Tom II – część 28
- Tom. Trzeba ucisnąć miejsce nad raną. Bardziej górną część uda.
- Jak mam to zrobić? Rękoma?
- Nie. Weź ten gruby bandaż. Zrób opaskę na nodze. Mocno zaciśnij.
Nie wiedział jak to uczynić. Za radą Mary zacisnął bandaż tak, że mogła bez zagrożenia obmyć ranę. Nie wyglądało to dobrze, lecz nic innego nie potrafiła zrobić. Lokaj gdy tylko dziewczyna skończyła obmywanie ciała Stanley’a, wyciągnął swego pana z wanny. Położył go delikatnie na ławie nakrytej prześcieradłem. Panna Radley wytarła Przyjaciela zapominając o tym, że jest zupełnie nagi. Zrobiła opatrunek, jak umiała najlepiej. Pomniejsze rany zostały już opatrzone. Całe ciało umyte. Służący pomógł ubrać pana w koszulę. Po zabezpieczeniu wszelkich ran Tom przeniósł go do łóżka w innym pokoju. Pod nogę Mary podłożyła podwójne płótno, aby krew nie zrobiła plam na pościeli. Sama była zdziwiona, że o tym pomyślała. Opatrunek na nodze był solidny. Nogę jednak trzeba było nastawić, i ona nie miała pojęcia, jak to zrobić.
- Thomas pilnuj pana. Ja muszę postarać się o doktora, dasz radę. Pilnuj pana i sprawdzaj, czy nie odzyskuje przytomności. Trzeba będzie dawać mu pić, jak się przebudzi. Pilnuj aby nie pozrywał opatrunków. Szczególnie tego na nodze. Ja postaram się przywieźć tu doktora. Nikomu nie otwieraj!
- Tak jest panienko.
Wybiegła z domu. Z pośpiechem wskoczyła na konia. Deszcz dawno już przestał padać. Burza gdzieś zniknęła, pozostawiając tylko bajora wody. Galopem ruszyła przez dziedziniec. Następnie leśnym traktem na przełaj lasu w kierunku miasteczka. Mając skrzyżowanie leśnych traktów była już w połowie drogi. Zależało jej na tym aby jak najszybciej przywieść doktora do Stanley’a. Potrzebna była fachowa pomoc. Z lasu wypadła na trakt prowadzący do miasteczka. Skręciła na przesiekę w stronę domu doktora. To nieco trwało i nawet nie zwracając uwagi na to jak wygląda, pędziła skracając sobie drogę jak to tylko było możliwe.
Od strony ogrodów zauważyła, iż doktor siedzi w ogrodzie czytając gazetę. Zaczęła nawoływać i machać białą chustą. Ten po chwili zauważył, że ktoś doń woła. Odłożył gazetę pośpiesznie wstając z fotela. Mary uniosła się powstając w strzemionach. Machała do niego pokazując, że pilnie potrzebuje z nim rozmawiać. Widząc że doktor nie bardzo rozumie o co jej chodzi, zaniechała nawoływań. Po prostu jej nie słyszał. Zatem zawróciła konia i z rozpędu zmusiła go do wyskoku. Pokonała ogrodzenie jednym susem. Stary przyjaciel rodziny Radley’w był pod wrażeniem. Mary w parę chwil, znalazła się przy mężczyźnie. Zwinnym skokiem zeskoczyła z grzbietu Ateny.
- Dzień dobry! Jak się pan miewa?
- Dziękuję, dobrze. Widzę jednak, że ty zapewne masz bardzo palącą potrzebę rozmowy ze mną. Co znaczy, że coś niezwykłego się wydarzyło? Czy coś z twoim ojcem? Jak on się czuje?
- Już wszystko dobrze. Jest jeszcze trochę osłabiony, lecz już nie leży. Znów przebywa w swoim gabinecie, koordynując wszystkie sprawy – co się tylko da koordynować.
- Cieszę się. A matka w porządku?
- Wszystko dobrze doktorze. Niemniej potrzebuję pana pomocy. Mojego Przyjaciela napadnięto w jego własnym domu. Tam nie ma komu zawiadomić, sprowadzić doktora. Dwoje ludzi starszych ze służby, są w wieku dość posuniętym i nie bardzo sobie radzą z tą sytuacją. Ponadto są przerażeni.
- Kto napadł? Co się stało? Mary! Ja nic nie rozumiem.
Z budynku wyszła właśnie gosposia doktora. Widząc konia w jej cudownym ogrodzie, niemal zemdlała. Kwiaty były zdeptane, grządki rozkopane końskimi kopytami. Postawiła tacę z herbatą na stoliku, i z wielkim oburzeniem ofuknęła oboje stojących i rozmawiających ludzi.
- Kto śmiał? Jak można? Mój ogród! Doktorze! To skandal!
- Agatho! Daj spokój! Panienka Mary przybyła po pomoc?
- Po pomoc? Dobre sobie! Kto widział skakać przez ogrodzenie, jak barbarzyńca jakiś? Traktować mi moje rośliny tak haniebnie!
- Mówię tobie właśnie, że nie miała innego wyjścia, jak pokonać ogrodzenie. Nie miała widać czasu na pokonanie okrążenia, aby wejść tradycyjną drogą.
- Ale ogród, kwiaty. Na Boga! To mało?
- Musimy jej to wybaczyć, a szkody złożyć na karb upływającego życia Agatho.
- Jakiego życia? Co pan mówi doktorze? Jakiego życia?
- Agatho uspokój się. Właśnie zacząłem pytać pannę Mary o to. Gdy ty wparowałaś jak tajfun, i nic dalej nie wiem. Dasz wreszcie mi się dowiedzieć, o co chodzi?
Gospodyni wpatrywała się raz w doktora, raz w stratowane grządki. Widać było, że toczy wewnętrzną wojnę z jednej strony o zachowanie zasad dobrego wychowania, a z drugiej zaś strony o obronę własnego ogrodu.
- Pani Agatho! Bardzo przepraszam za te szkody, lecz zależało mi na szybkim kontakcie z doktorem.
- Przepraszam, przepraszam! Ale grządki poorane, kwiaty i warzywa zdeptane!
- Wiem, ale…
Dziewczyna spojrzała na gospodynię z takim politowaniem, że ta skapitulowała. Zakręciła się na pięcie, spoglądając na tacę. Znowu brew zaczęła jej się marszczyć.
- To na co ja herbatę zrobiłam? Pewnie nie wypiją teraz, co?
- Ależ Agatho! Wypijemy od razu. Mary i tak musi poczekać, a ja pośpieszę się przebrać. Przecież jestem w dziennym szlafroku we własnym ogrodzie.
- A propos. Nie powiedziałaś mi Mary, co właściwie się stało? Muszę wiedzieć czego się mam spodziewać. Co ze sobą zabrać?
- Pomniejsze rany opatrzyłam, lecz jest jedna, która wymaga specjalisty.
- Jakaż to rana?
- To złamanie doktorze kości udowej, ale to nie wszystko.
- Tak?
- To złamanie otwarte. Wydaje mi się, że kość przebiła ciało, i sterczy na wierzchu. Noga bardzo spuchła.
Doktor wstał z fotela. Przeszedł najpierw w jedną, potem w drugą z powrotem. Widać było, że rozważa co zrobić.
- Tak, tak. Otwarte złamanie kości udowej - otwarte.
- Musimy jechać, nie ma czasu!
- Co zrobiłaś do tej pory?
- Wykąpałam go, i opatrzyłam rany pomniejsze. Noga…
- Mam nadzieję, że nie moczyłaś nogi w wodzie?
- Nie. Nie moczyłam. Zrobiłam z grubego bandaża ucisk na udzie ponad raną.
- Bardzo dobrze. Poczekaj tu na mnie, albo nie. Weź konia i jedź do apteki. Dam tobie kartę. Każ to zapakować, i przywieź to tutaj. Potem razem pojedziemy. Ja idę się wreszcie przebrać. Muszę jeszcze zabrać to, co mam tutaj.
I szybko wypił parę łyków herbaty, bardziej dla dobra nastroju Agathy, jak swojego. Tak, jak stał tak zniknął w zarośniętej ozdobnymi krzewami ścieżce. Mary wstała dziękując za herbatę. Wskoczyła na grzbiet Ateny. Agatha już nie miała sił oponować. Dziewczyna wykonała w ogrodzie koło. Z rozpędu ponownie wykonała karkołomny skok przez parkan ogrodu. Galopem puściła się wokół posiadłości, by główną ulicą miasteczka pędzić już do apteki. Doktor w tym czasie zdążył już się przebrać, i zgromadzić niezbędne przyrządy i medykamenty do opatrzenia ran. Skierował się do stodoły w wielkim pośpiechu. Tam stał jego jedyny powóz. To jedyny sposób, aby w miarę szybko dojechać do chorego. Położył torbę z przyrządami z tyłu powozu, usadawiając się wygodnie na siedzeniu.
- Doktorze! Może będę potrzebna tam przy chorym?
Gospodyni wyrosła jak spod ziemi. Doprowadziło go to o dreszcz zdenerwowania.
- Na miłość Boską Agatho! Miałem ruszać powozem, a ty wyrastasz mi z przodu jak duch!
- Przepraszam, ale tak wyszło. Więc…?
- Dobrze wsiadaj. Może faktycznie przyda się twa pomoc.
Nie zdążył nawet tego powiedzieć, gdy gospodyni już siedziała przy nim na ławie woźnicy. Nie miał siły cokolwiek jej mówić czy nakazywać. Ruszyli. Mary nie wracała z apteki. Oni nie mogli czekać. Doktor miał jedynie nadzieję, iż dziewczyna dogoni ich w drodze konno. W miasteczku wszyscy znali doktora. Kłaniali się widząc go jadącego powozem. Ale zaraz rosło zdziwienie, gdy tylko okazało się, iż przy nim siedzi Agatha jego gospodyni. Nikt od lat nie widywał Agathy razem z doktorem. Naturalnie kłaniali się i jej, lecz widok ich obojga to niecodzienny widok. Ludzie przystawali, komentowali, dyskretnie wymieniając się własnymi poglądami, domysłami.
- Znów będzie gadanie na nasz temat doktorze?
- Jak to na nasz temat? Nie rozumiem.
- Proszę spojrzeć na tych ludzi. Kłaniają się i owszem, lecz po chwili przystają. Co prawda starają się zachować dyskrecję – nieudolnie zresztą – ale jednak.
- Nie rozumiem Agatho. Co jest dziwnego w tym, że jadę powozem? Czyż nie jestem doktorem, a to nie mój powóz? Mam go więc nim jadę, prawda?
- Prawda doktorze. Lecz czy ktoś widział pana wraz ze mną, jadących przez miasteczko?
Mężczyzna zastanowił się chwilę. Jego brwi zmarszczyły się na znak zafrapowania. Fakt był faktem. Już od wielu lat, nie jechał własnym powozem wraz z Agathą. Ona zresztą w ogóle nie bywała z nim gdziekolwiek. Codziennie wychodziła na ogród, i to nie zawsze.
- No nie Agatho! Nie widziano nas na tym powozie razem, już ładnych kilkanaście lat.
- A widzi pan. Teraz więc wiadomo, skąd bierze się to nagłe zainteresowanie nami w taki sposób.
- Nie ważne Agatho. Teraz mamy ważniejszą misję niż domysły ludzi.
- Pewnie tak, lecz gadanie i tak będzie.
Właśnie dojeżdżali do głównej ulicy miasteczka, gdy dołączyła do nich konno Mary Radley. Była bardzo zdziwiona widokiem Agathy przy doktorze. Nic jednak się nie odezwała. Znajdowali się w centrum uwagi przechodzących ludzi. Tak więc nie chciała napytać sobie jak i doktorowi kłopotów. Wyjechali z miasteczka na trakt prowadzący do posiadłości Stanley’a. Upewniwszy się, że są niewidoczni dla ludzkich oczu, Mary zatrzymała powóz.
- Doktorze. Mam panu coś do powiedzenia, a raczej wam obojgu.
Nie zabrzmiało to zbyt przyjaźnie. Mężczyzna jednak wiedział już co nieco o przypadku, jakiemu miał zaradzić. Wiedział również, że miał jechać sam, a nie z Agathą. Tego nie uzgodnił z panną Radley. Nic mu nie pozostało, jak tylko czekać na nowe informacje. Już na tyle ją znał, iż wiedział o jej stanowczym charakterze.
- Musi pan wiedzieć doktorze, że sprawa jest niezwykle delikatna. Konieczna jest tu całkowita dyskrecja! Nikt nie może się dowiedzieć o tym, że w tym konkretnym przypadku, prosiłam o pomoc.
- Tak, ale…
- Ja rozumiem, że musi mieć pan kogoś do pomocy, lecz czy to rozsądne?
- Za Agathę mogę ręczyć słowem.
- Na pewno? Czy istnieje pewność, że w razie czego nie powie komuś o tym zdarzeniu?
- Na pewno nie. Prawda Agatho?
Spojrzał na kobietę takim wzrokiem, że koń by się domyślił, iż nie jest zupełnie tego pewien. Wiedział, że stara Agatha lubi plotki – o tradycjonalizmie nie wspominając. Lecz nie umiał przewidzieć, co w takiej sytuacji uczyni?
- Młoda damo! Jak panna śmie odzywać się do doktora w taki sposób! To panna jest winna temu, że doktor jest zmuszony jechać do tego przypadku. To panna jest winna, że doktor może mieć teraz kłopoty z tego powodu – czyż nie?
Panna Radley zmarszczyła brwi. Jej wyraz twarzy niczego dobrego nie wróżył. Doktor na tyle znał tę młodą osobę aby wiedzieć, że jej temperament – zaciętość w sprawach, są ogromne. Tym bardziej, jak czuła, iż ma słuszność.
- Żądam odpowiedzi młoda damo!
- Agatho! Daj spokój!
- Mowy nie ma! Chcę usłyszeć, co ta młoda dama ma do powiedzenia?
Mary już miała odeprzeć ostre słowa Agathy, gdy ta dorzuciła.
- Jeśli nie usłyszę przeprosin w stosunku do doktora – o mnie już nie wspomnę, jak mi Bóg miły, wracamy do domu!
Dziewczyna milczała. Prawdę mówiąc nie przypuszczała, że gosposia doktora może się tak odciąć – była zaskoczona. Nie spodziewała się takiej obronnej postawy u tej starej kobiety. Przygryzła więc wargi. Uznała, że nie ma czasu na sprzeczki.
- Masz rację Agatho. To nie grzeczne z mej strony, ale…
- Nie ma, ale!
- Masz rację. Doktorze – proszę przyjąć moje przeprosiny. Przepraszam was oboje, lecz musicie zdawać sobie sprawę z tego, iż sprawa jest bardzo niebezpieczna. W razie jak wyda się , że mięliście z nią cokolwiek wspólnego, możecie mieć wielkie kłopoty. Nie wiem, czy mogę was na to narażać?
- Młoda damo! Pozwolisz że decyzję podejmiemy my sami. Zresztą już ją podjęliśmy. Nie prawda doktorze?
Kobieta spojrzała na mężczyznę, który był tak zaskoczony postawą swojej gosposi, że zaniemówił. Wzruszył tylko ramionami. zrobił przy tym tak niewinną minę, na jaką go tylko było stać.
- Nie prawda doktorze?
Nie dawała za wygraną. Agatha patrzyła na niego swymi maleńkimi oczami, lecz tak jakby miała wywiercić mu dziurę w głowie.
- Tak. Agatha ma rację. Podjęliśmy już decyzję i nie ma o czym mówić.
- No właśnie. Zatem panno Mary, zamiast gadać po próżnicy – prowadź nas do swego przyjaciela, póki jeszcze żyw.
I znów miała rację. Mary była zła, że nie zdołała przekazać tego, co zamierzała. Lecz doszła do wniosku, że zła jest nie tylko z tego powodu. Ale z tego, iż ta stara kobieta utarła jej nosa. A co gorsza miała rację. Mary wiedziała, że ma język niewyparzony. Bardzo często sprawiało to jej wiele kłopotów. Lubiła jednak ten swój zadziorny ton. W końcu pochodziła z Radley’w.
- Tak jedziemy. Do końca lasu potem duktem w prawo, i będziemy na miejscu.
Ruszyli żwawo. Po upływie kilkunastu minut, przybyli pod dom Hampton’a. Thomas służący już czekał na nich. Był bardzo zaniepokojony.
- Panno Mary! Z panem nie jest dobrze. Rzuca się i krzyczy. Zamknęliśmy wszystkie drzwi i okna, aby kto nie usłyszał. Co to będzie?
- Spokojnie Tom. Już jest pomoc. Pan doktor zajmie się twoim panem.
Mężczyzna zszedł z powozu. Minął służącego idąc w stronę budynku. Agatha trzymając w ręku torbę sprytnie zeskoczyła za nim. Pośpiesznie ruszyła w tym samym kierunku, lecz służący Thomas zaszedł jej drogę.
- Kim pani jest? Co pani tu szuka?
Kobieta tylko go ofuknęła, obdarowując go paskudnym spojrzeniem.
- Chcesz aby twój pan był zdrów? Ba! Żyw? To z drogi!
- W porządku Thomas’e. To pani Agatha. Będzie pomagać doktorowi.
- Panna! Ku ścisłości. Panna!
- Tak Agatho. Panna Agatha.
Mary zaśmiała się w duchu z poprawki Agathy. To dopiero honor. Weszli do budynku. Thomas zaprowadził konie wraz z powozem do powozowni. Potem same konie do stajni by nikt nie wiedział, iż ktokolwiek tu przyjechał. Pokojówka siedziała przy łóżku swego pana. Co i rusz zmieniając mu zimne Okłady. Widząc wchodzących z boleścią w oczach, zerwała się na równe nogi.
- Panienko! Coś jest nie tak. Pan nic się nie odzywa tylko coś bełkota. Nie rozumiem.
I zaczęła płakać. Poderwała fartuch, którym była przepasana i wytarła twarz.
- Nic się nie martw. Sprowadziłam doktora. On wie co robić. Doktorze, zechce pan sprawdzić, co z chorym?
- Naturalnie, naturalnie.
Agatha pośpieszyła za doktorem. Chory leżał w pościeli, która była mokra od potu. Czuć było jego duszący zapach. Kobieta z werwą skinęła do pokojówki.
- Konieczne są prześcieradła. Trzeba to wszystko wymieniać tak często, jak się da. Inaczej infekcja gotowa. Rozumiesz kobieto?
- Tak proszę pani.
Agatha już miała wykrzyknąć swoją poprawkę, co do swego stanu cywilnego – dała jednak spokój.
- Doktorze, co robimy?
- Mary! Ile czasu chory leży w tym stanie?
- Parę godzin doktorze. Zanim po pana pojechałam trzeba było go znaleźć, wykąpać, opatrzeć, usztywnić nogę. Ile tam leżał zanim go znalazłam – nie wiem.
Doktor Mathev oglądał bardzo dokładnie każdą ranę, każde miejsce. Nic nie umknęło jego uwagi. Był stary, ale bardzo dokładny.
- Mary! Bardzo dobrze się sprawiłaś. Nie ma zakażenia. Na wszelki wypadek trzeba zabezpieczyć wszystko, co jest pomniejsze. Pozbyć się spuchlizny która już atakuje. No i nastawić złamanie – jest bardzo paskudne.
- Tak wiem, widziałam. Lecz poza zatamowaniem krwi nic nie mogłam zrobić.
- Była by z ciebie bardzo dobra pielęgniarka. Myślałaś o tym?
Stary mężczyzna spojrzał na nią z uśmiechem. Nie czekał na odpowiedź. Wiedział co jest pasją tej młodej dziewczyny.
- Słuchajcie. Chory jest nieprzytomny. Można by wykorzystać ten fakt, aby nastawić to złamanie. Na przód jednak musimy pozbyć się opuchlizny. Prędzej nic się nie da zrobić. Niemniej ja nie widzę sposobu, by całość zabiegu przeprowadzić tutaj. Złamanie jest zbyt skomplikowane, a tu nie ma ani narzędzi, ani sterylności. Agatho w torbie jest środek na spuchliznę. Trzeba to rozpuścić w wodzie, i zrobić okłady.
- Oczywiście. Rossa, idziemy do kuchni. Trzeba się tym zająć.
Obie kobiety wyszły z pokoju. Doktor odkrył szybko chorego. Gdy tylko Mary przyniosła wodę, wraz ze środkiem dezynfekującym. Doktor powoli zaczął sprawdzać, czy gdzieś nie ma stanów zapalnych.
- Kto go tak urządził?
- Nie wiem doktorze.
- Zgłaszałaś na żandarmerię? Wiem! Przepraszam. Głupie pytanie.
- Co z nim?
- Będzie żył. Ta noc jest decydująca. Okaże się, czy przetrwa. Ma młody organizm, więc i silny. Martwi mnie to złamanie. Powinien znaleźć się w szpitalu. Nie wiem, co z narządami wewnątrz. Mary przytrzymaj tu.
Na udzie rozciął bandaże, i zaczął rozchylać ranę. Opuchlizna narastała. Trzeba było to sprawdzić. Rana była głęboka. Kość wystawała na zewnątrz, ale nie było odprysków, czy niepotrzebnych kawałków. To ucieszyło starego medyka. Krwawienie co prawda ustało, lecz opaska nie mogła być stale zaciśnięta.
- Musimy zwolnić pomału ucisk. Nie może on być zaciśnięty do rana. Inaczej wda się martwica, i straci nogę.
Rozluźnił ucisk. I zmienił opatrunek. Leżący mężczyzna był ogromnie spocony. Agatha przykryła go do pasa, by nie dopuścić do przegrzania organizmu. W izbie było już bardzo ciepło. Tom chciał dodatkowo napalić w kominku, lecz doktor odradził ze względu na stan chorego.
- No cóż Mary. Teraz pozostaje nam tylko czekać. Ja nie mogę pozostać tu na noc. Ktoś może potrzebować pomocy. Musiałbym się tłumaczyć gdzie byłem, a ludzie jak wiesz i tak nie uwierzą. Zatem teraz pojedziemy z Agathą do domu Mary. Tu masz – w razie czego, środek przeciw bólowy. On dostał teraz środek uspokajający. Jest on też nasenny. Powinien więc teraz spokojnie spać do jakiejś ósmej rana.
- Ja również nie mogę pozostać tutaj doktorze. Rodzice zmartwiliby się moją nieobecnością, ale jestem spokojna. Tu jest Thomas i Rossa. Dadzą sobie teraz radę. Ja tu postaram się przyjechać rano.
- Posłuchaj. On obecnie śpi, i będzie spał do rana. Zatem zrobimy tak. Ja zadzwonię do szpitala, by przysłali tu sanitariuszy. Muszą go wziąć do szpitala, i tam zrobią mu operacyjnie zabieg nastawienia tego złamania. Inaczej straci nogę jak nic. Do rana to zbyt długi czas, by taką ranę pozostawiać otwartą – wda się gangrena.
- Ale…
- Posłuchaj. Zgłoszę, że spadł z konia przy zbyt szybkiej jeździe. To będzie najbardziej prawdopodobne – Spokojnie. Ale on będzie żył, i być może uda się uniknąć kalectwa. Oni przyjadą tu najprędzej jak w granicach godziny. Osobiście będę monitorował jego stan. Ja postaram się tu zjawić gdzieś za trzydzieści minut, bo mam tu jeszcze pacjenta. I będę przy jego zabieraniu z domu. Nie martw się dziecko.
- Zatem ja postaram się tu przybyć rano, by się dowiedzieć, co ze Stanley’m. Czy go wzięli.
Mężczyzna pożegnał się, i wraz z Agathą wyszli. Powóz powoli odjechał, po czym zapanowała cisza.
- Thomas zaopiekowałeś się moim koniem?
- Tak panienko, jest w stajni gotowy do drogi.
- Ok. ja teraz wracam do domu. Dasz sobie radę?
- Tak myślę panienko.
- W przeciągu godziny ma być tu karetka z sanitariuszami. Mają pana zabrać do szpitala. Wcześniej ma być doktor Mathev McCinley. Jeśli będzie przed nimi, sam wszystko z nimi ustali, jeśli nie – przekaże wszystko sanitariuszom telefonicznie. W razie czego, jakby się ciebie pytali, to pan pędził konno i spadł w trakcie galopu – stąd to złamanie. Znalazłeś pana blisko domu – i tyle. W razie czego masz mój numer telefonu. Jakby co się działo to dzwoń?
Dziewczyna jeszcze raz sprawdziła, czy wszystko dobrze u chorego – i odjechała galopem do domu.
CZAS TERAŹNIEJSZY.
Sara odłożyła rękopis na blat biurka, wciąż trzymając jego ostatnią stronę. Czuła się przygnębiona. Coraz bardziej docierało do niej, co tak naprawdę przeżywała Mary. Sara nie przypuszczała nawet, że za jakieś tam stare dokumenty, potrafiono tak skatować człowieka. Zaczynała uświadamiać sobie, iż młoda dziewczyna – jaką była Mary Radley – nie miała lekkiego życia. Zamknęła rękopis, wciąż przyglądając się stylowi pisma. I tu również była różnica. Charakter pisma zmieniał się równolegle do tematu. Rękopisy w których opisywała dzieje własnej rodziny, pisane były spokojnym pismem – bardziej opanowanym, starannie wykończonym. Ciąg linii był stabilny i płynny.
Natomiast rękopisy tyczące się dziejów jej Przyjaciela, nosiły znamiona napięcia, zdenerwowania, rozgoryczenia. W gabinecie była cisza. Jedynie tykanie zegara na ścianie przypominało, że Sara znajduje się tu w tym domu w tych czasach. Opisywane dzieje to przeszłość. Sara niemal wtuliła się w fotel. Nie miała chęci cokolwiek czynić. Jedynie wciąż nie dawała jej spokoju myśl, iż zupełnie nie wie, co to były za dokumenty. Wtem rozległo się pukanie do drzwi, raz, drugi, trzeci. Sara nie reagowała. Drzwi uchyliły się, i do pokoju wszedł lord de Blackstone. Spojrzał na siedzącą za biurkiem Sarę. Miał coś powiedzieć, jednak jego uwagę zwróciło jej zamyślenie. Ona wydawała się poruszona do głębi.
- Saro?
Wciąż siedziała nieporuszona. Jej spojrzenie bezwiednie wędrowało wzdłuż blatu biurka. Chwilę potem zatrzymał się na rękopisie. Palce jej dłoni leżącej na nim zaczynały lekko drgać, przesuwając się po gładkim papierze. Widział jak jej spojrzenie wędrowało gdzieś poza biurko. Nawet on, stojący naprzeciw niej nie był przeszkodą. Jakby go w ogóle nie widziała. To był dziwny widok. Poczuł jakby zaniepokojenie. Podszedł bliżej, i dopiero wtedy na jej twarzy ujrzał ślady łez.
- Jeff! Co ty tu robisz?
- Wybacz mi proszę, że cię zaskoczyłem, ale stoję tu już jakąś chwilę.
- Jak to stoisz tu…
- No tak. Pukam raz, drugi, trzeci. Nie usłyszałem odpowiedzi – wszedłem.
- Co się stało?
- No właśnie. To ja chciałbym się dowiedzieć, co się dzieje? Zastaję ciebie samą, zamyśloną. Na dodatek – jak widzę – płakałaś.
Sara uniosła dłoń ku twarzy na te słowa. Odruchowo obtarła mokre miejsca. Faktycznie wyczuła ślady łez. Wydawała się jeszcze bardziej zaskoczona. Widział to dokładnie. Na jej twarzy pojawiło się, jakby huragan odczuć. Teraz był już pewien, iż coś się wydarzyło.
- Powiesz mi co się stało?
- Nic się nie stało. Z tego co widzę Jeff, zamyśliłam się. Wybacz.
- Nie mam tobie co wybaczać. Po prostu się zaniepokoiłem. Miałaś minę, jak byś była czymś przejęta, poruszona.
- A co jeśli jestem?
- Powiesz mi o co chodzi?
- To nic takiego Jeffrey’u. Daj spokój. Nie ma się czym martwić.
- Saro! Nalegam.
- No już dobrze. Właśnie pracowałam nad kolejnym z rękopisów. Nie spodziewałam się, że tak na mnie podziała.
- Co opisuje rękopis?
- Nie chciałabym ciebie tym absorbować. Masz obecnie wspaniałego gościa. Widzę, jak się tym radujesz.
- Tak. To prawda. Jednak nie o tym mówimy. Pytałem, jakiego okresu tyczy się ten kolejny rękopis?
- To rękopis z numerem 8. Napisany ręką lady Mary Radley. Opisuje w nim ona napaść na jej ówczesnego Przyjaciela Stanley’a Hampton’a.
Lord de Blackstone przez chwilę się zamyślił. Usiłował przywołać w pamięci dany okres. Jego subtelny wyraz twarzy, lekko przymarszczone brwi w szczególny sposób wskazywało na to, iż w końcu sobie przypomniał. W tym czasie Sara wstała. Okrążając biurko przystanęła przy oknie.
- Moja droga! To bardzo przykry okres z mojej przeszłości – a raczej z przeszłości Mary.
- Tak! Zauważyłam! Wiesz nie sądziłam, że w tamtych czasach możliwe były takie zdarzenia.
- Saro! Tamte czasy wcale nie były święte. Nawet nie masz pojęcia, co działo się w tamtych czasach.
- Tak czy owak to przerażające. Jeff! Jak można napaść na kogoś w jego własnym domu, skatować to demolując przy tym jego pokój – tylko dlatego, że zaginęły jakieś stare dokumenty.
- Tak Saro z małą korektą. Tu nie chodzi o to, jak można w ogóle kogokolwiek napadać gdziekolwiek by się nie znajdował. Drugim aspektem jest to, o czym pewnie zapominasz, że Stanley Hampton ukradł przesyłkę.
- Ok! ukradł, ale czy to jest wystarczający powód by na niego napadać. A poza tym były na to dowody?
- Z tego co wiem, to nie. Jednak opierano się na zeznaniach właściciela gazety, niejakiego Craft’a. Brane były pod uwagę również zeznania jego sekretarki.
- No właśnie. Tak zastanawiam się, jakim cudem ktoś osądza innego człowieka, tylko na podstawie opinii innego człowieka.
- Masz rację Saro. Niemniej rzeczywistość tonie zbożne życzenia kochanie. Z wieloma okolicznościami możemy się nie zgadzać, ale czy na wszystkie mamy wpływ? Nie chciałbym być egoistą, jednak – wierz mi – wiele w swoim życiu widziałem, i nie było to pozytywne doświadczenie.
- Wierzę Jeff! Wierzę. Jednak i tak uważam, że to potworne. Mogę tylko sobie próbować wyobrazić, co przeżywała Mary. To jej jedyny Przyjaciel.
- Też o tym myślałem, i nawet był czas, iż chciałem jej pomóc. Ale…
- Wiem. Opowiadałeś o tym. To beznadziejna sprawa Saro.
- Dajmy już temu spokój. Gdzie podziałeś gościa?
- Chciał koniecznie odpocząć. Przygotowałem mu najlepszy pokój sypialny z salonikiem. Tak się Saro cieszę, że on tu jest. Kto by przypuszczał. Po tylu latach, Saro. Ashton nie mógł zrobić mi większej niespodzianki.
- To twój Przyjaciel. A propos Jeffrey’u – chciałabym ciebie o coś zapytać.
- Tak?
- Obiecaj mi, że się nie pogniewasz.
- Nie wiem o co chodzi – mów śmiało.
- Wspomniałeś, że lord Ashton de Brams jest twoim Przyjacielem od wielu lat.
- No tak.
- Powiedz mi czy…
Bezwiednie, mimo woli spojrzała na rękopis na biurku. To był moment. To jej zawahanie, jak i to krótkie spojrzenie na rękopis – to wystarczyło Jeffrey’i, by odgadnąć myśli Sary. Tylko lekko się uśmiechnął. Trochę ją to speszyło lecz nadal próbowała w sposób delikatny dla niego, wyrazić swoje pytanie.
- Widzę, że bardzo się męczysz wyrażeniem swego pytania. Może powiesz mi o tym później, jak będzie bardziej odpowiednia chwila. A teraz zapraszam cię do biblioteki. Poleciłem przygotować orzeźwiający napój owocowy.
- Bardzo chętnie. Może przy okazji porozmawiamy o rękopisach.
Mężczyzna ruszył pierwszy w kierunku drzwi. Sara podeszła do biurka. Zabrała zeń leżący tam egzemplarz zakończonego rękopisu, i umieściła go w sejfie. Już go zamykała przekręcając pokrętło z szyfrem, gdy Jeffrey się zatrzymał. Uchylił jedno ze skrzydeł drzwi i poczekał na Sarę.
- Porozmawiamy nie tylko o rękopisach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz