Tom II – część 22
Grille zostały rozpalone. I po chwili kucharze już je obsługiwali. Do picia podano mrożone musujące napoje, wspaniałe kompoty z których słynęła lady Vivienne. Muzycy grali wspaniałe rytmy do tańca, gdzie można było wybawić się do woli. Uczestnicy co i rusz zmieniali się na drewnianym podeście. Pani Forest wirowała z mężem szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Tańcząc – kątem oka zobaczyła Sarę i Jeffrey’a, którzy rozbawieni również tańczyli. Piękna była z nich para, i zastanawiała się nad tym, gdzie podziała się różnica ich wieku. Stwierdziła nawet, iż niesamowicie do siebie pasują. Mathev właśnie kończył swoją porcję nałożoną mu przez samą Dorę, gdy poczuł lekkie klapnięcie w ramię.
- Cześć brat!
Podniósł głowę w górę i zdębiał. Zobaczył przed sobą brata z jego dziewczyną Maggie. Od razu przestał jeść. Jej wyraz twarzy na widok tych wszystkich ludzi – rozstawionych na stołach potraw, był wyraźnie ironiczny. Nie było w nim cienia uśmiechu. Jak zwykle makijaż bardzo ostry – wręcz przesadny. Odwrócił od tego widoku wzrok by nie buchnąć śmiechem. W tej właśnie chwili, dyskretnie spojrzał na tańczących na podeście rodziców. Czuł że nie będą zachwyceni tym widokiem.
- Widzę że nie czekaliście na mnie z rozpoczęciem imprezki?
- A dlaczego mielibyśmy czekać Tom? Przecież wiedziałeś, o której ma się rozpocząć barbecue.
- No tak! Ale pojechałem po Maggie, więc…
- Więc nie przyszło tobie do głowy, że mama jest niezwykle punktualna. Poważnie traktuje swoje plany – prawda?
- Musiałem pojechać po Maggie. Ona nie ma własnego samochodu.
Siedzący chłopak musiał coraz bardziej nad sobą panować. Czuł, jak rośnie w nim irytacja z powodu lekceważącej postawy brata. Nie mówiąc już o tym, iż widok tego wymalowanego czegoś, wprawiało go w stan braku apetytu. Lecz nie wytrzymał, gdy tylko usłyszał wypowiedziane przezeń ponowne zdanie.
- My tu mamy kasę, i właśnie ona idzie na to wszystko. Ona jej nie ma, więc to było ważniejsze od punktualności naszej matki.
- Czyś ty do reszty zdurniał braciszku? Co ty pieprzysz!
W tym momencie Mathev powstał z miejsca. Siedzący obok niego przestali jeść, przysłuchując się rozmowie braci. Obaj stali naprzeciw siebie – coraz to bardziej nerwowo reagując. Stojąca obok dziewczyna Thomas’a, ironicznie się temu przyglądała.
- Może nasza mama nie jest zbyt nowoczesna Tom, lecz poświęciła temu wiele wysiłku, by stworzyć wspaniałą atmosferę. Wiedziałeś o tym. Tu szanuje się ludzi. I przede wszystkim nie śmiesz mówić o niej – matka! Nie zasłużyła sobie na to.
Maggie uniosła z przekorą głowę do góry, i z ironicznym wyrazem twarzy wtrąciła się w rozmowę broniąc Thomas’a.
- A cóż w tym złego, że powiedział – matka. Przecież jest jego matką!
- Rozmawiam obecnie z bratem, ale skoro już raczyłaś się wtrącić – odpowiem tobie. Tak, jest jego matką – matką Thomas’a, lecz tu mamy szacunek do każdego członka rodziny. Szanujemy starszych i siebie nawzajem.
- Wielkie mi coś. Balujecie, jak hrabiowie – bo macie kasę. Ja robię to, co ja chcę.
- O tak! To widać.
Thomas Forest od razu zrobił krok przed Maggie. Widać było, że nie jest zadowolony ze słów brata. Był co prawda młodszy od niego i spokojniejszy – niemniej po wpływem swojej dziewczyny, zmienił się. Stał się zadziorny, uparty, zaczepliwy.
- O co Tobie chodzi?
- O co mi chodzi Tom!? Jak śmiesz! Miałeś do wykonania zadanie związane z oświetleniem, akustyką. Mieliśmy razem ustawić muzyków. Olałeś to! Wszystko to ja musiałem sam robić. A dlaczego? Bo ty postanowiłeś pojechać po swoją lalę.
- Mathev miarkuj się!
- Dokładnie! Po lalę. Wracasz jak już wszystko jest ukończone. I co? Ty masz pretensje. Nie stać ciebie na słowo – przepraszam – a tylko na pretensje. I jeszcze śmiesz mówić o naszej mamie – matka! Co to ma być?
Do tańczących na podeście państwa Forest’w, podeszła jedna z młodych kucharek. Uchwyciła za mankiet Steven’a jednocześnie przepraszając. Para od razu przystanęła, a za nimi Sara z Jeffrey’m.
- Proszę mi wybaczyć sir, że ośmielam się przeszkadzać w tańcu lecz wrócił panicz Thomas. Rozmawia ze swoim bratem – paniczem Mathev. Boję się, że to nie dobra rozmowa.
Vivienne Forest od razu spoważniała. Rozejrzała się błyskawicznie w koło, niemal natychmiast dostrzegając obydwu synów, jak i stojącą przy nich dziewczynę. Zacisnęła dłoń na dłoni męża. Sara z Jeffrey’m od razu do niej podeszli.
- Co się dzieje mamo?
Kobieta wskazała wzrokiem całą trójkę. Bracia stali naprzeciw siebie, jak dwa koguty. Matthev co prawda starał się nad sobą panować, ale coraz bardziej było mu trudniej wysłuchiwać niedorzeczności Thomas’a. Sara od razu zareagowała na to działaniem.
- Mamo idziemy tam, zanim oni rozwalą nam całą atmosferę.
- Nie dziecko. Jak na to nie pozwolę, by ktoś zniszczył spokój w tym domu.
Cała czwórka ruszyła w kierunku – niemal krzyczących na siebie braci.
- Chłopcy! co się dzieje?
- A co ma się dziać mamo. Mój brat raczył wrócić do domu.
- No dobrze – to widzę. Ale czemu rozmawiacie ze sobą tak nerwowo? Przecież jesteście braćmi. Tak nie można. O co poszło?
Matthev wiedział, iż jego zachowanie nie jest w porządku w stosunku do brata. Nie mógł jednak sobie pozwolić na takie traktowanie przezeń ich matki, jak i całej imprezy. Starał się jak najszybciej uspokoić i opanować emocje.
- Thomas – sam powiesz, czy ja mam powiedzieć?
Chłopak zwrócił się do brata oczekując na jego zrehabilitowanie się.
- A co ja takiego zrobiłem? Mówiłem że pojadę po Maggie, i pojechałem. Zgodziliście się na to.
- Nie Tom!
W rozmowę wtrącił się jego ojciec Steven Forest.
- Przypominam tobie, że ty nie prosiłeś. Ty postawiłeś nam warunek. Albo będziesz mógł zaprosić Maggie, albo nie tkniesz się pracy nad oświetleniem i nagłośnieniem. Czyż nie tak było synu?
- Było. Ale dla mnie ważniejsza była Maggie, a nie jakaś tam zabawa.
Sara nie wytrzymała. Jeffrey chciał ją powstrzymać, ale nie zdążył.
- Przede wszystkim braciszku nie jakaś tam zabawa. Mama bardzo się starała, by nam dogodzić. Nie sobie, ale nam wszystkim. Co ty myślisz, że to co tu w koło – to czyniła dla siebie? Co się z tobą dzieje?
- A dajcie mi święty spokój. Idę z Maggie do swego pokoju. Nie potrzebuję korzystać z tego wszystkiego. Wy się bawcie.
Dziewczyna Thomas’a odezwała się triumfująco.
- I dobrze. Wielkie mi coś. Pańskie barbecue.
Lady Vivienne niemal drgnęła urażona słowami tej nieokrzesanej osoby. Jednak była tak poruszona tym, co słyszała, że nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Trzymała się tylko kurczowo ramienia męża. Czuła jak boleśnie jej się zaciska gardło. Łzy napłynęły jej do oczu, lecz za wszelką ceną nie chciała ulec słabości – jednak z coraz to większym trudem. Jeffrey widząc to, nie chciał dłużej czekać na rozwiązanie sytuacji. Wiedział również, że rodzice Sary będą mieć do niego o to pretensje. Nie było jednak innego wyjścia.
- Pozwolisz młody człowieku, że ja coś powiem.
- Nie jesteś moim ojcem Jeff! Nie muszę tego słuchać!
- Racja!
Ironicznie dodała dziewczyna, czyniąc przy tym tak dziwne miny, że przykro było patrzeć. I jednocześnie wyciągnęła papierosa z kieszeni. Próbowała zapalić go zapalniczką, ale ta jakoś nie chciała się zapalić. Lord de Blackstone kierując swą uwagę w kierunku Thomas’a, podszedł do jego dziewczyny.
- Nim coś powiem, zwrócę się do ciebie młoda damo! Jak wiesz – puki co, to jest moja posiadłość. I nie życzę sobie takich nawyków w jej obrębie. Innymi słowy tu się nie pali. Zatem – proszę – schowaj to tam skąd to wyciągnęłaś.
- Ani myślę! Nie będzie mi rozkazywał jakiś nadęty pawian.
Mężczyzna nie pokazywał żadnego zdenerwowania. Był nader bardzo spokojny. Sytuacja trwała może parę sekund. Nikt nie zdążył nawet zareagować. Ani Vivienne ani Sara. Steven czy ktokolwiek. Natomiast Jeffrey jednym ruchem dłoni błyskawicznie uchwycił dłoń dziewczyny. Lekko ją uścisnął tak, że z powodzeniem wyciągnął z niej papierosa. Thomas był porażony tym widokiem. Mężczyzna był stanowczy. Złamał papierosa, i wsadził w kieszeń jej spodni. Puścił jej dłoń całkiem spokojnie, wciąż ją uważnie obserwując. Nie umiała oderwać oczu od jego spojrzenia. Jak tylko uwolnił ją z uścisku własnej dłoni, niemal odskoczyła. Była zdenerwowana i roztrzęsiona.
- No Thomas! Czemu ty nic nie reagujesz? On złamał mi fajkę!
- A teraz posłuchajcie mnie oboje. Thomas’e! Do każdego z rodziny mam wielki szacunek – dla ciebie również. Jednak od jakiegoś czasu, twoje zachowanie stanowczo się zmieniło. To prawda, nie jestem twoim ojcem, i nawet nie chcę nim być. Masz wspaniałych rodziców i im winieneś przede wszystkim szacunek. Jednak mimo wielu zmian w życiu twojej rodziny, ty – jak widzę – zaczynasz błądzić.
- To twoje zdanie. Nie masz prawa mnie oceniać!
- To prawda – nie mam prawa. Jednakże moje zdanie jest tu na tyle ważne, by nie dopuścić do chaosu w tym domu. O tym jednak porozmawiamy nie tu, i nie teraz. Jak wiesz, mamy tu dzień barbecue – dzieło twojej mamy. Potrafisz to uszanować?
- Nic mnie to nie obchodzi. My idziemy do mojego pokoju.
Chciał ruszyć w kierunku budynku. Maggie już ruszyła przed nim. Lord de Blackstone, Okazał się konsekwentny co do własnych słów. Jego stanowczość okazała się w krótkim i zdecydowanym działaniu. Wykonał gest dłonią w kierunku ochrony. Natychmiast przy nim stanęło dwóch rosłych mężczyzn.
- Skoro tak, to poznaj moją odpowiedź młody człowieku. Miałeś już wiele okazji, by przejrzeć na oczy. Ty jednak nie uważałeś za konieczne, wiele rzeczy przemyśleć. Co do faktu, czy wprowadzisz tę oto osobę do tego domu Thomas’e. Dopóki nie zaczniesz zachowywać się, jak inteligentny człowiek nie dostaniesz pozwolenia na wprowadzenie do tego domu kogokolwiek. A co do ciebie młoda damo. Twój wygląd, jak i twoje zachowanie – świadczą o tym, iż nie masz szacunku do nikogo i niczego. Nie będę tego oceniał, gdyż to nic nie da. Natomiast mogę nie dopuścić do tego typu zachowania w tym domu, w tym miejscu, tu i teraz. Zatem obecnie zostaniesz odwieziona do swego domu, właśnie z tych przyczyn.
- Wielka mi strata. Banda bufonów!
Niemal wykrzyknęła Okazując tym samym potwierdzenie słów lorda de Blackstone. Thomas był tak porażony tym co usłyszał, że nie mógł w to uwierzyć. Zatrzymał się parę kroków od stojącej grupy, i nie bardzo wiedział, co ma zrobić jak zareagować.
- Tom! Idziesz?
Dziewczyna szukała w nim sprzymierzeńca. On nadal stał jak wryty.
- No chłopcze. Decyzja należy do ciebie. Albo otworzysz oczy i zaczniesz postępować tak jak należy, albo zmień to co tobie tak zawadza.
- O co ci chodzi Jeff?
- Porozmawiamy, gdy będzie na to odpowiednia chwila. Obecnie mamy uroczystość barbecue. Chyba nie muszę ciebie zapraszać. Tu jest cała rodzina z tobą włącznie.
- A ciebie młoda damo kierowca odwiezie na przystanek autobusowy. Tak będzie najrozsądniej.
Dziewczyna była oburzona takim stanem rzeczy. Nie spodziewała się, iż zostanie wyproszona z imprezy, i to zaraz po wejściu. Jej irytacja rosła z każdą chwilą gdy tylko uświadomiła sobie, iż Thomas nie może za wiele zrobić.
- Zbędna łaska. Thomas mnie przywiózł to i musi odwieść do domu. Thomas! Nie stój jak ciele. Powiedz coś.
- Chciałbym bardzo ciebie odwieźć, ale wóz jest nie tankowany. Nie mam paliwa.
- No ładnie. Teraz i to. Wiesz! Nie chcę cię znać baranie. Nie nadajesz się na mojego chłopaka.
Coraz bardziej się rozkręcała, chcąc zrobić wiele szumu nim opuści posiadłość. Jednak od strony wyjazdu do ogrodu, wóz już podjechał. Kierowca dał znak, iż jest gotowy.
- No to już wszystko wiemy. Zatem żegnam młoda damo. Panowie, odprowadźcie tę osobę do samochodu.
Mężczyźni wskazywali jej kierunek, lecz ona tylko rzucała wyzwiskami. Machała rękoma jakby chciała odganiać muchy. Za wszelką cenę nie chciał opuścić posiadłości by zagrać na czasie. Nie czekając długo, panowie z ochrony wzięli ja pod ręce – siłą unosząc do góry. Krzyczała bluzgając na wszystkich w koło. Thomas nie chciał na to patrzeć, i ruszył do swego pokoju. Dopiero po chwili wszyscy zauważyli, że go nie ma. Lady Vivienne Forest poprosiła o chwilę odpoczynku. Źle się czuła przez tą całą sytuację z jej synem w tle. Wciąż pochłaniały ją myśli o Thomas’e. Co prawda uśmiechnęła się do wszystkich, jednak to już nie było to. Ten jeden incydent zniszczył jej spokój. Bała się o syna. On zmienił się pod wpływem tej dziewczyny. Po jakiejś godzinie Vivienne przerwała zabawę.
- Wybaczcie kochani, ale sprawdzę co u Thomas’a. Wciąż martwię się o niego.
- Mamo ty się baw – ja sprawdzę.
Sara od razu zareagowała na prośbę matki. Wiedziała, iż i tak jest bardzo zdenerwowana. Zatem przeprosiła Jeffrey’a, i ruszyła w kierunku budynku. Sama odczuwała rosnące w niej złe przeczucia z jego powodu. Thomas coraz bardziej stawał się dziwniejszy. Po krótkiej chwili, zapukała do jego pokoju.
- Tom! To ja Sara. Mogę wejść?
- Nie!
- Nie gniewaj się. Chciałabym z tobą porozmawiać. Proszę.
- Tu nie ma o czym mówić.
- Thomas’e, proszę.
Dopiero po dłuższej chwili drzwi się otworzyły i mogła wejść. Jej brat siedział na swoim łóżku, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie.
- Czego chcesz? Mów i znikaj!
- Posłuchaj. Nie będę tobie truła na temat tego, jak się ostatnio zachowywałeś. Myślę jednak, że sam wiesz o tym jak – i wiesz również, kto jest temu winien.
- No tak. Pozwól że zgadnę – Maggie.
- Tak! – Maggie. Jeśli tak, jak mówisz jest twoją dziewczyną to winna tak się zachowywać. Jednak ona nikogo nie słucha. Mama chciała coś z tym zrobić, ale nie – zniszczyła to jednym pociągnięciem ręki. Poobrażała niemal wszystkich dookoła.
- Nie chcę o tym mówić Saro!
- Czemu?
- No bo nie. Jeff źle ją potraktował. Zresztą wszyscy są do niej uprzedzeni.
- Ja tak nie sądzę. Tom. Fajnie byłoby przyjąć twoją dziewczynę tu u nas, ale ona nie chciała tego zaakceptować.
- Bo ona jest z biednej rodziny Saro! Ona nie zna takiego życia. U nich jest całkiem inaczej.
- Posłuchaj. To że u niej jest bieda, że ona pochodzi z biednej rodziny nie jest żadnym usprawiedliwieniem. To nie jest przyczyną tego co się stało. Ona po prostu jest do nas uprzedzona – nawet i o to nie chodzi. Myślę, że ona jest uprzedzona do ludzi – w ogóle. Jej argumentacja nie wynika z biedy, a z przekory. Ona nie szanuje innych. To nie ważne czy młody czy starszy. Spójrz na jej zachowanie, makijaż, sposób ubierania się.
- Taki ma styl. Nie ma do tego prawa?
- Ma – naturalnie. Jednak, gdybyż to był jakiś styl. Lecz ona o to nie dba. Ubranie wyświechtane, pogniecione. Mówisz, że mają biedę – Ok! to za co ona kupuje kosmetyki? Przecież to kosztuje, i to nie mało. No i sprawa jej nauki. Czemu ona się nie uczy? Młodzi ludzie się uczą braciszku – a ona nic. Podstawówka i tyle. Do pracy też nie idzie. Możesz mi powiedzieć, czemu ona się nie uczy?
- Nie wiem. Powiedziała mi, że to nie dla niej.
- A rodzice? Co oni na to? Byłeś tam, zapewne. Rozmawiałeś z nimi?
Jednak Thomas nie odpowiedział. Siedząc na łóżku spuścił głowę, wpatrując się w podłogę. Sara widziała, iż musi oczyścić atmosferę, on to zrozumiał. Musi o niego zawalczyć. To jest przecież jej brat.
- Byłem tylko raz, ale mi się tam nie podobało.
- Czemu?
- Saro! Czy musimy o tym gadać. To nie jest miła rozmowa.
- Wiem że nie jest to miła rozmowa. Chcę tylko się dowiedzieć, czemu ci się tam nie podobało.
- To nie chodzi o to co oni tam mają – nie o to chodzi. Mają co prawda bardzo skromnie, ale dość czysto.
- No to nie rozumiem. O co chodzi?
- Niezręcznie mi jest o tym mówić siostra, ale…
- Tak?
Sara nie odpuszczała. Wiedziała iż gdy sam zacznie mówić o swoich wątpliwościach, to i sam zrozumie w czym leży problem.
- Nie podoba mi się to, jak ona zwraca się do rodziców. Do swoich rodziców.
- Jak to. Przecież tu mówiła, że jej na wszystko pozwalają. Sama byłam zadziwiona tym faktem – tym bardziej, że chodziło o jej naukę – więc, jak to jest naprawdę?
- Oni nie mają na nią wpływu – żadnego wpływu. Ona nie liczy się zupełnie z ich zdaniem.
- Rodzice nie mają na nią wpływu?
- No nie mają. Byłem tylko raz u nich. Trafiłem na sytuację, gdy jej mama chciała coś zrobić do picia. Coś niosła do jej pokoju – chyba herbatę. Ale Maggie z całym rozpędem zerwała się z fotela, i nie wpuściła jej do środka. Widziałem spojrzenie jej mamy.
- Boże! Jak wtedy zareagowałeś?
- Wstałem chcąc jej wytłumaczyć, że tak nie można. Ale ona tylko wypchnęła swoją matkę na korytarz. Szklanki spadły na podłogę, i się roztrzaskały. Maggie jednak trzasnęła drzwiami i tyle.
- Boże! To aż nie do wiary. Gdzieś ty ją zapoznał?
- Krążyła przed szkołą. Wtedy wydawała się całkowicie inną osobą. Dopiero później dowiedziałem się, że się nie uczy. Gdy ją o to zapytałem - powiedziała mi, że uczy się w innej szkole.
- I ty w to uwierzyłeś? A rodzeństwo. Ona ma jakieś rodzeństwo?
- Nie wiem. Byłem tam tylko raz. Zapraszała mnie później parę razy, ale ja nie chciałem. Nie czułem się tam dobrze.
- I dlatego usilnie chciałeś ją zabrać do nas?
- Nie wiem na co liczyłem siostra. Nie wiem. Już od jakiegoś czasu nie podobało mi się to, co ona wyczyniała. Jednak sądziłem, że to taki jej styl.
- Nie Tom! To nie żaden styl. Ona wydaje mi się zdemoralizowana i tyle. Skoro zupełnie nie słucha rodziców. Skoro rodzice nie mają na nią wpływu – to świadczy o tym, że to jest jej wybór. I to dlatego ty się źle czułeś w sytuacjach stworzonych przez nią. W sytuacjach, które były przez nią zainicjowane. Wynika to z jej sposobu bycia. Nie szanuje nikogo bo nie chce. Nie uczy się, bo nie chce. A tak nawiasem – szkoda mi jej rodziców. A ojciec? Co z nim?
- Jest stolarzem. Bardzo ciężko pracuje wiele godzin dziennie by było na życie.
- Stolarka to dobry fach. I ma pracę?
- Chyba tak, choć niewiele zarabia.
- I jeszcze jedno. Powiedz mi skąd Maggie bierze pieniądze na kosmetyki?
- Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że nie zarobiła na nie. Chyba…
- Kradnie? To chcesz powiedzieć?
- Powiedz mi, co zamierzasz z tym zrobić.
- Czyli?
- Chodzi mi o znajomość z tą dziewczyną. No bo chyba coś postanowisz, prawda?
- Jak na razie nie wiem ostatecznie co zrobić. Myślę jednak, że dam sobie z tym spokój. Ona jest taka agresywna.
- No…, zauważyłam. I to nieźle agresywna. Mam nadzieję, że powiesz mi – jaką decyzję ostatecznie podjąłeś braciszku? Zawsze trzymaliśmy razem, czy tak będzie i teraz? Nie chciałabym tego stracić.
- Ja też nie.
- Cieszę się. To teraz idziemy do rodziny. Jeszcze nie wiesz co ciebie minęło. Tyle smakowitości.
- Kto wygrał?
- Wiesz że nikt. Dora nie wytypowała pierwszego miejsca.
- Jak to Dora? A co ona ma do tego?
- No i tego nie wiesz. Dora jest najstarszą kucharką w tym domu. Zatem mama postanowiła, by ona zasiadła w jury, by ona oceniała wszystkie potrawy.
- To akurat rozumiem. Ona świetnie gotuje.
- Też tak uważam. To co, idziemy do reszty? Uroczystość barbecue już trwa, a ty pewnie jesteś głodny co?
- Bardzo.
- No to idziemy.
Sara była dumna ze swej decyzji, iż nie pozwoliła mamie pierwszej rozmawiać z Thomas’m. to, iż ona porozmawiała sobie z bratem było świetnym pomysłem zrobiła to, co mogła uczynić. Reszta zależała od niego. Już na korytarzu, odwróciła się do brata idącego za nią z tyłu.
- Wiesz Tom, że bardzo ciebie kocham braciszku.
- Wiem. Ja ciebie też.
Słyszała w jego głosie lekkie załamanie. Wywnioskowała z tego, iż ta rozmowa przyniosła mu nieco ulgi. On jej potrzebował. Miała tylko nadzieję, że zachowa się odpowiednio przy rodzicach. Tylko wyszli z oranżerii na aleję prowadzącą do ogrodu, i już z daleka Sara dostrzegła swoją matkę. Siedziała przy stole wraz z ojcem Sary. Dostrzegła brak uśmiechu na jej twarzy, jak i bezwiedną zabawę rąbkiem serwety. Bała się o nią. Wiedziała iż ona ciężko zniosła samą przeprowadzkę do tej posiadłości. Wiedziała również, iż bardzo leży jej na sercu los rodziny. Przy stole siedziała cała rodzina. Lord Jeffrey de Blackstone od razu spostrzegł nadchodzących – Sarę wraz z bratem.
Uśmiechnął się do niej, a ta mrugnęła doń okiem. Wiedział, że wszystko jest w porządku. Inaczej nie byłaby taka zadowolona. Po krótce, i reszta rodziny zwróciła się w stronę idących. Sara spojrzała na Matthev, nieco obawiając się jego reakcji. Nie chciała dopuścić do przepychanki przy rodzicach i gościach. Lecz ten był szybszy niż ona mogła zareagować.
- I jak braciszku? Mam nadzieję, że porządnie zgłodniałeś. Tu masz swoją porcję wszystkiego, co było w menu. Osobiście tego przypilnowałem.
Sara ze zdumienia na moment aż zaniemówiła. Matthev w stosunku do Thomas’a zachował się w taki sposób, jakby cała ta niedorzeczna sytuacja nie miała miejsca.
- Dzięki brat. Myślałem, że o mnie nie pomyśleliście, i straciłem te pyszności.
- Jakby nie było, jesteś Forest – no nie? A Forest’i trzymają się razem.
- Tak, jak i de Blackstone.
Lord Jeffrey de Blackstone, dorzucił swoje dwa grosze, ruszając przy tym gęstym wąsem. Od słowa do słowa, i uśmiech rozgościł na twarzy Thomas’a i reszty rodziny. Usiadł wśród nich zadowolony. Dora nalała mu kompotu, i cmoknęła w czoło.
- A już myślałam paniczu Thomas’e, że pogardziłeś moim jedzeniem.
- Nigdy nie zrezygnowałbym z takich pyszności.
I tyle go słyszeli. Thomas był tak głodny, że niemal pochłaniał wszystko co było na jego talerzu. Jednak po chwili przerwał, i zwrócił się do matki.
- Chciałbym cię mamo przeprosić. Za Maggie i za siebie. Wiem że źle się czułaś, i że ja popełniłem błąd. Wiedz że to się już nie powtórzy. A swoją drogą jesteś mi coś winna.
Wszyscy jak się ucieszyli słysząc słowa Thomas’a – tak od razu spoważnieli. Sara również. Miała już zareagować, gdy…
- Winnaś mi taniec mamo. Budowaliśmy z Matthev ten podest ze służbą. No to chciałbym i ja to wypróbować.
No i wszyscy odetchnęli z ulgą. Thomas spojrzał na wszystkich spod oka.
- Ale nieco później. Teraz mam coś do zrobienia.
I zaczął pałaszować, jakby nie widział jedzenia co najmniej tydzień. Vivienne – jego matka, uniosła dyskretnie dłoń ku twarzy. Miała w niej chusteczkę, i przetarła oczy. Sara zauważyła to, i uśmiechnęła się do niej ciepło. Widziała iż mama cierpiała przez tę sytuację z Maggie. Lecz to już przeszłość. Gdy wszyscy zrozumieli o czym mowa, gruchnęli gromkim śmiechem. Po chwili Thomas Forest, wykonywał parę łyków napoju autorstwa Dory, i zaraz z gracją powstał.
- Mamo. Pozwól, że twój niesforny syn zaproponuje tobie taniec. Czy mogę cię zaprosić do tańca?
- Z wielką przyjemnością.
Vivienne co prawda była ogromnie zaskoczona takim obrotem sprawy. Lecz na jej twarzy pojawił się promień uśmiechu. Thomas poprowadził ją na sam środek drewnianego podestu, i dał znać muzykom. Zagrali specjalnie na życzenie angielskiego walca. Uwielbiała tę melodię, zatem syn nie mógł jej sprawić większej radości. Wszyscy wpatrywali się w ten sielski widok. Dopiero po chwili, gdy walc ustał – Thomas stał z mamą na środku ogrodowego parkietu. No i nikt się nie spodziewał, co też on zaplanował akurat w tej chwili. Podszedł do mikrofonu.
- Moi drodzy! Jak widzę w tym domu trzeba wprowadzić nieco wigoru. By podkreślić wszystkie kulinarne dzieła, jakie tu zostały stworzone – trzeba mocnych przypraw. I tu mam propozycję. Kto czuje się na siłach by zatańczyć wraz ze mną – oczywiście – na tych deskach, Irlandzki taniec stepowy. Wiem że jest akurat bardzo popularny w naszych stronach, ale i wiem, iż wymaga niemałej ikry. Zatem, zapraszam chętnych.
Vivienne Forest stała na parkiecie, jak zahipnotyzowana. Widać było, iż nie bardzo wie, co z sobą uczynić. Thomas – jej syn, podszedł do niej, by ucałować ją w czoło, i przeprosić. Ujął jej dłoń, by podprowadzić ją do jej miejsca przy stole. Sam powrócił na deski. Kolejny raz zachęcił zapytaniem, kto stanie do tańca stepu Irlandzkiego. Dobrze wiedział, iż wielu z tu obecnych, doskonale zna ten taniec. No i stało się. Najpierw powstał cichy szmer, szepty. Ciche rozmowy – ukradkiem, między wszystkimi. Potem lekkie poruszenie, aż po chwili pojedyncze osoby zaczęły powstawać z miejsc. Przy stole Forest’w również powstało ożywienie. Sara koniecznie chciała zatańczyć ten taniec.
Nie była jednak pewna, czy Jeffrey podzieli jej chęć wzięcia udziału w tym wyczynie. Spojrzała na niego takim wzrokiem, iż od razu domyślił się, o co jej chodzi. Najpierw – mimochodem przelotnie na nią spojrzał. Potem ponowił spojrzenie tak, jakby nie bardzo wiedział o co jej chodzi. Jednak później musiał się odezwać. Sara nie ustąpiła.
- Mam nadzieję, że ty nie…
- Właśnie!
- Czy ty sądzisz, że ja…
- Z pewnością!
- Kobieto! Ja mam wziąć udział w tym szalonym tańcu? O nie! Jeszcze mi życie miłe.
Vivienne uważnie przyglądała się obojgu przysłuchując się im z uwagą. Po czym spojrzała na Steven’a, na jej twarzy pojawił się specyficzny uśmiech. W tej konkretnej chwili Steven nie przypuszczał nawet, co rodzi się w głowie jego żony. Nim Jeffrey zdołał definitywnie odmówić Sarze – Vivienne wstała. Sara miała zamiar odnieść się do postawy Jeffrey’a, jednak w tym samym momencie spojrzała na matkę, gdy ta wstawała z ławy.
- No co panowie? Mam nadzieję, że nie zostawicie nas samych na deskach.
- Co ty mówisz Vivienne? Czy ty wiesz jaki to taniec?
- A wyobraź sobie, że wiem – i dlatego chciałabym zatańczyć. Ten taniec jest pełen niesamowitej werwy i życia. Mam nadzieję, że nim podejdziemy z Sarą do sceny – wy wreszcie się zdecydujecie. Saro! Idziemy?
Sara była tak zaskoczona stanowiskiem swojej matki, iż bezwiednie uniosła się w górę. Nim skłoniła się ku odmowie, już uważała, że tak naprawdę matka ma rację. Idąc razem w kierunku sceny, uniosła głowę w górę. Obaj panowie Jeffrey i Steven, spojrzeli po sobie. Matthev przyglądał się obu na zmianę. Coraz mocniej siłował się sam ze sobą, aż wreszcie ryknął śmiechem.
- Sory! Ale jak patrzę na was, nie mogę się opanować. Ja idę na deski. Jeśli macie choć trochę wigoru, to dołączycie. Ja idę na deski.
Steven spojrzał na obok siedzącego Jeffrey’a, ze zdumienia unosząc ku górze brew.
- Jeff! Nie mamy wyjścia. Tu chodzi o nasz honor. Co ty na to?
- A niech tam. Co mamy do stracenia. Nie wiem tylko, czy wytrzymam to tempo.
- Ty? A co ja mam powiedzieć? Ty masz kondycję, a ja? No teraz żałuję tych utraconych treningów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz