Tom II – część 3

Post w dziale:

Czas do kolacji przebiegł w bardzo miłej atmosferze. Jeszcze po kolacji rozmowom żartom nie było końca. Co prawda Matthev i Thomas ruszyli do swoich pokoi, ale reszta znajdowała co rusz to nowe tematy do rozmowy. Byli właśnie w hallu, gdy lord de Blackstone przystanął. Zamilkł trzymając ręce splecione z tyłu. Lekko odwrócił się w stronę schodów tak, jakby coś sobie przypomniał.

- Stało się coś?

- Nie – nic. Ale właśnie przypomniałem sobie, że pozostała jeszcze jedna niespodzianka. Jak mogłem o tym zapomnieć.

- O czym?

- Zaraz zobaczycie. Czy mogę was prosić o przejście do biblioteki – tu na parterze?

- Naturalnie.

Cała trójka była niemal zdumiona faktem, że właśnie on o czymś zapomniał. Z jego reakcji wynikało, iż musiało to być dlań ważne, gdyż o tym właśnie sam wspomniał. Co mogło być jeszcze do pokazania, czego Jeffrey im nie pokazał. Weszli do biblioteki. Od razu rzucił im się inny układ regałów. Różnica była subtelna – ale jednak. W pierwszym projekcie od razu wchodziło się do wielkiego pomieszczenia biblioteki, gdzie były same regały. Obecnie w bibliotece coś się zmieniło. Lord de Blackstone przystanął przy jednym z regałów gdzie nagle wszyscy spostrzegli drzwi. Jakoś dotąd nikt ich nie widział.

- Skąd tu drzwi Jeffrey’u? Nie pamiętam by one tu uprzednio były.

- Bo tu stał regał. W trakcie remontu trzeba było wszystkie regały demontować. Ściany wymagały restauracji, zatem tu wtedy odkryliśmy, iż za jednym z regałów są drzwi.

- To znaczy, że nie wiedziałeś o ich istnieniu?

- No raczej nie. Nie miałem pojęcia. Okazało się, że prowadzą one do niewielkiego pomieszczenia. To było coś w rodzaju gabinetu do czytania, pisania. Nie wiem zupełnie dlaczego zlikwidowano to pomieszczenie zastawiając je regałem. Niemniej odzyskałem je i to jest moja niespodzianka.

Cała trójka spojrzała po sobie z pytaniem w oczach. Po czym od razu spojrzeli na Jeffrey’a.

- Vivienne! Czy mogę cię prosić o otwarcie tych drzwi? Oto klucz, który będzie od teraz w twoim posiadaniu.

- Ale… nie powiesz mi gdzie prowadzą te drzwi?

- Nie - sama zobacz. Bardzo proszę.

Podał jej klucz z uśmiechem na twarzy. Sara stała przy nim wciąż spoglądając na matkę. Steven z trudem opanowywał ciekawość. Ujęła klucz z ręki Jeffrey’a i niepewnie zerkając na niego, ruszyła w stronę przez niego wskazaną. Drzwi w całości były rzeźbione w ornamenty akantu. Wykonane z mahoniowego drewna wyglądały iście dostojnie. Vivienne starała się uchwycić każdy detal zdobień. Posiadały lekki połysk, i emitowały specyficzny zapach świeżości. Stała chwilę przy nich wdychając ich zapach. Miast klamki, drzwi posiadały wspaniałe modyfikowane kule w odcieniu miedzi – jako uchwyty. Uchwyciła jedną z nich, i przesunęła drzwi w ich prawą stronę.

Okazało się, że ich przesuwne skrzydła lekko rozsunęły się ukazując wnętrze. Oniemiała. Pomieszczenie wcale nie było takie małe. Miało kształt dużego prostokąta. Nie posiadało własnego Okna na zewnątrz. Jeffrey polecił podczas remontu wybić ścianę na stronę biblioteki, wypełniając ją kryształowym witrażem. Światło z wielkich okien biblioteki - mirażem rozjaśniało wnętrze po drugiej stronie. Były tam wspaniałe regały, na których znalazły się wszelkie pozycje zbliżone tematycznie. Vivienne miała tu regał pełen literatury botanicznej. Był też regał na temat aranżacji, miraży, metamorfoz. Zastanowiło ją to jednak. Była tak zachwycona tym pomieszczeniem, iż niemal nie mogła złapać tchu.

W części dalszej stało wspaniałe rzeźbione biurko z uroczą lampą. Krzesło z wysokim oparciem kunsztownie obite skórą. Przy witrażowej ścianie stał mini regał – niewysoki, lecz za to dość długi. Posiadał mnóstwo szafek, szuflad. Na blacie regału – po przeciwnych stronach stały dwa kandelabry. W środkowej części kompozycja z ciętych kwiatów umieszczona w ikebanie. Podłoga niemal w całości pokryta wspaniałym dębowym parkietem. Biel sufitu kontrastowała z okazałym żyrandolem imitującym wiszący konar drzewa z którego zwisały – niczym krople deszczu kryształowe lampiony. Były niewielkie, i było ich mnóstwo. Roztaczały po ścianach, i regałach wspaniałe refleksy. Kobieta obróciła się na pięcie, spoglądając na lorda de Blackstone, stojącego z resztą rodziny przy drzwiach.

- I co ty na to moja droga?

- Pytasz mnie o…

- Jak się tobie podoba ten pokój?

- Jest wspaniały. Tyle w nim literatury. I to na tematy, które mnie ogromnie interesują. Zatem jak możesz mnie o to pytać?

- Bo to twój gabinet. Co prawda tymczasowy ale twój.

- Ja mam mieć gabinet? Ale po co? Jeffrey’u ja nie mam takiej potrzeby by posiadać własny gabinet. Nawet nie mam własnej firmy.

- I to jest właśnie moja niespodzianka dla ciebie Vivienne. Pozwolisz że wytłumaczę o co chodzi z tym gabinetem.

- Oczywiście. Teraz to już jestem porządnie zaciekawiona.

- Ten gabinet to miejsce, gdzie możesz pracować nad powiększeniem wiedzy w tych tematach.

- Tematach? Lecz nadal nie rozumiem co z urządzaniem wnętrz, aranżacją, metamorfozą – bo tak się wyraziłeś uprzednio.

- Wiedziałem, że to akurat ciebie zainteresuje. Zatem ok, już wyjaśniam. Sara jak i Steven wiele razy wspominali mi, iż masz talent do urządzania i aranżacji wnętrz.

- Aj tam talent. Po prostu wiem jak to robić.

- Skromność to bardzo cenna zaleta. Tu jednak nie jest konieczna. Wiem z opowieści Sary i Steven’a, że wiele czasu spędzałaś w domu. Czas to zmienić. Nie uważasz?

- No to już mam zajęcie. Tu jest tyle pracy. Zanim tu zakończę minie wiele czasu.

- I bardzo dobrze. Będziemy mieli dość czasu by z ciebie uczynić kobietę interesu.

- Ty chyba żartujesz.

Na ten moment do biblioteki weszli obaj synowie Forest’w. Mieli zadziwione miny widząc nowe pomieszczenie. Nie wchodzili doń, a jedynie przystanęli przy wejściu. W pomieszczeniu było już i tak dość osób, ale to co słyszeli ich zaciekawiło.

- Co to jest? Nie widzieliśmy tego wcześniej.

- To gabinet dla mamy Tom. Będzie tu pracowała nad roślinnością w domu i poza.

Sara pośpiesznie wyjaśniła braciom co to za pomieszczenie. Wytłumaczyła również co się tu dzieje. Od razu jednak powróciła do rozmowy matki z lordem. Nie chciała przegapić niczego, co by można było podkreślić. Nie aby bała się nadal, że matka znowu będzie wyszukiwać wątpliwości – bo nie o to chodzi. Widziała zachowanie matki, i ten szczególny błysk w jej oczach. Widać było gołym okiem, że jej matka już organizuje sobie przyjazny grunt dla swoich działań.

- Ja wcale nie żartuję Vivienne. Może to nie bardzo ładnie zabrzmi, ale mam w stosunku do ciebie poważne plany.

- No faktycznie. Zabrzmiało to dość intrygująco.

- Wiemy wszyscy, że masz talent w dwu tematach. Mianowicie wspaniale znasz się na organizacji, projektowaniu, i aranżacji ogrodów. Chodzi tu o rozkład terenu wokół budynku, jak i aranżacja roślinności wewnątrz. I nie ma co do tego wątpliwości. Drugim twoim talentem jest aranżacja wnętrz mieszkalnych. Tu również okazało się, że masz wspaniałą intuicję, i specyficzną orientację. Nie możemy tego zaprzepaścić.

- No ale co chcesz wuju przez to osiągnąć?

Thomas od razu zapytał stojąc przy drzwiach. Podszedł parę kroków w jego kierunku. Mat wszedł za nim do pomieszczenia. Teraz już wszyscy spoglądali na lorda z zaciekawieniem sięgającym zenitu. Wiedzieli jakie plany były w stosunku do Steven’a. Rozumieli, iż ma mieć własną firmę, i będzie w niej działał. Lecz nikt dotąd nie mówił o tym, iż istnieją jakieś plany w stosunku do Vivienne. Ona tyle lat zajmowała się domem, tak więc obecnie wydało się to czymś niezwykłym.

- Nie mówiłem i nie wspominałem nawet o tym, gdyż to był pomysł bardzo świeży. Nawet tobie Steven’e nie nadmieniłem o tym, bo pomysł był w tedy w zarysie. Z waszych opowiadań słyszałem wiele o tym, jak Vivienne urządziła tamtejszy wasz dom i ogród. Zresztą wiele również słyszałem od David’a na ten temat. Sara również wiele o tym mi opowiadała. Stąd powstał w mojej głowie projekt, by dać temu gdzieś upust. Vivienne masz wielki talent w tych tematach i to jest niepowtarzalny dar. Stąd projekt. Problemem było tylko to, co ma być i gdzie. No i wpadłem na genialny pomysł. Twoja firma Steven’e była już na ukończeniu. Powstał zatem projekt, by stworzyć firmę równoległą do twojej. Nie byłaby to firma prawnie odrębna, lecz byłaby to firma przejmująca we władanie te dwa działy o których wspomniałem.

- Chcesz powiedzieć, że ja mam mieć własną firmę, czyli mam pracować zawodowo?

- Posłuchajcie. Firma Steven’a ma w nazwie: „S.V. Forest”. Znaczy to, że właścicielami firmy jesteście wy oboje. Po was natomiast – jak sądzę – właścicielami firmy będą wasze dzieci. Mimo, że nic tobie nie mówiłem Steven’e, stworzyłem drugie skrzydło firmy. Czyli jakoby firma jest podzielona na dwa segmenty. Ty będziesz odpowiedzialny za sprawy remontowe. Czyli renowację, restaurację, jak i za architekturę. Vivienne jednak będzie odpowiedzialna za adaptację, aranżację wnętrz, jak i terenu wokół każdego z projektów. Nie ma znaczenia, czy to będzie kontrakt na starą posiadłość, czy nową. Każdy kontrakt, który wpłynie do waszej firmy z zewnątrz, będzie nosił tytuł „Projektu”. Każdy projekt będzie posiadał swoją sygnaturę. Jednak to oba skrzydła firmy, będą brały udział w każdym projekcie. Innymi słowy, każdy projekt będzie projektem was obojga. Dopiero gdy oba piony ukończą swoje zadanie – projekt będzie ukończony. Co wy na to?

Oboje oniemieli. Vivienne jak i Steven nie umieli wyrazić własnej opinii. Byli tak zaskoczeni zszokowani, iż trudno im było cokolwiek powiedzieć. Dopiero po chwili Sara odezwała się za nich obojga.

- Czyli mamo koniec z tytułem „gospodyni domowa”. Od dzisiaj „kobieta interesu”. Mamo! Masz własną firmę, jak i tatko. Jeffrey’u jesteś genialny.

- Czyli jak będzie Vivienne? Podejmujesz rękawicę?

- To wielkie wyzwanie Jeffrey’u – by nie powiedzieć ogromna odpowiedzialność.

- Tak, ale w swoim pionie nie będziesz sama.

Podszedł do biurka stojącego w tym samym pomieszczeniu. Podjął leżącą tam teczkę. Z nią podszedł ponownie do Vivienne z wielką satysfakcją w oczach.

- Tu masz teczkę z aktami CV kandydatów posiadających kwalifikacje w bardzo ścisłym zakresie. Czyli masz tu projektantów, ogrodników, plastyków. Masz również własny dział biurowy i prawny. Akurat tu w tych tematach – tak, jak w przypadku Steven’a. Sam pozwoliłem sobie wybrać odpowiednich kandydatów. Zależało mi na tym, by to byli ludzie rzetelni, kompetentni, odpowiedzialni – a przede wszystkim lojalni wobec was obojga. To jest firma prywatna, a co najważniejsze rodzinna. Zatem nie może być przypadku, by pracował w niej ktoś nieodpowiedni. Ty wybierasz Vivienne wszystkich pracowników, którzy będą bezpośrednio podlegli tobie i będą zależni od ciebie.

- To jest niesamowite. To czego dokonałeś nie da się pominąć. Na pewno chciałabym sprostać temu wyzwaniu, ale…

- Posłuchaj Vivienne! Jak na razie masz tydzień, na przeprowadzenie rozmów z tymi ludźmi. Ich kwalifikacje, jak i wszelkie informacje masz tu w ich indywidualnych teczkach.

- Kiedy miałabym zacząć?

- Kiedy sobie tego życzysz. Najlepiej jak najszybciej. Chciałbym bardzo byś miała komplet własnych pracowników już na otwarcie całej firmy. Pion Steven’a jest już skompletowany. Steven jedynie musi osobiście zaopiniować każdego z pracowników, według własnych kryteriów.

No i stało się. Tak jak na samym początku zaistniałej historii z lordem Jeffrey’m Armando de Blackstone – życie rodziny Forest’w rzeczywiście się odmieniło. Cała rodzina zaadoptowała się w nowej rzeczywistości. Steven Forest od niedawna lord Steven Forest, został współwłaścicielem rodzinnej firmy: „S.V. Forest Architect Building”. Objął pod zarząd jeden z dwu pionów firmy. Pion obejmujący zakres obsługi kontraktów rynkowych – jeśli chodzi o remonty, renowacje, restauracje i odzyskiwanie stylu zabytków. Vivienne Forest – obecnie lady Vivienne Forest objęła drugi pion firmy.

Jej pion odpowiedzialny był za projektowanie wnętrz, aranżację wnętrz, jak i przestrzeni zewnątrz. Projekty obejmowały również kształt i wygląd otoczenia konkretnych budynków. Reasumując, każdy z kontraktów był obsługiwany przez zespoły obu pionów, co gwarantowało ich perfekcyjną finalizację. Firma: „S.V. Forest Architect Building“ pozyskiwała coraz to więcej klientów. Wieści jak również rosnące zainteresowanie firmą, płynące z reklamy firmy – zataczały coraz większe kręgi w okolicy. Firma prężnie działała. I choć jeszcze nie było zysków – założeniem był zwrot kosztów jej powstania, wynagrodzeń pracowników, jak i koszt materiałów – mimo to zapowiadała się nieźle.

W krótkim czasie osiągnęła ona punkt zerowy, jeśli chodzi o zwrot kosztów włożonych w jej powstanie. I nadszedł dzień kiedy zaczęto odnotowywać wpływ gotówki na plus. Firma zaczęła przynosić zysk. Oboje starając się sprostać wymaganiom pracowali bardzo efektywnie. Steven bardzo wysoko ustalił poprzeczkę, jeśli chodzi o jakość wykonywanych prac, co przyniosło firmie bardzo dobrą renomę. Matthev coraz częściej przebywał poza domem. Po zakończeniu liceum, postanowił udać się na studia informatyczne. Kochał komputery i całą elektronikę z nimi związaną. Zatem celująco pokonywał każdy miesiąc na uczelni.

Thomas po skończeniu liceum, udał się na studia humanistyczne. Kochał pracę z młodzieżą. Powziął więc kierunek pedagogiki i psychologii – co miało mu ułatwić pracę w tej mierze. Rozplanowanie domu przez lorda de Blackstone, okazało się genialnym projektem. Podział pięter dla każdego był trafnym pomysłem. Zainstalowana winda w domu stała się niemal błogosławieństwem. Lord Jeffrey mnóstwo czasu spędzał w swoim apartamencie. Naturalnie wszystkie posiłki planowano jako wspólne z całą rodziną. Niemniej coraz bardziej stawało się faktem, iż coraz więcej czasu spędzał z Sarą. Jej rodzice wiedzieli, że pracują nad projektem opracowania jego rękopisów.

Już jakiś czas temu Jeffrey przekazał Sarze swoje rękopisy. Trochę czasu minęło nim zapoznała się pobieżnie ze wszystkimi skryptami. Konkurs do „New York Times’a” dawno już minął. Artykuł Sary zajął drugie miejsce z ponad czterystu prac. Otrzymała nagrodę pieniężną wraz z statuetką młodego pisarza. Cieszyła się, że ma już poza sobą tę sprawę. Uważała że ograniczało jej to czas potrzebny na pracę nad kroniką. Nie pasowało jej to określenie, ale puki co nie miała innego. Odkąd Sara pracowała z Jeffrey’m stosunki między nimi bardzo się zmieniły. Owszem. Czuła się w jakiś sposób wyróżniona – biorąc do wglądu wiele faktów, opisów, zdarzeń, które były nie tylko osobiste, prywatne – ale całkowicie intymne.

On wiedział, że może jej ufać. Żadna informacja nie wypłynie poza dom w niecnych celach. Nie wstydził się swoich przeżyć zawartych w rękopisach, ale bacznie pilnował by znalazły odpowiednią oprawę. Ich stosunki bardzo się zacieśniły. Sara już nie odzywała się doń per – „wuju”, tylko po imieniu. Co prawda przy rodzicach Sary oboje zachowywali się odpowiednio, przykładnie – gdy byli sami odczuwali swoistą ulgę. Ona powoli dobijała do trzydziestki, gdy on był już nie stawiał własnego wieku za jakikolwiek argument. Jednak jego – można by rzec – bezbłędna tężyzna fizyczna o którą dbał pieczołowicie, sprawiała znacząco wrażenie raczej dojrzałej ikry. Czas nie poorał jego twarzy zmarszczkami.

Nadal miał gęste długie włosy – gdzie nie gdzie tylko ozdobione srebrnym pasmem. Najczęściej spotykali się u niej na trzecim piętrze. Tam miała swój gabinet, gdzie pracowała nad kroniką. Tam Jeffrey wstawił jej sejf. Nalegał na to gdyż rękopisy były zbyt cenne. Po śniadaniu dom był pusty. Naturalnie służba działała jak zawsze. Tradycyjnie dom lśnił czystością. Vivienne wprowadziła nieco zmian w domu, co uprościło ich pracę. Przyjęto parę nowych osób by zasilić – a jednocześnie odmłodzić grupę pracowników domu. Sara zatem miała własną pokojówkę do pomocy przy utrzymaniu porządku na własnym piętrze. Była w swoim pokoju, gdy rozległo się pukanie.

- Proszę!

- Dzień dobry!

- Witaj Moly. Co tam?

- Pan prosi panią do siłowni. Przeprasza za zmianę w ustaleniach.

- Do siłowni? Matko jedyna! On nigdy nie odpuści?

Lord de Blackstone długo zastanawiał się co zrobić z salą balową, która wielkością przypomina niemal poczekalnię dworcową. Czasy gdzie normą było posiadanie sali balowych we własnym domu dawno minęły. Dzisiaj było to niemal ekstrawagancją, i to bez żadnego sensu. Początkowo chciał przedzielić ją na dwie części, i to w jednej z nich urządzić salę ćwiczeń dla siebie i rodziny. Jednak ostatecznie doszedł do wniosku, iż na salę ćwiczeń zaadoptuje inne pomieszczenie. Sala balowa graniczyła z pomieszczeniem służącym niegdyś do celów barowych, kuchennych, magazynowych. Zatem postanowił tą część zaadoptować na swoje cele.

Wszystkie sprzęty jak i naczynia przeniesiono do jadalni, a część do kuchni. To pomieszczenie posiadało własne okna, zatem urządził je w sposób iście nowoczesny. Całą podłogę wyłożył posadzką w kolorze kremowego marmuru, o iście królewskim połysku. Ściany zostały wyłożone boazerią w naturalnym kolorze drewna, bez ubarwień. W oknach rolety, choć one same posiadały szyby witrażowe z białego szkła. To jedyny akcent, który pozostawił w tym pomieszczeniu, mający na celu nawiązanie do dawnych czasów. W pomieszczeniu stanęły wszystkie jego sprzęty do ćwiczeń. Te które już miał, i te które zakupił w ostatnim czasie.

Vivienne wraz ze Steven’m wykonali projekt na obie części, który w pełni zaaprobował lord de Blackstone. Wreszcie miał własne miejsce, gdzie mógł zadbać o tężyznę. Naturalnie Sara po krótkiej chwili była już na dole. Gdy weszła do sali – on właśnie ćwiczył bicepsy, unosząc naprzemiennie ciężarki. Siedział tyłem do wejścia, i nie mógł jej widzieć. Za to ona doskonale widziała jego męski umięśniony tors. Miał na sobie tylko spodnie od dresu. Coś ją do niego ciągnęło, a zarazem nie dawało jej się ruszyć. Spojrzeniem niemal chłonęła zarys jego ciała. Widziała prace jego mięśni na ramionach, barkach, łopatkach. Jeffrey nigdy nie był drobnym mężczyzną.

Mało że liczył sobie niemal dwa metry wzrostu, to na domiar tego był właścicielem ogromnego torsu. Wiedziała że to wynik wieloletniej pracy nad tężyzną, jednak jego wiek w żadnym razie nie odznaczał się na jego ciele. Z trudem postanowiła ruszyć do przodu. Dopiero jak podeszła doń bliżej zobaczył ją w lustrzanej ścianie. Nim zareagował ona położyła mu dłoń na ramieniu. Nie umiała się opanować. To co się z nią działo, było istnym szaleństwem. Rosnący żar wewnątrz jej drobnego ciała sprawił, że ulegała wszystkiemu co się niego tyczyło. Bezwiednie zaczęła wykonywać ruchy dłonią tak, jakby badała twardość jego mięśni.

Odłożył ciężarki jakby opanowany jej wzrokiem. Jej odbicie widział w lustrze. Przyjrzał się jej spojrzeniu, które niemal płonęło pożądaniem. Czuł to samo choć bronił się tego z całych sił. Wciąż miał w pamięci swój wiek - dzielącą go różnicę czasu. Uniósł jednak ramię do góry, i nakrył delikatnie jej drobną dłoń na swoim ramieniu. Wciąż się nie ruszał. Nie mógł. Bał się cokolwiek powiedzieć, zareagować, wykonać jakikolwiek ruch.

- Jeff ja…

- Wiem…. Saro wiem.

Jednak ona nie mogła się opanować. Jej druga dłoń zatopiła się w jego długich włosach tak, jakby badała ich gęstość. Czuła jego ciepło, pot, a jednak jej to nie przeszkadzało. Odruchowo przytulił policzek do jej dłoni. Czuł jej ciepło, które bezwiednie przylgnęło do jego pleców. Wpatrywał się w ciąż w lustro, jakby tylko tam miała istnieć ta szalona scena. Nagle odwrócił się w jej stronę, wpatrując się wciąż w jej oczy. Miała przed sobą wielki męski tors idealnie umięśniony. Zarost przykrywał niemal całą klatkę piersiową - jakby ze skrępowania, wolno uniosła oczy by spojrzeć na jego twarz. Długie włosy luźno rozpuszczone, wąsy czarne – gęste, łączyły się ze świetnie utrzymaną brodą. Uchwycił jej twarz w swoje wielkie dłonie.

- Saro! Na miłość Boską! Co ty ze mną robisz? Tak nie…

- Jesteś pewien Jeff?

Mężczyzna spojrzał uważniej w jej oczy. Zauważył subtelną różnicę. Jej oczy stały się jakby ciemniejsze, większe. Od razu rozpoznał ten charakterystyczny ruch brwią. Znów poczuł ten żar w piersi obejmujący jego lędźwie. Tylko raz to czuł – niegdyś - bardzo dawno temu.

- Czego mam być pewien Saro?

- Jak widzę wciąż się upierasz. Nie musisz. Nie masz podstaw by się obwiniać. Dam tobie pierwszy dowód na to, że masz jeszcze czas.

- Mam jeszcze czas? Boże miłosierny! Na co? Mary! Nie wykorzystuj jej. Ona jest zbyt młoda.

- Jakie to ma znaczenie. Liczy się tylko uczucie – to twoje słowa Jeff. Już zapomniałeś?

- Nie! Nie zapomniałem. Ale…

W tej chwili poczuł na wargach jej dłoń. Zakryła je by nic nie mógł powiedzieć. Drżał na całym ciele, choć jego ciało było tak mocno zbudowane. Dłoń powędrowała wokół zarysów jego warg. Siedział na pufie do ćwiczeń, przez co miała jego twarz niżej niż własną.

- Mary nie czyń tego. To nie ona tylko ty. Nie chcę ją wykorzystać.

- Wiem, że ją kochasz. Jeszcze o tym nie wiesz do końca, ale kochasz ją, i ty o tym wiesz. Już od dłuższego czasu odczuwasz to co czułeś ze mną.

- Ale ciebie nie ma Mary - nie ma.

- Ale jesteś ty. Winnam to tobie Jeff. Chcę byś był szczęśliwy.

Nim mógł coś powiedzieć poczuł na swoich wargach usta Sary. Były takie jędrne i młode. Jej zapach zapadł w jego nozdrza, niczym Boski aromat. Trzymał jej ramiona dłońmi, chcąc ją trzymać w bezpiecznej odległości od siebie. Jednak pożądanie, rosnąca namiętność, i te jej oczy czyniły swoje. Czuł jak słabnie. Żar z jego wnętrza sięgał zenitu. Czuł jak jej usta rozchylają jego wargi. Widział jej przymknięte powieki. Czuł jej zatopione dłonie w jego włosach. Bał się tego, mimo to odwzajemnił pocałunek Sary. Jednak natychmiast odsunął ją od siebie. Zachwiała się. Widział jej zmieszanie.

- Saro! Ja nie mogę. Wybacz.

Chwytając długi ręcznik i bluzę od dresu, energicznie ruszył do wyjścia. Stała tam oszołomiona. Niemal huczało jej w głowie. Żar palił ją wewnątrz, a jednocześnie tego nie rozumiała. Chwilę tak stała nie wiedząc co czynić. Co zrobić by uwolnić się od wciąż szalejącego w niej pożądania. Ruszyła do wyjścia. W hallu nie było nikogo. Przeszła przezeń energicznie, po czym schodami weszła na pierwsze piętro. Już chciała skręcić na schody by iść wyżej, gdy zauważyła uchylone drzwi na taras. Od razu ruszyła w ich kierunku. Jeffrey stał przy balustradzie tyłem do wejścia lekko się o nią opierając. Spokojnie doń podeszła. Gdy tylko poczuł jej dotyk – drgnął. Ujęła jego głowę unosząc brodę do góry.

- Miałeś szansę na swoje szczęście i to zdobyłeś. Ale los zabrał to szczęście ze sobą. Czas to zmienić.

- Ty nie wiesz o czym mówisz Saro. Moje szczęście było wiele lat temu.

- Tak wiem. Jednak nie wziąłeś jednego pod uwagę Jeffrey’u. Ja ciebie kocham. Uświadomiłam to sobie parę dni temu. Uświadomiłam to sobie dopiero jak przeczytałam twoje skrypty.

- Nie Saro, tak nie może być. Ty wiesz w jakim jestem wieku a w jakim ty jesteś?

- Ale to nie ma znaczenia Jeffrey’u, liczą się uczucia.

- Ja bardzo ciebie lubię, ale…

- Posłuchaj. Doskonale wiem jak to może wyglądać. Lecz wiem też co czuję – co widzę. Mówisz że mnie bardzo lubisz, ale ja widzę coś zupełnie innego. Widzę jak na mnie patrzysz. Chcesz to ukryć – widzę jak walczysz ze sobą.

- Saro! Moja szansa już minęła. Ciebie…

- Kochasz Jeffrey’u - prawda? Ty mnie kochasz.

- Saro! Mnie nie wolno…

- Tu nikogo nie ma. Możesz mi powiedzieć. Ja czułam to niemal od początku. Nie wiedziałam co to jest? Jak to nazwać? Wiele tygodni zastanawiałam się nad tym aż do momentu, gdy zobaczyłam ciebie pierwszy raz na tarasie. Czułam jak mnie przeciągasz. Nie umiem tego wyjaśnić ale tak było. Dopiero jak czytałam twoje rękopisy - coraz bardziej uświadamiałam sobie, że ciebie kocham – słyszysz? Ja ciebie kocham.

- Boże! Czy to możliwe? Ale wiek Saro! Wiek! Ty masz niespełna trzydzieści lat, a ja mam…

- Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia Jeffrey’u. Powiedz mi szczerze, że mnie nie kochasz a wyjdę, i nie będę więcej na ten temat rozmawiała.

Dziewczyna – nachylając się nad nim, ujęła jego policzek bo go pocałować. Jednak tym razem on położył dłoń na jej ustach.

- Nie kocham. Słyszysz Saro! Nie kocham! Ty jesteś taka młoda. Nie możesz…

Odwrócił twarz od razu załamując głos. Delikatnie odsunął dziewczynę od siebie. Wiedział, że ma już swoje lata. Ona była taka młoda. Czuł to o czym mówiła lecz bronił się przed tym. Nie chciał ujawniać swoich prawdziwych uczuć obawiając się, że ta prawda zniszczy jej życie. Uważał, że ona ma prawo do szczęścia z kimś, kto jest w podobnym wieku jak ona sama. Ale on? Mężczyzna o którym nie można nawet powiedzieć, że jest w przybliżeniu jej rówieśnikiem. On już nie był młodzieńcem. Energicznie ruszył w stronę wyjścia z tarasu. Postanowił odpocząć we własnym pokoju i to sam. Ona jednak stojąc przy balustradzie – przez otwarte drzwi tarasu – widziała, jak przystanął na korytarzu.

Rozpoznała jego zawahanie. Wyszedł zdenerwowany – poruszony wręcz do głębi tą sytuacją. Minęło trochę czasu nim Sara pozbierała się po tym co usłyszała od Jeffrey’a. Powoli ruszyła do windy by znaleźć się na własnym piętrze. Czuła rosnące wahanie - zrezygnowała jednak z niej kierując się na schody. Wolno pokonywała schodek po schodku. Lord Jeffrey de Blackstone siedział na schodach swojego piętra. Ona pokonywała każdy ze stopni usilnie się w nie wpatrując. Gdy ją zobaczył, raptownie wstał i ruszył w stronę swojej sypialni. Spostrzegła go w ostatniej chwili na parę sekund, nim zniknął jej z pola widzenia. Mimo to weszła na trzecie piętro.

Była bliska rozpaczy. Nie umiała sobie uświadomić, że on zaprzeczył. Wewnętrznie czuje rozdarcie. Nie umie sobie odpowiedzieć, czy dobrze zrobiła wyjawiając własne uczucia wobec niego. Jednak coraz bardziej wyczuwała, że on nie mówi prawdy. Z jakiegoś powodu ją okłamuje. Tyle że nie była tego do końca pewna – to ją doprowadzało do rozpaczy. Nagle szloch wydobył się z jej ust. Z jej oczu potoczyły się łzy, które odruchowo otarła. Nie lubiła oznak słabości, ale coraz bardziej była poruszona zaistniałą sytuacją. Próbowała zająć się czymkolwiek we własnym gabinecie, lecz nie dała rady - nie mogła. Nie umiała się skupić. Pozostało jej tylko bezwiedne chodzenie po pokoju. Nie wytrzymała.

Energicznie ruszyła na schody. Nawet nie zauważyła kiedy je pokonała. Od razu pojawiła się w jego sypialni. Siedział na łóżku opierając się łokciami o kolana. Widać było, że i on nie dawał sobie rady z tą sytuacją. Miał luźno spięte włosy. Podpierając się na łokciach, uporczywie wpatrywał się w podłogę. Zrobiła krok do przodu - pchnęła drzwi, które zamykając się niemal trzasnęły. Mężczyzna od razu uniósł głowę, po czym wstał z łóżka. Niemal bezwiednie podszedł do okna, jakby podświadomie szukał wyjścia z tej sytuacji. Panicznie szukał sposobu na ukrycie swojej słabości. Jakby podświadomie przewidywał to co może się wydarzyć. Widziała to – rozpoznała. Czuła, że miała rację. Wręcz była pewna, że on nie powiedział jej prawdy.

- Możesz mi powiedzieć co ty wyrabiasz?

- Saro! Daj spokój. O co tobie chodzi?

- Jeffrey’u wiesz doskonale o co mi chodzi. Powiedz mi czemu kłamiesz? Czemu nie mówisz mi prawdy? Dlaczego tak się zachowujesz?

- Za dużo pytań Saro - chciałbym zostać sam.

- Nie mój drogi. Nie zostawię ciebie samego. Chcę wiedzieć, czy to prawda. Czy mówiłeś prawdę twierdząc, że mnie nie kochasz.

- Wybacz jeśli w jakiś sposób dałem tobie do zrozumienia, że tak jest. Lecz nie jest… wybacz mi proszę.

- Nie wierzę Jeffrey’u! Nie wierzę! Stań przede mną, i spójrz mi prosto w oczy. Powiedz mi, że mnie nie kochasz. No już! Powiedz mi to! Powiedz, że mnie nie kochasz.

Mężczyzna raptownie ruszył w stronę okna. Widać było, że jest poruszony do głębi. Jednak Sara nie ustępowała. Już po jego zachowaniu wiedziała, że miała rację. Podeszła doń od razu, i pochwyciła go za rękę. On nadal uparcie wpatrywał się w okno, wciąż nie obracając się w jej stronę.

- Jeffrey’u! Wiem że mnie kochasz. Słyszysz? Wiem o tym. Jeff!

Nie wytrzymał. Odwrócił się raptownie reagując na jej naleganie. Zobaczyła na jego twarzy łzy - oniemiała. Nie spodziewała się takiego widoku. Teraz już była pewna. Przysiadł na parapecie okna, gdy ona od razu uniosła mu twarzy do góry.

- Jeff! Na miłość Boską!

- Tak Saro! Tak! Kocham! Kocham ciebie już od dawna. O to ci chodziło? Długi czas nie umiałem tego ocenić. Zastanawiałem się dlaczego – podczas gdy jesteś obok mnie tak się czuję. Dopiero jak poczułem to co…

- Co czułeś do Mary? To chciałeś powiedzieć? To co czułeś do Mary. To była twoja wielka miłość. Jeff! Ja pamiętam to z twoich własnych rękopisów. Ona była twoją wielką miłością. Wielką i jedyną.

- Tak! To samo. Czułem to niemal od początku.

- To czemu milczałeś? Boże! Czemu Jeff?

- A jak myślisz? Ty młoda dziewczyna niespełna trzydziestoletnia. Ja mężczyzna – prawie starzec. Wiesz co to znaczy? To będzie szok dla wszystkich. Pomyślałaś o swojej rodzinie? Twoi rodzice – oni tego nie zrozumieją. Nie mówiąc już o opinii wszystkich twoich znajomych.

Dziewczyna ujęła jego twarz w dwie dłonie. Z kącików jego oczu widać był ślady łez. Usilnie starał się je zatrzymać – nie dopuścić do słabości. Nie miał jednak na to siły. Czuł to rosnące uczucie od niemal samego początku. Nie umiał sam sobie wyjaśnić co to jest – lecz tak to czuł. W początkowym okresie starał się to zignorować, ale to uczucie wciąż wracało. Czuł to od samego początku, jak tylko Sara pierwszy raz pojawiła się obok niego. Nadal był zaniepokojony jak dziecko. Wiedział doskonale jak to wygląda. Jak zostanie to odebrane. Mimo to kochał tę dziewczynę. Od tego uczucia aż mu huczało w głowie.

- Posłuchaj Jeffrey’u. Nic ale to nic mnie nie obchodzi co powiedzą moi rodzice. A już najmniej znajomi. Liczy się nasze szczęście, nasze uczucie. Liczy się miłość. A wiek? Cóż to znaczy wiek. Dla mnie ty się liczysz. To co czujemy, jak jesteśmy obok siebie. Cokolwiek się wydarzy ja zdania nie zmienię.

- Ale…

Chciał coś powiedzieć. Ona jednak położyła mu swoją dłoń na jego wargach. Wpatrywała się w jego oczy tak czarne, tak żywe. Pochyliła się łącząc ich usta w jedną całość. Poczuła lekkie zawahanie z jego strony – ustąpił. Objął ją mocarnymi ramionami przytulając do siebie. Usiadła obok niego na łóżku. Całował ją przejmując inicjatywę. Co i rusz widział ten znany gest unoszenia jednaj brwi. Znał go. W takich momentach stawał się coraz bardziej namiętny. Całował ją tak jakby nie mógł się nasycić. Jakby wciąż mu było mało. Jakby od każdego namiętnego pocałunku zależało jego życie. Zatopiła dłonie w jego zarośniętym gęsto torsie.

Objęła go tuląc się do niego, jak tylko można najdelikatniej. Ujmując i unosząc ją w swoich ramionach ułożył ją w pościeli. Wciąż całował każdy centymetr jej twarzy, nieustannie wracając do jej ust. Pożądanie rosło, i nim się spostrzegli – oboje znaleźli się w pościeli. Nie istotne było co czynią. Nie ważny był wiek – nawet nie spostrzegli, kiedy połączyła ich nagość. Wtuleni, rozpaleni, wciąż nienasyceni czerpali z czary wielkiej miłości. Jej ciało prężyło się, to rozluźniało na przemian. On z wielką ostrożnością przelewał na nią własną namiętność, starając się nie przygnieść jej swoim wielkim ciałem. W porównaniu z nim była tak delikatna.

Niemal Okrzyk rozkoszy rozległ się w sypialni lorda Jeffrey’a, gdy połączyli się w miłosnym uniesieniu. Czuła jak unosi się lekka i wolna. Fala ekstazy ogarnęła jej ciało w stopniu, którego jej umysł nie mógł ogarnąć. Jej dłonie błądziły po jego głowie, ramionach, plecach, lędźwiach. On rozpalał ją w sposób, jakiego nigdy nie doznała. Gdy tylko usiłowała okiełznać własną rozkosz – niczym wybuch pary z gejzera – on składał jej pocałunek pełen namiętności. I to w tym momencie zjednoczyli się w jedną całość. W sypialni Jeffrey’a zapadła cisza. Oboje leżeli pełni miłości, spełnienia i rozkoszy. Jego dłoń wciąż krążyła po jej ciele, wychwalając jej jędrne piersi. Ona zaś palcami rozczesywała zarost jego torsu. Wciąż wpatrzeni w siebie pełni miłości, uśmiechali się do siebie.

- Wiesz co zrobiliśmy? Co teraz będzie się działo?

- Nic mnie to nie obchodzi. Słyszysz! To moje życie i mój wybór. Będą musieli to zaakceptować.

- Ale wiesz, że nie będzie to łatwe. To wstrząśnie całą rodziną.

- Jednak ty jesteś szczęśliwy Jeff – prawda? Tak jak niegdyś to przeżywaliśmy.

Poczuł ukłucie w sercu. Znowu wyczuł, że to, co widzi i co słyszy – to słowa Mary – nie Sary. To było dlań nie do wytrzymania. Wciąż rosło w nim zwątpienie, kto tak naprawdę z nim jest. Kto przeżywa z nim ekstazę miłości. Komu wyznał własną miłość. Coraz bardziej obawiał się, iż to Mary jest z nim. I to ona jest wciąż obiektem jego miłości. Zastanawiał się, czy nie uległ złudzeniu. Czy nie pomylił się – myląc własne uczucia do Sary, z wciąż tlącymi się uczuciami do Mary. Nie chcąc zdradzić własnych wątpliwości, Spokojnie wstał z łóżka. Był nagi więc od razu pochwycił szlafrok.

- Nie wkładaj szlafroka – proszę. Chcę widzieć ciebie w każdym calu. Chcę ciebie zapamiętać kochany.

- Saro! Czas ruszać do obowiązków. Mamy jeszcze tyle do zrobienia. Rękopisy – pamiętasz?

- Ja jeszcze trochę poleżę – jak pozwolisz.

- Proszę bardzo. Ja idę pod prysznic. Wbrew wszystkiemu Saro, nie jesteśmy tu sami. Służba – nie zapominaj.

I nagi zabierając szlafrok ze sobą ruszył do łazienki. Szum prysznica dał się słyszeć w pokoju gdzie znajdowała się Sara. Była rozluźniona, i wreszcie czuła się jak u siebie.

- Nie rozumiem dlaczego ja mam się nie wykąpać.

Nie otrzymała jednak odpowiedzi. Jak widać on jej nie słyszał. Zatem nie czekając na jego odpowiedź weszła do łazienki. Nie czekając na to co on powie, otworzyła szklane drzwi kabiny. Nim się zorientował - wielką gąbką nasączoną balsamem już przecierała mu plecy. Odwrócił się lekko - jednak nie oponował. Niezmiernie odpowiadała mu wizja cudownego sposobu na kąpiel. Co i rusz jej dłonie rozprowadzały pianę balsamu po jego plecach, witając jego pośladki – co kończyło się jego słowem:

- Saro?

Nie ustępowała.

oi, ale reszta znajdowała co rusz to nowe tematy do rozmowy. Byli właśnie w hallu, gdy lord de Blackstone przystanął. Zamilkł trzymając ręce splecione z tyłu. Lekko odwrócił się w stronę schodów tak, jakby coś sobie przypomniał.

- Stało się coś?

- Nie – nic. Ale właśnie przypomniałem sobie, że pozostała jeszcze jedna niespodzianka. Jak mogłem o tym zapomnieć.

- O czym?

- Zaraz zobaczycie. Czy mogę was prosić o przejście do biblioteki – tu na parterze?

- Naturalnie.

Cała trójka była niemal zdumiona faktem, że właśnie on o czymś zapomniał. Z jego reakcji wynikało, iż musiało to być dlań ważne, gdyż o tym właśnie sam wspomniał. Co mogło być jeszcze do pokazania, czego Jeffrey im nie pokazał. Weszli do biblioteki. Od razu rzucił im się inny układ regałów. Różnica była subtelna – ale jednak. W pierwszym projekcie od razu wchodziło się do wielkiego pomieszczenia biblioteki, gdzie były same regały. Obecnie w bibliotece coś się zmieniło. Lord de Blackstone przystanął przy jednym z regałów gdzie nagle wszyscy spostrzegli drzwi. Jakoś dotąd nikt ich nie widział.

- Skąd tu drzwi Jeffrey’u? Nie pamiętam by one tu uprzednio były.

- Bo tu stał regał. W trakcie remontu trzeba było wszystkie regały demontować. Ściany wymagały restauracji, zatem tu wtedy odkryliśmy, iż za jednym z regałów są drzwi.

- To znaczy, że nie wiedziałeś o ich istnieniu?

- No raczej nie. Nie miałem pojęcia. Okazało się, że prowadzą one do niewielkiego pomieszczenia. To było coś w rodzaju gabinetu do czytania, pisania. Nie wiem zupełnie dlaczego zlikwidowano to pomieszczenie zastawiając je regałem. Niemniej odzyskałem je i to jest moja niespodzianka.

Cała trójka spojrzała po sobie z pytaniem w oczach. Po czym od razu spojrzeli na Jeffrey’a.

- Vivienne! Czy mogę cię prosić o otwarcie tych drzwi? Oto klucz, który będzie od teraz w twoim posiadaniu.

- Ale… nie powiesz mi gdzie prowadzą te drzwi?

- Nie - sama zobacz. Bardzo proszę.

Podał jej klucz z uśmiechem na twarzy. Sara stała przy nim wciąż spoglądając na matkę. Steven z trudem opanowywał ciekawość. Ujęła klucz z ręki Jeffrey’a i niepewnie zerkając na niego, ruszyła w stronę przez niego wskazaną. Drzwi w całości były rzeźbione w ornamenty akantu. Wykonane z mahoniowego drewna wyglądały iście dostojnie. Vivienne starała się uchwycić każdy detal zdobień. Posiadały lekki połysk, i emitowały specyficzny zapach świeżości. Stała chwilę przy nich wdychając ich zapach. Miast klamki, drzwi posiadały wspaniałe modyfikowane kule w odcieniu miedzi – jako uchwyty. Uchwyciła jedną z nich, i przesunęła drzwi w ich prawą stronę.

Okazało się, że ich przesuwne skrzydła lekko rozsunęły się ukazując wnętrze. Oniemiała. Pomieszczenie wcale nie było takie małe. Miało kształt dużego prostokąta. Nie posiadało własnego Okna na zewnątrz. Jeffrey polecił podczas remontu wybić ścianę na stronę biblioteki, wypełniając ją kryształowym witrażem. Światło z wielkich okien biblioteki - mirażem rozjaśniało wnętrze po drugiej stronie. Były tam wspaniałe regały, na których znalazły się wszelkie pozycje zbliżone tematycznie. Vivienne miała tu regał pełen literatury botanicznej. Był też regał na temat aranżacji, miraży, metamorfoz. Zastanowiło ją to jednak. Była tak zachwycona tym pomieszczeniem, iż niemal nie mogła złapać tchu.

W części dalszej stało wspaniałe rzeźbione biurko z uroczą lampą. Krzesło z wysokim oparciem kunsztownie obite skórą. Przy witrażowej ścianie stał mini regał – niewysoki, lecz za to dość długi. Posiadał mnóstwo szafek, szuflad. Na blacie regału – po przeciwnych stronach stały dwa kandelabry. W środkowej części kompozycja z ciętych kwiatów umieszczona w ikebanie. Podłoga niemal w całości pokryta wspaniałym dębowym parkietem. Biel sufitu kontrastowała z okazałym żyrandolem imitującym wiszący konar drzewa z którego zwisały – niczym krople deszczu kryształowe lampiony. Były niewielkie, i było ich mnóstwo. Roztaczały po ścianach, i regałach wspaniałe refleksy. Kobieta obróciła się na pięcie, spoglądając na lorda de Blackstone, stojącego z resztą rodziny przy drzwiach.

- I co ty na to moja droga?

- Pytasz mnie o…

- Jak się tobie podoba ten pokój?

- Jest wspaniały. Tyle w nim literatury. I to na tematy, które mnie ogromnie interesują. Zatem jak możesz mnie o to pytać?

- Bo to twój gabinet. Co prawda tymczasowy ale twój.

- Ja mam mieć gabinet? Ale po co? Jeffrey’u ja nie mam takiej potrzeby by posiadać własny gabinet. Nawet nie mam własnej firmy.

- I to jest właśnie moja niespodzianka dla ciebie Vivienne. Pozwolisz że wytłumaczę o co chodzi z tym gabinetem.

- Oczywiście. Teraz to już jestem porządnie zaciekawiona.

- Ten gabinet to miejsce, gdzie możesz pracować nad powiększeniem wiedzy w tych tematach.

- Tematach? Lecz nadal nie rozumiem co z urządzaniem wnętrz, aranżacją, metamorfozą – bo tak się wyraziłeś uprzednio.

- Wiedziałem, że to akurat ciebie zainteresuje. Zatem ok, już wyjaśniam. Sara jak i Steven wiele razy wspominali mi, iż masz talent do urządzania i aranżacji wnętrz.

- Aj tam talent. Po prostu wiem jak to robić.

- Skromność to bardzo cenna zaleta. Tu jednak nie jest konieczna. Wiem z opowieści Sary i Steven’a, że wiele czasu spędzałaś w domu. Czas to zmienić. Nie uważasz?

- No to już mam zajęcie. Tu jest tyle pracy. Zanim tu zakończę minie wiele czasu.

- I bardzo dobrze. Będziemy mieli dość czasu by z ciebie uczynić kobietę interesu.

- Ty chyba żartujesz.

Na ten moment do biblioteki weszli obaj synowie Forest’w. Mieli zadziwione miny widząc nowe pomieszczenie. Nie wchodzili doń, a jedynie przystanęli przy wejściu. W pomieszczeniu było już i tak dość osób, ale to co słyszeli ich zaciekawiło.

- Co to jest? Nie widzieliśmy tego wcześniej.

- To gabinet dla mamy Tom. Będzie tu pracowała nad roślinnością w domu i poza.

Sara pośpiesznie wyjaśniła braciom co to za pomieszczenie. Wytłumaczyła również co się tu dzieje. Od razu jednak powróciła do rozmowy matki z lordem. Nie chciała przegapić niczego, co by można było podkreślić. Nie aby bała się nadal, że matka znowu będzie wyszukiwać wątpliwości – bo nie o to chodzi. Widziała zachowanie matki, i ten szczególny błysk w jej oczach. Widać było gołym okiem, że jej matka już organizuje sobie przyjazny grunt dla swoich działań.

- Ja wcale nie żartuję Vivienne. Może to nie bardzo ładnie zabrzmi, ale mam w stosunku do ciebie poważne plany.

- No faktycznie. Zabrzmiało to dość intrygująco.

- Wiemy wszyscy, że masz talent w dwu tematach. Mianowicie wspaniale znasz się na organizacji, projektowaniu, i aranżacji ogrodów. Chodzi tu o rozkład terenu wokół budynku, jak i aranżacja roślinności wewnątrz. I nie ma co do tego wątpliwości. Drugim twoim talentem jest aranżacja wnętrz mieszkalnych. Tu również okazało się, że masz wspaniałą intuicję, i specyficzną orientację. Nie możemy tego zaprzepaścić.

- No ale co chcesz wuju przez to osiągnąć?

Thomas od razu zapytał stojąc przy drzwiach. Podszedł parę kroków w jego kierunku. Mat wszedł za nim do pomieszczenia. Teraz już wszyscy spoglądali na lorda z zaciekawieniem sięgającym zenitu. Wiedzieli jakie plany były w stosunku do Steven’a. Rozumieli, iż ma mieć własną firmę, i będzie w niej działał. Lecz nikt dotąd nie mówił o tym, iż istnieją jakieś plany w stosunku do Vivienne. Ona tyle lat zajmowała się domem, tak więc obecnie wydało się to czymś niezwykłym.

- Nie mówiłem i nie wspominałem nawet o tym, gdyż to był pomysł bardzo świeży. Nawet tobie Steven’e nie nadmieniłem o tym, bo pomysł był w tedy w zarysie. Z waszych opowiadań słyszałem wiele o tym, jak Vivienne urządziła tamtejszy wasz dom i ogród. Zresztą wiele również słyszałem od David’a na ten temat. Sara również wiele o tym mi opowiadała. Stąd powstał w mojej głowie projekt, by dać temu gdzieś upust. Vivienne masz wielki talent w tych tematach i to jest niepowtarzalny dar. Stąd projekt. Problemem było tylko to, co ma być i gdzie. No i wpadłem na genialny pomysł. Twoja firma Steven’e była już na ukończeniu. Powstał zatem projekt, by stworzyć firmę równoległą do twojej. Nie byłaby to firma prawnie odrębna, lecz byłaby to firma przejmująca we władanie te dwa działy o których wspomniałem.

- Chcesz powiedzieć, że ja mam mieć własną firmę, czyli mam pracować zawodowo?

- Posłuchajcie. Firma Steven’a ma w nazwie: „S.V. Forest”. Znaczy to, że właścicielami firmy jesteście wy oboje. Po was natomiast – jak sądzę – właścicielami firmy będą wasze dzieci. Mimo, że nic tobie nie mówiłem Steven’e, stworzyłem drugie skrzydło firmy. Czyli jakoby firma jest podzielona na dwa segmenty. Ty będziesz odpowiedzialny za sprawy remontowe. Czyli renowację, restaurację, jak i za architekturę. Vivienne jednak będzie odpowiedzialna za adaptację, aranżację wnętrz, jak i terenu wokół każdego z projektów. Nie ma znaczenia, czy to będzie kontrakt na starą posiadłość, czy nową. Każdy kontrakt, który wpłynie do waszej firmy z zewnątrz, będzie nosił tytuł „Projektu”. Każdy projekt będzie posiadał swoją sygnaturę. Jednak to oba skrzydła firmy, będą brały udział w każdym projekcie. Innymi słowy, każdy projekt będzie projektem was obojga. Dopiero gdy oba piony ukończą swoje zadanie – projekt będzie ukończony. Co wy na to?

Oboje oniemieli. Vivienne jak i Steven nie umieli wyrazić własnej opinii. Byli tak zaskoczeni zszokowani, iż trudno im było cokolwiek powiedzieć. Dopiero po chwili Sara odezwała się za nich obojga.

- Czyli mamo koniec z tytułem „gospodyni domowa”. Od dzisiaj „kobieta interesu”. Mamo! Masz własną firmę, jak i tatko. Jeffrey’u jesteś genialny.

- Czyli jak będzie Vivienne? Podejmujesz rękawicę?

- To wielkie wyzwanie Jeffrey’u – by nie powiedzieć ogromna odpowiedzialność.

- Tak, ale w swoim pionie nie będziesz sama.

Podszedł do biurka stojącego w tym samym pomieszczeniu. Podjął leżącą tam teczkę. Z nią podszedł ponownie do Vivienne z wielką satysfakcją w oczach.

- Tu masz teczkę z aktami CV kandydatów posiadających kwalifikacje w bardzo ścisłym zakresie. Czyli masz tu projektantów, ogrodników, plastyków. Masz również własny dział biurowy i prawny. Akurat tu w tych tematach – tak, jak w przypadku Steven’a. Sam pozwoliłem sobie wybrać odpowiednich kandydatów. Zależało mi na tym, by to byli ludzie rzetelni, kompetentni, odpowiedzialni – a przede wszystkim lojalni wobec was obojga. To jest firma prywatna, a co najważniejsze rodzinna. Zatem nie może być przypadku, by pracował w niej ktoś nieodpowiedni. Ty wybierasz Vivienne wszystkich pracowników, którzy będą bezpośrednio podlegli tobie i będą zależni od ciebie.

- To jest niesamowite. To czego dokonałeś nie da się pominąć. Na pewno chciałabym sprostać temu wyzwaniu, ale…

- Posłuchaj Vivienne! Jak na razie masz tydzień, na przeprowadzenie rozmów z tymi ludźmi. Ich kwalifikacje, jak i wszelkie informacje masz tu w ich indywidualnych teczkach.

- Kiedy miałabym zacząć?

- Kiedy sobie tego życzysz. Najlepiej jak najszybciej. Chciałbym bardzo byś miała komplet własnych pracowników już na otwarcie całej firmy. Pion Steven’a jest już skompletowany. Steven jedynie musi osobiście zaopiniować każdego z pracowników, według własnych kryteriów.

No i stało się. Tak jak na samym początku zaistniałej historii z lordem Jeffrey’m Armando de Blackstone – życie rodziny Forest’w rzeczywiście się odmieniło. Cała rodzina zaadoptowała się w nowej rzeczywistości. Steven Forest od niedawna lord Steven Forest, został współwłaścicielem rodzinnej firmy: „S.V. Forest Architect Building”. Objął pod zarząd jeden z dwu pionów firmy. Pion obejmujący zakres obsługi kontraktów rynkowych – jeśli chodzi o remonty, renowacje, restauracje i odzyskiwanie stylu zabytków. Vivienne Forest – obecnie lady Vivienne Forest objęła drugi pion firmy.

Jej pion odpowiedzialny był za projektowanie wnętrz, aranżację wnętrz, jak i przestrzeni zewnątrz. Projekty obejmowały również kształt i wygląd otoczenia konkretnych budynków. Reasumując, każdy z kontraktów był obsługiwany przez zespoły obu pionów, co gwarantowało ich perfekcyjną finalizację. Firma: „S.V. Forest Architect Building“ pozyskiwała coraz to więcej klientów. Wieści jak również rosnące zainteresowanie firmą, płynące z reklamy firmy – zataczały coraz większe kręgi w okolicy. Firma prężnie działała. I choć jeszcze nie było zysków – założeniem był zwrot kosztów jej powstania, wynagrodzeń pracowników, jak i koszt materiałów – mimo to zapowiadała się nieźle.

W krótkim czasie osiągnęła ona punkt zerowy, jeśli chodzi o zwrot kosztów włożonych w jej powstanie. I nadszedł dzień kiedy zaczęto odnotowywać wpływ gotówki na plus. Firma zaczęła przynosić zysk. Oboje starając się sprostać wymaganiom pracowali bardzo efektywnie. Steven bardzo wysoko ustalił poprzeczkę, jeśli chodzi o jakość wykonywanych prac, co przyniosło firmie bardzo dobrą renomę. Matthev coraz częściej przebywał poza domem. Po zakończeniu liceum, postanowił udać się na studia informatyczne. Kochał komputery i całą elektronikę z nimi związaną. Zatem celująco pokonywał każdy miesiąc na uczelni.

Thomas po skończeniu liceum, udał się na studia humanistyczne. Kochał pracę z młodzieżą. Powziął więc kierunek pedagogiki i psychologii – co miało mu ułatwić pracę w tej mierze. Rozplanowanie domu przez lorda de Blackstone, okazało się genialnym projektem. Podział pięter dla każdego był trafnym pomysłem. Zainstalowana winda w domu stała się niemal błogosławieństwem. Lord Jeffrey mnóstwo czasu spędzał w swoim apartamencie. Naturalnie wszystkie posiłki planowano jako wspólne z całą rodziną. Niemniej coraz bardziej stawało się faktem, iż coraz więcej czasu spędzał z Sarą. Jej rodzice wiedzieli, że pracują nad projektem opracowania jego rękopisów.

Już jakiś czas temu Jeffrey przekazał Sarze swoje rękopisy. Trochę czasu minęło nim zapoznała się pobieżnie ze wszystkimi skryptami. Konkurs do „New York Times’a” dawno już minął. Artykuł Sary zajął drugie miejsce z ponad czterystu prac. Otrzymała nagrodę pieniężną wraz z statuetką młodego pisarza. Cieszyła się, że ma już poza sobą tę sprawę. Uważała że ograniczało jej to czas potrzebny na pracę nad kroniką. Nie pasowało jej to określenie, ale puki co nie miała innego. Odkąd Sara pracowała z Jeffrey’m stosunki między nimi bardzo się zmieniły. Owszem. Czuła się w jakiś sposób wyróżniona – biorąc do wglądu wiele faktów, opisów, zdarzeń, które były nie tylko osobiste, prywatne – ale całkowicie intymne.

On wiedział, że może jej ufać. Żadna informacja nie wypłynie poza dom w niecnych celach. Nie wstydził się swoich przeżyć zawartych w rękopisach, ale bacznie pilnował by znalazły odpowiednią oprawę. Ich stosunki bardzo się zacieśniły. Sara już nie odzywała się doń per – „wuju”, tylko po imieniu. Co prawda przy rodzicach Sary oboje zachowywali się odpowiednio, przykładnie – gdy byli sami odczuwali swoistą ulgę. Ona powoli dobijała do trzydziestki, gdy on był już nie stawiał własnego wieku za jakikolwiek argument. Jednak jego – można by rzec – bezbłędna tężyzna fizyczna o którą dbał pieczołowicie, sprawiała znacząco wrażenie raczej dojrzałej ikry. Czas nie poorał jego twarzy zmarszczkami.

Nadal miał gęste długie włosy – gdzie nie gdzie tylko ozdobione srebrnym pasmem. Najczęściej spotykali się u niej na trzecim piętrze. Tam miała swój gabinet, gdzie pracowała nad kroniką. Tam Jeffrey wstawił jej sejf. Nalegał na to gdyż rękopisy były zbyt cenne. Po śniadaniu dom był pusty. Naturalnie służba działała jak zawsze. Tradycyjnie dom lśnił czystością. Vivienne wprowadziła nieco zmian w domu, co uprościło ich pracę. Przyjęto parę nowych osób by zasilić – a jednocześnie odmłodzić grupę pracowników domu. Sara zatem miała własną pokojówkę do pomocy przy utrzymaniu porządku na własnym piętrze. Była w swoim pokoju, gdy rozległo się pukanie.

- Proszę!

- Dzień dobry!

- Witaj Moly. Co tam?

- Pan prosi panią do siłowni. Przeprasza za zmianę w ustaleniach.

- Do siłowni? Matko jedyna! On nigdy nie odpuści?

Lord de Blackstone długo zastanawiał się co zrobić z salą balową, która wielkością przypomina niemal poczekalnię dworcową. Czasy gdzie normą było posiadanie sali balowych we własnym domu dawno minęły. Dzisiaj było to niemal ekstrawagancją, i to bez żadnego sensu. Początkowo chciał przedzielić ją na dwie części, i to w jednej z nich urządzić salę ćwiczeń dla siebie i rodziny. Jednak ostatecznie doszedł do wniosku, iż na salę ćwiczeń zaadoptuje inne pomieszczenie. Sala balowa graniczyła z pomieszczeniem służącym niegdyś do celów barowych, kuchennych, magazynowych. Zatem postanowił tą część zaadoptować na swoje cele.

Wszystkie sprzęty jak i naczynia przeniesiono do jadalni, a część do kuchni. To pomieszczenie posiadało własne okna, zatem urządził je w sposób iście nowoczesny. Całą podłogę wyłożył posadzką w kolorze kremowego marmuru, o iście królewskim połysku. Ściany zostały wyłożone boazerią w naturalnym kolorze drewna, bez ubarwień. W oknach rolety, choć one same posiadały szyby witrażowe z białego szkła. To jedyny akcent, który pozostawił w tym pomieszczeniu, mający na celu nawiązanie do dawnych czasów. W pomieszczeniu stanęły wszystkie jego sprzęty do ćwiczeń. Te które już miał, i te które zakupił w ostatnim czasie.

Vivienne wraz ze Steven’m wykonali projekt na obie części, który w pełni zaaprobował lord de Blackstone. Wreszcie miał własne miejsce, gdzie mógł zadbać o tężyznę. Naturalnie Sara po krótkiej chwili była już na dole. Gdy weszła do sali – on właśnie ćwiczył bicepsy, unosząc naprzemiennie ciężarki. Siedział tyłem do wejścia, i nie mógł jej widzieć. Za to ona doskonale widziała jego męski umięśniony tors. Miał na sobie tylko spodnie od dresu. Coś ją do niego ciągnęło, a zarazem nie dawało jej się ruszyć. Spojrzeniem niemal chłonęła zarys jego ciała. Widziała prace jego mięśni na ramionach, barkach, łopatkach. Jeffrey nigdy nie był drobnym mężczyzną.

Mało że liczył sobie niemal dwa metry wzrostu, to na domiar tego był właścicielem ogromnego torsu. Wiedziała że to wynik wieloletniej pracy nad tężyzną, jednak jego wiek w żadnym razie nie odznaczał się na jego ciele. Z trudem postanowiła ruszyć do przodu. Dopiero jak podeszła doń bliżej zobaczył ją w lustrzanej ścianie. Nim zareagował ona położyła mu dłoń na ramieniu. Nie umiała się opanować. To co się z nią działo, było istnym szaleństwem. Rosnący żar wewnątrz jej drobnego ciała sprawił, że ulegała wszystkiemu co się niego tyczyło. Bezwiednie zaczęła wykonywać ruchy dłonią tak, jakby badała twardość jego mięśni.

Odłożył ciężarki jakby opanowany jej wzrokiem. Jej odbicie widział w lustrze. Przyjrzał się jej spojrzeniu, które niemal płonęło pożądaniem. Czuł to samo choć bronił się tego z całych sił. Wciąż miał w pamięci swój wiek - dzielącą go różnicę czasu. Uniósł jednak ramię do góry, i nakrył delikatnie jej drobną dłoń na swoim ramieniu. Wciąż się nie ruszał. Nie mógł. Bał się cokolwiek powiedzieć, zareagować, wykonać jakikolwiek ruch.

- Jeff ja…

- Wiem…. Saro wiem.

Jednak ona nie mogła się opanować. Jej druga dłoń zatopiła się w jego długich włosach tak, jakby badała ich gęstość. Czuła jego ciepło, pot, a jednak jej to nie przeszkadzało. Odruchowo przytulił policzek do jej dłoni. Czuł jej ciepło, które bezwiednie przylgnęło do jego pleców. Wpatrywał się w ciąż w lustro, jakby tylko tam miała istnieć ta szalona scena. Nagle odwrócił się w jej stronę, wpatrując się wciąż w jej oczy. Miała przed sobą wielki męski tors idealnie umięśniony. Zarost przykrywał niemal całą klatkę piersiową - jakby ze skrępowania, wolno uniosła oczy by spojrzeć na jego twarz. Długie włosy luźno rozpuszczone, wąsy czarne – gęste, łączyły się ze świetnie utrzymaną brodą. Uchwycił jej twarz w swoje wielkie dłonie.

- Saro! Na miłość Boską! Co ty ze mną robisz? Tak nie…

- Jesteś pewien Jeff?

Mężczyzna spojrzał uważniej w jej oczy. Zauważył subtelną różnicę. Jej oczy stały się jakby ciemniejsze, większe. Od razu rozpoznał ten charakterystyczny ruch brwią. Znów poczuł ten żar w piersi obejmujący jego lędźwie. Tylko raz to czuł – niegdyś - bardzo dawno temu.

- Czego mam być pewien Saro?

- Jak widzę wciąż się upierasz. Nie musisz. Nie masz podstaw by się obwiniać. Dam tobie pierwszy dowód na to, że masz jeszcze czas.

- Mam jeszcze czas? Boże miłosierny! Na co? Mary! Nie wykorzystuj jej. Ona jest zbyt młoda.

- Jakie to ma znaczenie. Liczy się tylko uczucie – to twoje słowa Jeff. Już zapomniałeś?

- Nie! Nie zapomniałem. Ale…

W tej chwili poczuł na wargach jej dłoń. Zakryła je by nic nie mógł powiedzieć. Drżał na całym ciele, choć jego ciało było tak mocno zbudowane. Dłoń powędrowała wokół zarysów jego warg. Siedział na pufie do ćwiczeń, przez co miała jego twarz niżej niż własną.

- Mary nie czyń tego. To nie ona tylko ty. Nie chcę ją wykorzystać.

- Wiem, że ją kochasz. Jeszcze o tym nie wiesz do końca, ale kochasz ją, i ty o tym wiesz. Już od dłuższego czasu odczuwasz to co czułeś ze mną.

- Ale ciebie nie ma Mary - nie ma.

- Ale jesteś ty. Winnam to tobie Jeff. Chcę byś był szczęśliwy.

Nim mógł coś powiedzieć poczuł na swoich wargach usta Sary. Były takie jędrne i młode. Jej zapach zapadł w jego nozdrza, niczym Boski aromat. Trzymał jej ramiona dłońmi, chcąc ją trzymać w bezpiecznej odległości od siebie. Jednak pożądanie, rosnąca namiętność, i te jej oczy czyniły swoje. Czuł jak słabnie. Żar z jego wnętrza sięgał zenitu. Czuł jak jej usta rozchylają jego wargi. Widział jej przymknięte powieki. Czuł jej zatopione dłonie w jego włosach. Bał się tego, mimo to odwzajemnił pocałunek Sary. Jednak natychmiast odsunął ją od siebie. Zachwiała się. Widział jej zmieszanie.

- Saro! Ja nie mogę. Wybacz.

Chwytając długi ręcznik i bluzę od dresu, energicznie ruszył do wyjścia. Stała tam oszołomiona. Niemal huczało jej w głowie. Żar palił ją wewnątrz, a jednocześnie tego nie rozumiała. Chwilę tak stała nie wiedząc co czynić. Co zrobić by uwolnić się od wciąż szalejącego w niej pożądania. Ruszyła do wyjścia. W hallu nie było nikogo. Przeszła przezeń energicznie, po czym schodami weszła na pierwsze piętro. Już chciała skręcić na schody by iść wyżej, gdy zauważyła uchylone drzwi na taras. Od razu ruszyła w ich kierunku. Jeffrey stał przy balustradzie tyłem do wejścia lekko się o nią opierając. Spokojnie doń podeszła. Gdy tylko poczuł jej dotyk – drgnął. Ujęła jego głowę unosząc brodę do góry.

- Miałeś szansę na swoje szczęście i to zdobyłeś. Ale los zabrał to szczęście ze sobą. Czas to zmienić.

- Ty nie wiesz o czym mówisz Saro. Moje szczęście było wiele lat temu.

- Tak wiem. Jednak nie wziąłeś jednego pod uwagę Jeffrey’u. Ja ciebie kocham. Uświadomiłam to sobie parę dni temu. Uświadomiłam to sobie dopiero jak przeczytałam twoje skrypty.

- Nie Saro, tak nie może być. Ty wiesz w jakim jestem wieku a w jakim ty jesteś?

- Ale to nie ma znaczenia Jeffrey’u, liczą się uczucia.

- Ja bardzo ciebie lubię, ale…

- Posłuchaj. Doskonale wiem jak to może wyglądać. Lecz wiem też co czuję – co widzę. Mówisz że mnie bardzo lubisz, ale ja widzę coś zupełnie innego. Widzę jak na mnie patrzysz. Chcesz to ukryć – widzę jak walczysz ze sobą.

- Saro! Moja szansa już minęła. Ciebie…

- Kochasz Jeffrey’u - prawda? Ty mnie kochasz.

- Saro! Mnie nie wolno…

- Tu nikogo nie ma. Możesz mi powiedzieć. Ja czułam to niemal od początku. Nie wiedziałam co to jest? Jak to nazwać? Wiele tygodni zastanawiałam się nad tym aż do momentu, gdy zobaczyłam ciebie pierwszy raz na tarasie. Czułam jak mnie przeciągasz. Nie umiem tego wyjaśnić ale tak było. Dopiero jak czytałam twoje rękopisy - coraz bardziej uświadamiałam sobie, że ciebie kocham – słyszysz? Ja ciebie kocham.

- Boże! Czy to możliwe? Ale wiek Saro! Wiek! Ty masz niespełna trzydzieści lat, a ja mam…

- Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia Jeffrey’u. Powiedz mi szczerze, że mnie nie kochasz a wyjdę, i nie będę więcej na ten temat rozmawiała.

Dziewczyna – nachylając się nad nim, ujęła jego policzek bo go pocałować. Jednak tym razem on położył dłoń na jej ustach.

- Nie kocham. Słyszysz Saro! Nie kocham! Ty jesteś taka młoda. Nie możesz…

Odwrócił twarz od razu załamując głos. Delikatnie odsunął dziewczynę od siebie. Wiedział, że ma już swoje lata. Ona była taka młoda. Czuł to o czym mówiła lecz bronił się przed tym. Nie chciał ujawniać swoich prawdziwych uczuć obawiając się, że ta prawda zniszczy jej życie. Uważał, że ona ma prawo do szczęścia z kimś, kto jest w podobnym wieku jak ona sama. Ale on? Mężczyzna o którym nie można nawet powiedzieć, że jest w przybliżeniu jej rówieśnikiem. On już nie był młodzieńcem. Energicznie ruszył w stronę wyjścia z tarasu. Postanowił odpocząć we własnym pokoju i to sam. Ona jednak stojąc przy balustradzie – przez otwarte drzwi tarasu – widziała, jak przystanął na korytarzu.

Rozpoznała jego zawahanie. Wyszedł zdenerwowany – poruszony wręcz do głębi tą sytuacją. Minęło trochę czasu nim Sara pozbierała się po tym co usłyszała od Jeffrey’a. Powoli ruszyła do windy by znaleźć się na własnym piętrze. Czuła rosnące wahanie - zrezygnowała jednak z niej kierując się na schody. Wolno pokonywała schodek po schodku. Lord Jeffrey de Blackstone siedział na schodach swojego piętra. Ona pokonywała każdy ze stopni usilnie się w nie wpatrując. Gdy ją zobaczył, raptownie wstał i ruszył w stronę swojej sypialni. Spostrzegła go w ostatniej chwili na parę sekund, nim zniknął jej z pola widzenia. Mimo to weszła na trzecie piętro.

Była bliska rozpaczy. Nie umiała sobie uświadomić, że on zaprzeczył. Wewnętrznie czuje rozdarcie. Nie umie sobie odpowiedzieć, czy dobrze zrobiła wyjawiając własne uczucia wobec niego. Jednak coraz bardziej wyczuwała, że on nie mówi prawdy. Z jakiegoś powodu ją okłamuje. Tyle że nie była tego do końca pewna – to ją doprowadzało do rozpaczy. Nagle szloch wydobył się z jej ust. Z jej oczu potoczyły się łzy, które odruchowo otarła. Nie lubiła oznak słabości, ale coraz bardziej była poruszona zaistniałą sytuacją. Próbowała zająć się czymkolwiek we własnym gabinecie, lecz nie dała rady - nie mogła. Nie umiała się skupić. Pozostało jej tylko bezwiedne chodzenie po pokoju. Nie wytrzymała.

Energicznie ruszyła na schody. Nawet nie zauważyła kiedy je pokonała. Od razu pojawiła się w jego sypialni. Siedział na łóżku opierając się łokciami o kolana. Widać było, że i on nie dawał sobie rady z tą sytuacją. Miał luźno spięte włosy. Podpierając się na łokciach, uporczywie wpatrywał się w podłogę. Zrobiła krok do przodu - pchnęła drzwi, które zamykając się niemal trzasnęły. Mężczyzna od razu uniósł głowę, po czym wstał z łóżka. Niemal bezwiednie podszedł do okna, jakby podświadomie szukał wyjścia z tej sytuacji. Panicznie szukał sposobu na ukrycie swojej słabości. Jakby podświadomie przewidywał to co może się wydarzyć. Widziała to – rozpoznała. Czuła, że miała rację. Wręcz była pewna, że on nie powiedział jej prawdy.

- Możesz mi powiedzieć co ty wyrabiasz?

- Saro! Daj spokój. O co tobie chodzi?

- Jeffrey’u wiesz doskonale o co mi chodzi. Powiedz mi czemu kłamiesz? Czemu nie mówisz mi prawdy? Dlaczego tak się zachowujesz?

- Za dużo pytań Saro - chciałbym zostać sam.

- Nie mój drogi. Nie zostawię ciebie samego. Chcę wiedzieć, czy to prawda. Czy mówiłeś prawdę twierdząc, że mnie nie kochasz.

- Wybacz jeśli w jakiś sposób dałem tobie do zrozumienia, że tak jest. Lecz nie jest… wybacz mi proszę.

- Nie wierzę Jeffrey’u! Nie wierzę! Stań przede mną, i spójrz mi prosto w oczy. Powiedz mi, że mnie nie kochasz. No już! Powiedz mi to! Powiedz, że mnie nie kochasz.

Mężczyzna raptownie ruszył w stronę okna. Widać było, że jest poruszony do głębi. Jednak Sara nie ustępowała. Już po jego zachowaniu wiedziała, że miała rację. Podeszła doń od razu, i pochwyciła go za rękę. On nadal uparcie wpatrywał się w okno, wciąż nie obracając się w jej stronę.

- Jeffrey’u! Wiem że mnie kochasz. Słyszysz? Wiem o tym. Jeff!

Nie wytrzymał. Odwrócił się raptownie reagując na jej naleganie. Zobaczyła na jego twarzy łzy - oniemiała. Nie spodziewała się takiego widoku. Teraz już była pewna. Przysiadł na parapecie okna, gdy ona od razu uniosła mu twarzy do góry.

- Jeff! Na miłość Boską!

- Tak Saro! Tak! Kocham! Kocham ciebie już od dawna. O to ci chodziło? Długi czas nie umiałem tego ocenić. Zastanawiałem się dlaczego – podczas gdy jesteś obok mnie tak się czuję. Dopiero jak poczułem to co…

- Co czułeś do Mary? To chciałeś powiedzieć? To co czułeś do Mary. To była twoja wielka miłość. Jeff! Ja pamiętam to z twoich własnych rękopisów. Ona była twoją wielką miłością. Wielką i jedyną.

- Tak! To samo. Czułem to niemal od początku.

- To czemu milczałeś? Boże! Czemu Jeff?

- A jak myślisz? Ty młoda dziewczyna niespełna trzydziestoletnia. Ja mężczyzna – prawie starzec. Wiesz co to znaczy? To będzie szok dla wszystkich. Pomyślałaś o swojej rodzinie? Twoi rodzice – oni tego nie zrozumieją. Nie mówiąc już o opinii wszystkich twoich znajomych.

Dziewczyna ujęła jego twarz w dwie dłonie. Z kącików jego oczu widać był ślady łez. Usilnie starał się je zatrzymać – nie dopuścić do słabości. Nie miał jednak na to siły. Czuł to rosnące uczucie od niemal samego początku. Nie umiał sam sobie wyjaśnić co to jest – lecz tak to czuł. W początkowym okresie starał się to zignorować, ale to uczucie wciąż wracało. Czuł to od samego początku, jak tylko Sara pierwszy raz pojawiła się obok niego. Nadal był zaniepokojony jak dziecko. Wiedział doskonale jak to wygląda. Jak zostanie to odebrane. Mimo to kochał tę dziewczynę. Od tego uczucia aż mu huczało w głowie.

- Posłuchaj Jeffrey’u. Nic ale to nic mnie nie obchodzi co powiedzą moi rodzice. A już najmniej znajomi. Liczy się nasze szczęście, nasze uczucie. Liczy się miłość. A wiek? Cóż to znaczy wiek. Dla mnie ty się liczysz. To co czujemy, jak jesteśmy obok siebie. Cokolwiek się wydarzy ja zdania nie zmienię.

- Ale…

Chciał coś powiedzieć. Ona jednak położyła mu swoją dłoń na jego wargach. Wpatrywała się w jego oczy tak czarne, tak żywe. Pochyliła się łącząc ich usta w jedną całość. Poczuła lekkie zawahanie z jego strony – ustąpił. Objął ją mocarnymi ramionami przytulając do siebie. Usiadła obok niego na łóżku. Całował ją przejmując inicjatywę. Co i rusz widział ten znany gest unoszenia jednaj brwi. Znał go. W takich momentach stawał się coraz bardziej namiętny. Całował ją tak jakby nie mógł się nasycić. Jakby wciąż mu było mało. Jakby od każdego namiętnego pocałunku zależało jego życie. Zatopiła dłonie w jego zarośniętym gęsto torsie.

Objęła go tuląc się do niego, jak tylko można najdelikatniej. Ujmując i unosząc ją w swoich ramionach ułożył ją w pościeli. Wciąż całował każdy centymetr jej twarzy, nieustannie wracając do jej ust. Pożądanie rosło, i nim się spostrzegli – oboje znaleźli się w pościeli. Nie istotne było co czynią. Nie ważny był wiek – nawet nie spostrzegli, kiedy połączyła ich nagość. Wtuleni, rozpaleni, wciąż nienasyceni czerpali z czary wielkiej miłości. Jej ciało prężyło się, to rozluźniało na przemian. On z wielką ostrożnością przelewał na nią własną namiętność, starając się nie przygnieść jej swoim wielkim ciałem. W porównaniu z nim była tak delikatna.

Niemal Okrzyk rozkoszy rozległ się w sypialni lorda Jeffrey’a, gdy połączyli się w miłosnym uniesieniu. Czuła jak unosi się lekka i wolna. Fala ekstazy ogarnęła jej ciało w stopniu, którego jej umysł nie mógł ogarnąć. Jej dłonie błądziły po jego głowie, ramionach, plecach, lędźwiach. On rozpalał ją w sposób, jakiego nigdy nie doznała. Gdy tylko usiłowała okiełznać własną rozkosz – niczym wybuch pary z gejzera – on składał jej pocałunek pełen namiętności. I to w tym momencie zjednoczyli się w jedną całość. W sypialni Jeffrey’a zapadła cisza. Oboje leżeli pełni miłości, spełnienia i rozkoszy. Jego dłoń wciąż krążyła po jej ciele, wychwalając jej jędrne piersi. Ona zaś palcami rozczesywała zarost jego torsu. Wciąż wpatrzeni w siebie pełni miłości, uśmiechali się do siebie.

- Wiesz co zrobiliśmy? Co teraz będzie się działo?

- Nic mnie to nie obchodzi. Słyszysz! To moje życie i mój wybór. Będą musieli to zaakceptować.

- Ale wiesz, że nie będzie to łatwe. To wstrząśnie całą rodziną.

- Jednak ty jesteś szczęśliwy Jeff – prawda? Tak jak niegdyś to przeżywaliśmy.

Poczuł ukłucie w sercu. Znowu wyczuł, że to, co widzi i co słyszy – to słowa Mary – nie Sary. To było dlań nie do wytrzymania. Wciąż rosło w nim zwątpienie, kto tak naprawdę z nim jest. Kto przeżywa z nim ekstazę miłości. Komu wyznał własną miłość. Coraz bardziej obawiał się, iż to Mary jest z nim. I to ona jest wciąż obiektem jego miłości. Zastanawiał się, czy nie uległ złudzeniu. Czy nie pomylił się – myląc własne uczucia do Sary, z wciąż tlącymi się uczuciami do Mary. Nie chcąc zdradzić własnych wątpliwości, Spokojnie wstał z łóżka. Był nagi więc od razu pochwycił szlafrok.

- Nie wkładaj szlafroka – proszę. Chcę widzieć ciebie w każdym calu. Chcę ciebie zapamiętać kochany.

- Saro! Czas ruszać do obowiązków. Mamy jeszcze tyle do zrobienia. Rękopisy – pamiętasz?

- Ja jeszcze trochę poleżę – jak pozwolisz.

- Proszę bardzo. Ja idę pod prysznic. Wbrew wszystkiemu Saro, nie jesteśmy tu sami. Służba – nie zapominaj.

I nagi zabierając szlafrok ze sobą ruszył do łazienki. Szum prysznica dał się słyszeć w pokoju gdzie znajdowała się Sara. Była rozluźniona, i wreszcie czuła się jak u siebie.

- Nie rozumiem dlaczego ja mam się nie wykąpać.

Nie otrzymała jednak odpowiedzi. Jak widać on jej nie słyszał. Zatem nie czekając na jego odpowiedź weszła do łazienki. Nie czekając na to co on powie, otworzyła szklane drzwi kabiny. Nim się zorientował - wielką gąbką nasączoną balsamem już przecierała mu plecy. Odwrócił się lekko - jednak nie oponował. Niezmiernie odpowiadała mu wizja cudownego sposobu na kąpiel. Co i rusz jej dłonie rozprowadzały pianę balsamu po jego plecach, witając jego pośladki – co kończyło się jego słowem:

- Saro?

Nie ustępowała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz