Tom II – część 29

Post w dziale:

Nim uchwyciła tę jego odpowiedź tak, by na szybko zadać pytanie – jego już nie było w pokoju. Zatem już spokojnie zamknęła sejf, zabezpieczyła również materiały w komputerze. Wyszła na korytarz – zupełnie nie wiedząc, gdzie poszedł. Uznała to z jego strony za żart. Nawet ją to trochę rozbawiło. Zawróciła do swojego pokoju. Zrozumiała, że pracując przy biurku nie zwracała zupełnie uwagi na własny wygląd, który nieco stracił na swej wartości. Z szafy wyciągnęła swoją ulubioną luźną sukienkę z jedwabiu. Sara była wysoką osobą, a sukienka była długa do kostek. Była bardzo luźna. Motyw kwiatowy dawał jej poczucie relaksu.

Zwinnie wyszczotkowała włosy, które spięła z jednej strony wrzosowym kwiatem – żywcem wyrwanym z motywu sukienki. Zamknęła drzwi własnego pokoju, i skierowała się w kierunku schodów. Cały czas rozglądała się szukając wzrokiem Jeffrey’a. Niestety nikogo w pobliżu nie było. Nie robiła z tego żadnego problemu, wciąż pamiętając jego słowa. W takim razie postanowiła zajrzeć do biblioteki na jego piętrze. Drzwi były tylko przymknięte. Weszła. W fotelu siedział lord de Brams. Trzymał w dłoniach otwarty album z uwagą przeglądając jego zawartość. W pierwszej chwili nie spostrzegł Sary.

Ona na parę sekund zatrzymała się przy otwartych drzwiach. Usiłowała przywołać na twarzy uśmiech, nie zwracając na to czy jest naturalny, czy też sztuczny. Siedzący tyłem mężczyzna nie był tego świadomy. To dało jej chwilę przewagi, by zebrać się w sobie. W tych dzielących ich sekundach Sara próbowała dodać sobie odwagi. Choć wciąż wzrokiem, szukała Jeffrey’a. Niestety był tylko lord de Brams. Uśmiechnęła się powtórnie przymykając drzwi tak by ten usłyszał. Poruszył się w fotelu z wolna się odwracając. Widząc Sarę od razu zeń powstał.

- Lady Forest. Witam panią.

- Dzień dobry lordzie de Brams.

- Miło mi panią widzieć. Niemniej śpieszę przypomnieć o naszym ustaleniu. A mianowicie byśmy darowali sobie używanie tytułów.

- Proszę mi wybaczyć, lecz niezręcznie jest mi tak od razu przejść na „ty”, i to wobec tak zacnego gościa, jak pan Ashton’e.

- Ok! Droga panno Saro. Proszę mi wybaczyć, lecz ja mówię o tytułach. Nie mówię tu o formie bardziej bliższej. Sama pani rozumie, iż to nieco zbyt pośpieszna i daleko idąca zmiana.

- Oczywiście jak pan sobie życzy Ashton’e. Czy nie będzie niezręcznością z mojej strony, jak zapytam o Jeffrey’a. Czy był tu? Przekazał mi, iż będzie tu na mnie czekał.

- Tak! Jeszcze parę minut temu tu był. Jednak postanowił udać się do siebie po jakieś dokumenty. Chciał mi je koniecznie pokazać.

- No tak. Zatem jestem już spokojna.

Lord Ashton de Brams, stojąc przy Sarze uprzejmie wskazał jej miejsce w fotelu przy stoliku. Stały tam w kryształowym kielichu paluszki z sezamem.

- Z tego co wiedzę, Jeffrey jest uszczęśliwiony. Wizyta twoja sir, dostarczyła mu wiele radości.

- O tak! Zapewne. Muszę przyznać, iż mnie również.

- Rozumiem, iż musicie się panowie znać od wielu już lat, skoro tak reagujecie na siebie.

- To już szmat czasu panno Saro. Nawet już nie bardzo pamiętam od kiedy. Nie wątpliwie Jeffrey jest dla mnie bardzo drogi.

- Tak rozumiem. Jeff wspominał mi, iż łączy was wielka Przyjaźń. Proszę wybacz mi Ashton’e, lecz zastanawiam się skąd te lata rozłąki – ta cisza między wami? Zupełnie tego nie rozumiem. Skoro tak się panowie przyjaźniliście.

Mężczyzna tylko życzliwie się uśmiechnął. Był już uprzedzony przez Jeffrey’a, iż Sara będzie go zasypywała wieloma pytaniami. Prosił go, by niczego nie ukrywał.

- Mówiąc szczerze do końca sam tego nie rozumiem. Na pewno jednym z powodów tej sytuacji, było zakończenie pewnej nieprzyjemnej sprawy.

- Mówi pan Ashton’e o śledztwie z powodu tragedii, jaka wydarzyła się w rodzinie Radley’w?

Uśmiech na jego twarzy, jakby na chwilę zawisł i zastygł. Jednak po chwili znowu się pojawił, i to jeszcze piękniejszy. Mężczyzna się tego nie spodziewał. Rozumiał, iż Sara będzie zadawać wiele pytań, lecz nie bardzo miał chęć wracać do wydarzeń z tamtych czasów. Sara od razu zauważyła, iż jego wyraz twarzy zmienił się na dość sztuczny i sztywny.

- Proszę mi wybaczyć Ashton’e ale widzę, że wprawiłam ciebie sir w zakłopotanie.

- W zakłopotanie? Tak bym tego nie nazwał panno Saro. Tu bardziej pasowałoby określenie – zniechęcenie.

- Czemu?

- Bo to nie jest temat moja droga – jakby to rzec – przyjemny dla mnie. Delikatnie mówiąc.

- To wiem. Zatem, czy mogę zadać panu pytanie wprost?

- Proszę bardzo.

- Jesteście panowie obaj w Przyjaźni – i to nie małej – tak długo. To zapewne znasz wiele szczegółów z tamtego okresu.

- O szczegóły z życia samego Jeffrey’a, pewnie nie chodzi – prawda?

- Dlaczego mam wrażenie Ashton’e, iż spodziewał się pan moich pytań. Ale odpowiadając na twe pytanie – tak. Nie o niego samego chodzi.

- Saro! Co konkretnie panią interesuje?

Już miała odpowiedzieć, gdy otworzyły się drzwi biblioteki. Wreszcie zjawił się lord de Blackstone. Widząc zafrasowanie Przyjaciela, od razu domyślił się, iż Sara zasypuje go mnóstwem pytań. Wszedł, zamknął za sobą drzwi, po czym rozsiadł się wygodnie w fotelu. Na stojącym obok niego stoliku, położył przyniesioną teczkę z dokumentami.

- Witaj Saro, jak zwykle wspaniale wyglądasz.

- Dziękuję Jeff.

- Po twojej minie Ash wnioskuję, że już Sara zasypuje ciebie pytaniami.

- Nie jest źle Jeff. Nic się nie dzieje złego. Tak myślę.

- Mam pytać, jaki jest temat waszej rozmowy, czy to ten o którym myślę?

- Zależy co masz na myśli?

- Ash mi już odpowiedział. Czyli się nie myliłem. Niech zgadnę. Tematem jest przeszłość – prawda?

- Prawda Jeff. Niemniej nie chciałabym wyjść na osobę niedelikatną, czy wścibską. Po prostu mnie ten temat interesuje.

Lord Ashton de Brams, poprawił się w fotelu czyniąc łyk soku. Moment później odstawił szklaneczkę na blat stolika. Wyraźnie było widać, iż jest nieco zakłopotany. Mimo to życzliwie się uśmiechał.

- A mogę poznać powód takiego zainteresowania? Przyznam, że to dla mnie dość zaskakujące.

- Jeśli pozwolisz Ashton’e, to może ja odpowiem na to pytanie.

- Proszę bardzo.

- Jak już tobie tłumaczyłem wcześniej, żyłem tu wiele lat w samotności. No nie licząc służby naturalnie. Lata uciekały, i miałem przed sobą widmo samotnej starości.

- Tak, wiem o tym. To przykre.

- No właśnie. Opowiadałem tobie również, iż postanowiłem zająć się poszukiwaniem krewnych. Nie mam pojęcia, czy wtedy łudziłem się, czy też przeczuwałem – to obecnie nie ważne. I jak widzisz opłacało się. Po ściągnięciu moich krewnych tu do siebie – ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu – odnalazłem również miłość – mówię tu o sobie i Sarze.

Słysząc wyjaśnienia Jeffrey’a, Sara nieco się zarumieniła. Nie spodziewała się, że obaj rozmawiali o jej związku z Jeffrey’m.

- To właśnie ona wyciągnęła mnie z odrętwienia i samotności Ashton’e. Obecny czas to dla mnie niesamowite szczęście. I stąd nasze rozmowy z Sarą na temat mojej przeszłości. Dużo na ten temat rozmawialiśmy.

- Rozumiem. I bardzo się z tego cieszę Jeffrey’u. Niemniej nadal nie rozumiem – wybaczy mi pani Saro – skąd na miłość Boską u pani wiedza o tej strasznej tragedii?

- A stąd Ashton’e, iż ta – jak to określiłeś – straszna tragedia, to część życia Jeffrey’a. Nie sądzisz, iż w jakimś stopniu jest to i jego tragedia? To że kochał lady Mary Radley, to że niesłusznie go oskarżyła o zabójstwo Hampton’a, to że nagle rozeszli się z tego powodu. Dalsze tragedie związane z jej rodziną. Czy to nie są fakty ściśle związane z życiem Jeffrey’a?

Lord de Brams w wielkim skupieniu słuchał wywodu Sary, co i rusz taktownie spoglądając na Jeffrey’a. Na jego twarzy widać było mieszaninę zdumienia, ciekawości, i po trochę rozbawienia. To rozbawienie było bardzo taktowne, i to z powodu niemal pasji z jaką Sara broniła Jeffrey’a.

- No muszę przyznać Przyjacielu, że panna Sara bardzo mi zaimponowała. Takiego mieć obrońcę, chyba każdy mężczyzna chciałby posiadać.

- Jesteś bardzo łaskaw Ashton’e - ale faktycznie. Sara to moje wielkie szczęście na które czekałem całe życie.

- No ja widzę. Zatem wracając do tematu droga Saro. Co chciałaby pani wiedzieć?

- Z tego co już wiem, i z tego co się domyślam rozumiem, że jest pan Ashton’e również częścią przeszłości Jeffrey’a.

- O tak. Częścią – zapewne – nie tak dotkniętą cierpieniem życiowym, jak jego cierpienia – niemniej równie emocjonalną.

- To znaczy?

- Nie wiem Saro, ile pani już wie na ten temat. Nie mam wiedzy w jakiej mierze mogę o tym mówić. I tak jestem zaskoczony poruszeniem tego tematu.

Lord Jeffrey de Blackstone, życzliwie się uśmiechnął do Przyjaciela, jednocześnie wykonując gest dłonią.

- Muszę tobie – jak wiedzę – jeszcze jedno wyjaśnić Ashton’e. Od jakiegoś czasu Sara – na moją osobistą prośbę – pracuje nad projektem literackim. W ramach tego projektu opracowuje rękopisy z tamtym lat. Trzeba tobie wiedzieć, iż Sara jest kobietą o wielkim talencie literackim.

- Jakie rękopisy Jeffrey’u? Istnieją jakieś rękopisy?

- O tak, mnóstwo. Ale to nie ważne. Chciałem tylko wyjaśnić tobie, skąd u Sary taka wiedza – a z kolei stąd jej pytania.

- Ok! Rozumiem. O nic więcej nie pytam.

Nastała lekko krępująca konsternacja. Jeffrey nie robił z tego żadnego problemu. Mimo to wyczuł, iż dla Ashton’a nie było to takie proste. Sara również wyczuła z tego powodu dyskomfort. Jednak była bardziej bezpośrednia.

- Czy coś nie tak sir Ashton’e?

- Czemu tak pani sądzi?

- Bo widzę. Wybacz sir, ale jak rozmawialiśmy o mnie, czy życiu Jeffrey’a – było dobrze. Jednak jak tylko Jeffrey wspomniał o rękopisach, Okazałeś zakłopotanie.

- To nie zakłopotanie droga pani. Po prostu wiem, ile złego stało się w tamtym czasie. Jak wiele cierpień było wynikiem tamtych zdarzeń, i to u wielu ludzi.

- Myślę, że rozumiem o czym mówisz sir.

Lord Ashton de Brams najwyraźniej był coraz bardziej poirytowany. Jeffrey wyczuwał u niego coraz większe napięcie. Ufał przyjacielowi, ale do końca nie rozumiał powodu jego irytacji. Jednak zauważył, iż aprobata Ashton’a względem Sary malała z każdą chwilę. Lord Ashton de Brams – nic nie mówiąc, lekko kiwał głową. Spojrzał na barwny dywan pod nogami, a później uniósł twarz patrząc na Sarę. Jednak jego wzrok był ostry, skupiony i daleki od przyjaznego.

- Posłuchaj młoda damo! Wybacz mi mało przyjazny ton tego co teraz powiem. Lecz nie rozumiesz ogromu zła, jakie wydarzyło się w tamtym okresie. Nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, o jakim cierpieniu tu mowa. Proszę mi wybaczyć droga pani, ale nie chcę o tym mówić.

Nagle lord Ashton de Brams wstał z fotela. Widać było gołym okiem, iż był bardzo wzburzony stwierdzeniem Sary. Jeffrey widząc to, od razu przestał się uśmiechać. Nie spodziewał się takiej reakcji. Również powstał z fotela, gdy lord de Brams, starając się opanować podszedł do okna. Z daleka było widać, iż nerwowo przez nie spogląda na rozległy ogród. Nagle się odwrócił. Jeffrey wciąż uważnie przyglądał się Przyjacielowi. Sara chciała coś powiedzieć, jednak na moment spojrzała na Jeffrey’a. Zrezygnowała jednak widząc, iż ten – nagle ruszył do przodu. Chciał podejść do szklanej ściany regałów z książkami – zmienił kierunek.

- Lady Forest! Nim wzięła pani do ręki te rękopisy, winna pani się bardzo poważnie zastanowić nad tym, czy powinna to czynić. Nie zdaje sobie pani sprawy – jak widzę – z konsekwencji. Proszę mi wierzyć, iż lepiej nie odgrzebywać tego, co zostało przed laty zagrzebane. Czasami tak jest lepiej.

- Ale…

- Nie ma „ale”!, nie istnieje droga pani. Nic pani nie wie! Uważa pani, że skoro przeczytała parę rękopisów to jest wszystko? Wszystko pani wie, rozumie, pojmuje? To nic w porównaniu z tym, co przeżywali ludzie ujęci w tych rękopisach. Nic pani nie wie! A teraz proszę mi wybaczyć – chciałbym wrócić do siebie.

Mężczyzna raptownie się skierował w kierunku drzwi. Sara tak jak chciała coś powiedzieć, tak zamilkła. Nie spodziewała się takiej reakcji ze strony gościa. Jeffrey również był bardzo poważny. Jak widać, jego również poruszyła reakcja Przyjaciela. Otwierając drzwi lord de Brams przystanął.

- Proszę o wybaczenie pani Forest! Jeffrey’u! ciebie również o to proszę.

I wyszedł. Drzwi cicho się za nim zamknęły. W bibliotece nastała cisza. Sara porażona takim przebiegiem sprawy, niemal się rozpłakała. Była tak zaskoczona, tak wybita z równowagi i własnej pewności. Nie spodziewała się, iż ktoś kiedykolwiek tak zakwestionuje jej reakcję. Lord Jeffrey de Blackstone chwilę stał wpatrzony w zamknięte drzwi. Usiłował zrozumieć reakcję Przyjaciela. Spojrzał na Sarę. Przez moment pojawiło się pytanie, czy zrobił dobrze dopuszczając do rozmowy na ten temat. Chciał pomóc Sarze w pracy nad rękopisami. Ashton wydawał się być bardzo pomocnym w tym względzie. Niemniej po tym jak zareagował, już nie był tego taki pewien. Jedynie żal mu było Sary. Rozumiał, iż bardzo ufnie podeszła do osoby lorda de Brams’a – może zbyt ufnie? Czy faktycznie tak by się zmienił? Jego reakcja wciąż go zastanawiała. Mimo wielu wątpliwości przytulił Sarę całując ją w czoło.

- Saro, nie gniewaj się na niego. On nie chciał cię urazić.

- Tu nie chodzi o to, czy chciał mnie urazić czy też nie. Ja po prostu nie rozumiem Jeff! On tak zareagował…

- Nie przejmuj się tym. Proponuję byś skorzystała z pięknej pogody. Rodzice pewnie już wrócili z firmy. Chciałabyś zrelaksować się z nimi na tarasie?

- Nie, nie. Nie mam siły na żadne rozmowy. Jak pozwolisz, będę u siebie. Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Tak będzie najlepiej.

- Dobrze. Ja w tym czasie porozmawiam z Ashton’m. Potem przyjdę do ciebie – jeśli pozwolisz oczywiście.

- Jak sobie życzysz.

Pozostawił ją samą w bibliotece. Wiedział, iż jest przygnębiona tą sytuacją. Niemniej czuł, że coś się dzieje, czego on sam nie rozumie. Wiele lat się nie widzieli z Ashton’m. Nie raz rozmyślał nad powodem urwania kontaktu między nimi. Pamiętał cały Okres z tamtych lat, gdy widywali się niemal codziennie. Ashton jako jedyny prawdziwy Przyjaciel pomagał mu w wielu trudnych sytuacjach. Niemniej, jak tylko urwano śledztwo – zniknął. Co prawda sam był tak pochłonięty pokonywaniem wielu trudności, że fakt zniknięcia Przyjaciela umknął mu całkowicie. Później dopiero zaczęło go to zastanawiać. Okoliczności tamtego czasu jednak, nie były zupełnie sprzyjające by należycie się tym zająć.

Lord Ashton de Brams przebywał w pokojach na piętrze Jeffrey’a. Lord Jeffrey de Blackstone szedł korytarzem wciąż walcząc z pytaniem, co się dzieje z jego Przyjacielem. Szedł spokojnie rozmyślając, jak ma zacząć rozmowę z Ashton’m – dawno nie widzianym – lecz nadal Przyjacielem. Czuł że między nimi jest coś, o czym on sam nie ma pojęcia. Czuł, iż reakcja Ashton’a jest dla niego wciąż nie zrozumiała. Na chwilę zatrzymał się przy drzwiach pokoju gościnnego, jakby przez sekundę się zawahał. Zapukał.

- Proszę!

Nacisnął klamkę, i lekko pchnął drzwi do przodu. Wszedł niemal siląc się na uśmiech, nadal odczuwając niepewność. Lord Ashton de Brams siedział w fotelu. Gdy Jeffrey wchodził, ten natychmiast z niego powstał. Cenił sobie zasady nienagannego wychowania. Wciąż bronił wyuczonej etykiety i kultury przez własny dom rodzinny. Usilnie starał się uśmiechnąć, lecz wargi tylko drżały w dziwnym załamaniu. Jeffrey natychmiast zauważył ten mimowolny grymas.

- Ashton’e, możemy porozmawiać?

- Nie sądzę by było o czym Jeff.

Wypowiadając te słowa uciekł wzrokiem w kierunku okien. Przez moment Jeffrey się nie odzywał. Dał Przyjacielowi chwilę na zebranie myśli. Czuł, iż sytuacja jest dla niego bardzo trudna, a co dopiero dla jego gościa. Lord de Brams podszedł do okna, jakby uwolniony panującą ciszą. Niezręczność panującej chwili wciąż wzrastała, mimo to Jeffrey nie chciał odpuścić. Rozumiał, że jeśli pozostawi teraz tę niezałatwioną sprawę, jego Przyjaźń przepadnie na wiele lat.

- Daj spokój! Przecież widzę, że coś jest nie tak. Miałem nadzieję, że już masz za sobą tamte wydarzenia.

- Wybacz ale nie chcę o tym mówić. Myślę Jeff, że to był jednak błąd tu przyjeżdżać.

- Jak możesz? Czemu tak sądzisz? Czy to przez pytania Sary o przeszłość? Ashton’e! Bądź ze mną szczery.

Zadając to pytanie Przyjacielowi, Jeffrey spokojnie doń podszedł. Dopiero gdy stanął przy nim wis a wis, spojrzał mu w twarz. Jego Przyjaciel był bardzo zdenerwowany, lecz było i coś jeszcze. Tu chodziło o przeszłość, i Jeffrey to słusznie podejrzewał. Niemniej reakcja Ashton’a, wciąż była dlań dziwnym zdarzeniem. Wciąż spoglądał w jego twarz.

- Ashton’e porozmawiajmy. Domyślam się, że chodzi o przeszłość, prawda? Ona jest również częścią mojego życia – pamiętasz? Tak samo jak twojego. Ale nie rozumiem co ciebie tak poruszyło?

- Rzekłem tobie, że nie chcę o tym mówić. I to jest prawda! Widzę jednak, że nie dasz mi spokoju – nie odpuścisz?

- A jednak dobrze mnie znasz Ash.

Lord de Brams z wielkim przejęciem spojrzał na Jeffrey’a. Usiłował ominąć wnikliwe spojrzenie Przyjaciela, lecz się nie udało. Bez słowa ominął go, kierując się do pustego fotela. Odwrócił się doń nieznacznie, po czym zasiadł w nim bez słowa. Po chwili nie patrząc nawet w stronę Jeffrey’a, bezwiednie się odezwał.

- Zaproponujesz mi coś do picia? – proszę.

- Sok z tonikiem? Piwo? Wino?

- Wino proszę.

Mężczyzna wykonał łyk wina. Nic nie mówiąc obracał w palcach kieliszek, przyglądając mu się tak, jakby trzymał w dłoni wielki rubin. Usilnie nie spuszczał zeń wzroku, jakby było to w tym momencie priorytetem. Usiłował pochwycić wzrokiem niesamowity refleks świetlny. Jeffrey nic nie mówiąc, czekał.

- Pamiętasz ten szczególny moment, gdy lady Mary Radley oskarżyła ciebie o morderstwo Hampton’a?

- Pamiętam. Jakże miałbym o tym zapomnieć. Ale…

- Pozwól mi skończyć Przyjacielu.

- Przepraszam – wybacz.

- Za późno. Nie sądziłem, że ponownie będę przeżywał zdarzenia z przeszłości. Zatem… pamiętasz, że od tego momentu lawinowo wydarzyły się tragedie?

- Pamiętam.

- To pewnie pamiętasz również, że byliśmy Przyjaciółmi w tamtym czasie. Wiele osób przeżyło piekło.

- Pamiętam Ash! I mam nadzieję, że nadal nimi jesteśmy. Doskonale pamiętam tamte wydarzenia. Ja również przeżyłem piekło. Wiesz o tym.

- O tak. Dobrze to pamiętam. Bardzo ci wtedy współczułem. Tyle czasu spędziliśmy razem Jeff. Szukaliśmy odpowiedzi na tysiące pytań. Widziałem, jak się bałeś – a jednocześnie z tym walczyłeś. Jak używałeś wszelkich pokładów rozsądku i mądrości – a jednocześnie potrafiłeś działać jak szalony człowiek. Ale to się skończyło – pamiętasz? – śledztwo ustało. Lady Mary Radley walczyła z chorobą i również zniknęła z placu walki.

- Pamiętam Ash! Dobrze to pamiętam. Wszystko w jakiś dziwny sposób zakończyło się nagle z dnia na dzień. ucichło, zaniknęło. Nawet ty w dziwny sposób zniknąłeś. Nie wiedziałem co się z tobą stało. Nawiasem – wiele razy mnie to męczyło Ash. Tyle, że ciąż było coś ważniejszego, co nie pozwalało mi się tym zająć.

- No właśnie Jeff – coś ważniejszego. A nie przyszła Tobie do głowy odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało? Dlaczego zniknąłem? Zatem powiem tobie. Chodzi tu o kogoś mi bardzo bliskiego.

- Przecież wtedy byłeś kawalerem Ash. Nie rozumiem.

- Tak! Byłem kawalerem. Lecz niebawem miało się to zmienić. Jednak…

- Mów dalej.

- W tamtym czasie miałem… kochałem… wspaniałą istotę. Mięliśmy się pobrać Jeff. Jednak komuś się to nie podobało, mówię o tym co czyniliśmy.

- Mówisz o naszym własnym dochodzeniu?

- Tak.

- Nie rozumiem. Komu mogło się to nie podobać? Nikt nie wiedział o naszym dochodzeniu.

- Czyżby? W któryś dzień przywiozłem tobie materiały, co do bractwa – pamiętasz? Chodziło o odszukanie mordercy Hampton’a. Nim ty się zjawiłeś, był tam ktoś inny.

- Kto? Jeśli pamiętam, działo się to w moim domu. A oprócz mnie i ciebie, była tam…

- No właśnie. Była tam…

- Mary Radley. To chciałeś powiedzieć.

- W samej rzeczy. Przeprowadziliśmy ze sobą krótką acz rzeczową rozmowę.

- Na temat?

- Właśnie mojej roli w naszym dochodzeniu.

- Jak to. Przecież Mary nic nie wiedziała o tym, iż my…

- Mylisz się Jeff. Doskonale była poinformowana.

- Jak śmiesz! Nie możliwe! Ode mnie nie otrzymała żadnych informacji na ten temat.

- A jednak… Poinformowała mnie, że moje informacje są błędne. Że ten kogo uważałem za mordercę w istocie nim nie jest.

- A według niej, kto nim był?

- Ty! Ty Jeff!

- Mogłem się tego spodziewać. To była jej obsesja. Dopiero później zrozumiała, że to błędne oskarżenie.

- Tak tobie powiedziała?

- Dokładnie tak. Dlaczego zeszliśmy się.

- No to byłeś w błędzie.

- Nie wierzę! Co ty mówisz?

- Wybacz Przyjacielu, ale mało mnie obchodzi to czy mi uwierzysz, czy też nie. Dowiedz się wreszcie, jak było. Będąc w szpitalu panna Radley była sama. Wydawało się, że nikt o tym nie wiedział – a jednak. Pamiętasz… jej ojciec, i lokaj zginęli w dziwnych okolicznościach. Niedźwiedź – pamiętasz?

- Pamiętam! Tak stwierdzono.

- Błędnie. Panna Mary na jakiś czas zasnęła w powozie. Lecz czy to był sen wywołany monotonią podróży? Jak myślisz?

- Co ty mówisz?!

- Nikt nie zasypia na tak długo, i to w takiej podróży. Wszyscy znikają – ona nic nie słyszy! Nie budzi się! Wyjaśniała mi to w tedy u ciebie w domu. Jednak ten fakt ukryła przed komisarzem. Jak się okazało, znała objawy po przebudzeniu ze snu wywołanym środkami odurzającymi.

- A tak. Wiele razy miałem okazję podziwiać jej znajomość medycyny.

- To nie ważne Jeff. Musisz wiedzieć, że jej ból z powodu utraty jej Przyjaciela zmienił się w nienawiść do ciebie Jeff. Wiedz, iż gdy tylko odkryła, że obaj prowadzimy własne śledztwo – ostrzegła mnie.

- Jak to ostrzegła? Przed czym?

- Oznajmiła mi, iż jeśli wydam mordercę zginie niewinna istota.

- Jaka istota? Nic nie rozumiem. Nie mówiłeś mi tego.

- Nie mówiłem tobie tego, gdyż tą istotą była Jeyn.

- Kim jest Jeyn?

- Kim była Jeff! Jeyn była moją narzeczoną. Nie wierzyłem jej, gdy oznajmiła mi, iż jeśli to wszystko pozostawię i zniknę – ona będzie żyła.

- Porwali ją? Nie wierzę by Mary miała coś z tym wspólnego.

- Jakiś ty naiwny Jeffrey’u. Wybacz mi ten osąd. Wystaw sobie, iż poinformowała mnie, iż to ty masz być złapany i powieszony. To co ty jej przekazywałeś, ona przekazywała im.

- Komu? Na miłość Boską! Komu?

- Komu? Personalnie nie wiem. Oznajmiła mi tylko, że musi ratować matkę. Że gdy ty będziesz powieszony oni ją wypuszczą.

Lord Jeffrey de Blackstone chwilę się zastanawiał, po czym spojrzał na Przyjaciela. Jego umysł się rozjaśnił, i pamięć coraz bardziej przywoływała nowe fakty.

- Ale nigdy nie odnaleziono jej matki. Wiedziałbym coś o tym.

- No właśnie – nigdy.

- I co zrobiłeś?

- A co mogłem zrobić? Jak myślisz? Od razu od ciebie pojechałem do rodziców mej narzeczonej. Powiedzieli mi, że ich córka otrzymała list ode mnie. W tym liście – rzekomo – ja ją proszę, by czekała na mnie przy dyliżansach. W tamtym czasie niedaleko ich miejsca zamieszkania, znajdował się zajazd dyliżansów.

- Pamiętam ten zajazd.

- W jej mieszkaniu nie było nikogo. Ona nie dotarła ani do rodziców, ani do swego mieszkania. Wiesz co w tedy przeżyłem? Co czułem?

- Czemu nic nie mówiłeś? Pomógł bym.

- Powiedziano mi, że jeśli w ciągu czterech godzin spakuję się i wyjadę z Anglii – chociażby do Stanów – to ona będzie tam na mnie czekała.

- I dlatego tak nagle zniknąłeś?

- Tak! Uczyniłem tak, by ją ratować Jeff.

- I to ta sama osoba, która jest obecnie twoją żoną.

- Nie Przyjacielu! Niestety. Jeyn nigdy się ze mną nie spotkała.

- Jak to?

- Ano tak! Zniknęła! Dopiero w Stanach, jak tylko zameldowałem się w tamtejszym hotelu – zrozumiałem co się stało.

- Co zrozumiałeś?

- Że to przez pannę Radley zniknęła Jeyn. Ona wiedziała o tym, że Jeyn jest moją narzeczoną. Szukałem jej wiele tygodni, miesięcy. Jednak już do Anglii nie wróciłem.

- Chcesz powiedzieć, że Mary przekazywała informacje o śledztwie?

- Może nie z własnej woli, ale tak było Jeff. Tym bardziej, że ona chciała doprowadzić do skazania ciebie. Odnalezienie prawdziwego mordercy nie wchodziło w grę. Jasno mi przedstawiła, że źle czynię pomagając tobie w dochodzeniu.

- Wybacz! Ale trudno w to uwierzyć!

- Posłuchaj. Ty znasz ją z przed tragedii jej rodziny – a i tak już ciebie obwiniała za śmierć Hampton’a. Jednak gdy zachorowała – zmieniła się całkowicie. Stała się tajemnicza, zimna, wyrachowana. Czy nigdy ciebie nie zastanowiło, iż mimo wielu lat nienawiści do ciebie, nagle zgodziła się z tobą zamieszkać? Jakby całkowicie zmieniła swoje poglądy.

- Pamiętam ten czas. Prosiła mnie o wybaczenie twierdząc, że zrozumiała swój błąd. Mówiąc szczerze – wybaczyłem jej Ash. Byłem szczęśliwy, że tak się stało.

- I to był błąd Jeff! Wybaczyłeś jej nie podejrzewając wtedy ani przez sekundę, że cię oszukała. Wybaczyłeś jej bo już wtedy była szantażowana przez ludzi z bractwa.

- Skąd to wiesz?

- Wiem z pierwszej ręki. Wprost mi o tym powiedziała. Może gdyby odnalazła się jej matka, byłoby inaczej. Jednak oni wiedzieli, że Mary zrobi wszystko by ratować swoją matkę.

- Ale ona – jak pamiętam – nie odnalazła się.

- Tak jak moja była narzeczona Jeff. To było ich działanie. Likwidowali świadków.

Lord Jeffrey de Blackstone do głębi był poruszony tym, co usłyszał od Przyjaciela. Przyszedł do jego pokoju rozmówić się z nim, a dowiaduje się szokujących informacji. Nie spodziewał się, iż powodem dezaprobaty okazanej przez lorda de Brams’a – są takie fakty. Zdarzenia o których on sam nie miał najmniejszego pojęcia. Lord de Blackstone był zszokowany tym co usłyszał. To postawiło osobę Mary Radley – w tamtym czasie jego ukochanej – w całkowicie innym świetle.

- Innymi słowy chcesz mi powiedzieć, że Mary Radley zagrała przede mną komedię?

- Raczej tragiczną farsę Jeff. Pamiętaj, że ona była szantażowana. Miała dwa powody by tak postępować. Ogromna nienawiść do ciebie, i ratowanie swojej matki.

Lord de Blackstone był porażony tym co słyszał. Stracił nastrój na cokolwiek. Z tego co się dowiedział od Przyjaciela wynikało, iż kochał kogoś, kogo w ogóle nie znał. Coraz bardziej był wściekły sam na siebie.

- To dlatego tak zareagowałeś na pytania Sary, tyczące się rodziny Radley’w.

- Nie sądziłem Jeff, że kiedykolwiek usłyszę jeszcze o tej rodzinie.

- Co sprawiło, że w ogóle podjąłeś decyzję przyjazdu do mnie?

- Jestem tu przejazdem w interesach. Pośrednio z tego powodu tu jestem.

- Nadal nie rozumiem Ash! Wtedy bałeś się być blisko mnie, a teraz już się nie boisz?

- To nie tak Jeff. Przez te wszystkie lata, ta cała sprawa była dla mnie koszmarem. Jednak gdy dowiedziałem się, że ona nie żyje – zniknęło zagrożenie.

- Czyli rozumiem, iż gdyby Sara nie wspomniała o rodzinie Radley’w, to nie dowiedziałbym się całej prawdy? Tej ujawnionej przez ciebie dzisiaj.

- Dowiedziałbyś się Jeff. Między innymi po to tu przyjechałem. Po tylu latach chciałem przerwać tę ciszę między nami. Miałem już tego dość Przyjacielu.

Lord Jeffrey de Blackstone nie sądził, iż ta rozmowa tak go rozkojarzy. Był wewnętrznie rozbity. Całe lata winił się za los Mary. Całe lata był samotny. Ten fakt traktował jako swego rodzaju lojalność wobec niej – nie potrzebnie. Tyle lat życia stracił na coś co było ułudą, kłamstwem. Nie umiał odpowiedzieć Przyjacielowi na to wszystko. Nie potrafił się racjonalnie zachować. Teraz on wstał, i podszedł do okna – choć wolałby wyjść natychmiast, opuścić pokój Ashton’a. Schować się we własnej samotności. Widząc to lord Ashton de Brams, podszedł do wpatrzonego w dal okiennego widoku Przyjaciela.

- Wybacz mi Przyjacielu. Wiem, że sprawiłem tobie ból. Nie miałem innego wyjścia. Od wielu lat chciałem powiedzieć tobie prawdę o tej dziewczynie. Jednak byłeś w niej tak zakochany. To miłość zaślepiła twoje zdrowe myślenie. Droższy byłeś dla mnie jako Przyjaciel. Kochałem cię, i kocham niemal jak brata. Nasza Przyjaźń była dla mnie ważniejsza Jeffrey’u. Potem ona odeszła z tego świata – ty byłeś zrozpaczony. Śledztwo zostało umorzone. Jej nie było. Mojej Jeyn również już nie było. Nic mnie tu nie trzymało Jeff. Nic! Będąc w Stanach rozkręcałem własny biznes. Miałem wiele szczęścia, i stałem się człowiekiem zamożnym jeszcze bardziej niż byłem w przeszłości. Tam poznałem swoją żonę, mam dzieci. I ten przyjazd. Mówiąc szczerze bałem się spotkania z tobą. Obawiałem się, iż to spotkanie rozbudzi ból, jaki ciebie trawi. Obawiałem się, że będę musiał tobie powiedzieć całą prawdę. Bez względu na to, co się stanie. I znowu będzie bolało. Nie chciałem tego – wierz mi. To dlatego tak zareagowałem na słowa Sary. Nie sądziłem, że jak usłyszę nazwisko Radley – to tak mnie to porazi.

- Rozumiem Ash! Rozumiem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz