Tom II – część 31

Post w dziale:

Jeffrey nie czekając na odpowiedź kobiety, sam chciał wyjaśnić tę kwestię Przyjacielowi.

- Już na ten temat, trochę wspominałem tobie na początku twej wizyty – pamiętasz? Chodzi o opracowanie rękopisów, które od lat były w moim posiadaniu. Zapragnąłem by Sara stworzyła z nich coś na kształt kroniki mojego życia. A że tamte wydarzenia są jego wielką częścią…

- Chcesz powiedzieć, że od nowa otwierasz puszkę Pandory?

- To nie tak. Wielu istotnych aspektów nie znasz Ash. Ja nie traktuję tego, jak otwieranie puszki Pandory. Dla mnie nadal jest wiele niewyjaśnionych wątków.

- Innymi słowy, prowadzisz własne śledztwo.

- Nie. Ja tego bym tak nie nazwał.

- A jak?

- Jak wspomniałem, Sara ma wspaniały talent literacki. Ma również zmysł analityczny. Od początku to zauważyłem. Opracowując te rękopisy od samego początku będziemy wiedzieli, gdzie został popełniony błąd. A zarazem Sara opracowuje owe rękopisy jak kronikę.

- To brzmi, jak rozliczenie się z przeszłością Jeff.

- Tak to można nazwać. Wiesz, że nie jestem już taki chwat, jak niegdyś.

Lord Ashton de Brams usiadł na jednaj z ław. Widać było że rozmyśla nad słowami Przyjaciela. Jakby analizował to, co ten opowiadał. Nagle lekko uniósł dłoń w kierunku Jeffrey’a.

- Powiedz mi zatem – proszę – od jakiego momentu przeszłości opiewają owe rękopisy?

- Od chwili, gdy rodzina Radley’w, wracała do domu od krewnych. To był czas, przed całą tą tragedią.

- Acha. Czyli rozumiem, że to jest czas, gdy ty ją poznałeś. Przepraszam za to niezręczne pytanie.

- Nie ma za co przepraszać. Chętnie na nie odpowiem. Zatem… Nie! To nie był czas, gdy poznałem Mary Radley. Poznałem ją jakiś czas później. Jednak informacje o powrocie od krewnych – posiadam od niej samej. To właśnie ona opowiadała mi co się wydarzyło.

- I jak idą postępy Saro? Co pani może powiedzieć o tych rękopisach, które już pani opracowała? Czy ma pani już jakąś koncepcję – wyrobione zdanie na temat osoby Mary Radley?

Kobieta chwilę się zastanawiała nad zadanym pytaniem. Pamiętając o tym, co się wydarzyło w bibliotece – nie chciała powtórki. Niemniej wysnuła wniosek, iż właściwie chciała z nim o tym porozmawiać. No i właśnie miała temu okazję.

- Nie chciałam ponownie lordzie Ashton’e, doprowadzić do niemiłych wspomnień z pańskiego życia.

- Proszę się nie obawiać. Jestem uodporniony. Całe lata zmieniły moje podejście do przeszłości.

- Zatem dobrze. Obecnie zakończyłam analizę dziewiątego z rękopisów. Muszę przyznać, że nie jest to łatwa lektura. Jednak bardzo wciągająca sir Ashton’e.

- Czy musimy…

- Tak musimy. Popełniłam błąd zgadzając się na uproszczenie naszych wspólnych zwrotów. Tak więc proszę mnie nie naciskać.

- Proszę o wybaczenie. Nie chciałem by to tak zabrzmiało.

- Wracając do tematu. Niemal dałam się zbyt wciągnąć.

- Co ma pani na myśli Saro?

Lord de Blackstone właśnie chciał wprost oznajmić Przyjacielowi, o jej odkryciu. Słysząc jednak wątek Sary nic się nie odezwał. Był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Wiedział, że Sara jest wręcz pasyjnie zaangażowana w prace nad projektem. Lecz i wiedział, że Ashton również ma wiele do powiedzenia w tym względzie.

- Mówiąc szczerze nie sądzę, że jest to wielkie odkrycie. Niemniej przez te parę rękopisów, miałam dobre zdanie o tej dziewczynie. Dziewiąty z rękopisów – jednak – daje wiele do myślenia. Obecnie wysnułam dwa wnioski. Pierwszy to ten, iż wiele przeżywała z powodu dokonanej kradzieży nieznanej przesyłki przez jej Przyjaciela. A drugi to ten, iż ona sama miała własne problemy – sama ze sobą.

- Jakie problemy?

- Chodzi mi tu o to, że kiełkował w niej sprzeciw niemal wobec wszystkiego, co wynikało z tamtego czasu.

- To znaczy?

- Z jej opisów wynika, iż nie zgadzała się z rodzicami. Nie zgadała się z ich zasadami. Był jeszcze jeden z problemów. Ona odczuwała zróżnicowanie w traktowaniu jej i jej brata Thomas’a. Właśnie czytałam, jak w rękopisie wspomina, iż ma żal do rodziców. Kazali jej jechać do sir Anthony’o de Candberry, a jej bratu nie. On miał prawo do własnych planów – ona nie. To było problemem. Uwidacznia to, iż ona mogła nikogo nie słuchać. Mogła sama decydować, bez niczyjej wiedzy. A to w prostej linii mogło zawsze nieść niemałe kłopoty.

Lord Ashton de Brams, słuchał uważnie słów Sary. Wiedział, iż się nie mylił, co do osoby lady Mary Radley. Nie zdziwiła go opinia Sary. Spojrzał tylko wymownie na Jeffrey’a. Ten jedynie się uśmiechał. Vivienne wraz ze Steven’m widzieli to swoiste porozumienie spojrzeniem obu panów.

- Czy wiedziałeś o tym Jeffrey’u?

- Niestety nie. Dowiedziałem się o tym właśnie dzisiaj od Ashton’a.

- O czym ty mówisz?

Sara od razu się tym zainteresowała. Wyprostowała się siedząc na kamiennej ławie. Jeffrey widząc jej zainteresowanie, spojrzał na Przyjaciela. Ten skinął głową, jakby udzielał mu zgody.

- O co chodzi Jeffrey’u?

- Wybacz! Musiałem zapytać Ashton’a o zgodę. Już wyjaśniam. Właśnie rozmawiałem z Ashton’m w jego pokoju. Chciałem dowiedzieć się, skąd u niego taka reakcja. No i się dowiedziałem, że przez działanie lady Mary Radley – jej działanie na dwa fronty, zaginęła jego narzeczona. I dotąd się nie odnalazła. A on sam musiał uciekać z Anglii do Stanów. Stąd właśnie tak znaczny w czasie, brak wspólnego kontaktu.

Nastąpiła konsternacja. Przez chwilę zalega cisza. Wszyscy spojrzeli po sobie. Jeffrey specjalnie pozostawił tę kwestię przez moment w ciszy. Wiedział, że ta informacja musi do nich dotrzeć. Sara już chciała coś powiedzieć, lecz wyprzedziła ją Vivienne.

- Czy to znaczy, że Mary Radley nie była uczciwą kobietą?

Lord de Blackstone od razu chciał odpowiedzieć, lecz lord Ashton w wymownym geście uniósł dłoń. Ten zamilkł.

- Czy była uczciwa? Nie sądzę by jednoznacznie można by tak określić jej postępowanie. Musimy pamiętać o tym, że jej zachowanie wynikało z przymusu. Panna Radley do momentu przejęcia ukradzionej przesyłki, była jak – być może – dziesiątki panien jej pozycji społecznej. Można by dywagować, co do jej postępowania w domu jej rodziców. Jednak od chwili, gdy przejęła te nieszczęsną przesyłkę – jej uczciwość się kończy. I nie ma tu znaczenia, jakimi intencjami się kierowała.

- No ale skąd u niej działanie na dwa fronty?

W rozmowę wtrąciła się Sara. Nie wytrzymała. Uznała, że jej odkrycie jest bardzo ważne w kwestii, którą poruszył lord Ashton. Coraz bardziej obraz lady Mary Radley szarzał w oczach Sary. Tak, jak jej współczuła z powodu jej Przyjaciela, tak obecnie ograniczyła swoje odczucia do incydentu.

- Mnie jednak to nie dziwi. Jej problemu widoczne były już grubo wcześniej. Jej relacje z rodzicami to pokazują. Z jej własnych opisów, wypowiedzi, relacji wynika, że już ciężko jej było zaakceptować wiele ich decyzji.

- No ale ona miała prawo do własnego zdania.

Odezwała się Vivienne, choć sama nie miała pewności w tej kwestii. Steven jednak zmarszczył brwi.

- A ja tak nie uważam Vive! Musisz pamiętać o tym, że to nie były dzisiejsze czasy. Wtedy panowały inne zwyczaje, zasady. To nie dzisiejsze czasy, że młodzi ludzie wręcz wykłócają się z rodzicami, miast rzeczowo rozmawiać. Liczy się bardziej moda, szpan przed kolegami, czy łatwe życie.

- To prawda.

Dorzucił lord de Brams. Jednak jemu nie bardzo podobał się kierunek, w którym zmierzała rozmowa. Co prawda miał żal do tej kobiety, lecz był człowiekiem kierującym się rozsądkiem i mądrością.

- Zwrócę państwu jednak uwagę na jedną rzecz. Nie wiem, co do końca motywowało pannę Radley, do takiego czynu. Mówię tu o jej udziale w zniknięciu mojej narzeczonej. To, iż – być może – były jakieś rozbieżności w relacjach w jej rodzinie, nie mogą świadczyć o jej złym charakterze. Proszę pamiętać, że panna Radley faktycznie miała prawo do swego zdania – to jest fakt. Naturalnie – nie zapominając, że posłuszeństwo jest nienaruszalną zasadą. Jednak to są sprawy czysto rodzinne państwa Radley’w. Natomiast czyn, jakiemu dopuściła się panna Radley, to wynik szantażu przez tych ludzi. W tym aspekcie chodziło o matkę panny Radley, i jej bezpieczeństwo. Nie wiemy również co groziło jej samej. Być może i jej coś groziło. Do tego jeszcze należałoby dorzucić, iż błędnie oskarżyła ciebie Jeff – w sprawie Hampton’a. Nienawiść to marny doradca. Zaślepia rozsądne myślenie. Musicie państwo przyznać, że to nie łatwa mieszanka. Ja – mimo, iż to moja narzeczona stała się ofiarą, osobiście byłbym ostrożny w ferowaniu osądów. Reasumując – jednego jestem pewien. Panna Radley nie jest osobą – w moim mniemaniu – godną zaufania.

- Myślę, że od samego początku kroczyła po kruchym lodzie. Tajemnica, którą przejęła na siebie, okazała się zbyt wielka dla niej samej. Niemniej jedno jej trzeba przyznać. Miała odwagę się tym zająć.

Sara odważnie wygłosiła swoje zdanie. Po wypowiedziach lady Mary Radley wiedziała, że jej by nie polubiła. Przemyślenia tej młodej – bądź co bądź dziewczyny, nie tchnęły szczerością. Dowodem było ukrywanie przesyłki przed rodzicami, czy też ich okłamywanie.

- Proszę wybaczyć sir - kolacja gotowa. Panicze Mathev i Thomas, już czekają na państwa w jadalni.

- Boże! Czy to już tak późno?

- Tak sir. Jest już niemal po siódmej.

- Nie wierzę. No to się zasiedzieliśmy. Ale myślę, że było warto – prawda? A teraz zapraszam do jadalni.

Cała rodzina wraz z gościem lordem de Brams’m, ruszyła w kierunku domu. Jeffrey nic nie mówiąc był bardzo zadowolony z przebiegu rozmowy. Mu również potrzebne było trzeźwe spojrzenie na przeszłość. No i koniecznie chciał wspomóc Sarę w jej pracy z rękopisami. W jadalni rzeczywiście oczekiwali na resztę rodziny obaj synowie Vivienne i Steven’a. Jednak nie mogąc się doczekać, pałaszowali już co nie co przy stole. Vivienne była zaskoczona takim widokiem.

- Hej! moi drodzy! A wy nie mogliście już na nas poczekać? Jestem porażona.

- Daj spokój Vive! Chłopcy są głodni, i nic się nie stało. Prawda Ash?

Lord Ashton de Brams na taki widok uśmiechnął się szczerze. Rozumiał młodych ludzi. Nie widział tu nic zdrożnego w ich zachowaniu.

- Myślę, że są nieźle głodni, skoro sami zabrali się za pałaszowanie.

Chłopcy lekko speszeni wyprostowali się przy stole. Jedynie Mathev z ulitowaniem wpatrywał się w gruby plaster zimnej pieczeni. Thomas nie chciał na niego spoglądać, gdyż już krzywił się do śmiechu. Usilnie wpatrywał się w matkę, lecz Jeffrey uśmiechał się pod wąsem. Thomas w efekcie ryknął śmiechem, co rozbawiło wszystkich wokół stołu. Mathev miał minę tak stęsknioną.

- Proponuję zasiąść wreszcie do stołu. Bo patrząc na Matthev boję się, że z rozpaczy pęknie mu serce za pieczenią na jego talerzu.

Śmiech opanował wszystkich przy stole. Rozbawione towarzystwo zajęło się kolacją. Minęła ona w atmosferze wyluzowania i rozbawienia. Nawet Sara z lordem Ashton’m, zapomnieli o przykrym incydencie w bibliotece. Na koniec wszyscy udali się do salonu na parterze. Jego piękne wnętrze, niesamowicie pasowało do pogodnego nastroju wszystkich. Vivienne właśnie wchodziła jako pierwsza, i zamarła. Nie mogła nawet wymówić słowa. Jej oczom ukazała się postać młodej kobiety w czarnej sukni. Od razu poznała falowane długie włosy. Znajdowała się dwa kroki od linii otwartych drzwi. Steven od razu zauważył jej bladość, jak i szeroko otwarte oczy.

- Jak widzę, nie nudzicie się moja droga.

- Czego chcesz? Ty nie jesteś moją przeszłością.

- Może i nie, ale słyszałam co o mnie opowiadaliście tam w ogrodzie.

- Nic mnie to nie obchodzi co słyszałaś. Daj mi spokój!

- Chcę byś pojęła, że wszyscy się mylicie. Moi rodzice byli w porządku, lecz nie dla mnie. Ja chciałam samodzielnego życia bez nakazów, zakazów, uwag, pouczeń. Co do mordercy Hampton’a… to już nie ważne. Jego już nie ma – mnie również. To na rękę wielu osobom. Niestety sprawa nie zostanie zakończona bo mnie nie ma. Ta przeklęta choroba, przekreśliła mi tę możliwość. Nikt nie pozna prawdy! Nikt!

- A co z narzeczoną lorda de Brams’a? może coś o tym powiesz, skoro jesteś taka skrupulatna.

Vivienne widziała zmieniającą się twarz Mary. Jej włosy rozwiewały się w jakimś silnym wietrze, choć ona nie czuła żadnego powiewu. Jej wyraz twarzy stał się zawzięty i złowrogi. Dziewczyna zbliżała się do Vivienne – ta jednak nie mogła się ruszyć. Jedynie wymachiwała rękoma. Czarna materia sukni panny Radley niczym dym, rozpływała się, ogarniając swoimi językami postać Vivienne. Coraz bardziej krępując jej ruchy. Kobieta zaczęła się szarpać, szamotać.

- Nie boję się ciebie! Słyszysz? Nie przestraszysz mnie! Twoje napady furii, gdy coś nie idzie po twej myśli – wszyscy już znamy. Dość tego Mary! Dość! Czas odejść!

- Nigdy! Słyszysz! Nigdy! Dopóki tu on jest. Nie dam mu spokoju!

Kobieta szamotała się, wyszarpując się z uścisków czarnych języków. Słyszała dziki śmiech Mary Radley. Było w nim tyle nienawiści. Na koniec, gdy Vivienne traciła siły, usłyszała wśród śmiechu coś jeszcze.

- Powiedz im – jednemu i drugiemu, że zostałam zdradzona! W perfidny sposób zdradzona! Słyszysz? Niczemu nie jestem winna! On musi to zrozumieć!

I nagle Vivienne zobaczyła, że dziewczyna w dziwnych ruchach się cofa. Jej postać bardzo zdecydowana, miast atakować Vivienne – sama broniła się od czarnych języków. Zaczęła mrużyć oczy. Ostry rubinowy blask okalał dziewczynę, przed którym się broniła. Złoto i rubin. Wyraźnie to widziała, i już wiedziała. Vivienne pojęła wszystko. Osunęła się w ciemność. Już się nie szarpała. Czarne języki sukni Mary objęły ją całą, i już się przed nimi nie broniła.

Ashton z Jeffrey’m trzymali Vivienne pod ręce, starając się ją posadzić w salonie na sofie. Steven usiadł obok niej. Był bardzo zatroskany – Sara również. Jednak lord Ashton z wielką uwagą przyglądał się temu, co się dzieje. Jeffrey nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Sądził, że w jego domu będzie już spokój – mylił się. Vivienne była nieprzytomna, jednak nagle jej rumieńce powróciły, i kobieta otworzyła oczy. Zamrugała parę razy, i poprosiła by Steven pomógł jej prosto usiąść.

- Co się dzieje Vive? Co tobie jest?

Kobieta była lekko oszołomiona. Przyglądała się wszystkim w koło, jakby chciała dojść sama do równowagi. Jakby sama próbowała sobie to wszystko poukładać. Jeffrey już wiedział, już się domyślał. Jednak na głos nie chciał tego wypowiadać. Łudził się, iż być może myli się. Kobieta siedząc z podanej przez Sarę szklaneczki wypiła łyk wody. Spojrzała z wolna na męża, po czym z lekka się uśmiechnęła.

- Miałam niezapowiedziane spotkanie.

- Jak to spotkanie? O czym ty mówisz?

- Spotkanie. Stało się to, co już nie raz działo się w tym domu. Nic się nie stało.

- Mary – prawda?

Jeffrey raptownie zapytał, i niemal od razu tego pożałował. Vivienne głową lekko skinęła. Jednak ten gest nic nie zmienił, i znowu dało się wyczuwać napięcie w śród domowników. Nic by się nie stało, gdybyż w domu przy tym incydencie byli sami domownicy. Jednak w śród nich świadkiem tego zdarzenia był lord Ashton de Brams. Nie był już uśmiechnięty, i wyluzowany. Jego skupienie było bardzo widoczne na jego twarzy – z dłońmi zaplecionymi do tyłu – stał wyprostowany z dumnie uniesioną głową. Jednak jego oczy bacznie obserwowały wszystkich.

- Czy może mi ktoś z państwa wytłumaczyć, co tu się dzieje? Bo to co widziałem, a już najbardziej, to co usłyszałem – wprawia mnie w zdumienie. Co tu się dzieje? Co wspólnego z tym wszystkim ma Mary Radley?

Sara z ojcem chcieli mu to wyjaśnić, lecz byli zbyt skrępowani takim wyznaniem – i to obcemu. Lord de Blackstone widząc to, lekko uniósł dłoń do góry, by reszta dała mu mówić.

- Pozwolisz, że ja to wyjaśnię.

- Proszę!

- Nie wiem, jak na to zareagujesz. Niemniej musisz o czymś wiedzieć.

- O czym?

- Od chwili pojawienia się tu moich krewnych…

- Tak?

- Dzieją się tu dość nieprzewidywalne rzeczy.

- Na przykład.

- Jakby tobie to ująć w taki sposób, byś to dobrze zrozumiał.

Mężczyzna był iście w impasie. Tak naprawdę nie wiedział na ile jego Przyjaciel wierzy w takie niecodzienne zdarzenia jak duchy. Nie miał zupełnie pojęcia, czy wyznanie mu tej prawdy, całkowicie go do niego nie zrazi.

- Po prostu chodzi o manifestację duchów lordzie de Brams. Wybacz Jeffrey’u, że się wtrącam. Nie mogę patrzeć, jak się pocisz by to wyznać.

- Jak to duchów? O czym pani mówi?

- O duchach. To w tym domu jesteśmy, a raczej byliśmy świadkami manifestacji duchów osób, które już nie żyją.

- Na przykład?

- Na przykład lady Mary Radley, Lady Steffany de Candberry, i innych. Przy czym, ci „inni”, jak na razie są dla nas nie zidentyfikowani.

- Państwo żartują? To jakieś kpiny.

- Nie Ash! Sara mówi prawdę. Mamy tu do czynienia właśnie z tym fenomenem.

- Ale ci ludzie nie żyją! Czyś ty…

- Nie, nie zwariowałem. Osobiście przeżyłem parę wizji. Odnajdywano mnie nieprzytomnego w dziwnych miejscach. Vivienne również ma doświadczenia w tej mierze. Sara również. Owe wszystkie wizje, mają ścisły związek z przeszłością.

- I znowu ta przeszłość. Czy to się nigdy nie skończy? Czy nawet po śmierci, ta kobieta nie da nam spokoju?

Na to ostatnie zdanie, wypowiedziane przez lorda de Brams’a, Vivienne uniosła twarz ku siedzącym obok niej. Jej twarz wyglądała tak, jakby o czymś sobie przypomniała.

- Mam wam coś do zakomunikowania. Lordzie Ashton’e – to również tyczy się ciebie sir. Muszę wam coś wyjaśnić. A mianowicie, wchodząc tu do salonu byłam przerażona. Nie wiem, jak zareagowaliście na to, co się ze mną działo. Bo i nie mogę o tym wiedzieć. Niemniej ja wiem, kogo tu zobaczyłem. Jak już wspominałam, miałam spotkanie z lady Mary Radley – Mary Radley. Akurat to mnie nie dziwi, jak i pana sir. Jednak to, co mi powiedziała jest dla mnie porażające.

- Co takiego ci powiedziała mamo?

Sara żywo zainteresowała się relacją matki. Miała już dość tych sztywnych tłumaczeń przed gościem, co się tu dzieje.

- Pierwsze co usłyszałam, to to, iż Mary Radley nigdy nie odeszła z tego domu. Z jej słów wynika, że on a tu wciąż jest. Oznajmiła mi, że słyszała o czym rozmawialiśmy w ogrodzie. Powiedziała mi, że całkowicie się mylimy co do niej. Powiedziała również, iż nie spocznie do póki sprawa z przeszłości – czyli ta, którą ona zaczęła, nie zostanie zakończona. Ma żal do ciebie Jeffrey’u, iż tę sprawę pozostawiłeś.

- Ale ja tej sprawy nie pozostawiłem. To dlatego zleciłem Sarze pracę nad rękopisami. Wiedziałem, że sam sobie nie poradzę z przeszłością. Sara ma wspaniały analityczny umysł, i ona jest do tego celu stworzona.

- Jednak ona tak to określiła Jeff! Powiedziała coś jeszcze. Z wielkim wyrzutem wyznała, że nigdy ale to nigdy nie działała na dwa fronty. Że źle ją oceniamy, gdyż wiele nie wiemy. I to najważniejsze. Ona nie wydała pańskiej narzeczonej sir Ashton’e. jej słowa, jakimi określiła to co się stało to: - ‘oni mnie zdradzili”. Nie wiem o kogo chodzi, jednak takich słów użyła.

Lord Ashton de Brams był wstrząśnięty. Nie wiedział co ma powiedzieć, co myśleć. Czuł, że jego irytacja rośnie na równi z niepewnością. Zaczął chodzić po salonie w te i z powrotem. Lord Jeffrey de Blackstone wstał również z krzesła, starając się nad nim czuwać. Jednak on był zbyt poruszony.

- Posłuchajcie. Na koniec ujrzałam ją w długiej czarnej sukni. Jednak suknia ta, zmieniła się w czarne pasma dymu. Ona osaczała mnie tym czarnym dymem. Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam krzyczeć. Była wobec mnie bardzo agresywna. W pewnej chwili jednak, zaczęła się śmiać. Śmiać się wręcz histerycznie, szaleńczo. Czułam jakby złe emocje z jej strony. Jednak nie. W pewnej chwili śmiech zamarł, i to wszystko powiedziała mi głosem przestraszonej dziewczyny. Czułam jej strach. Ona w pewnej chwili nie atakowała mnie czarnymi pasmami, lecz sama się broniła.

- Przed czym? Na miłość Boską!

- Nie wiem. Zobaczyłam, że za jej szczupłą postacią, rozlewało się rubinowe światło. Blask był tak rubinowy, i tak oślepiający, że nie mogłam w nie patrzyć. I w tedy zniknęła.

- Nic z tego nie rozumiem Jeff. O co tu chodzi?

- Ja wiem Ash! Domyślam się. I ty pewnie również. Tyle, że nie pamiętasz. Przypominasz sobie śledztwo z przed lat? Komisarz dotarł do sierocińca, oznaczonego nie nazwą, ale cyframi – samymi cyframi. Zarządzała tam kobieta, która jak się później okazało była sadystką. Współwinna tego, co się tam działo. Lecz właścicielem był…

- Pamiętam! Boże! Człowiek ze sztuczną dłonią. Nosił na niej czarną skórzaną rękawiczkę, a na palcu złoty sygnet – raczej pierścień z wielkim rubinowym kamieniem.

- W samej rzeczy. Myślę, że to o nim mówi Vivienne. To on atakował Mary Radley. Czyli wynika z tego, iż to on musiał ją szantażować. Tylko nie rozumiem, o kim ona wspomina słowami: - „oni mnie zdradzili”.

- Wybaczcie mi państwo. Jednak to dla mnie za wiele, jak na jeden wieczór. Jeśli mi wybaczycie, udam się do siebie na spoczynek. Co prawda nie wiem, czy dam radę zasnąć, lecz tak czy owak mam dość. Muszę to przemyśleć.

- Tak. Masz rację. Wszystkim nam przyda się odpoczynek. Mam nadzieję, że wszyscy jutro podejdziemy do tego z większym dystansem.

Panie zostały przepuszczone przodem, za nimi ruszył lord de Brams – Steven na końcu Jeffrey. George po chwili zamknął drzwi do salonu po tym, jak pokojówki sprzątnęły naczynia.

- Boże! Duchy, wizje. I co jeszcze? Nie do wiary.

- Ashton’e! Mam nadzieję, że te fakty nie wywołają w tobie gniewu w stosunku do nas. Chcieliśmy ci tego oszczędzić, i jak widać nie udało się.

- Myślę Jeff, że stało się bardzo dobrze. Przynajmniej wiem, co się dzieje. Tyle, że nie wiem zupełnie, czy ja osobiście jestem tu bezpieczny – skoro takie rzeczy się dzieją.

- Słuchaj! Masz pokój zaraz obok moich pokoi. Są one połączone drzwiami między sobą, jak i mają wejście od korytarza. Tak więc, nie będziesz sam. Śpij spokojnie.

I kolejno wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Sara jako ostatnia ruszyła na trzecie piętro. Jeffrey ucałował ją na dobranoc, ale nie odprowadził jej pod drzwi jej pokoju. Pochylając się przy niej wyszeptał jej parę słów w ucho.

- Mam nadzieję, że rozumiesz.

- Tak Jeff! W porządku. Śpij spokojnie.

- Ty też kochanie.

I skręcił w korytarz na swoim piętrze, by towarzyszyć Przyjacielowi. Lord Ashton wszedł do swego pokoju – Jeffrey natomiast pozostał przy drzwiach. Nie chciał wchodzić, i nadal męczyć Przyjaciela. Jednak ten zrobił gest dłonią. Zatem wszedł i zamknął drzwi. Ashton stał przy łóżku, zdejmując marynarkę. Jeffrey spokojnie doń podszedł. Był bardzo blisko Ashton’a, gdy zobaczył łzy na jego twarzy.

- Ja ją kochałem Jeff! Bardzo mocno kochałem. Co mam sobie teraz myśleć? Dotąd nienawidziłem tą dziewczynę za to, co zrobiła. Za to, że mi ją zabrała. Że musiałem uciekać z Anglii. A teraz znów czuję pustkę.

- Wiem Ash! Wiem. To piekło dla ciebie, jak i dla mnie.

Stali tak bez słowa obok siebie. Ashton płakał. Jeffrey zrobił jeszcze jeden krok ku niemu, gdy ten odwrócił się tuląc twarz w dłonie. Mężczyzna płakał jak dziecko. Jeffrey ogarnął go ramionami.

- Nie płacz Przyjacielu. Damy sobie z tym radę. Mamy siebie, naszą Przyjaźń. Poradzimy sobie. Połóż się i odpocznij. Jutro zadecydujemy co dalej – dobrze?

- Ok Jeff! Dzięki! Nigdy w ciebie nie zwątpiłem. Dobry z ciebie Przyjaciel.

- E tam. Przyjaciel to Przyjaciel. Z ciebie również niezły Ash. Śpij zdrowo. W razie czego jestem tuż za ścianą. Drzwi marz do mnie uchylone. Dobrej nocy.

Cały dom pogrążył się w nocnej ciszy. Służba pogasiła wszystkie światła, i również zniknęli w swoich pokojach. Lord Ashton de Brams jednak nie spał. Długo leżał w łóżku rozmyślając nad tym, czego dowiedział się od Vivienne i Jeffrey’a. Nie spodziewał się tego co usłyszał. Tego, czego się dowie będąc u swego Przyjaciela. Zaczynał rozmyślać na tym, czy dobrze zrobił odwiedzając go po tylu latach. W Stanach pozostawił swoją rodzinę. Co prawda powiadomił żonę o fakcie, iż będzie w Anglii przez dwa tygodnie. Tyle że powodem miał być biznes – a jest u swego Przyjaciela. Nie czuł się z tym komfortowo. Postanowił, iż musi powiadomić żonę o tym fakcie.

Synowie byli już dorosłymi ludźmi i mieli własne życie. Jednak żona lorda – lady Nancy de Brams, dbała o posiadłość obojga. Żałował tego, iż wcześniej nie podjął decyzji przyjazdu do posiadłości lorda de Blackstone. Wtedy mógłby wziąć ze sobą Nancy. Kochał ją nad życie, i nie lubił tych ciągłych wyjazdów biznesowych. Jednak jego firma rozrastała się, i pewne jej aspekty trzeba było samemu dopilnować. Coraz to więcej myśli natarczywie ujawniały się w jego umyśle. Zatopił się zatem w śnieżnobiałej pościeli – usnął. Nowy dzień nie bardzo zapowiadał pogodę. Ciężkie chmury wisiały nisko nad powierzchnią ziemi.

Co prawda wiatr nie był silny, niemniej można było wyczuć pierwsze powiewy jesieni. Ogrodnicy uwijali się wokół posiadłości. Wiele było w ogrodzie do zrobienia – w parku również. Cały projekt nad którym pracowała Vivienne – co do wyglądu okalającego terenu, został już wdrożony do realizacji. Lord Jeffrey de Blackstone, zaaprobował go w pełni, z małymi tylko uwagami. Robotnicy uwijali się z pracą jak mogli. Mieli mnóstwo do zrobienia. Mór okalający posiadłość zewnętrznym pierścieniem, został już niemal ukończony. Wykończono jedynie część wjazdową do posiadłości. Cała posiadłość posiadła swoiste sektory. Lord de Blackstone powrócił do zarysów posiadłości z czasów jej świetności.

Tak więc pierwszy pierścień został obsadzony rzędem strzelistych iglaków, tui na przemian. To dawało żywy wyraz tłu wysokiego muru z górskich kamieni. Wjazd posiadał dwa okazałe obeliski z tychże kamieni, górujące nad kamienną wstęgą okalającą posiadłość. Droga do posiadłości – od jej początku, aż do pierwszej bramy została wzmocniona – wyrównana. Jej brzegi zostały elegancko zarysowane niskim murem z tychże samych kamieni. Poza nim z jednej, jak i z drugiej strony wykonano kanały odwadniające przyległe łąki. Dzisiejszego dnia właśnie montowano obie bramy. Nowa brama została zamontowana w miejscu pierwszego kręgu.

Spinała ona dwa końce okalającego muru. Jego dwu metrowa wysokość, jak i strzeliste korony tui, i iglaków, dawały piorunujące wrażenie. Drugi z murów znajdował się wyżej względem pierwszego. Toteż, biorąc pod uwagę jego dwu metrową wysokość – niemal widoczny był spoza pierwszego. To był pierwszy sektor posiadłości. Droga zważywszy od pierwszej bramy do samego budynku, wykonana była z dwubarwnej granitowej małej kostki. Jeffrey’i bardzo zależało, by uchronić drogę przed zgubnymi warunkami atmosferycznymi. Nie znosił błota, rozmokłych terenów, czy w ogóle brudu. Stąd w projekcie wszelkiego typu zabezpieczenia przed zgubnymi działaniami pogodowymi.

Teren pierwszego sektora wykorzystywany dotąd na łąki, pastwiska dla bydła, jak i wybieg dla koni był zamknięty od strony drogi. Jadący powozem nie mógł widzieć, co jest za murem. Vivienne Forest zaprojektowała kamienny mur, jednak na jego rogach rosły krzewy młodych bzów, barwnie obejmujących przestrzeń. Odcinek drogi od jednej bramy do drugiej, wykonany był z granitowej kostki. Po bokach wykonano kamienne spływy dla wody deszczowej z tego odcinka, łączące się linią z kanałami przy drodze poza posiadłością. Pierwsza z bram posiadała herb rodu de Blackstone. W koronie nazwę posiadłości.

Druga z bram posiadała herb rodziny Forest’w, jak i herb babki Steven’a Forest’a – lady Handfield. Jeffrey chciał w ten sposób uhonorować jej osobę. Odcinek drogi od drugiej bramy do samego budynku mieszkalnego, obsadzony został cyprysami. Za nimi równolegle do drogi biegła linia niskiego na metr żywopłotu. Zielone pasma ciągnęły się przez cały sektor parku. Za nim wykonano kamienny mur o wysokości metra. Co określony odstęp wykonano kamienne słupy, zakończone kamiennymi wazami. To z nich tryskały leśnie paprocie. Gdy pasmo granitowej drogi mijało sektor samego ogrodu, zakończono ten etap dwoma kamiennymi filarami. Po jej obu stronach linia żywopłotu obniżała swoją wysokość.

Zaprojektowano ten fakt celowo, by jadący powozem mógł podziwiać wspaniałość ogrodu reprezentacyjnego. Po czym droga lekkim łukiem skręcała w prawą stronę, by objąć wielkim zakrętem wspaniały klomb. Tworzyło go sztucznie stworzone wzniesienie. Od frontowej strony domu, prowadziły nań rozlewające się białym marmurem łagodne schody. Klomb obsadzony wspaniałymi różami od zewnętrznej strony, i różami pnącymi ku części środkowej. Pnącze unoszone pergolą z metalu, tworzącą coś w rodzaju parawanu z trzech zewnętrznych stron klombu. Schody prowadziły na szczyt wzgórza. Tam wykonano wspaniałą zadaszoną altanę również z białego marmuru.

Wewnątrz znajdowała się krągła – wokół linii ścian – kamienna ława. Podłoga wykonana z polerowanego krzemienia. I na środku marmurowy wspaniały stół. Swoją lśniącą taflą podkreślał fakturę marmuru, wciąż odbijając promienie słoneczne. Miejsce iście przytulne, jak i niesamowicie romantyczne. Ten akcent Vivienne zaprojektowała specjalnie dla właściciela posiadłości, czyli lorda Jeffrey’a de Blackstone. W ten osobliwy sposób chciała mu wynagrodzić wiele trudnych lat jego życia. W domu trwały przygotowania do śniadania. George nie miał łatwego zadania. Lord de Blackstone zarządził, by śniadanie podawane było w jego salonie na drugim piętrze.

Ta decyzja podyktowana była pochmurnym dniem, i napływającym do strony oranżerii chłodem. Zatem zamknięto oranżerię dokładnie tak, jak i jadalnię. Stąd służba zmuszona była transportować naczynia, jak i potrawy windą gospodarczą na drugą kondygnację. Lord de Brams długo nie spał tej nocy. zatem gdy niemal wszyscy wstali, on jeszcze dosypiał. Sara dzisiejszego dnia ubrana była w żywo niebieską sukienkę do kolan. Jednak starając się przełamać skromność sukni, dodała do niej wąski pasek w kolorze srebra. Na szyi widniała opaska z aksamitu ze srebrną różą. Włosy miała finezyjnie spięte w kok, co przydawało jej godności i powagi.

Vivienne ze Steven’m byli również gotowi. Nikt nie ubierał się dzisiaj lekko i przewiewnie. Mimo zamkniętych okiennic w domu, było umiarkowanie ciepło. Zatem i Jeffrey zdecydował się na garnitur w kolorze granatu. Do tego koszula w błękicie – żywo niebieski krawat. Włosy bardzo starannie uczesane w kitę, spięte srebrną obrączką. Czekał na jakieś oznaki z pokoju Przyjaciela. Dochodziła już niemal godzina ósma. Nadal nic nie było słychać z jego pokoju. Jeffrey zapukał do drzwi łączących oba pokoje. Chciał mieć Przyjaciela przy sobie. Wiedział, jak przeżywał informację o zaginionej narzeczonej. Wczorajszego wieczoru Ashton był w kiepskim stanie.

Zatem ulokowanie gościa obok własnego pokoju, dawało mu prywatność i dyskrecję. Nawet w razie potrzeby pomocy. Mężczyzna chwilę stał przy drzwiach zastanawiając się jak postąpić. Zapukał po raz drugi postanawiając, iż jeśli nie będzie odpowiedzi da mu czas. Jednak usłyszał jakiś ruch w pokoju, po czym rozległ się męski głos.

- Proszę!

- Czy mogę wejść?

- Daj spokój, wchodź!

Lord de Blackstone naciskając klamkę, do połowy uchylił drzwi lekko się wychylając z za nich. Widząc Przyjaciela jeszcze w pościeli, zatrzymał się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz