Można by urządzić część nieoficjalną w sali na parterze Jeffrey’u.
Vivienne od razu podpowiedziała własną propozycję w tym względzie.
- No i masz mamo następne zadanie dla siebie.
Thomas od razu wypalił jak z armaty. Nikt nie spodziewał się takiego podsumowania, i to z jego strony. Konsternacja trwała chwilę. Wszyscy spoglądali na siebie z rozrzewnieniem. Parę sekund i wszyscy buchnęli takim śmiechem, że zaczęło huczeć w bibliotece. To był potrzebny zdrowy śmiech, tak oczekiwany w tym domu. Lord Jeffrey Armando de Blackstone nie odczuwał takiego wyluzowania już od wielu lat.
- No i tu masz rację Tom. Twoja mama ma ku temu najlepsze kwalifikacje, jednakże wszyscy będziemy tobie pomagać Vivienne. Urządzimy uroczystość według twego projektu moja droga. Ufam, że i ty dasz sobie radę wyśmienicie Steven’e. Ty popracuj nad datą. Trzeba ustalić kiedy ma odbyć się uroczystość oficjalna, jak i nie oficjalna.
- Oczywiście. Ale nie wiem, czy wszystko jest dociągnięte na ostatni guzik.
- O to możesz być spokojny.
- No to nie ma na co czekać. Myślę, że dobrym terminem będzie następny tydzień.
- No to mamy jedno z głowy. Zatem teraz jest dwudziesty drugi czerwca. Myślę, że dobrą datą na otwarcie firmy, będzie drugi lipca.
Entuzjazm z powodu konkretnych decyzji, jakie zapadły w obecnej chwili udzielał się wszystkim. Jeffrey przekazał stosowne teczki ze sprawami, które oddane były pod zarząd. Steven wreszcie miał swoją wymarzoną firmę: „S.V. FOREST ARCHITECT BILDING”. Nie mógł doczekać się jej działalności. Vivienne również otrzymała zarząd nad zagospodarowaniem wnętrza domu – co do roślinności i jej aranżacji. Pod jej zarząd również przeszło zagospodarowanie terenu wokół budynku, tarasy i oranżeria. To mnóstwo pracy i planowania, niemniej była zadowolona. Wreszcie czuła się potrzebna, zauważona.
Znowu zaczęła odczuwać pasję, poczucie tworzenia. Sara otrzymała niemal piorunującą propozycję. Jeffrey przekazał jej stworzenie kroniki własnego życia. W jego posiadaniu znajdowało się mnóstwo skryptów rękopisów. Jednak one wymagały oszlifowania wprawnej ręki kogoś, kto ma swoisty talent literacki. Lord de Blackstone jedynie myślał nad zadaniem dla Matthev i Thomas’a. Dla nich nie miał żadnego zadania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz