Tom II – część 24
- Przypominam tobie, że czas wziąć się do pracy. Bo jak na razie marnie to widzę.
- A mamy jakąś pracę?
- Żartujesz? Muszę wreszcie wziąć się za rękopisy. No i zaraz obiad. Cała rodzina niebawem będzie w domu. Trzeba i z nimi pobyć – co o tym sądzisz?
- Sądzę że możemy co nie co przedyskutować tu w kabinie.
- Jeff!
- No dobrze, dobrze. To może te najważniejsze kwestie?
- Widzę że z tobą się nie dogadam. Idę! Płuczemy się i czas na nas.
Mężczyzna chciał jeszcze wykonać jakiś ruch by rozbawić Sarę, ale tylko usłyszał.
- Ani mi się waż!
Starała się bardzo być poważna, i niemal przegrałaby ze sobą. Czuła, jak jej rozbawienie niebezpiecznie w niej rośnie. Usilnie się przed tym broniła, gdyż szybko by spod prysznica nie wyszła. I gdy on spłukiwał z siebie resztę piany, ona wymknęła się z łazienki. Po drodze chwyciła kąpielowy ręcznik i szlafrok. Dopiero w sypialni – patrząc w lustro cicho się roześmiała. Próbowała zawiązać włosy w ręcznik, gdy on już był przy niej. Niemal natychmiast do niej się przytulił. Gdy skierowała się w stronę drzwi, on wycierał się wielkim kąpielowym ręcznikiem. Mijając go wyfasowała mu siarczystego klapsa w goły pośladek, i wybiegła z pokoju. Nie zdążył zareagować, tylko mrugnął okiem w jej kierunku.
Wiedział iż za moment dom zapełni się rodziną, przez co zrobi się gwarnie. Sara udała się na swoje piętro. W pokoju Jeffrey’a zapanował spokój. Gdy tylko wytarł się do sucha, wyczesał starannie włosy spinając je w ulubiony koński ogon – podśpiewując, delikatnie przystrzygł wąsy. Nie cierpiał krótkich wąsików uważając, iż to sztucznie zniekształca męską twarz. Pozostawił gęsty, dość długi zarost. Wąsy wyglądały imponująco. Twarz ogolona starannie, pachniała jego ulubionym płynem po goleniu. W ten czas była wspaniała pogoda. Zatem uznał, iż wystarczy letnie przewiewne ubranie. Postanowił włożyć letnie luźne białe spodnie.
Lubił je bardzo. Posiadały po obu stronach z przodu obszerne zakładki co sprawiało, iż nie czuł się przez nie opięty. Do tego wpuszczona w spodnie, biała koszula z krótkim rękawem. Posiadała aplikacje w stylu egipskim. To prezent jaki sobie sprawił będąc niegdyś w Egipcie podczas safari. Wyglądał iście zabójczo. Lekko się uśmiechając mrugnął do swego lustrzanego odbicia. Wyszedł na korytarz, i niemal od razu na schodach spostrzegł Vivienne. Ruszył w jej kierunku. Gdy tylko go zobaczyła, uśmiechnęła się.
- Jak się masz? Widzę, że wyglądasz dzisiaj kwitnąco.
- Bo tak się czuję. Dzień jest taki wspaniały, że aż żal siedzieć w tych murach.
- Pewnie tak, lecz jestem tak zmęczona, że nie mam pomysłów na dzisiaj. Co planujesz na dzisiejsze popołudnie?
- Myślę że przed nami lekki obiad –zdało by się coś na zimno. Jak myślisz?
- Mówiąc szczerze nie mam do tego głowy.
- Ok! ja się tym zajmę. Ty odśwież się, i spotkamy się w jadalni. Chyba, że życzysz sobie by obiad przyniesiono tobie do twego apartamentu.
- Apartamentu! Jak to zabrzmiało.
Ubawiona tym stwierdzeniem, głośno się roześmiała.
- Jednak nie! Zjem razem z wami. Niemniej kąpiel jest obowiązkowa. Inaczej nie dam rady.
- A jak Steven? Przyjechał z tobą?
- O tak. Ten to już pewnie rozmókł pod prysznicem. Całą drogę marzył o kąpieli. Mam nadzieję, że uda mi się go stamtąd wyciągnąć. Sama mam zamiar tam zawitać.
- A razem by nie można?
Z wolna odezwał się schodząc na dół. Vivienne w ostatniej chwili usłyszała to ostatnie zdanie, i niemal otworzyła ze zdumienia usta. Nie spodziewała się tak zuchwałej uwagi z jego strony. Ten już jednak schodził w dół, unosząc lekko dłoń do góry w geście pożegnania. Męski głos rozbrzmiewał na klatce schodowej, spotęgowany przestrzenią hallu. Postała chwilę na schodach uważnie mu się przyglądając. Nie uszło jej uwadze, iż jest w nim znaczna zmiana. Jakaś lekkość, błogość – a nawet szczęście. Nie widziała już w nim tego ciągłego zamyślenia, czy zadumania. Nie było śladu powagi malującej się na jego twarzy w ciągłym napięciu.
Przez chwilę, z wielką życzliwością napawała się tym widokiem. Nawet nie korzystał z windy. Pokonywał schody lekkimi krokami aż do hallu. Po drodze nucił sobie coś pod nosem. Ruszyła do swojego apartamentu. Steven już był po kąpieli. Stał przy swojej szafie z garderobą. Widać było, iż ma problem z wyborem rzeczy, które ma założyć. Vivienne doń podeszła z niebywałym uśmiechem. Nie czekając na jego reakcję, podała mu poszczególne wieszaki.
- W tym będzie tobie wspaniale. Dzisiaj jest tak ciepło.
Spojrzał na nią z wielką miłością, chcąc ją przytulić. Ona jednak już wchodziła do łazienki. Jednak nie zamknęła drzwi, a jedynie je przymknęła.
- Zresztą bosko wyglądasz i bez tego.
W stosunku do niego pozwoliła sobie na żart, niemal natychmiast odczuwając zaskoczenie własną wypowiedzią. W tej samej chwili zastanowiło ją, skąd u niej takie żarty, i to po pracy. To nie w jej stylu - a jednak. Mimo to tę myśl puściła mimowolnie bez szczególnej uwagi. Steven po chwili usłyszał jej głośny śmiech. Spojrzał na ubranie. Rzeczywiście uznał, iż będzie ono najlepsze. Spodnie jasno popielate z szarym paskiem. Do tego koszula z krótkim rękawem w kolorach błękitu, i żywo niebieskiego. Kochał te kolory. Nieco zdumiał go fakt, iż wiele razy mijał te ubrania, i ich nie zauważał. Znalazły się one na wieszaku obok szafy. Chwilę się im przyglądał.
Czas było się ubrać lecz on jakoś się ociągał. Nie miał długich włosów, tak więc ich czesanie nie zajmowało mu więcej jak chwilę. Wygolony na gładko, przyczesał jedynie wąsy. Vivienne postarała się o nowe kosmetyki dla niego, które nie uszły jego uwadze. Ciepło zrobiło mu się na sercu czując, iż kocha ją bardzo mocno. Uświadomił sobie, iż nie trzeba dokonywać wielkich rzeczy, by poczuć miłość łączącą ich obojga. Zrozumiał, że to właśnie tysiące małych czynów, gestów, słów, czułości i czystej życzliwości – by ją odczuwać całym sobą. Stał przed lustrem wspaniale odszykowany. Elegancko – a jednak czuł się lekko i przewiewnie.
Lord de Blackstone zdążył wydać polecenia w kuchni. Stojąc na tarasie, oczekiwał na podanie obiadu. Był szczęśliwy. Podszedł do balustrady by musnąć koniuszkami palców wspaniałe pnące róże. Ich zapach roztaczał niesamowity aromat, obejmujący niemal cały taras. Nagle poczuł silną chęć zejścia zeń do ogrodu. Nie rozumiał tego pragnienia, niemniej coraz silnie to odczuwał. Wciąż był na tarasie, lecz jego uwagę wciąż przyciągał ogród. Nim zaczął sobie uświadamiać co się z nim dzieje, już był poza tarasem. Szedł bezwiednie alejami, jakby nie miał na to wpływu. Usłyszał z tyłu męski głos, lecz nie mógł nań zareagować.
Po chwili ponownie usłyszał ten sam głos, ale już jakby z daleka. Obrócił się nagle, jakby się czegoś obawiał. Za nim była ściana żywopłotu, nienaturalnie wysoka. Nerwowo w koło się obejrzał, i nie poznawał miejsca w którym się znajdował. Ruszył do przodu. Zaczął uważniej obserwować to co widział. Gdy doszedł do miejsca, gdzie powierzchnia ogrodu się wznosiła lekko w górę, a później opadała – w dole zobaczył szuwary. Nie lubił tego typu roślin w ogrodzie, toteż zdziwił się ich obecnością właśnie tutaj. Chciał się przyjrzeć dokładniej, lecz nie mógł się ruszyć. I to wtedy spostrzegł postać stojącą z prawej strony.
Odwrócił się ku niej. Serce zaczęło mu walić jak młotem. Nieopodal niego stała młoda wysoka kobieta w czarnej sukni. Jedynie w miejscu jej twarzy, biła dziwna jasność. Nie mógł rozróżnić w niej ani oczu, nosa, ust. Postać zbliżała się do niego. Nie mógł nic zrobić. Czym była bliżej, tym twarz stawała się wyraźniejsza. Nie poruszała ustami – a jednak ją słyszał.
- Widzę że jesteś zaskoczony Jeffrey’u – nie potrzebnie.
Nadal nie mógł nic powiedzieć. Usta miął zamknięte, choć bardzo chciał wykrzesać choć jedno zdanie na temat tego, co się z nim dzieje.
- Widzę że bardzo chciałbyś coś powiedzieć. Jednak dopóki będziesz ze sobą walczył, dopóty sam sobie tę zdolność będziesz odbierał. Nim to nastąpi proszę cię, byś mnie wysłuchał. Nie przyszłam tu z własnej woli – bardziej z konieczności, gdyż nie dotrzymujesz danego słowa.
Znowu wykonał gesty próby przemówienia. I tym razem na nic. Nagle pomyślał, iż musi usiąść – bo upadnie. Dość mocno zawirowało mu w głowie. Uchwyciła go za dłoń, i przez moment nie czuł własnego ciała. Odczuwał jedynie nadzwyczajną lekkość, jakby w ogóle ciała nie posiadał. Jakby tu i teraz w tym miejscu nie stał – w tym ciele – pomimo, że sam siebie widział. Nim ponownie spróbował coś powiedzieć, pokazała mu przed nim grobowiec. Poznał go. To grobowiec stojący na terenie jego posiadłości. Nie chciał tam wchodzić. Nim jednak zdążył wyrazić swój protest, poczuł chłód. Wszech ogarniający zapach starych murów. Starał się uspokoić.
Wiedział że to kolejna z wizji, lub kolejny koszmar z jego przeszłości. Nie chciał wpadać w panikę.
- Ja…, ja nie rozumiem! Po co? Dlaczego? To nie…!
- Spróbuj się uspokoić. Jeszcze trochę, i będziesz mógł mówić. Tu ci nic nie grozi – ale musisz być szczery. Pamiętaj! Pokora i szczerość. Tu się nic nie ukryje.
- Ale po cóż tu jesteśmy? Ten grobowiec. Czy ty to…?
- Tak. To ja Jeffrey’u. Mary.
- Wiem, wiem. Pożegnaliśmy się tam w posiadłości. Jednak to nie to co myślisz. Jednak ty nadal nie jesteś szczery. Nadal okłamujesz, zwodzisz prawdę.
- O czym ty mówisz? Nic takiego nie czynię!
- Za późno Jeff! Za późno. Nie będę mogła tobie pomóc. Wciąż skrywasz to, co masz wewnątrz.
Nagle zobaczył, jak młoda wysoka kobieta w czerni, w nienaturalny sposób siwieje. Staje się inną osobą. Kobieta była w łachmanach, poszarpanej brudnej spódnicy – przepasana jakąś starą chustą. Włosy miała w nieładzie, tworzącym kiedyś kok. Mnóstwo w nim było liści, traw i zanieczyszczeń. Jednak jej oczy… nie mógł się oprzeć wrażeniu, iż to oczy Mary. Lecz tu była stara kobieta.
- Musisz dokończyć śledztwo. Ona ci w tym pomoże chłopcze.
- Kto taki?
- Sara! Ta młoda dziewczyna, którą kochasz. Lecz pamiętaj, czym będzie ona bliżej rozwiązania, tym większe niebezpieczeństwo na nią czyha. Ale to ty możesz tylko jej pomóc, tylko ty możesz ją uchronić.
Chciał zapytać przed czym, ale już kobiety nie było. Stał przed jakimś nieznanym murem, który zdawał się raz pojawiać, a raz znikać. Gdy tylko doń się zbliżył, zobaczył wspaniałą altanę – bieloną wewnątrz. Wykonana z jasnego marmuru. Czuł że zna tę budowlę, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd. Zobaczył przy niej siedzącą postać mężczyzny – starego mężczyzny. Jego twarz jednak była martwa. Obok stała kobieta w pięknej sukni. Uśmiechała się doń z daleka. Podszedł bliżej. Lecz jej uśmiech nagle się zmienił. Oczy zapadły się w bieli jej karnacji. Widział łzy na jej twarzy.
- Pamiętasz? Prosiłam ciebie o doprowadzenie sprawy do końca.
- Jakiej sprawy? Kim pani jest?
- Mój syn – pamiętasz? Znamię na ramieniu. Z tyłu. On musi poznać prawdę – musi.
- O czym pani mówi? Ja nic nie rozumiem.
Czuł jak zapada się w głąb żywopłotów. Nie chciał już widzieć grobowców czy starych murów. Nie chciał już rozmawiać z kimś, kto dawno już nie żył. Kobieta chwyciła go za ramię, lecz jej dłoń zmieniła się w męską dłoń w czarnej rękawicy. Poczuł kłujący blask rubinu w oczach. Widok pierścienia przyprawił go o przerażenie. Serce waliło mu jak młot. Męskie dłonie szarpały nim coraz mocniej i mocniej. Czuł że wciągają go w jakąś otchłań. Widział korytarze, wiszące pajęczyny. Widział mnóstwo dzieci. Zamknięte w obskurnej posiadłości. Jakąś kobietę z pejczem w dłoni. Nagle mnóstwo koni. Pędziły na niego coraz to szybciej i szybciej. On jednak nie mógł się ruszyć.
Ramieniem zakrył twarz – walczył. W między czasie, gdy George – majordomus, dwa razy wołał pana idącego do ogrodu – poważnie się zaniepokoił. Jeszcze raz głośno krzycząc, wezwał swego pana. Nie słysząc odzewu – biegiem ruszył do domu. Koniecznie chciał kogokolwiek o tym powiadomić. Właśnie obaj chłopcy wrócili z miasta. Byli zdziwieni, iż choć wszystko przygotowane do obiadu, nikogo nie było w jadalni. Chcieli o to zapytać biegnącego Lokaja – jednak nie zdążyli. George wyminął ich coraz bardziej przerażony. Wpadł do hallu, gdzie już była Vivienne wraz ze Steven’m. Sara właśnie schodziła po schodach.
Od razu spostrzegła przerażoną twarz lokaja – przyśpieszyła. Jej rodzice również zatrzymali się przy schodach, zaskoczeni takim jego zachowaniem.
- George! Spokojnie. Opanuj się! Co się stało?
- Panienko Saro! Pan jakoś dziwnie się zachowuje.
- Jak to dziwnie?
- Zobaczyłem go tuż przy tarasie. Chciałem poinformować go, że obiad już gotowy, i że podano do stołu w jadalni.
- I co?
- Ale on nie zareagował. Szedł przed siebie tak, jakby mnie wcale nie słyszał. Panienko! Coś dzieje się złego. Krzyczałem za panem raz i drugi – sir! Sir Jeffrey’u! – i nic. On szedł dalej. Panienko coś się dzieje niedobrego.
- Gdzie on teraz jest?
- Nie wiem panienko. Szedł w stronę wielkiej fontanny, ale nie wiem…
Sara od razu spojrzała porozumiewawczo na matkę. Steven pochwycił ich spojrzenie.
- Ruszajcie obie do ogrodu. Ja wezwę Christopher’a i Ted’a. Przyjdziemy tam tak szybko, jak tylko się da. George! Gdzie oni są teraz?
- Na pewno w stajni. Obaj najczęściej sobie pomagają.
- Dobrze. Natychmiast ich przywołaj do mnie na taras.
Tak jak Steven Forest polecił, tak obie pośpieszyły do ogrodu. Nigdzie nie było widać Jeffrey’a. Idąc alejami ogrodu, uważnie się rozglądały. Sara wykrzykiwała imię Jeffrey’a – dość cicho. Dopiero przy grobowcu w głębi ogrodu – w jego starej części, Vivienne spostrzegła jego jasny garnitur. Od razu zareagowała krzykiem z zaskoczenia.
- Saro! On jest tam! Boże! On leży w trawie!
- Jak ot leży w trawie! Po co? Nie możliwe!
Wszystko się tak szybko działo, iż Sara nie umiała zareagować właściwie. Odczuwała jednocześnie zadziwienie, zaciekawienie, zdumienie – a zarazem rosnące zdenerwowanie. Nie umiała zrozumieć przyczyny tego co usłyszała. Jednak spojrzenie na twarz Vivienne zmieniło wszystko. To były sekundy, jednak bardzo wymowne. Wszystkie jej odczucia prysły jak bańka mydlana. Wszystkie zlały się w jedno – rosnący niepokój i przerażenie. Oczy Vivienne nie wyrażały nic poza tymi odczuciami. Jej twarz była zastygła, niczym twarz woskowej figury. Sara przez moment wpatrzona w twarz własnej matki, nie umiała zrozumieć o co chodzi.
- Mamo! Czemu tak stoisz? Czemu nic nie mówisz?
Kobieta odwróciła się tyłem do Sary, i uczyniła parę kroków w kierunku miejsca, gdzie leżał mężczyzna. Sara nadal nic nie rozumiejąc – czując ogromny niepokój, ruszyła za nią. Usiłowała się do niej zbliżyć. Ta jednak odwróciła się raptownie, nagle zatrzymując się w miejscu.
- Zatrzymaj się Saro Forest!
Dziewczyna słysząc te słowa, natychmiast się zatrzymała. Jej ogromny niepokój – teraz, zmienił się w przerażenie, w rosnące zacięcie i upór. Mimo zakazu wykonała jeszcze jeden krok w kierunku stojącej przed nią kobiety. Co prawda – logicznie rozumując – była to jej matka Vivienne Forest. Ta sama postać, to samo ubranie, uczesanie włosów – a jednak – czuła jakąś obecność.
- O co chodzi? Kim jesteś?
- To teraz nie jest ważne Saro. Wiem po co tu jesteś, lecz ty – jak widzę – nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Nie rozumiem. O czym mówisz pani?
- Szukasz Jeffrey’a – prawda? Jest tutaj, ale ty nie możesz teraz mu pomóc.
- Jak to nie mogę? Co mu jest?
Kobieta wyciągnęła w jej kierunku ramię z rozprostowaną dłonią. Jej twarz była twarzą jej matki, ale bez żadnego wyrazu. Sara nie zamierzała się poddać, i pozostawić Jeffrey’a bez pomocy. Już miała ruszyć do przodu, gdy….
- Wiem co chcesz uczynić Saro. Jednak ostrzegam – jego stan to nie choroba. Wizja musi się wypełnić do końca.
- I sądzisz pani, że będę tu stała czekając na cud, gdy on tam leży w trawie? Nie obchodzi mnie kim jesteś, i co masz mi do powiedzenia. Kocham go – rozumiesz?
- Wiem o tym Saro, i dlatego nie mogę ciebie do niego dopuścić. Inaczej tylko mu zaszkodzisz. Wysłuchasz mnie teraz?
- Ale on…
- Nic mu nie będzie. Gdy wizja się wypełni zabierzesz go do domu. Lecz wydobrzeje gdy w pełni zrozumie, że musi wypełnić to, co się zaczęło niegdyś.
- To znaczy?
- Wiesz o czym mówię Saro Forest.
Sara zaczęła gorączkowo szukać odpowiedzi w tych informacjach które już posiadała. Oprócz przeszłości lorda Jeffrey’a de Blackstone, nic jej na myśl nie przychodziło.
- Mówisz o…
- Tak Saro. Właśnie to mam na myśli. Walka, którą lord de Blackstone zaczął wiele lat temu, jeszcze się nie wypełniła. On ma jeszcze wiele do zrobienia.
- Ale on ma swoje lata, i nie jest młodzieńcem. Czy nie należy mu się wytchnienie?
- Mógł dostąpić tego odczucia już dawno temu. Gdyby tylko nie zaniechał poszukiwań prawdy. Jednak on uległ miłości do…
- Wiem! Mary Radley. Wiem! Lecz czy to ma być jego przekleństwem?
- Nie musiało tak być i nie musi nadal. Jednak nigdy się nie uwolni od tego, jeśli nadto będzie sobie cenił wygodne życie.
- Ale…
- To też wiem Saro! On nie da rady sam tego zrobić. Ma już ma mało czasu.
- Jak to ma mało czasu? Co chcesz pani przez to powiedzieć?
- Posłuchaj! Przypomnij sobie własne życie z przeszłości. Te wszystkie zawirowania, które nagle ogarnęły twoja rodzinę. To iż znalazłaś się tu w tej posiadłości z rodziną – przy nim. To nie jest przypadek. Pojmij to wreszcie.
- Chcesz powiedzieć, że powinnam mu pomóc?
- To nie tak Saro Forest. Nie tylko, że powinnaś pomóc Jeffrey’i. Twoja pomoc jest dlań ratunkiem. Tylko w ten sposób on może uporać się z przeszłością. Nic więcej nie mogę tobie powiedzieć. Ale pamiętaj jedno: musi odnaleźć mojego syna. To trzeci dziedzic mojego majątku.
- Majątku? Jakiego majątku? Kim pani jest?
Stara kobieta raptownie odgarnęła włosy z twarzy, które raptownie szarpnął wiatr. Chciał już zadać pytanie gdy jej matka nagle do niej podeszła.
- Czemu wciąż stoisz w miejscu Saro? Mówiłam tobie, że tam leży Jeffrey! Matko jedyna! Czy ty się źle czujesz?
- Nie, nie. Ale… nie ważne.
Obie ruszyły w kierunku wskazanym przez Vivienne. Lord Jeffrey de Blackstone leżał – jak się okazało – na wpół siedząc oparty o kamienną ławę. Jednak był nieprzytomny. Oczy miał zamknięte, i zupełnie nie reagował na przyjście obu kobiet. Sara przypadła doń z przerażeniem. Poklepywała go lekko po policzku. To potrząsała delikatnie za ramię – bez efektu. Po chwili przybył Steven ze służbą. Vivienne niemal natychmiast nakazała, zabrać pana do domu. Spoglądała na córkę bardzo zatroskanym wzrokiem. Wiele rzeczy nie rozumiała. Nie umiała sobie wytłumaczyć tego, co działo się z jej córką tu w parku, nim znalazły Jeffrey’a. Wiedziała jedno. Musi z córką o tym porozmawiać.
Cała grupa ruszyła do domu. Sara zakazała położyć pana w jego apartamencie. Vivienne nie oponowała gdy ta oznajmiła, iż będzie spała wraz z nim tuż obok. Wiedziała, że już od dawna się kochają, i żyją ze sobą. Dawno się z tym pogodziła. Od razu wezwano lekarza. Okazało się, iż lord de Blackstone jest nieprzytomny. Badania nie wykazały w wynikach większych odchyleń. Lekarz nalegał, by przetransportować pacjenta do szpitala. Badania wykonane poza szpitalem nie były wystarczające, a stan zdrowia pacjenta był niepokojący. Sara jednak nie wyraziła na to zgody.
- Proszę posłuchać droga pani. Sir de Blackstone jest nieprzytomny. Musimy przeprowadzić bardziej szczegółowe badania. W szpitalu jest do tego stosowna aparatura. Pacjent jest w takim stanie, iż jego życie może być narażone na bezpośrednie zagrożenie.
Jednak widząc, iż Sara nadal nie zmieniła zdania, postanowił dać jej trochę czasu.
- Dobrze – rozumiem. Zatem dam pani czas do namysłu. Jeśli przez dwa dni stan pacjenta się nie zmieni, będę zmuszony zabrać go do szpitala. Tam naprawdę będzie miał doskonałą pomoc. Niemniej odpowiedzialność za stan zdrowia sir de Blackstone, podczas pobytu tutaj – w takim stanie spada na panią. Czy jest pani tego świadoma? Zgadza się z tym pani?
- Tak! Niech tak będzie.
- Lecz pod jednym warunkiem droga pani. Przydzielę do pani dyspozycji pielęgniarkę. Ona przybędzie dzisiaj wraz z podstawowym sprzętem tu do państwa domu. Będzie wykonywać badania stanu zdrowia sir de Blackstone. Da Bóg, iż odzyska przytomność – trzeba mieć nadzieję droga pani.
Doktor pożegnał się i wyszedł. George odprowadził go do wyjścia. Obie panie były poważnie zaniepokojone tym, co się wydarzyło parę chwil wcześniej. Vivienne Forest obserwowała córkę z wielką uwagą – ale dyskretnie. Doskonale znała ją i wiedziała, iż ta nie znosi nadopiekuńczości. Niemniej tu chodziło o coś więcej. Poważnie się zastanawiała nad ich związkiem. Co prawda ślubu nie było – były jedynie zaręczyny – jednak teraz zaczynała bać się o córkę. Sara wysoka i wysportowana młoda kobieta – trzymała głowę dumnie w górze. Jednak jej oczy oddawały wszystko to, co siedziało wewnątrz. Vivienne – jej matka była za tym, iż pozostawienie Jeffrey’a w takim stanie w domu, było lekkomyślne.
Mimo to nie chcąc denerwować córki, starała się ogarnąć obowiązki. Usiłowała ogarnąć to tak, by Sara mogła być jak najczęściej przy nim. O obiedzie nawet nie było mowy. Oboje ze Steven’m i chłopakami, zjedli obiad w jadalni. Poleciła jedynie przenieść obiad do apartamentu Jeffrey’a. Jeden pokój w apartamencie został przeznaczony dla potrzeb pielęgniarki. Miał on bezpośrednie przejście do sypialni lorda de Blackstone. Pielęgniarka zjawiła się zaraz jakieś piętnaście minut po obiedzie. Sanitariusze pomogli jej wnieść potrzeby sprzęt do monitorowania chorego. Vivienne obserwowała córkę, jak ta stara się pomagać pielęgniarce przy czynnościach w około chorego.
Jedynie ściśle medyczne czynności pozostawały w gestii samej pielęgniarki – choć i na tym polu Sara się udzielała jak mogła. Matka Sary widziała u córki wielką pokorę i cierpliwość. Lecz i nie uszło jej uwadze, dziwne zacięcie na jej twarzy. Zastanowiło ją to, iż córka nie płacze, nie załamuje rąk. A już najmniej nie widać było u niej strachu. Wydało jej się to dziwne. Powinna choć trochę okazywać zmartwienie – tu nic. Sara była opanowana, rzeczowa, chłodno podchodziła do wszelkich poleceń pielęgniarki. Przez chwilę Steven stał z boku. Dopiero na prośbę kobiety, podszedł do Okien by je uchylić. Aparatura ustawiona w pokoju.
- Teraz już będzie dobrze proszę pani.
- To znaczy?
Sara odezwała się spokojnym głosem, starając się nie mówić głośno.
- To znaczy, że na monitorach mam wszystkie parametry i odczyty proszę pani. Proszę tu spojrzeć. Tu mam całkowity obraz pracy serca. Tu mam parametry oddechowe. Próbki krwi do badania już pobrałam.
- A ten stojak z pojemnikiem?
- To jest kroplówka. Pacjent otrzymuje w tej chwili cały skład leków na wzmocnienie. Na razie antybiotyków nie podaję. Nie ma takiej potrzeby. Pacjent nie ma ani nadmiernie przyśpieszonego tętna, ani gorączki. Wszystkie parametry mam obowiązek dokładnie notować. Dzisiaj wieczorem ma ponownie przyjechać doktor, i będzie to sprawdzał. W razie czego mam go informować o każdej porze.
- Rozumiem. Proszę mi powiedzieć, czy ja mogę przy nim tu zostać?
- Rozumiem pani intencje, nie widzę jednak takiej potrzeby. Proszę mi wierzyć. Ja będę tu stale przy pacjencie. Jakby co się działo, na pewno będę panią informowała.
Sara podeszła do wezgłowia Jeffrey’a. Pochyliwszy się – pocałowała go w czoło. Przez ułamek sekundy, spojrzała na jego twarz. Wyglądało to, jakby chciała sprawdzić zaraz pocałunku, czy nie ma jakiejś reakcji – najmniejszego gestu. Lecz nic takiego nie było. Vivienne rozumiała to, i nic się nie odzywała. Sara wyprostowała się, wciąż spoglądając na Jeffrey’a – po czym wyszła omijając łóżko – skierowała się do drzwi. Jej matka dała dyskretny znak mężowi, i oboje ruszyli za nią. Na moment Vivienne przystanęła, odwracając się do pielęgniarki.
- Proszę mi wybaczyć pytanie, lecz, czy pani jadła coś dzisiaj?
- Tak, tak. Nim tu przyjechałam, zjadłam obiad w kawiarni obok.
- To może polecę podać kawę, czy herbatę – jakieś ciasto?
- Bardzo proszę. Jest pani bardzo miła. Poproszę w takim razie herbatę z ciastem. Lecz nie chciałabym sprawiać kłopotu.
- Ależ to żaden kłopot. Za chwilę pokojówka przyniesie herbatę z ciastem. Jakby coś trzeba było, to proszę mnie zawiadomić.
Kobieta podążyła za resztą swojej rodziny. Zobaczyła jednak, iż Steven skierował się na swoje piętro – bez Sary. Stanęła przy schodach, słysząc jej kroki na klatce wyżej. Postanowiła pozostawić ją samą – przynajmniej na pewien czas. Zeszła na parter. George właśnie wychodził ze skrzydła kuchennego, i miał skierować się do wyjścia. W tym momencie spostrzegł kobietę w hallu. Od razu lekko się uśmiechając zmienił kierunek. Widząc jednak zafrapowaną twarz pani Forest, natychmiast spoważniał.
- Proszę mi wybaczyć. Nie zauważyłem pani.
- Nie dziwię się. Dopiero się tu zjawiłam. Posłuchaj George! W apartamencie pana de Blackstone, zakwaterowana jest pielęgniarka ze szpitala. Wydaj proszę dyspozycję w kuchni, by przygotowano jej herbatę z ciastem. Niech Juliett’e, zaniesie to do jej pokoju. To mały salonik pana de Blackstone.
- Tak jest lady Forest! Natychmiast się tym zajmę.
- Doskonale. Zatem zadbaj o to, by jej nic nie brakowało. Ona musi pilnować pana bez przerwy.
- Rozumiem. Jeśli wolno mi zapytać pani Forest. Co z naszym panem? Cała służba dopytuje się o jego zdrowie.
- Jak na razie George, nie można nic konkretnego stwierdzić nadto, iż pan jest nieprzytomny. Nie mamy z nim kontaktu. Wydaje się być w poważnym stanie, i z tego powodu jest podłączony do aparatury. Pielęgniarka jest stale przy nim.
- Boże! Nie rozumiem, co mogło się stać? On tak dziwnie się zachowywał.
- To znaczy, co robił? Opisz proszę, jak możesz.
- Stał na tarasie przy pnących różach. One są po prawej stronie. Ja akurat byłem w oranżerii. Kończyłem sprawdzać kwiaty. Przez szklane drzwi widziałem pana, jak stał przy tych różach. Nie chciałem wychodzić do niego bo widać było, że jest bardzo zamyślony. Lecz nie to było najdziwniejsze. On palcami dotykał kwiatów tak, jakby nie chciał ich skrzywdzić. Proszę mi wybaczyć lady Forest, ale pan nigdy tak się nie zachowywał. Nie zwracał nawet na nie uwagi.
- Rozumiem.
- Potem gdy postanowiłem wyjść do niego na taras – pan już stał przy schodach. I to wtedy z nim się przywitałem. Powiedziałem, że obiad jest gotowy. Pan jednak nie reagował. Odwrócił się do mnie plecami, i ruszył do ogrodu. Powtórzyłem jeszcze raz głośniej – i nic. Pan szedł w swoim kierunku, jakby w ogóle mnie nie widział i nie słyszał. To wtedy przybiegłem do państwa.
- Dziękuję tobie za to. To faktycznie bardzo dziwne. Dobrze a teraz idź i wydaj stosowne polecenia. Ja muszę porozmawiać z rodziną.
- Naturalnie!
Każde ruszyło w swoim kierunku. Kobieta wchodząc po schodach, zastanawiała się, co teraz? Czy porozmawiać z mężem, czy z córką. Będąc jednak wciąż na swoim piętrze, postanowiła w pierw porozmawiać z mężem. Odnalazła go w jego gabinecie. Przystanęła przy uchylonych drzwiach, widząc męża stojącego przy oknie. Gołym okiem dało się poznać, iż i jego sytuacja trapi. Dość niepewnie weszła do środka. Nim się do niej odwrócił – chrząknął.
- Widzę że i ciebie to nie obeszło. Co o tym sądzisz?
Odwrócił się w jej stronę. Nigdy nie widziała męża w takim stanie. Widać było, iż nie mógł się na niczym skupić.
- Steven’e! Co tobie jest?
- Zastanawiam się nad tym, czy dobrze zrobiliśmy przyjeżdżając tutaj. Nie wiem jak ty, ale ja mam poważne wątpliwości.
- Jakie wątpliwości?
- Ty nie widzisz tego, co się tu dzieje? Nawet nie umiem tego sprecyzować. Nie wiem jak nazwać to, co tu się dzieje.
- A co ma się dziać? Jeffrey źle się poczuł, i tyle to nie jest już taki młody mężczyzna – delikatnie mówiąc. Ma przecież już opiekę lekarską. Ja bardziej martwię się o Sarę. Ta cała sytuacja w nią uderza – nie rozumiesz? Ale masz rację. Ja również tu czegoś nie rozumiem. Dopiero co czuł się bardzo dobrze, a tu nagle traci przytomność.
- Rozmawiałaś z Sarą?
- Nie. Jest u siebie. Co prawda chciała zostać u Jeffrey’a, ale pielęgniarce udało się ją nakłonić, by odpoczęła.
- A co może być z nią nie tak? Przecież ona nie jest chora. To Jeffrey jest nieprzytomny! O czym ty mówisz?
- Wiesz co? Ja zaczynam mieć już dość tego całego zamieszania. O tym właśnie mówię. Tam mieliśmy swoje spokojne życie. Może nie tak bogate, jak tu – niemniej jednak swoje. Tu mamy wszystko: wielki dom, pieniądze, firmę – ale nie ma spokoju. Sama widzisz. Te wszystkie dziwne zdarzenia, zjawy, duchy, przeszłość – co to ma być?
- Steven! Na miłość Boską! Przestań histeryzować! Sama rozumiem, że to wszystko nie powinno tak wyglądać. Niemniej jest i nic na to nie poradzimy. Ona go kocha i to też jest fakt. To nie jest już małe dziecko. Zatem miast histeryzować, musimy się zastanowić nad tym, co dalej robić. Jak jej pomóc.
- Pomóc? A co my możemy tu zrobić? On jest chory, i wydaje się to być poważne. Od tego jest lekarz, szpital. A ona nawet nie chce go tam puścić.
- A dziwisz się? Kocha go. Ale nie to mnie zastanawia Steven’e. Zastanawia mnie fakt, że ona nie przejawia żadnych oznak zmartwienia.
- O czym ty mówisz?
- O tym, że w normalnych Okolicznościach młoda kobieta, niemal szalałaby z rozpaczy, z niepokoju. By tego dociekała… co się stało…, nie wiem… Płakałaby. A tu nic. Sara była opanowana, skupiona, niemal zacięta w swoim postępowaniu – ale nie zmartwiona, nie płakała. Nie uważasz, że to dość dziwne? Jak się kocha kogoś tak mocno, jak ona go kocha – przynajmniej tak twierdzi – to skąd takie zachowanie?
Mężczyzna podszedł do biurka, potem zmienił kierunek – by następnie skierować się w stronę żony. Stanął, znowu zmienił kierunek. Widać było, że jest niesamowicie skonsternowany, gdyż jego dłoń natychmiast powędrowała do podbródka. Vivienne zadała mu trudną kwestię do przemyślenia. Nie pomyślał o tym, choć i on zauważył to dziwne spojrzenie córki. Spostrzegł – jakby, jej wyliczone ruchy, opanowanie – choć w oczach było coś na kształt zacięcia, uporu. Spojrzał na żonę.
- Sądzisz, że to…
- Nie wiem mój drogi, nie wiem. Wszystko jednak się na to składa. Coś mi się zdaje, że to nie jest zwykłe zdarzenie. Tu się coś dzieje, o czym my nie wiemy. Jednak myślę, że Sara musi coś wiedzieć. Inaczej…
- Tak! Co inaczej mamo?
Vivienne raptownie się wyprostowała, jak porażona. Nie spodziewała się, iż w otwartych drzwiach będzie stała córka. Nie wiedziała, ile ona mogła tam stać. Ile mogła słyszeć? Lecz stało się. Sara stała dumnie wyprostowana – bezbłędna w swoim wyglądzie. Ubrana w długą suknię w żywo niebieskim kolorze. Włosy wysoko w górze. Spokojna – jednak bardzo zdecydowana, weszła do gabinetu swego ojca.
- No więc… mamo! Co inaczej?
- Wybacz mi Saro, ale nie chciałam powiedzieć nic niestosownego.
- Zadałam tobie proste pytanie. Co inaczej? Tak powiedziałaś.
- Tłumaczyłam twemu ojcu, że inaczej nie zachowywałabyś się tak, jak to miało miejsce w parku.
- Czyli jak?
- Tak jakby ciebie to wcale nie obeszło. On tam leżał nieprzytomny, a ty…., miast biec do niego na pomoc – stałaś i nic więcej. Nie wiem ile to trwało – ale tak było. To nie jest normalne Saro. Stąd moje stwierdzenie jakie usłyszałaś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz