Tom II – część 21
Drogi mój mężu. Kiedy dostaniesz ten list – a ufam, iż posłaniec dołoży wszelkich starań, abyś ten list otrzymał – postarasz się zrozumieć powagę sprawy. I to, co przyszło mi znosić tak długo. Nie wiem, czy z woli Boga, czy też okrutnego losu. Aby mnie zrozumieć, musisz odrzucić wszystko to, czego zjadliwe języki donieść tobie mogły. A mniemam, iż tak jest. Ufam zatem wielce, iż nie uwierzyłeś w żadne pomówienia. Choć na pewno bez poznania prawdy, w to uwierzyć mogłeś. Błagam cię więc. Wysłuchaj mej wersji wydarzeń, i postaraj się zrozumieć. W czasie, gdy byłam w stanie błogosławionym, w niczym – na Boga! – z nikim cię nie zhańbiłam. Odkryłam te pomówienia zbyt późno dla mnie, a może dla nas. Jak wiesz wywodzę się z rodu, który ma wiekowe tradycje. On że winien spełniać – przynajmniej w mniemaniu niektórych – warunki tworzenia nowych związków. Związki owe ustala się w odniesieniu do dzieci. To starszyzna rodów decyduje o tym, z kim – kto może się łączyć. Jak wiesz, my pokochaliśmy się miłością wielką i szczerą. Lecz nie wiesz tego, iż od chwili, gdy zaręczyliśmy się – zaczęły do mnie napływać listy z – delikatnie mówiąc – prośbami o opamiętanie się. Gdy to nie pomogło – prośby zmieniły się w pogróżki wyrażające ostry sprzeciw. Pamiętasz dzień naszych zaślubin. Było tak niewielu z mojej rodziny. Jednak że byliśmy zbyt zakochani. A i ja nie chciałam cię trapić tymi listami w wyniku czego nie powiedziałam tobie o prawdziwym powodzie ich nieobecności. Listy owe przychodziły do mnie coraz częściej, i gdy nauczyłam się je identyfikować – niszczyłam je bezwiednie. Chciałam w ten sposób chronić nas, jak i łączącą nas miłość. Jednak że nie umiałam poradzić sobie ze złoczyńcami, którzy oszukali mnie w dzień mego wyjazdu. Pamiętasz – jechałam w niemocy do swej posiadłości. Nie przewidziałam tego, iż złoczyńcy owi targną się na kobietę w stanie błogosławionym, i wywiozą mnie całkowicie gdzie indziej. Kochany musisz mi pomóc. Ufam, że zdążysz. Trzymają mnie nad wybrzeżem, w starej karczmie. Ratuj mnie kochany, i moje dziecko. Oddana Tobie całym sercem i duszą. Lady Mary Steffany de Candberry. |
Mary Radley, czytała te słowa z sercem pełnym współczucia. W trakcie czytania wizerunek liter, stawał się kryształem. Mienił się wieloma barwami, aby znów powrócić. Teraz wiedziała już, że musi tę sprawę doprowadzić do końca. Co prawda dziesiątki razy zadawała sobie pytanie, o kogo chodzi? Nawet nie miała informacji, kim są ci złoczyńcy. Na zdjęciach widziała jedynie ludzi w połyskujących płaszczach, z dziwnymi emblematami z przodu. Było to dla niej coś dziwnego. Nigdy się nie spotkała z czymś takim. Stało się to dla niej prawdziwym wyzwaniem. Postanowiła więc czegoś więcej dowiedzieć się w tej sprawie. Nie ważne były środki.
Pierwszym kogo miała na myśli to Stanley. On wiedział więcej na ten temat. Tak uważała. Postanowiła zatem to sprawdzić. To wszystko było bardzo dziwne. Wymagało nie lada finezji, jak i planu działania. Zaczęła pakować wszystko do teczki. Naraz wypadło zdjęcie przedstawiające wielką posiadłość. Nigdy takiej nie widziała. Wielkie kolumny u frontu budynku. Szeroki taras. Wspaniałe schody, i te lwy po bokach. Przypominały jej posturą sfinksy egipskie – mimo, że nimi nie były. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Tak?
- To ja Tom. Czemu się zamykasz?
- Nie mam czasu teraz. Daj mi spokój! Mam dużo pracy.
- Nie dam ci spokoju. Musimy pogadać!
- Idź sobie!
- Nie dam się spławić. Otwieraj!
Dziewczyna szybko zgarnęła całą resztę papierów z pościeli pod nakrycie łóżka. Otworzyła drzwi.
- Co chcesz?
- Musimy pogadać. Teraz!
- O czym?
- Wpuścisz minie? Czy będziemy gadali przez próg?
Ustąpiła. Thomas wszedł do pokoju. Była zdenerwowana, co najmniej speszona nagłą wizytą brata. Nie chciała wciągać w to nikogo, a już najmniej bliskich.
- Co chcesz?
- Spokojnie. Musimy pogadać. Wiesz że nie pozwolę, aby coś ci się stało. Wiesz o tym?
- Tak wiem. Nic mi się nie stanie. Co mi się ma stać? Idź już!
- Mary daj spokój. Wiem że masz kłopoty w pracy. Co się dzieje?
- Nic. Co ma się dziać? Mam urlop.
- Mama może uwierzyła w to, lecz nie ja. Ja nie dam się spławić takimi pierdołami. Mów co się dzieje?
- Nie mogę. Uwierz mi, że nie mogę.
- Mary jesteś moją siostrą. Wiesz że możesz mi Spokojnie wszystko powiedzieć. U mnie jak grup. Więc?
- Tom boję się. Nie mogę ci powiedzieć prawdy.
Chłopak zaczął się naprawdę zastanawiać nad sprawą siostry. Wiedział, iż wdepnęła w coś bardzo niebezpiecznego. Ale wiedział o tym już od dawna. Jedynie nie umiał tego sprecyzować.
- Czy to ma coś wspólnego z zaginioną przesyłką?
- Tom proszę.
- Co się dzieje Mary? Dziewczyno! Daj spokój! Masz kłopoty i ja o tym wiem. Od dłuższego czasu obserwuję ciebie, jak i twego kumpla z redakcji.
- Tom ja…
Brat przyglądał się dziewczynie bardzo uważnie, i już wiedział. Wiedział co jest, lecz i tak trudno było mu w to uwierzyć. Czuł że jego siostra ma coś wspólnego z kradzieżą tej przeklętej paczki w redakcji Craft’a. Ale po co?
- Mary, czy to chodzi o tę przesyłkę – tak? Mów!
- Tak! Chodzi o nią. Ale przysięgnij, że nikomu nie powiesz ani słowa. Przysięgnij!
- Masz moje słowo, a teraz mów!
Dziewczyna walczyła z całych sił ze sobą. Wiedziała że musi powiedzieć bratu, że może mu ufać. Ale i bała się, że może wpakować brata w kłopoty. Lecz nie dawała już rady. To przerastało ją całkowicie. Musiała komuś powiedzieć.
- To bardzo niebezpieczna sprawa, i bardzo dziwna.
- Mary! Na miłość Boską! Co chcesz mi powiedzieć.
Teraz chłopak widział wszystko jak na dłoni. Jego siostra jest przerażona swą tajemnicą, i go oświeciło.
- Boże! Mary! Ty masz te przesyłkę czyż nie tak? To chcesz mi powiedzieć?
- Tak! To właśnie chcę tobie powiedzieć. Mam to i nie wiem, co mam dalej zrobić?
- Gdzie masz te przesyłkę? Trzeba ją oddać, jak najszybciej.
Teraz dziewczyna zerwała się na równe nogi. Cała zrobiła się blada i zimna. Jej twarz pociemniała, lecz zarazem stała się jakby z marmuru. Tom nie widział jeszcze siostry w takim stanie. Była bardzo zimna i stanowcza. Jej twarz nie wyrażała nic poza ostrymi ogniami bijącymi z jej oczu. To było jak obłęd.
- Po moim trupie! Słyszysz? Po moim trupie! Te sprawę sama muszę rozwiązać. Nikt mi w tym nie przeszkodzi. Nawet ty.
- Ja nie chcę w niczym tobie przeszkadzać. Ale zdajesz sobie sprawę, że może grozić tobie straszne niebezpieczeństwo?
- Wiem. Stanley mi mówił o tym.
- Stanley twój kumpel? Mówił ci? Tak więc czemu tobie to dał? Bo dał tobie? Tak Mary?
- Tak! Dał mi! Zresztą to nie ma znaczenia. Mam to i nie spocznę, jak się nie dowiem o co chodzi.
- Co jest w tej przesyłce? Jeszcze nie wiem. Nie zaglądałam tam. Właśnie chciałam się tym zająć, gdy ty zapragnąłeś się do mnie włamać. Wiesz już wszystko a teraz idź już.
- Dobrze. Ale przyrzeknij mi, że będziesz bardzo ostrożna. Przyrzeknij.
- Ok! przyrzekam.
Chłopak wychodząc z pokoju dał na razie za wygraną. Ona była przygnębiona, bo to było przygnębiające. Wiedział że trzeba coś zrobić. Trzeba jej pomóc, jednak nie bardzo wiedział jak – był bezsilny. Służba sprzątnęła jadalnię. Krzątanie ucichło jak w każde przedpołudnie. Poranne światło raziło oczy niewyspanej dziewczyny. Ostatnio nie mogła się wyspać. Nie wiedziała nawet, kiedy jej pokojówka przygotowała jej ranną garderobę, świeże ręczniki. Szlafrok również wisiał świeży już w łazience. Zawsze sobie obiecywała, że skończy z tym zwyczajem decydowania za nią, w co ma się ubrać dnia następnego. Ale jakoś nigdy nie miała do tego ani głowy ani czasu. Znowu nasunęła się myśl wprowadzenia zmiany.
- No tak. Wyglądam jak dziwka. Co ty z siebie zrobiłaś? Wory pod oczami, włosy w nieładzie.
Z zamyślenia wyrwała ją ponowna niespodziewana wizyta brata.
- Cześć Mary! Jak się masz?
- Co ty tu robisz, i to tak wcześnie? Nie masz swoich zajęć?
- Czemu – mam. A ty jak spałaś?
- Dobrze. Choć sama nie wiem. Wyglądam jak łach. Jeszcze te stare zwyczaje decydowania za mnie o tym w co mam się ubrać. Do śmieszne nie uważasz?
- Coś widzę, że nie masz dzisiaj nastroju do rozmów, co?
- Daj mi spokój!
- Idę do siebie. Chcesz czegoś?
- Nie dzięki.
Thomas Radley wyszedł z pokoju siostry. Ona dalej stała przed lustrem. Machnęła sukienkę przygotowaną przez pokojówkę na polecenie matki. Wzięła spodnie do jazdy konnej, popielatą koszulę z rękawami – podwiniętymi jak na wyścigi. Włosy spięła czarną przepaską, i spojrzała na siebie z boku. Ruszyła do drzwi, jednak przy nich przystanęła. Nagle zastanowiło ją, skąd u niej chęć na konną jazdę. Właśnie teraz. Ruszyła korytarzem wciąż się nad tym zastanawiając. W domu było cicho – za cicho. Wszyscy gdzieś poznikali, i dom wydawał się pusty – choć nie był w istocie. W hallu rozdzwonił się telefon. Mary przystanęła na schodach. Zaskoczyło ją to choć nie powinno.
Telefon jest zwykłą rzeczą w każdym domu. Nikt z domowników nie kwapił się ruszyć, by sprawdzić kto dzwoni. Po chwili pokojówka podeszła do aparatu. Podniosła słuchawkę. Mary będąc już na schodach, przystanęła na chwilkę tak, jakby na coś czekała.
- Tu Cambridge Hill, słucham!
- Czy zastałem pannę Mary?
- Tak, kto mówi?
- Nie ważne. Proszę poprosić ją do telefonu. Pilna sprawa.
- Panno Mery. Dzwoni…
- Już idę!
Dziewczyna zbiegając ze schodów podbiegła do telefonu. Czuła że to do niej.
- Słucham Mary Radley.
- Panienko. Jak to dobrze, że złapałem panienkę w domu. Musi panienka niezwłocznie przybyć do posiadłości pana Stanley’a. Ktoś był u niego w nocy. Teraz go nie ma. Przepadł.
- Jak to przepadł? Na miłość Boską!
- Nie ma go. Jego pokój jest zdemolowany.
- Zaraz tam będę.
- Będę czekał panienko.
- A z kim rozmawiam?
- Thomas – jego Lokaj.
- Dobrze! Będę na pewno!
Była przerażona. Twarz jej pobladła. Wiedziała że dzieje się coś złego. Zawaliła sprawę. Miała być wczoraj u Stanley’a. Niestety zapomniała i przespała chwilę spotkania. Ruszyła do biblioteki.
- Kto dzwonił?
- Nikt ważny tato.
- Widzę dziecko, że jesteś bardzo poruszona tym telefonem.
- Zdaje się tobie. To mój znajomy.
Brat Mary doskonale wiedział, co się dzieje. Domyślał się, że to był telefon od jej Przyjaciela. Czuł to. Dziewczyna maiła już coś powiedzieć, lecz Tom ją uprzedził.
- Wybierasz się do Hampton’a? to on dzwonił?
- Niebawem wrócę. Daj mi spokój!
- Tylko pytam.
- Dobrze więc. Jadę do Stanley’a. Dzwonił do mnie. Zadowolony?
- Tak myślałem, ale bądź ostrożna.
- Nic mi nie będzie.
Rodzice spojrzeli na siebie zdziwieni poirytowaniem córki. Ona jednak ruszyła nerwowo na schody. Wpadła do pokoju, szukając w szafie żakietu do jazdy konno. Pogoda się psuła, więc pomyślała, iż może się przydać. Chwyciła dżokejkę do konnej jazdy po czym zbiegła na dół, i tylko drzwi trzasnęły. Matka chciała ją upomnieć za to trzaskanie. Jednak nie zdążyła. Z niezadowoleniem tylko machnęła ręką. Mary była bardzo zdenerwowana, i jej niepokój wciąż wzrastał. Czuła, że dzieje się coś niedobrego. Bardzo bała się o swego Przyjaciela. Biegła przez cały dziedziniec do stajni.
CZAS TERAŹNIEJSZY.
Sara siedziała wciąż zagłębiona w rozważaniach nad tym, co przeczytała w kolejnym skrypcie. Udzieliło jej się swoiste zaniepokojenie, jakie dręczyło Mary Radley. Co prawda to inne czasy – przeszłość, lecz nie tak odległe. Zatem jak to możliwe? Nie chciała być przygnębiona, ale właśnie tak się czuła. Potrzeba porozmawiania z kimś o tym była tak silna, iż nie dawała sobie z tym rady. Ta nie wnosząca nic nowego praca młodej dziennikarki, i to o dość wysokich aspiracjach. Monotonia braku jakichkolwiek rewelacyjnych tematów – bo i skąd. A tu nagle sprawa tajemniczej przesyłki. No i materiały w niej zawarte.
To musiało zainteresować poszukującą ekstra tematu młodą dziennikarkę. To były dokumenty istotne dla konkretnego rodu – dokumenty prywatne. Zatem skąd taka tajemnica? Po co? I gdzie oni są? Czuła iż tą kwestię musi wyjaśnić. Tylko jak się dowiedzieć, gdzie są materiały o których wspomina wciąż lady Mary Radley? Bezwiednie spojrzała na wiszący przy drzwiach ścienny zegar. Dochodziła niemal pierwsza po południu. Wróciła powtórnie do rozłożonego skryptu, szukając odpowiedzi na wciąż mnożące się pytania. Skąd wziąć informację. Rozległo się pukanie.
- Proszę!
Drzwi się uchyliły, i do gabinetu wszedł lord Jeffrey de Blackstone. Zrobił parę kroków w kierunku Sary od razu zauważając, iż ta ma problem. Doskonale rozpoznawał ten subtelny grymas na jej twarzy. Jak tylko ją coś silnie trapiło, frapowało – co nie dawało jej spokoju – od razu owy grymas pojawiał się w jej oczach, jak i całej twarzy.
- Mamy coś do zrobienia – pamiętasz? Kuchnia, barbecue.
- Pamiętam, pamiętam. Lecz chyba jest jeszcze czas, co?
- No nie wiem moja droga. Jak chcesz zdążyć z gotowaniem, i szykowaniem samej siebie.
- A co tu szukać Jeff? Przecież to barbecue.
- Ok! a co z gotowaniem własnego dzieła?
- O tego nie odpuszczę. Ok! Idziemy. Ale mam do ciebie parę pytań w związku z rękopisem.
- Ok! ale to nie może poczekać?
- Może, choć….
Sara poprawiła dokumenty na blacie biurka. Ceniła sobie idealny porządek, w każdym kącie swojego apartamentu. Zatrzymała się będąc na środku pokoju. Jeffrey był już przy drzwiach na korytarzu. Odwrócił się.
- Czy coś się stało?
- Nie, nic. Ale nie sądzę aby jedwabna spódnica była najkorzystniejszym ubraniem do pracy w kuchni. To jedwab Jeff – moment.
I od razu ruszyła do szafy. Jeffrey oznajmił, iż idzie do kuchni. Jak ma zdążyć, to zacznie już coś gotować. Sara wykrzyknęła tylko: - Ok!, i zajęła się sobą. Coraz bardziej rozbawiona, zdjęła z wieszaka dżinsową spódnicę. Szyta na sportowa z kieszeniami po bokach nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż była ona dość krótka. Sara przez chwilę się w nią wpatrywała. Oczy przybrały wyraz istnej przekory. Prawdę mówiąc, nic ją to nie obchodziło. Energicznie ściągnęła jedwabną spódnicę, wieszając ją na wieszaku. Bluzka z dekoltem również Okazała się nie pasować do pracy w kuchni. Znalazła się więc tam, gdzie jej miejsce.
Włosy spięła w spiralny warkocz tak, aby nie przeszkadzały jej w gotowaniu. Odpowiednio uszykowana stanęła na środku pokoju, przez moment przyglądając się sobie w lustrze stojącym przy ścianie. Mrugnęła jeszcze do siebie okiem, i już była w korytarzu śpiesząc w kierunku schodów. Widziała pokojówki śmigające gdzieś po drodze. Wkroczyła na korytarz kuchenny, i tam coraz bardziej dał się słyszeć stukot naczyń – i jakieś zapachy. No i chichoty, coraz to bardziej stawały się wyraźniejsze. Stanęła w drzwiach wielkiej kuchni. Puki jej nie zauważono trwał dość duży chichot i rozbawienie. Dopiero, jak dostrzeżono ją w drzwiach, od razu ucichło.
Cała męska część kuchni, oniemiała z wrażenia. Sara była wysoką – niewątpliwie zgrabną piękną młodą kobietą. Strój jaki przywdziała dokonał dzieła. Właściciel domu w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na to, co działo się właśnie w tej chwili. Właśnie pichcił własne dzieło z nadziewanej wołowiny. Jednak Sara zrobiła parę kroków w jego stronę, i zaniemówiła. Jej ukochany miał na sobie męskie dżinsy z szerokim pasem. Srebrna klamra połyskiwała jak srebro. Jednak jakby tego była za mało, miał na sobie kraciastą koszulę bez rękawów. Była związana – nie zapięta – związana w pasie na węzeł. Na szyi połyskiwał srebrny łańcuch z medalionem. Oniemiała.
Uważała, iż sama wywołała co najmniej zaskoczenie, ale to, co usłyszała niemal ją zszokowało. Dopiero Jeffrey zaciekawiony nagłą ciszą, odwrócił się w stronę Sary. Jego zaskoczenie wymalowało się na jego twarzy. Nie sądził, że w takim stroju Sara pojawi się w kuchni. Ona od razu zrozumiała to, co on może sobie pomyśleć, i wskazała na niego dłonią.
- Ty chcesz przyprawić mnie o zawał serca czy co najmniej, bym sobie nieopatrznie coś sobie odciął?
- Nie wspominając o tobie kochanie.
I przy tym tak się przekornie uśmiechnęła, iż nawet kucharki zaczęły ponownie chichotać.
- To nie do wiary, co się dzieje w tym domu Saro. Jeszcze tak niedawno, nawet bym o tym nie pomyślał.
- Mam nadzieję, że nie żałujesz?
- Ani trochę. To świeży powiew w tym murach.
- Mam nadzieję, a teraz do roboty. Widzę, że tworzysz tu jakieś dzieło Jeff.
- No tak. Ten przepis pamiętam jeszcze z czasów, gdy była tu moja babka. Mam nadzieję, że niczego nie popsuję.
- Ok! zatem i ja biorę się za pracę. A gdzie rodzice?
- Jakieś pięć minut temu wyszli do spiżarni. Za moment powinni tu być.
I tak się stało. Nie trwała chwila a oboje byli już w kuchni. Każde niosło kosz z własnymi produktami. Tylko postawili kosze na pomocniku, gdy od razu spostrzegli oboje – Jeffrey’a i Sarę. Stali tak przez chwilę, i wpatrywali się w obojga. Sara przygotowała sobie stanowisko w kuchni. Panował tu istny szał. Było tu wielu, co chcieli przygotować coś od siebie. Vivienne stała z mężem przypatrując się temu, co się tu dzieje. Im obojgu pozostały tylko dwa blaty przy oknie. Sara zawinęła się przy swojej szafce, pochwyciła kosz, i ruszyła do spiżarni.
- Cześć mamo! Tato!
I nim zdążyli cokolwiek powiedzieć, ona zniknęła w korytarzu prowadzącym do spiżarni. Jeffrey zajęty był własnym dziełem. Uwijał się również nieźle, jak reszta. Wielka pieczeń z nadzieniem wedle przepisu jego babki była już gotowa. Niestety nie umiał poradzić sobie z charakterystycznym wiązaniem sznura, by ją spiąć. Co i rusz zaglądał do opisu wiązania, jednak nic to nie dawało. Dopiero najstarsza z kucharek niewiele czekając, ruszyła ku niemu. Była to kobieta niewielkiego wzrostu, ale za to bardzo otyła. Czasami miało się wrażenie, iż to idzie wielka, marszczona spódnica na przedzie której górował fartuch z milionem falbanek.
Dora – bo tak miała na imię ta kobieta – kochała falbanki, i niemal w nich tonęła. Mimo tuszy była bardzo sprytna i obrotna. Jej wielkie oczy czerniły się na tle rumianej cery jej wydętych policzków.
- Widzę sir, że masz problem.
- No nie sądziłem, że z całością dam sobie radę, a polegnę jeśli chodzi o wiązanie.
- Jak widzę, zabrałeś się sir za najtrudniejszą potrawę. Pieczeń pana babki, czyli: „pieczeń lorda.” To godne podkreślenia.
- No tak. Ale ten opis wiązania jest jak nie z tej ziemi. Tego nie da się zrozumieć.
- Mogę pomóc. Jeśli – naturalnie – pozwolisz sir.
- A mogła byś?
- Z przyjemnością. Pamiętam ten przepis, bo wiele razy go przygotowywałam. To ulubiona rodzinna potrawa twego ojca sir. Niemal tradycja tego domu.
Mężczyzna wskazał dłonią wolne miejsce w przygotowanym mięsie do wiązania. Kucharka od razu ruszyła do akcji. Jej pałeczkowate, grubiutkie palce, błyskawicznie odmierzyły długość sznura. Jeffrey jednak powtórnie wykonał gest dłonią, wstrzymując pracę kobiety.
- Wybacz Doro! Ale czy nie korzystniejszym sposobem byłoby byś pokazała mi wolno jak to się robi? Inaczej nigdy się tego nie nauczę – jak sądzisz?
- Pewnie masz racje sir. Nie sądzę jednak, byś często musiał zajmować się gotowaniem czegokolwiek. Ten dzień to wyjątek, dzięki lady Vivienne. Ale ja nie jestem z tego zadowolona sir.
- Czemu?
- Wiesz sir, że to ja zajmuję się pracą w kuchni. To ja wszystkiego pilnuję. A popatrz co się tu dzieje? To istny dom wariatów.
- Doro?
- Wybacz mi sir, ale tak uważam.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Kucharka była w takim wieku, iż żadne zwracania na to jej uwagi co mówi – do kogo mówi – nic tu by nie dało. Miała ostry język od młodości. Obecnie to się wyostrzyło.
- Przyznam się tobie w tajemnicy, że i mnie również nie bardzo to pasuje. Choć nie powiem – wreszcie coś się dzieje w tym domu. Jeszcze tyle radości, uciechy tu nie było – prawda?
- Oj prawda sir. Prawda. Ten dom potrzebował odmiany.
- Jedno tobie powiem Doro. Cokolwiek by się nie działo, nie ma lepszej kucharki od ciebie. I to się nie zmieni. Kuchnia to nadal twoje królestwo.
- Dziękuję sir. Dziękuję za te słowa. No ale bieżmy się do dzieła, bo będę inaczej płakała.
Po chwili ciszy, i sprawdzeniu pieczeni – ni stąd ni z owąd dorzuciła:
- Ale filut z ciebie sir. Ty zawsze umiałeś zagadnąć kobietę.
- Oj Doro! Bo z ciebie kobieta w każdym calu.
Po chwili wielka pieczeń była już gotowa. Wyglądała jak długi walec pięknie zasznurowany. Dzieło znalazło się w ogromnej brytfannie. Naturalnie do pieczeni lord de Blackstone przygotował polewę wedle rodowego wiekowego przepisu. Osobiście postanowił dozorować pieczenie jej w kuchennym piecu. Jednak co do finiszu, wolał mieć Dorę w odwodzie. Po określonym czasie, na chwilę wyciągną pieczeń z pieca, i polał ją specjalną polewą, wykonaną z udziałem miodu i odpowiedniego bukietu ziół. Po jej zaprawieniu, ponownie wsadził ją do pieca. Praca dobiegła końca. Nastawił tylko zegar ścienny na odpowiedni czas, i już miał wolne.
Sara natomiast stworzyła własne dzieło. Przygotowała szaszłyki z drobiu, nadziane na długie pręty wraz z owocami papryki, pomidorami koktajlowymi. Wszystkie dodatki były marynowane w odpowiednich ziołach. Nie brakło również grubych plastrów cebuli, marynowanej w zalewie miodowej. Kawałki drobiowego mięsa, marynowane w pikantnej zalewie. Miały rubinowy kolor. Inni również już kończyli własne potrawy. Vivienne zajęła się kuchnią francuską. Stąd jej dziełem stała się zapiekanka z mięsa z grzybami we francuskim cieście. Wielka blacha wyglądała imponująco. Przystanęła chwilę spoglądając wokół na całą kuchnię, i jej wyposażenie.
Była szczęśliwa, iż usilnie starała się wprowadzić w domu lorda Jeffrey’a de Blackstone, wszystkie nowości techniczne jakie znała. Cała męska część służby, zajęła się organizowaniem miejsca na barbecue. Trzeba było uszykować ławy do siedzenia, i stoły. Wielki grill umiejscowiono przy ażurowej drewnianej ścianie w ogrodzie. Panowie postarali się o miejsce do tańca, jak również miejsce dla kapeli. Kuchnia zaczęła pustoszeć. Lady Vivienne Forest wraz z najstarszą kucharką Dorą, pospisywała potrawy, i ich wykonawców. Po czym wszyscy ruszyli, by się odświeżyć i zmienić garderobę. Sara była tak zadowolona z tego dnia, iż wciąż się uśmiechała – niemal do wszystkich.
Jej radość udzielała się każdemu, kto tylko z nią zamienił choć parę słów. Na stołach znalazły się wspaniałe obrusy w stosownym deseniu do okoliczności. Okazało się, iż obaj chłopcy Mathev i Thomas – synowie Vivienne i Steven’a Forest’w, postarali się o odpowiednie oświetlenie i nagłośnienie. Przygotowano coś w rodzaju baru do ustawienia wszelkich potraw. Dora z kucharkami uwijały się między ławami, by rozstawić wszystko na swoje miejsce. Wszyscy odświeżeni – czysto ubrani, zaczęli schodzić się w miejsce uroczystości. Robiło się coraz to gwarniej. Wielki stos na ognisko z poprzedniego dnia – zniknął.
Zastąpiła go drewniana ścianka, wielkości wysokiego parkanu. Stworzyło to swoisty klimat. To tam było miejsce na wielkie grille, i ich obsługę. To tam – nieopodal – znajdowały się długie stoły z potrawami, przykrytymi srebrnymi lśniącymi kopułami. Na nich widniały kartoniki z nazwą potrawy, jak i imieniem osoby, która je wykonała. Wieczór był jeszcze dość daleko. Grill zaplanowany był na godzinę czwartą. To i tak nietypowa godzina na posiłek, gdyż w tym dniu nie zaplanowano obiadu. Sara pojawiła się z Jeffrey’m w sam raz jeśli chodzi o porę. Oboje ubrani w dość wyluzowany sposób, jednak z zachowaniem klasy.
Stąd u niej wspaniała suknia z cienkiej bawełny. Wzorem nawiązywała do ogrodu. Stąd deseń kwiatowy. Włosy miała fantazyjnie splecione z każdego boku w luźne warkocze. Natomiast reszta włosów falami – niczym wodospad – spadała luźno na plecy. Jeffrey zaś zdecydował ubrać się w stylu farmera. Zatem pojawiły się brązowe spodnie z letniego sukna, jaki biała koszula ze zdobieniami nawiązującymi do akantu roślinnego. Do tego kamizela z tegoż samego sukna co spodnie, posiadająca zdobne wstawki z naturalnej skóry. Skórzane kowbojki dopełniały całości. Włosy spięte w luźny ogon koński, wąsy elegancko wyczesane. Głowę wieńczył wspaniały brązowy kapelusz o wspaniałym rondzie.
Każdy użył wyobraźni, choć lady Vivienne nie wspominała o konieczności starania się o specjalny strój. Byli już wszyscy. Vivienne od razu zwróciła uwagę na lampiony, uszykowane miejsce do tańca, jak i małą scenkę dla muzyków. Właśnie rozstawiali instrumenty, podłączając je do całej instalacji. Vivienne od razu posłała uśmiech w kierunku Mathev, jednak nie widziała nigdzie drugiego syna – Thomas’a. Rozglądała się uważnie we wszystkie strony. Nigdzie go nie było.
- Steven’e! coś nie widzę Thomas’a.
- Być może gdzieś tu jest. Trzeba by było sprawdzić. O tam jest Mathev. On będzie wiedział.
Steven gestem dłoni przywołał do siebie syna. Ten do razu przeprosił muzyków, z którymi właśnie rozmawiał.
- Przepraszam cię Mathev. Nie wiesz, gdzie jest Thomas? Coś go tu nie widzę.
- Bo jeszcze nie wrócił.
- Jak to nie wrócił? Skąd miał wrócić? Poszedł się przebrać, czy co?
- No, jak to? Nie wiecie? Pojechał rano do Maggie. Przecież się zgodziliście.
- No tak. Zgodziłam się by ona tu była, lecz nie było mowy by on tam jechał. Poza tym sądziłam, że zrezygnował. Razem pracowaliście nad oświetleniem i nagłośnieniem.
- Tak, pracowaliśmy razem – planując. On jednak wcześnie rano pojechał do niej, a ja sam wszystko realizowałem. Bardzo się śpieszył. Wy zgodziliście się na jej obecność tutaj, zatem i on zgodził się na wykonanie zadania. Efektem było to, iż on się bardzo do niej śpieszył. Ja musiałem sam wszystko robić.
- No to dobry nastrój podczas barbecue mamy z głowy.
- Być może nie będzie tak źle. Poczekajmy. Jak na razie sami się bawmy.
Godzina rozpoczęcia imprezy już minęła, gdy Vivienne ogłosiła rozpoczęcie dnia barbecue. Jednak puki co, chciała rozstrzygnąć i zaprezentować potrawy, będące dziełem każdego z uczestników. Toteż stanęła przy stole zastawionym mnóstwem srebrzystych kopuł. W jury miała zasiąść Dora – najstarsza z kucharek w posiadłości, i szef kuchni zarazem. Wszyscy zasiedli na ławach przy drewnianych stołach. Prezentacja rozpoczęła się na wniosek Dory. Zaczęto od najmłodszych uczestników, czyli od całej służby, kucharek i kucharzy.
Dopiero później przyszedł czas na członków rodziny de Blackstone. Vivienne Forest odczytywała kolejno bloczki z konkretnych kopuł. Podawała imię autora potrawy, następnie nazwę potrawy. Kucharki na wielkich srebrnych tacach, dzieliły potrawę na porcje tak, by każdy mógł skosztować. Niemniej Dora, oceniała w przód wygląd potrawy przed podzieleniem, jak i jej smak. I w skali jeden do dziesięciu punktów podawała swoją ocenę. Vivienne zaś zapisywała skrzętnie imię, wraz z ogłoszonym werdyktem Dory.
Mimo tak miłej atmosfery pełnej emocji Vivienne zmuszała siebie do uśmiechu. Wciąż była poruszona faktem wyjazdu syna do Maggie. Szczerze jej nie lubiła. Kiedy prezentacja się zakończyła, i ostatnia z potraw została oceniona – zabrzmiała muzyka. No i się zaczęło. Pary ruszyły do tańca. Kucharki prosiły do tańca mężczyzn z rodziny właścicieli. Co prawda skrępowanie nie było rzadkością – mimo to, nastrój był iście radosny. Pierwsze lody zostały przełamane, i po chwili mnóstwo par tańczyło w rytm muzyki.
W międzyczasie Dora wraz z Vivienne policzyły punkty, typując zwycięzców wielkiej chochli – jak to określiła sama Dora. Przy czym, jak tylko wypowiadała tę nazwę aż trzęsła się ze śmiechu. I rzeczywiście. Dla zwycięzców zakupione zostały wielkie chochle – na znak uznania. Gdy pierwszy muzyczny kawałek grany przez kapelę ucichł, Vivienne z Dorą pojawiły się przy stołach. Lista z wynikami była już gotowa. Wszyscy wstrzymali się od rozmów. Atmosfera była iście radosna, i podniosła zarazem.
Na stołach poza naczyniami, nie było potraw. Ustalono, iż pierwszego miejsca nie będzie. Dora uchwyciła szczególność wykonania, jak i doskonały smak potrawy. Zatem postanowiła przyznać jedynie wyróżnienia. I takim wyróżnieniem jak i wielką chochlę otrzymały kolejno: indycze piersi, nadziane borowikami – wykonania jednej z kucharek. Inną z potraw była pieczeń „Lorda”, autorstwa Lorda de Blackstone. Można by tak długo wymieniać kolejne z potraw, z wielkim opisem uznania Dory.
Szefowa uhonorowała wszystkie potrawy – każdą z innego powodu. Każda kolejna oceniona potrawa, od razu była dzielona na porcje. Gdy zakończono prezentację, dwóch kucharzy dostarczyło w wielkich pojemnikach marynowane mięso, drób, ryby, warzywa, owoce na barbecue. Na tę atrakcje czekano z niecierpliwością. To był tego dnia wielki punkt programu. Kucharki uwijały się przy stołach, by każdego obdzielić porcją ocenianych dań. Nie były to duże porcje, lecz raczej porcyjki. Niemniej mnożyły się one na każdym z talerzy. Potraw było mnóstwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz