Tom II – część 20
- Boże! Jaka jestem szczęśliwa. Wreszcie wszystko się układa jak należy. Ale organizację ślubu zostawisz mi Saro?
Vivienne od razu się odezwała dorzucając ostatnie słowo. Nie wyobrażała sobie, by ta kwestia została bez niedomówień. Sara jednak wpatrywała się w matkę bez słowa. Jej uśmiech pojawiał się i znikał. Vivienne nie była pewna tego, co córce chodzi po głowie.
- Naturalnie – mam nadzieję, że mogę się tym zająć – Saro?
- Będę tobie wdzięczna mamo, ale nie przeciągaj. Nie może być tak, bym nie wiedziała i nie decydowała o wszystkim. Ale, ale. Chciałabym wiedzieć, jak to się odbyło?
- Co takiego?
- No przecież twój pomysł mamo, co do organizowania spotkania przy ognisku nie był przypadkiem – prawda?
Sara od razu uchwyciła szczególny wyraz twarzy swej matki.
- Nie wiem o czym mówisz dziecko.
- Pytałam czy ta uroczystość przy ognisku – te wszystkie zabawy. Czy to był przypadek, czy nie. Nie odpowiedziałaś mi na to pytanie mamo.
- Saro! Daj mamie spokój. Jakie to ma znaczenie.
- Czekaj! Czekaj! Ty wiedziałaś o tym wcześniej mamo – prawda? Musiałaś wiedzieć, bo skąd ten pomysł. Teraz już wiem dlaczego tak zależało tobie na wyluzowaniu. Te mini zawody, zabawy, śpiewy.
- Saro! To ja postanowiłam porozmawiać z twoimi rodzicami. Wybacz, że tak w tajemnicy, lecz musiałem wiedzieć, czy mogę bezpiecznie posunąć się do następnego kroku.
- Czemu?
- Gdyż nie chciałem narażać ciebie na niepotrzebny stres – a i sam chciałem być pewien, że nie stanę między wami. Dość miałaś już stresu z mojego powodu.
- To miłe z twojej strony Jeff. Jednakże nie uważasz, że to ja winnam o tym decydować z kim spędzę swoje życie?
- Tak. Masz rację. Ale moja rozmowa z twymi rodzicami, nie dotyczyła twej zgody na przyjęcie moich oświadczyn. Dotyczyła ona raczej szczerego poznania własnych zdań. Zależało mi na tym, by twoi rodzice wypowiedzieli się w kwestii zaistnienia naszego ślubu.
- Rozumiem. Badałeś grunt, czy jest bezpieczny.
Vivienne chciała podejść do obojga bliżej, ale tylko wypowiedziała swoją dezaprobatę.
- Saro!
- Wiem, wiem mamo. Tylko sobie żartuję. Wiem, że żadne z was nie miało złych intencji. Tak czy owak mam nadzieję, że zdołam spełnić – chociaż w części – twoje wyobrażenie o swej żonie Jeffrey’u.
- Już je spełniasz. Posłuchaj kochanie. Tu nie chodzi o spełnianie czegokolwiek. Tu nie chodzi o wypełnianie mojej woli, czy też mego wyobrażenia. Ja tego nie chcę Saro. Bądź szczęśliwa – po prostu. Nie stawiam żadnych warunków, zasad, powodów, czy też uwag. Bo gdyby one w jakimkolwiek stopniu istniały – nie byłaby to miłość Saro.
- Tak, rozumiem. Już zdołałam ciebie poznać na tyle by wiedzieć, jaki jesteś. Byłam co prawda niespokojna o niektóre niuanse twego życia – jednak obecnie w pełni tobie ufam.
- Cieszę się Saro, że to rozumiesz. Jesteśmy jednością. Ja tak rozumiem miłość moja droga. Inaczej nie miałoby to sensu.
Mathev z Thomas’m zniecierpliwieni przedłużającą się rozmową obojga, ruszyli w ich stronę. Obaj byli już głodni. Steven już od jakiegoś czasu, wpatrywał się w ich tajemne gesty. Wiedział, iż są głodni, i tylko czekał kiedy ruszą sami do stołu.
- Chłopcy!
- Daj spokój Steven! Oni mają rację. Mają prawo być głodni. Siadajmy zatem.
Wszyscy zasiedli do stołu na tarasie. Sara obserwowała zachowanie Jeffrey’a. Wiedziała ile go kosztuje pokonanie wspomnień o Mary Radley, jak i wszystkich zdarzeń zaistniałych tu w jego domu, tu na tarasie. Lord de Blackstone zdawał się spokojny i wyluzowany. Trochę tajemniczy w gestach. Trochę jakby nie obecny – lecz spokojny. George pilnował by pokojówki sprawnie podawały przygotowane smakołyki. Chłopcy zajęci byli jedzeniem, podczas gdy reszta rozmawiała bez żadnych krępacji. Lord de Blackstone jadł dyskretnie obserwując siedzących przy stole. Był szczęśliwy. Jedynie odczuwał myśl, która nie dawała mu spokoju. Czuł, iż nie jest u siebie. Fizycznie znał to miejsce.
Wiedział gdzie jest i co ma – lecz nie czuł się tak jakby był u siebie. Coraz bardziej ta myśl nie dawała mu spokoju. Uśmiechał się do Sary i reszty rodziny. Jednak w głębi wciąż się zastanawiał, jak wygląda jego własna wolność. Był szczęśliwy w pełni. Miał wszystko: dom, majątek, pieniądze, służbę. Jednak fakt ten, nie był tym o co mu chodziło. Całe życie szukał miłości w postaci własnej partnerki – tak ją postrzegał. Tyle lat żył w przeświadczeniu, iż miłość to właśnie partnerka jego życia. Ktoś kto będzie z nim kroczył przez resztę życia. Niemniej coraz częściej odczuwał bezsens takiej miłości. Bo skoro osoba, kobieta, żona – będzie z nim na dobre i na złe, to czy to jest miłość.
Coraz bardziej zaczynał rozumieć, iż posiadanie żony – w pewnym sensie jest ograniczeniem owej wolności – w pewnym sensie jest ograniczeniem owej miłości. Warunek jej celu, jej zasadności. Bo warunkiem jest sam w sobie fakt, iż to żona – to kobieta. A przecież to jest bez znaczenia. Jedność jest miłością, a miłość jednością. Nie chciał o tym myśleć – jednak to nie dawało mu spokoju. Zatem przyglądał się tym ludziom, siedzącym przy stole. Kochał ich, szanował, cenił – lecz, czy o taką miłość mu chodziło? Czy takiej miłości szukał? Tego chciał?
- Czy coś się stało Jeff? Jesteś jakiś nieobecny.
- Nie, nic. Tak się zamyśliłem przez chwilę.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz.
- Wspaniale kochanie. Nie ma powodu do zmartwienia.
Gdy tylko Vivienne skończyła jeść śniadanie, od razu nie omieszkała zadbać o zmianę tematu rozmowy. W ten piękny dzień, zaplanowany był wielki piknik połączony z grillem. Nie mogła się już doczekać. Ze Steven’m w poprzednim domu, często urządzali tego typu pikniki. Gdy tylko wspomniała dawny swój dom, od razu czuła ukłucie w sercu. Jej radość z powodu planowanego grilla, nieco przygasła. Odezwała się tęsknota za dawnym domem. Steven od razu zauważył zmianę jej nastroju. Wiedział, iż coś się dzieje w jej umyśle. Spojrzała w dół na stojące kwiaty na stole – chrząknęła.
- Kochani! Mam nadzieję, że będziecie jeszcze mieli wiele czasu na okazywanie sobie miłości. Jak wiecie jednak, zaplanowałam na dzisiaj wiele cudownych rzeczy. Będzie to niecodzienna uroczystość – impreza, jak to określają chłopcy.
- Mamo?
- Nic takiego Saro. Postanowiłam, że aby wziąć udział w pikniku, każdy coś ugotuje. Każda osoba będzie miała możliwość ugotowania czegoś, co najlepiej zna. W ten sposób menu zapełni się potrawami, będącymi zupełną niespodzianką.
- My mamy gotować mamo? – zapomnij.
- Dla was chłopcy mam zadanie. Obaj zajmiecie się stroną akustyczną, oświetleniem, dekoracją. To będzie warunek, by zaistnieć na pikniku. Inni będą gotowali. Ty również Saro.
- No i Jeffrey też.
Sara aż wypaliła z radością, wpatrując się chytrze w jego twarz. Ten nie oponował. Już miał jedną próbę zaistnienia w kuchni – mimo obecności chichoczących kucharek. A co najciekawsze – nie najgorzej sobie radził. Thomas z początku bardzo poważny – od razu się ożywił. Widać było, iż nad czymś rozmyślał.
- Ok! ale zaproszę Maggie na to spotkanie. Już dość dawno nie była u nas.
- Jeśli musisz.
Vivienne Forest nie zastanawiając się długo, od razu nie omieszkała wyrazić swej dezaprobaty, co do osoby Maggie. Wiedziała, iż to się nie spodoba jej synowi. Czuła jednak nieodpartą potrzebę trzymania tej dziewczyny z dala od rodziny.
- Musiałaś mamo – prawda? Nie wytrzymałaś!
- A cóż ja takiego powiedziałam?
- Mam dość. Idę do siebie.
- Synu!
Jednak chłopak nerwowo wstał, i ruszył w kierunku domu. Steven Forest tylko położył dłoń na ramieniu Vivienne.
- Czy ty to widziałeś? Obraził się. Tylko za co?
- Dałaś mu jasno do zrozumienia Vive, że nie chcesz jej tu widzieć – no to masz.
- A ty chcesz? Ta dziewczyna to nierób pierwszej wody. I mało tego, nie szanuje ani jego ani nas. O nauce nawet nie wspomnę.
- A co z nauką?
Steven próbował zadawać pytania, by tak naprawdę nie dopuścić do zdenerwowania żony. Wiedział, iż ona nie akceptuje tej dziewczyny. Zresztą i sam miał okazję zaobserwować przykłady jej popisu arogancji i nieróbstwa. Sądził jednak, iż skoro już tak długo jej tu nie było – to znak, że Thomas skończył z nią definitywnie. A tu znowu pojawił się jej temat. To jednak, co przekazała mu żona, zmieniło jego odczucia. Nic nie wiedział o jakimkolwiek problemie z nauką.
- A o co chodzi z tą nauką? Thomas ma jakieś problemy z nauką?
- Nie Steven’e – nie Thomas. Problemy z nauką ma ta dziewczyna.
- To znaczy?
- Okazuje się, iż skończyła tylko szkołę podstawową i nic więcej.
- Myślałem, że uczą się razem w jednej szkole.
- No to wyobraź sobie, że nie. On się uczy. Ona – jak sama mi powiedziała – nie ma ochoty na naukę, i uczyć się nie będzie. To jej jest nie potrzebne.
- To co robi całe dnie.
- To dobre pytanie.
Drugi z synów przysłuchiwał się rozmowie rodziców.
- Ja również mu o tym mówiłem. Ale Tom nie chce nawet ze mną o tym rozmawiać. Coś mi się wydaje, że szykują się kłopoty.
- Coś masz na myśli? Coś mówił?
- On właśnie teraz będzie kończył szkołę mamo. Coś mi mówi, że chce wyjechać.
- Dokąd? Dlaczego?
- Tego nie wiem.
- Słyszałeś Steven? Co on wymyślił?
- Posłuchaj Vive! Teraz nie ma się co tym zajmować. Zaplanowałaś dzień z barbecue, i tym się zajmijmy. Co do dziewczyny – to daj spokój. Niech ją zaprosi, jak chce. Może da się od niej cokolwiek dowiedzieć.
- Myślisz, że ona coś powie? Ta dziewczyna jest nad wyraz leniwa i uparta.
- Warto spróbować – nic nie stracisz, a zyskać możesz wiele.
Vivienne Forest ponownie zaczynała wpadać w ciąg rozmyślania, co nie uszło uwadze wszystkich. Jeffrey chciał coś powiedzieć w tej kwestii, jednak Sara spojrzała nań wymownie. Miała dość tego tematu, i nie chciała wciąż tego samego powtarzać. Zatem nie odezwał się ani słowem. Oboje podziękowali, i ruszyli do wyjścia z jadalni. Sara jednak odwróciła się, będąc niemal już w hallu.
- Na którą ma być piknik mamo?
- Planowałam na czwartą po południu. Mam nadzieję, że to nie za późno.
- Jest akurat mamo. Damy radę. Dogadaj się z Mathev i Thomas’m w sprawie akustyki i oświetlenia. I niech przyprowadzi tę swoją dziewczynę jak chce. Może się czegoś nauczy – choć szczerze wątpię. Inaczej gotów obrazić się na całą rodzinę mamo.
- Pewnie tak.
- No to ok! my idziemy na górę.
Oboje ruszyli do windy. Vivienne wiodła za nimi oczyma, i od razu zaciekawiło ją, czemuż to Jeffrey nie skorzystał ze schodów. Znowu widziała nadchodzące potencjalne kłopoty. Jak pomyślała - tak od razu zauważyła, iż stała się zbyt nadopiekuńcza, zapobiegliwa. Sama nie wiedziała jak ma to nazwać. Zatem ruszyli ze Steven’m do kuchni. Sara po wymierzeniu siarczystego całusa na ustach Jeffrey’a, zostawiła go na jego piętrze. Chciała nieco odetchnąć w samotności. Tyle, że dla niej – odetchnąć w samotności – nie znaczy bez zajęcia, nic nie robiąc – postanowiła zabrać się za rękopisy.
Lord Jeffrey de Blackstone planował wziąć kąpiel. Czuł się nieco zmęczony. Choć to były nadal godziny poranne, on wyraźnie odczuwał zmęczenie. Zamknął drzwi swego pokoju. Na oparcie kanapy, zrzucił swoje obranie. I tak jak stał – ruszył do łazienki. Pod prysznicem czuł się, jak młody Bóg. W lustrze widział własne wysportowane opalone ciało. Dbał o siebie i wiedział, iż nie da się tak łatwo starości – tym bardziej mając taki powód jak ślub z Sarą. Stał nagi w deszczu tysiąca ciepłych kropel wody. Długie czarne włosy odrzucił do tyłu, które pod wpływem spadającej wody, spływały po plecach tworząc na opalonej skórze czarne wijące się wstęgi.
Balsamem nacierał ciało, i piana pokrywała jego skórę. Czuł się bosko. Spojrzał na siebie obracając się wciąż w różne pozycje. To uchwycił biceps, co i rusz go naprężając. To znowu ocenił dłońmi skórę brzucha. Czarny gęsty zarost na ciele, wyglądał imponująco – uwidaczniał muskulaturę. Sara w tym czasie zagłębiała się w następnym z rękopisów. Opis oparty na relacji Rossa i Thomas’a – służących w domu młodego dziennikarza Stanley’a Hampton’a. Wszystko spisane ręką lady Mary Agaty Radley.
PRZESZŁOŚĆ / RĘKOPIS NR. 7;
POSIADŁOŚĆ STANLEY’A HAMPTON’A.
Rossa szlochała. Uczyniła tylko dwa kroki do pokoju. Nie mogła wejść dalej. Rzeczy były porozrzucane po całym pokoju. Meble niemal całkowicie połamane. Thomas również nie mógł opanować swego poruszenia po tym, co zobaczył. Nagle Rossa aż zapiszczała z przerażenia. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę. Rossa pokazywała dłonią pościel usianą wieloma plamami krwi. Była przerażona.
- Thomas! To nie złodziej. To bandyci.
- Masz rację Rossa – pana też nie ma.
Teraz i ona to zauważyła. Służący podszedł do okna. Okiennice wyrwane z framug wisiały bezwładnie. Na parapecie widział ślady krwi. Odwrócił się do Rossa’e.
- Porwali go! Oni porwali naszego synka.
Stał tak przez chwilę i płakał. Patrzył na Rossa’e i płakali oboje, po czym podszedł do niej. Obejmując ją wyszli z pokoju. Przeszli do swojego pokoju i o dalszym spaniu nie było mowy. Thomas chciał tylko, aby Rossa nieco się zdrzemnęła. Cały czas płakała. On sam uznał, że już nie uśnie. Zatem uprosił ją, aby ta się przespała, a on będzie pilnował domu do rana. W tym samym czasie rano w posiadłości Cambridge Hill, było spokojnie. Młoda dziennikarka Mary Radley, obudziła się z poczuciem wewnętrznego rozbicia. Było tak wiele spraw – w między czasie – które nie dawały jej spokoju. Siedząc w łóżku rozmyślała. Postanowiła wziąć się w garść. Nie miała teraz do tego głowy.
Spojrzała na swój pokój. Rzeczy z podłogi zniknęły sprzątnięte przez pokojówkę. Nieład jednak był widoczny. Pościel na łóżku całkowicie rozkopana. Łazienka do której wchodziło się z jej pokoju była wysprzątana, pachnąca czystością. Ręczniki były zmienione, lustro wypolerowane. Mary zamierzała wziąć się za porządki w pokoju. Niemniej pozostało jej tylko pościelenie łóżka i podlanie kwiatów. Nie wiedząc dlaczego, spojrzała przez okno. Miała wspaniały widok na opadającą w oddali łąkę, pełną polnych kwiatów. Widziała jak konie pasą się, swobodnie biegając. Jej ogier – czarny jak smoła stał leniwie rozglądając się na boki. Atena – klacz, jak zwykle szalała.
Nigdy nie wiadomo było, kiedy jest głodna, a kiedy najedzona. Kiedy jest rozdrażniona, a kiedy spokojna. Była bardzo sprytną klaczą. Mary Radley wiedziała, że na oba te konie może liczyć. Obeszła łóżko, kierując się do szafki. Zahaczyła stopą o wystające spod łóżka paski torby. Szarpnięta torba, wysunęła się prosto pod nogi dziewczyny. Tak jakby chciał krzyknąć: - hej! Tu jestem! Stanęła jak wryta. Beztroska zniknęła z jej twarzy. Przez chwilkę zapomniała o tyj sprawie, która tak ją fascynowała, a jednocześnie przerażała. Wzięła ją w dłonie, i rozsiadając się na łóżku – zaczęła znów wszystko wyciągać – całą jej zawartość. Jej uwagę stale przyciągał album.
Tak to wyglądało. Stare szkarłatno-złote obicie ze skóry. Teraz wyraźnie widziała inkrustowany złego herb. Odpięła dwie klamry. Zaczęła bardzo uważnie oglądać karty albumu jedną po drugiej. Były tam fotografie wspaniałej posiadłości, Okolonej imponującym ogrodem. Między innymi znajdowały się tam bardzo regularnie ustawione kolumny. Wyglądały jak strażnicy pilnujący obejścia. Stylem bardzo przypominające kulturę Pompejów. Były tam zdjęcia pięknej kobiety o kruczoczarnych włosach, które upięte fantazyjnie sprawiały nierzeczywisty obraz. Na innym zdjęciu. Ta sama kobieta w białej sukni z długim trenem w ogrodzie w śród róż. Suknia wyglądała bardziej okazale.
Włosy miała rozpuszczone – kaskadą spadające na ramiona i plecy. W głębi stał budynek, a raczej altana. Miała piękne filary po obydwu stronach. Stały szeregiem, podtrzymując wspaniałe zadaszenie. Filary oplecione były kłączami róż. To wszystko urzekało oczy młodej dziewczyny. W trakcie przeglądania fotografii, widział również kwity opiewające na kwoty za przewóz. Jeden z rulonów był w dwu egzemplarzach. Dokument stanowił o narodzeniu dziecka. Mary czytała uważnie, lecz nie bardzo mogła doczytać się o czyje dziecko chodzi. Natomiast była wyraźna informacja o znaku szczególnym na prawym ramieniu dziecka w kształcie pół księżyca.
Okazało się, że był to akt narodzenia się dziecka. Podana była data narodzin, płeć i nadane imię wraz z nazwiskiem. Był to chłopiec imieniem Sir Mark Jeffrey de Candberry. Przeglądała te pożółkłe papiery. Coraz bardzie wtapiała się w fakty, zawarte w zebranych dokumentach. Wiedziała, iż coś się stało z lady Mary de Candberry, że uczyniono jej krzywdę. Nie wiedziała tylko jaką i kto ją wyrządził. Porozkładała papiery i dokumenty. Zaczęła je układać w jakąś logiczną całość. Wciąż jednak wracała do pożółkłych dokumentów. Coś się nie zgadzało. Coś nie dawało jej spokoju. Układając stare kartki na kolanach, miała obok siebie rulon listu lady Mary de Candberry.
Wzięła rulon do ręki i zaczęła wybijać rytm, który gdzieś snuł się w jej myślach. Starała się myśleć intensywnie. Postanowiła przejrzeć starannie zdjęcia rodzinne. Tak bliskie charakterem dla niej samej, lecz tak bardzo nie zgodne z jej poglądami. Dawały jednak obraz rodziny – niegdyś rodu, który był taki ciepły, ckliwy. Dama na fotografiach, w każdym ujęciu zupełnie inna. Jest i mężczyzna. Starszy pan z krzaczastymi brwiami, kościstymi policzkami. Dumnie stojący prosto i wyniośle. Jest również wspólna fotografia rodziny, gdzie rodzice stoją z chłopcem. Który ubrany w strój galowy stoi trzymając psa na smyczy. Ten leży u jego stóp. Wiele innych fotografii.
Światło dzienne wpadające przez okiennice było coraz słabsze. Musiała coraz bliżej trzymać fotografię. Pogoda się psuła. Chmury zasnuwały niebo. Słońce gdzieś się skryło. Położyła się z boku swoistego bałaganu, dalej przeglądając materiały. W ręku trzymała rulon. Teraz dopiero zauważyła, że nie jest rozwinięty. Pieczęć lakowa była z dwu końców odciśnięta w laku, opatrzona symbolami dwu skrzyżowanych szpad. Długo się nie zastanawiając, złamała lakowe pieczęcie. Delikatnie rozwijając rulon - zatrzymała się rozmyślając. Zamierzała poukładać sobie w myślach wszystko co już poznała.
- Panienko Mary! Śniadanie czeka. Panienko!
Siedziała na łóżku, a do drzwi ktoś się dobijał. Rozglądnęła się w koło. Doszło do niej, że siedzi w pokoju, pośród rozrzuconych papierów, fotografii. Zegar wskazywał godzinę ósmą trzydzieści rano. Zawsze sobie obiecywała, że nie będzie tak postępować, lecz nadal postępowała tak samo.
- Panienko śniadanie!
- Już dobrze. Zaraz zejdę.
Odpowiedziała zbierając się do składania wszystkiego do torby. Wszelkie dokumenty, które leżały posortowane na łóżku, zostały skrzętnie poukładane. Fotografie również zostały umieszczone w torbie. Ogarnęła się, i stojąc przed lustrem poprawiła włosy. W jadalni byli już wszyscy. Ojciec po przebytej chorobie pierwszy raz postanowił zjeść śniadanie wspólnie z rodziną. Miewał leprze i gorsze dni. Wolał do tej pory jadać u siebie. W jadalni była już cała rodzina z wyjątkiem Mary.
- Witam cię ojcze. Jak się czujesz?
- Dziękuję dobrze. A co z tobą?
- Co masz na myśli?
- Dowiedziałem się od mamy, iż zawsze ostatnia schodzisz na posiłki. Źle się czujesz?
- Nie, nie. Zdrzemnęłam się chwilkę. Miałam w nocy trochę pracy, i tak mi jakoś zeszło.
- Ostatnio w ogóle jakoś dziwnie się zachowujesz.
- Mamo daj spokój. Przecież jestem – prawda?
- Mam nadzieję, że nie będę długo czekał na rozpoczęcie śniadania. Jestem głodny i to bardzo – jak by ktoś nie wiedział.
- Przede wszystkim dzień dobry mamo.
- Dzień dobry moja droga. Mam nadzieję, że dobrze spałaś?
- Dziękuję, dobrze.
Lady Emma Radley – matka Mary Radley, uważnie przyglądała się córce. Dała jednak spokój. Dama była wyczerpana po męczącej podróży, jak i całą opieką roztoczoną nad chorym mężem.
- Jak w pracy siostro?
Dziewczyna spojrzała na brata z uwagę, niemal z niesmakiem w oczach. Nie chciała na ten temat rozmawiać. Zupełnie nie widziała powodu, aby ten temat poruszać w tak szerokim gremium, i to przy śniadaniu. Tylko znacząco spojrzała na niego sądząc, że to wystarczy.
- Powiesz mi jak poszło, czy też mam sobie pomyśleć, że się nie sprawiłaś?
- Czy chcesz mnie zdenerwować braciszku?
- Czemu tak sądzisz?
- Bo znam ciebie.
- Znowu miałaś dziwne sny dziś w nocy.
Mary już nie na żarty spojrzała na brata badawczym wzrokiem. Thomas siedział niewzruszenie na swoim miejscu, i czekał niczym chytry lis na jej reakcję.
- Czy wy nigdy nie zaprzestaniecie takich rozmów przy śniadaniu?
Lady Radley zmarszczyła brwi z poirytowania. Siedząc wyprostowana na swoim miejscu, obserwowała to jedno to drugie.
- Nic się nie dzieje mamo. Nie denerwuj się.
- Co miałeś na myśli mówiąc o moich snach?
- Mary prosiłam.
- Tylko pytam się Toma, o co mu chodzi w tej kwestii. Czy to tak wiele?
- Tom?
Matka wpatrywała się teraz badawczo w syna. Bardzo ją ta sytuacja irytowała, więc chciała jak najszybciej ją zakończyć. Od dawna męczyły ją rozmowy wywołujące u niej zdenerwowanie – a zaraz potem migrenę.
- Ależ ja tylko żartowałem – przepraszam.
Chłopak dał spokój swoim żartobliwym dociekaniom. Sam nie wiedział, jak się czegoś dowiedzieć o tym, co się działo w redakcji gdzie ona pracuje. Co nie co obiło mu się o uszy, jednak to za mało. Nadal był bardzo ciekaw. Mary śpieszyła się z jedzeniem. Wiedziała, że brat nie odpuści. Nie chciała aby matka dowiedziała się o całej sprawie. Śniadanie przeszło bez dalszych pytań. Cała rodzina rozeszła się do swych obowiązków.
- Mary nie idziesz dzisiaj do pracy?
- Nie, nie idę. Zrobiłam sobie jeszcze wolne.
- Czyli urlop?
- No tak, urlop.
Thomas zauważył zawahanie w głosie siostry, i już wiedział. Coś się dzieje w redakcji. Postanowił się dowiedzieć co, choćby za każdą cenę. Spojrzał wymownie na siostrę, uśmiechając się do niej z przekornym grymasem.
- Ok! jedzmy.
Lady Emma spojrzała spod oka na wszystkich, w ogóle się nie odzywając. Wiedziała, że jej dzieci już od dawna postępowały tak, jak uważały za stosowne. Jedynie mały Adam wymagał jeszcze troskliwej uwagi matki. Sama nie wiedziała, jak się do tego odnieść. Była również zatroskana o dom, jak i o to, co w ogóle stanie się z jej rodziną. Wszelkie pouczenia już nie miały sensu. Ojciec co i rusz marszczył brwi, i nie wiadomo było, czy jest z nimi na śniadaniu w danej chwili, czy też wędruje gdzieś po świecie myślami. Coraz częściej odpływał we własny świat. Matka bardzo martwiła się o męża, lecz nie miała z kim o tym porozmawiać. Najstarsze jej dziecko, było już dorosłą kobietą.
Prawdę mówiąc miała już swoje własne sprawy. Syn emocjonalnie dość szybko doroślał. Postura jego ostatnio bardzo się zmieniła. Dbał o kondycję fizyczną. Dużo jeździł konno. Rysy jego twarzy stały się bardzo wyraziste. Coraz bardziej przypominał własnego ojca. Zresztą pod względem charakteru również miał własne zasady, i był niemożliwie uparty. Matka więc pozostała sama z trapiącymi ją problemami. Śniadanie bardzo szybko się zakończyło, lecz jeszcze wszyscy siedzieli przy stole. Młody chłopak spojrzał na siostrę. Ta siedziała nieruchomo. Jej spojrzenie stawało się coraz bardziej nerwowe, i zdradzało dziwny wyraz.
- Co się stało Mary? Co ci jest?
Dziewczyna się nie odzywała wcale. Widać było, że coś ją bardzo mocno trapi. Zaczęła coś mamrotać pod nosem. Przez moment wszystkich obmiotła wzrokiem, i zaraz pobladła.
- Co się stało? Na miłość Boską! Zaszkodziło coś tobie?
- Miałam wczoraj spotkać się ze Stanley’m. Przed kolacją miałam być u niego. Dał mi materiały do artykułu, które miałam mu zwrócić.
- To będziesz dzisiaj. Dzisiaj też jest dzień.
Ojciec z całą stanowczością oświadczył córce własne zdania w tej kwestii. Matka również bacznie przyglądała się dziewczynie.
- Faktycznie był telefon. Gdybym wiedziała, że to takie ważne.
- To bardzo ważne!
- Tak. Pan Hampton mówił, że bardzo ważne.
- Co ja zrobiłam?
- Nic się nie stało. Pojedziesz dzisiaj. Może miał tylko jakieś nowe wiadomości na nowy artykuł?
- Może.
Mimo to Mary zastanawiała się nad tym. Wiedziała – wręcz czuła, że źle się stało. To ją dogłębnie zdołowało. Nigdy jej się nie zdarzyło by nie dotrzymać raz danego słowa.
- Mary! Będzie dobrze siostrzyczko. Sam przygotuję tobie konia, i pojedziesz po śniadaniu.
- Czy zaproszenie na urodziny jest tak ważne, aby się tak irytować?
- Jakie urodziny?
- No jak to jakie? Twojego kolegi z redakcji. Sama o tym wspominałaś w bibliotece.
Matka spojrzała na córkę. Ich spojrzenia spotkały się, i ta zrozumiała. Ale i Thomas – brat Mary obserwował zachowanie obydwu. Czuł – bezbłędnie rozpoznał to dziwne porozumienie między nimi. Wiedział, że istnieje tu jakiś układ.
- Sprawa urodzin jest ważna. Dałam słowo, a to jest bardzo ważne. Prawda?
Lord Stefan Radley nic nie odpowiedział. Czuł również, iż jest coś nie tak – lecz jakoś nie miał ochoty na dochodzenie co? Jakoś źle się poczuł, co nie uszło uwadze Emmy – jego żony. Spokojnie wstała by pomóc mężowi. Obserwowała jego zachowanie, jednakże ukradkiem spojrzała również na córkę. Wyczuwała, że stało się coś ważnego. Widziała poruszenie na jej twarzy. Ruszyła jednak z mężem do jego pokoju, życząc wszystkim miłego dnia. Przy stole zostali tylko Tom i Mary.
- Dalej ta sprawa?
- Jaka?
- Wiesz jaka?
- Daj mi spokój! Nie mieszaj się do moich spraw!
- Już się wmieszałem. Poza tym jesteś moją siostrą. Chcę więc tobie pomóc, jak umiem najlepiej. Tak więc, co się dzieje?
- Co ja mam robić?
Ta wciąż była przygnębiona. Czuła że stało się coś złego. Miała przeczucie co do tego. Czuła teraz, że Stanley – jej kolega z redakcji miał rację. To bardzo niebezpieczna sprawa. Musiała milczeć, lecz nie miała już sił utrzymywać tak wielkiej tajemnicy. Musi z kimś o tym porozmawiać. Z ogarniającą ją potrzebą rozmowy, wzrastało u niej poczucie przerażenia.
- Po co miałaś tam jechać? Po co on ci kazał tam jechać Mary?
- Miał dla mnie ważne wieści. Powiedział, że grozi mu niebezpieczeństwo – mnie zresztą także.
- Boże wielki! Mary! Ty nigdy nie zmądrzejesz? Teraz nic nie zrobisz. Jest już następny dzień. Jakby coś miał dla ciebie, to by zadzwonił.
- Właśnie dzwonił.
- Jak to?
- No właśnie dzwonił. Ja rozmawiałam z nim. Dałam słowo, że będę u niego jak najprędzej.
- No przecież byłaś. Widziałem jak wracałaś. Na Aresie pędziłaś jak szalona.
- Ty nic nie rozumiesz! A zresztą daj mi spokój!.
Thomas wstał, i odsuwając siostrze krzesło – pomógł jej wstać. Milczał. Dziewczyna od razu ruszyła w stronę schodów, i poszła do góry. Thomas słyszał jedynie trzaśnięcie drzwi jej pokoju. Coraz bardziej była podekscytowana paczką, którą otrzymała od kolegi z redakcji. Ale dołączyło teraz i inne uczucie. Ta sprawa – jakby przekleństwo – zaczęło jej ciążyć. Sama jedna, utrzymanie tajemnicy, jak i rozwiązanie. To było tego za wiele. Rozsiadając się na łóżku, zaczęła rozpakowywać szary papier. Przerwała – podeszła do drzwi i przekręciła klucz. Nie chciała żadnych niespodzianek. Przesyłka ta trapiła ją tak, że krew się w niej burzyła. Do tej pory w tej sprawie nic się nie dowiedziała.
Nawet do końca nie wie o co chodzi? Wzięła do ręki plik zawiązany wspaniałą, aksamitną wstążką. Był to plik listów. Pachniał niemal tak samo, jak list, który miała w ręku. Na przedzie każdego z nich, widniały odciśnięte inicjały: „MSDC”. Teraz Spokojnie mogła rozpoznać rysunek. Odcisk herbu na teczce był niegdyś inkrustowany złoceniem. Teraz bardzo już wytartym. Wiedziała, że album miał wiele lat. Na listach jednak wyraźnie widać było nie herb, lecz inicjały. Pieczęć była koloru ciemnej czerwieni. Pod zdjęciami był spłaszczony rulon z lakową pieczęcią. W laku odciśnięte były inicjały : lady Mary Steffany de Candberry. Złamała pieczęć. Rozwinęła rulon.
Pismo na pożółkłym papierze wykonane było atramentem, i chyba pisano piórem. List pisany wspaniałą kaligrafią. Dziewczyna była tak podekscytowana. Rulon rozwijała bardzo ostrożnie. Papier był pożółkły z zewnątrz – wewnątrz był śnieżnobiały. Jedynie brzegi były naznaczone czasem. Dziewczyna rozsiadła się wygodnie na łóżku, i zaczęła czytać tekst listu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz