Tom II – część 32
- Wybacz Ash! Nie wiedziałem, czy już wstałeś, czy śpisz. Nie chciałem cię obudzić.
- Nic się nie stało. Czy jest już tak późno?
- Dochodzi ósma. Jeśli potrzebujesz więcej snu – nie ma sprawy. Polecę podać tobie śniadanie tu do pokoju.
- Ależ skąd. Nie ma takiej potrzeby. Wczoraj nie mogłem długo zasnąć, i stąd ta sytuacja. Zaraz się ogarnę Jeff.
- Śniadanie poleciłem podać w salonie tu na piętrze.
- Czemu?
- Jak widzisz, dzisiaj aura nie bardzo jest dla nas łaskawa. I na mój gust, będzie dzisiaj lało. Myślę, że trzeba będzie zabezpieczyć oranżerię przed chłodem. Tam jest tyle drogocennych roślin.
- Rozumiem. Zatem za moment będę gotów.
Rozchylił pościel, i usiadł na brzegu łóżka. Jego dłoń powędrowała w kierunku twarzy sprawdzając stan zarostu. Stojący przy drzwiach Jeffrey, od razu zareagował na ten gest.
- Masz moją łazienkę do dyspozycji. Akcesoria do golenia, kosmetyki. Wszystko czego będzie tobie trzeba masz pod ręką.
Mimo to zauważył zakłopotanie na twarzy Ashton’a. Choć jego garnitur wisiał w szafie, szlafrok na brzegu łóżka – ten wciąż dyskretnie się rozglądał.
- Czy coś się stało Ash?
- Nie, nie. Ciekaw tylko jestem, czy przybyły moje bagaże? Mam tam wszystko, co mi potrzeba.
- Moment! Proponuję byś zajął się kąpielą, a ja ten fakt sprawdzę.
- Jeśli jesteś taki łaskaw… dzięki Jeff!
Lord de Blackstone wyszedł z pokoju Ashton’a. Nim wrócił z powrotem, mężczyzna już był wykąpany i wygolony. Stał w szlafroku przy lustrze, kończąc czesani włosów. Ponownie rozległo się pukanie, i do pokoju wszedł uśmiechnięty Jeffrey. Lord de Brams od razu skierował na niego swą uwagę.
- Bagaże już są Ashton’e. Czy George może wejść z nimi tu do pokoju?
- Bardzo się cieszę z tego powodu. Naturalnie, że może je tu wnieść.
Jeffrey cofnął się do drzwi, a George był już z bagażami w pokoju przy szafie. Uśmiechając się uprzejmie, postawił je, i wycofał się ku drzwiom. Jednak na moment się przy nich zatrzymał.
- Sir! Czy przysłać tu pokojową by rozpakowała bagaże?
Lord de Blackstone doskonale wiedział, iż gość nie chce sam podejmować decyzji. Lord de Brams był wychowany jeszcze podłóg starej szkoły. Zatem milczenie jego w najmniejszym stopniu nie dziwiło Jeffrey’a. Po chwili lord Ashton uśmiechnął się.
- Obecnie potrzebuję garnituru, który mam tu na wieszaku. Zatem myślę, że będę tobie George bardzo wdzięczny za rozpakowanie.
- Tak jest sir. Zatem w tej chwili wydam polecenie pokojowym.
- Dziękuję!
Lokaj wyszedł a Jeffrey pozostawił gościa samego. Sam udał się do salonu, gdzie kończono przygotowania do śniadania. Byli już wszyscy. Jeffrey uśmiechając się, do nich dołączył, i skupił na sobie ich uwagę.
- Proszę o uwagę. Posłuchajcie. Proponuję, byśmy zasiedli do śniadania. Nasz gość – jak sądzę nico się spóźni. Zatem zaczynajmy. Lord de Brams dołączy do nas za moment.
- Czy coś się stało?
- Po prostu długo nie mógł zasnąć, i stąd jego spóźnienie.
I tak wszyscy zasiedli do stołu. Służba zaczęła podawać, gdy do salonu wszedł lord de Brams. Był elegancko ubrany – odświeżony. Nie uśmiechał się co prawda, lecz jego twarz była pogodna. Jeffrey powstał z miejsca by przywitać Przyjaciela.
- Witaj! Wybacz, że nie czekaliśmy na ciebie.
- Nic się nie stało Jeff! To ja winienem wszystkich przeprosić. Kiepsko spałem tej nocy i…
- Już przeprosiłem wszystkich za ciebie. Usiądź proszę tu koło mnie.
- Dziękuję. Jesteś dla mnie bardzo łaskaw.
- Nie ma o czym mówić. Jedynie mam nadzieję, że dzisiaj dobrze się czujesz.
- O tak. Jest wszystko w porządku.
Vivienne wraz ze Steven’m przeprosili domowników. Mieli swoje obowiązki w firmie, które musieli dopilnować. Zatem to Sara z Jeffrey’m pełnili obowiązki gospodarzy. Jednak przed wyjściem z domu Vivienne poinformowała Jeffrey’a, o zakończeniu projektu renowacji otoczenia całej posiadłości. To dobry powód, by wyjść z gościem na świeże powietrze. Dzień był pogodniejszy, choć słońce tak mocno już nie grzało. Vivienne liczyła na opinię Jeffrey’a. Bardzo ciekawa była jego zdania, co do stopnia wykonanych prac, jak i ogólnego projektu. Gdy cała trójka pozostała w domu, lord de Brams poprosił obojga o rozmowę. Zatem wszyscy udali się do biblioteki, znajdującej się na tej samej kondygnacji obok.
- Mam ogromną prośbę do ciebie Jeffrey’u, jak i do pani Saro.
- O co chodzi?
- Oboje wiele wspominaliście o pracy nad rękopisami z przeszłości. Jak widzę, wiele wysiłku wkładacie w analizę zdarzeń z tamtego okresu.
- Tak, to prawda. To w zasadzie praca Sary. Ona wkłada w to wiele wysiłku. Ja osobiście służę jej pomocą, jeśli w ogóle takiej potrzebuje. A czemu pytasz?
Padło pytanie. Jeffrey starał się zachować daleko idącą ostrożność w tym temacie. Pamiętał, jak bardzo ten przeżył rozmowę na temat Mary Radley. Dlatego zdziwiło go zainteresowanie nim – właśnie teraz.
- Wiele myślałem na ten temat. Bardzo mnie zastanowiło stwierdzenie Mary Radley, iż została zdradzona. Jak i to, iż wszystko nie zostało załatwione do końca. Jeff! Pamiętam, jak pracowaliśmy obaj razem nad poszukiwaniem prawdy w tamtych zdarzeniach. Nie chciałbym pozostawić ciebie samego. Już i tak wiele lat straciłem, jeśli chodzi o naszą Przyjaźń.
- Czyli innymi słowy, chciałbyś nam pomóc w pracy nad projektem?
- Nie powiem by była to łatwa decyzja. Niemniej chciałbym pomóc. Naturalnie jeśli sam pozwolisz Jeffrey’u.
Mężczyzna spojrzał na Jeffrey’a, a zaraz potem na Sarę. Ten się jedynie lekko doń uśmiechnął, jednak jego wzrok spoczął na Sarze. Pamiętał, iż wcześniej ona sama planowała taki obrót sprawy. Ta chwilę milczała.
- Myślę lordzie…
- Proszę! Dajmy spokój tytułom droga Saro. Nie ma pani powodu czuć się czymkolwiek urażona. Nie rozumiem…
- Proszę posłuchać. Nie czuję się urażona, ani obrażona. To pan jednak w wybuchu własnego poruszenia, zrezygnował z ustalonego trybu honorowania posiadanych bądź co bądź tytułów, na rzecz ustalonego porządku w dzisiejszych czasach, i to w tonie, który właśnie mi się nie podobał. I to właśnie to, w jakim wypowiadałeś to sir sprawił, iż ja zrezygnowałam z takiej formy. Zatem proszę nie naciskać, bo nic to tobie sir nie da. Jak również proszę nie brać mych słów zbyt mocno do siebie. Proszę to potraktować, jak bezpieczną barierę dla nas obojga.
- Zatem droga Saro, czy zgadzasz się na pomoc Ashton’a nad rękopisami?
Lord de Blackstone nie był zbyt zadowolony z odpowiedzi, jaką udzieliła mu Sara. Wiedział, że jego Przyjaciel miał prawo być poruszony udzielonymi informacjami. Nie rozumiał zbyt reakcji Sary, jednak nie chciał zaogniać sytuacji. I zaczynał żałować, iż zapytał ją o zgodę.
- Powiem tak. Osobiście sama pracuję nad rękopisami, i to się nie zmienia. Jeśli ty Jeff, nie masz nic przeciwko temu, to proszę bardzo. Być może przydadzą się informacje, jak i sama pomoc lorda de Brams’a.
- Czyli nie masz nic przeciwko temu Saro?
- Tylko w takiej postaci, jaką przedstawiłam wcześniej. Wiesz, że nikogo nie dopuszczam do pracy nad rękopisami. Tę część sama wykonuję.
- To jest jasne. Tak ustaliliśmy, i to się nie zmienia.
Lord de Blackstone, zapewnił Sarę o niezmienności wcześniejszych postanowień. Jednoznacznie potwierdził to, jak i podjął sam decyzję co do zaproponowanej pomocy przez lorda de Brams’a.
- Zatem mamy jasność moi drodzy. Praca nad rękopisami jest ściśle przypisana w całości tobie Saro. Natomiast pomoc przyjmuję w całości. Wiele razem przeszliśmy, i mam do ciebie Ash całkowite zaufanie. Czy takie rozwiązanie tobie odpowiada Przyjacielu?
- Naturalnie. O to mi chodziło. Nic więcej nie miałem na myśli. Nie zamierzałem insynuować nic więcej, jak ponadto, iż w czym będę tylko mógł pomóc korzystając z już posiadanej wiedzy – pomogę. Lecz i trzeba zważyć na fakt, iż nieścisłości – a raczej i korekta – również zależy od wspólnej pracy.
- To tyle na ten temat. Obecnie proponuję wycieczkę po posiadłości. Bryczka jest już przygotowana. Dzisiaj otrzymałem informację od Vivienne Forest – matki Sary, iż prace nad projektem restauracji terenu zewnętrznego posiadłości, zostały zakończone. Czy nie macie nic przeciwko temu, byśmy zobaczyli efekty tej pracy?
Sara jedynie uśmiechnęła się lekko, jednak nie widać było u niej chęci na przejażdżkę. Spokojnie wstała ze swego fotela – panowie również. Jeffrey wyczuł brak aprobaty z jej strony.
- Wybaczcie mi panowie, ale nie mam chęci na spacery. W razie czego będę u siebie w gabinecie.
- Na pewno nie chcesz z nami obejrzeć tego co zostało wykonane?
- Nie, nie. Może innym razem. Nie gniewaj się proszę.
- Nie ma o co się gniewać. Zatem ustalone.
I cała trójka się rozeszła. Sara Forest ruszyła na swoje piętro, kierując się do swego gabinetu. Chciała zająć się następnym z rękopisów. Idąc po schodach, zastanawiała się, skąd u niej niechęć do lorda de Brams’a – Przyjaciela z dawnych lat. Jednak nie chciała tego zgłębić dalej. Ponownie udali się do wyjścia, gdzie stała już przygotowana bryczka. Ubrani w peleryny wyruszyli spod frontu domu. Sara w swoim gabinecie, lekko uchyliła okiennice. Chwilkę przystanęła przy nich, chcąc zaczerpnąć jak najwięcej świeżego powietrza. Z sejfu wyciągnęła rękopis z numerem 10. Otworzyła rękopis mając jakieś dziwne przeczucie, jakąś narastającą obawę.
Jakby nie chciała mieć już nic wspólnego do czynienia z Mary Radley. Nie dopuszczała jednak do głosu wątpliwości, związanych z informacjami z rękopisów. Powoli wgłębiała się w tekst, czyniąc jednocześnie analizę. Już od pierwszych słów zrozumiała, iż jednak ponownie będzie miała do czynienia z rodziną Radley’w. Wzięła jednak głęboki oddech, i zagłębiła się w tekście.
PRZESZŁOŚĆ / RĘKOPIS NR.: 10;
Rodzina Radley’w w pełnej krasie ponownie wybrała się w podróż. Lady Emma Radley, nagłym uśmiechem przerwała panującą ciszę w powozie. Siedząc w nim, i obserwując mijane widoki na zewnątrz, uśmiechała się sama do siebie. Mary jak i jej ojciec Stefan Radley, spoglądali na nią z zaciekawieniem. Na ławie woźnicy dumnie siedział Matthev. Jadąc wciąż rozmyślał na temat nowości technicznych, w temacie motoryzacji. Nazywał je metalowymi smokami. Przed nim dumnie się poruszały dwie pary koni, wyszykowane do jazdy w gościnę – wyglądały wspaniale. Sam je czyścił i wyczesywał im grzywy. Uprzęż również założył tę, która była przeznaczona do specjalnych Okazji.
Osobiście nacierał specjalnym olejem pasy, paski i troki, by błyszczały czystością. Starał się aby nie zakłócić przyjemności jazdy. Droga była dość dobra, jedynie tu i ówdzie zdarzały się deszczowe doły, i wystające kamienie. Emma siedziała wciąż zamyślona. Przypomniała sobie właśnie własną obietnicę, iż już nie wybierze się więcej w żadną podróż. A tu proszę. Dopiero co wrócili z jednej podróży, już wybrali się w następną. Nie mogła zrozumieć, że tak szybko się zgodziła. Tym bardziej, że jej mąż wciąż nie był do końca wyleczony – choć twierdził, iż jest już zdrowy. Jej córka również ma problemy. Emma czuła, że będą z tego kłopoty.
A tu proszę – znowu w podróży. Stanford – miasto gdzie jechali, leżało parę godzin drogi od ich posiadłości. Mary Radley nie znała jej, ani tych ludzi. Czuła jednak, że musi tam być. Poznać tych ludzi, których tyczy się zagadka. Nie wiedziała tylko, jak to rozegrać. Jak się zachować, aby wszystkiego nie zepsuć. W tym czasie w posiadłości Roseland Hill, panował spokój. Ranek właśnie bezwarunkowo nastał, i roztaczał swoje piękno letniego dnia. Promienie słoneczne wdzierały się przez okiennice do wnętrza wielkiego domu. Odbijały się od wypolerowanych blatów, napotkanych mebli. Migotały tysiącem kolorów we szkle naczyń i wazonów.
Anthony de Candberry w nocy długo nie mógł zasnąć. Teraz leżał w pościeli starając się rozluźnić i odprężyć, jak tylko się da. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Myśli kłębiły się w głowie. Sprawy nawarstwiały się jak lawina. Miał świadomość własnych decyzji i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, iż poza nim nikt ich nie podejmie. Tylko od której strony zacząć? Którą sprawę załatwić jako pierwszą? Sprawa matki lady Mary Steffany de Candberry - nie jest do końca wyjaśniona. Miał na ten temat własną tezę, i jednocześnie miał żal do niej, za tak nagłe zniknięcie. Czuł, że ojciec cierpi z tego powodu – i on to wiedział. Lecz mimo to, nie słyszał od ojca słów skargi.
Ojciec nie wpajał mu nienawiści, czy też niechęci do osoby, która dała mu życie. Do osoby której winien szacunek. Lecz było coś, co stało murem między matką a synem. Mur ten był nie do pokonania – choć był zbudowany z jego niewiedzy, załamania moralności matki, porzucenia go tak nagle i tak okrutnie. Była też sprawa ojca. Starzał się. Jego sposób bycia, zachowanie. Zmieniał się nie do poznania. Zdrowie dawało się we znaki, i jemu samemu, jak i młodemu Anthony’u. Coraz częściej zapominał. Raz był rozdrażniony, a raz uciekał w dziwny świat snów i zmyśleń. Anthony zastanawiał się coraz częściej, czy aby tu nie przydałby się specjalista od głowy.
Bardzo niepokoił się o stan psychiczny ojca. Następną sprawą był fatalny stan posiadłości. Dom przypominał miniony już relikt dawnej kultury. Kultury która przemija. Kultury jaka istniała nie wiedzieć nawet w jakich latach. A było to przecież tak niedawno. Czasy się zmieniały, i nikt nie zastanawiał się nad idącymi zmianami. Kiedyś świetność tej posiadłości znana była wielu ludziom z wielkich rodów. Teraz przypominała karykaturę tamtego wyglądu. Ogród to już żenada stanu jaki przedstawiał. Jedynie ten mały skrawek, którym opiekował się stary Herbert. Ogrodnik od tak wielu lat. Nawet Anthony nie pamięta, od kiedy on tu pracuje. Jego lojalność dla swej pani, jak i ekscentryczność w zachowaniu były porażające.
Zastanawiał się nad tym, skąd się bierze ta wielka siła łącząca ogrodnika z jego panią. Dziwne. To wszystko jest przygnębiające. No i jeszcze ta dziewczyna. Znał ją pobieżnie. Wiedział, że jest dziennikarką w tutejszej gazecie. Słyszał, iż jest arogancka, wścibska i pyskata zarazem. Jednak przyciągała jego uwagę, jak magnes. Rano blask słońca zaglądał do pokoju Anthony’o poprzez uchylone okiennice tarasu. Luźno spuszczone firany, lekko unosiły się w górę. Było nad wyraz ciepło. Zdawało się, iż to zbyt wcześnie, jak na poranek. Na zegarze było prawie trzydzieści minut po siódmej, i w ogóle nie chciało się wstawać. Czuło się pachnącą świeżością pościel, jak i świeże powietrze.
Pokojówka z rana uchyliła okiennice. Tak czyni co dzień, od dzieciństwa młodego panicza. Tę czynność już jako dorosły, brał za coś zwyczajnego. Nie za coś, co byłoby czymś szczególnym. Na stoliku stał sok – jak co ranek. Na wieszaku świeża koszula, i reszta garderoby. Młodemu mężczyźnie, to wszystko przypominało, że jest w domu na swoim miejscu. a jednak zegar zaczął wybijać godzinę ósmą, i czas ruszyć do boju. Dzisiaj niedziela, i właśnie przypomniał sobie o zaplanowanej gościnie. Spodziewają się gości, wraz z ojcem tu w tej posiadłości. Zastanawiał się przez chwilę, kiedy to ostatni raz ktoś był tu goszczony. Zastanawiał się, i niestety nawet nie próbował na to odpowiedzieć.
Wstał. Przeciągnął się leniwie. Wypił sok i ruszył do łazienki. jego czarne włosy były zmierzwione. Czynił wszystko aby twarz była porządnie ogolona. Mimo to zarost czynił skórę szarą. Więc się ogolił, zostawiając nienagannie ukształtowane wąsy – jego chlubę. Zawsze uważał, że mężczyzna bez wąsów, jest jakiś niekompletny. Zrzucił bieliznę, i z wielką przyjemnością zagłębił się w ciepłych strugach wody. Przyniosło to odprężenie i ulgę kłębiącym się myślom w jego głowie. Poranna toaleta trochę trwała. Perfekcyjne usposobienie przypomniało, że czas było wziąć się za obowiązki dnia dzisiejszego. Wszedł do biblioteki, gdzie zastał zamyślonego ojca nad lekturą gazety.
- Witaj ojcze.
- A witaj synu, jak się masz?
- Wspaniale ojcze. A ty jak się masz?
- Nawet nieźle. Mamy dzisiaj gości, prawda?
- Ano mamy gości. Muszę sprawdzić czy wszystko jest wykonane, jak zaleciłem wczoraj w kuchni.
- Nie trzeba. Sprawdziłem i jest w porządku. Praca wre w kuchni jak należy.
- Cieszę się. Przydałoby się również pomyśleć o remoncie domu. Zgroza, jak to wygląda.
- Nie sądzisz, że to nie pora na tego typu przemyślenia? Ciekawy jestem tej wizyty. Któż to jest ta Mary Radley? Tak się nazywa – czy nie prawdaż?
- Tak ojcze. W rzeczy samej. Będą również jej rodzice. Mam nadzieję, że znajdziesz z nimi wspólny język. Dawno już nie było u nas gości, od czasu…
- Tak?
- Nie ważne.
- Od czasu zniknięcia twej matki Anthony. To chciałeś powiedzieć?
- Dajmy temu spokój ojcze.
- Nie sądzisz, że czas skończyć z niańczeniem mnie w tym domu? Irytuje mnie traktowanie tej historii jako nienaruszalnej twierdzy. Wystarczy, że ten stary cap w ogrodzie, dostaje bzika na jej punkcie!
- Nie denerwuj się ojcze, bo będziesz zaraz chory. A nie chcemy tego prawda?
- Prawda, prawda. O której mają być tutaj?
- Myślę, że zajadą tu na popołudnie. Obie posiadłości nie leżą zbyt daleko siebie. Niemniej dojazd tutaj trochę potrwa. Chciałbym jednak mieć czas na przygotowanie wszystkiego tak, aby nie było zastrzeżeń.
- Jak zwykle perfekcjonista jak matka. Wszystko ma być doskonałe, lub nie ma sensu się fatygować.
- Ojcze – obiecałeś!
- Dobrze już dobrze chłopcze. Zajmij się wszystkim, a ja trochę poczytam. Potem być może się zdrzemnę przed hałasem, jaki mnie czeka w tym cichym domu.
Anthony wiedział, iż te słowa kończą rozmowę z ojcem. To jego sposób na pozostanie sam na sam z własnymi myślami. W tak elegancji sposób zapewniał sobie azyl intelektualny. Ruszył więc do swoich obowiązków. Polecił służbie aby wszędzie były świeże kwiaty. Aby – nie daj Boże – nigdzie nie było kurzu, którego tak nie cierpiał. Choć i tak wszędzie tenże się wciskał. Przydałoby się uprzątnąć teren wkoło domu. Lecz na to akurat nie miał siły no i czasu. Spojrzał na to z niesmakiem, i ruszył do swego gabinetu. Tam rozsiadł się w fotelu, i jął wertować prasę. Jakiś czas to trwało, gdy doń wszedł lokaj.
- Sir?
- Tak David’e!
- Śniadanie jest przygotowane. Czy mam je podać tu sir, czy w jadalni?
- A starszy pan gzie będzie jadł?
- Sir polecił przynieść sobie śniadanie do jego pokoju.
- Czyżby źle się czuł?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Polecił aby mu nie przeszkadzano.
- Pewnie znów ma te swoje chwile na własne myśli. To staje się coraz częstsze. A był takim energicznym człowiekiem.
- Dziękuję David’e. Zatem podaj śniadanie w jadalni, tylko nie zbyt obfite.
- Pieczywo i herbata?
- Tak naturalnie. A propos. Wiesz że dzisiaj mamy gości? Będą jak sądzę po południu.
- Tak wiem sir.
- Mam nadzieje, że wszystko jest przygotowane. Być może będą chcieli tu przenocować. Trzeba by też przygotować pokoje.
- Już są przygotowane sir. Osobiście tego dopilnowałem.
- Jesteś niezastąpiony David’e – brawo.
- Dziękuję sir.
Lokaj wyszedł. Anthony starał się skupić na czytaniu prasy. Powróciły myśli związane z zaległymi sprawami. Odłożył prasę by przejrzeć dokumenty i rachunki, lecz zrezygnował z tego na rzecz śniadania. Sprawę dokumentów pozostawił na chwilę po śniadaniu. W jadalni David przygotował wszystko jak należy – by śniadanie odbyło się nienagannie.
- Smacznego sir.
- Dziękuję David’e.
Miał ochotę na świeże pieczywo. Zawsze w tym domu rano było świeże, pachnące pieczywo. To niemal tradycja tego domu jeszcze z czasów, jak była tu jego matka. Zauważył, że coraz częściej powraca do niego myśl o matce. Zastanawiał się z czego to się bierze. Mimo niechęci do tej kobiety za to, co uczyniła – czuł nadal jakąś więź. Więź która nie dawała mu o niej zapomnieć. Po śniadaniu przeszedł do biblioteki. Sprawdził omiatając wzrokiem, czy wszystko jest w porządku. Wrócił do gabinetu, by zająć się bieżącymi spawami. Z jednej strony cieszył się z możliwości przyjęcia tych ludzi – z drugiej natomiast, obawiał się, iż nie podoła zapewnieniu im tego co powinien. Wstał, i zaczął chodzić po gabinecie zastanawiając się, czy aby dobrze przemyślał tę sprawę. Nie zauważył, że drzwi gabinetu były uchylone, i stał w nich lokaj.
- Sir?
- Słucham!
Lord Anthony de Candberry, ostro odpowiedział lokajowi. Był wybity z zamyślenia, i ten fakt wywołał u niego irytację.
- Czy coś się stało sir?
- Co!? Nie twoja spawa!
- Chciałem tylko zawiadomić, że goście zajechali na dziedziniec.
- Kto zajechał!? A tak – goście. Tak szybko? Która godzina?
- Jest jedenasta czterdzieści pięć sir. Czy wyda pan jakieś specjalne polecenia?
- Nie! Na razie nie.
Nagle skonstatował się gdy doszło do niego, iż jest bardzo niemiły w stosunku do lokaja. Niemniej miał dość na dzisiaj uprzejmości. Ruszył jednak z gabinetu w stronę hallu.
- Wprowadź gości do salonu. Ja zawiadomię ojca.
- Tak sir.
Szedł po schodach, mrucząc coś pod nosem. Korytarz na piętrze był zawsze oświetlony. Panował tu zwykle pół mrok, i trzeba było tu dużo światła aby swobodnie się poruszać.
- Witaj ojcze.
Mężczyzna nie odpowiedział. Siedział w szlafroku w swoim fotelu, wpatrzony gdzieś poza okiennice. Jak zwykle nieobecny wtedy gdy najbardziej go potrzeba.
- Ojcze, czy ty się dobrze czujesz?
- A… witaj chłopcze witaj. Jak się masz?
- Dobrze. A ty?
- Wspaniale chłopcze, wspaniale.
- Jeśli cię to interesuje, goście już przybyli. Zejdziesz na dół?
- Po co? Tu mi dobrze.
- Ojcze ty mnie nie słuchasz. Powiedziałem, że przyjechali goście. Rodzina Radley’w, pamiętasz – niedziela!
- Nie krzycz. Nie rozumiem czemu krzyczysz? Ja słyszę. Idź do nich, ja zaraz zejdę.
- Jak chcesz ojcze.
Spojrzał na stojący w korytarzu zegar. Było około południa. Obejrzał się jeszcze raz w koło tak, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, czy jest wszystko w porządku.
CZAS TERAŹNIEJSZY. – POSIADŁOŚĆ LORDA JEFFREY’A DE BLACKSTONE.
- Dziwne. Co to za dziwni ludzie?
Pomyślała Sara Forest, kończąc pracę nad kolejnym z rękopisów. Co prawda nie był to rękopis pisany ściśle przez lady Mary Radley, ale lorda Anthony’o de Candberry. Niemniej czytając jego słowa nie sposób ustrzec się myśli, iż to jacyś dziwni ludzie. Najpierw zapraszają do siebie gości – i to całą rodzinę Radley’w. To w dzień ich przyjazdu zachowują się tak, jakby na nich spadły wszelkie plagi egipskie.
- To zwyczajna hipokryzja!
Stwierdziła wypowiadając na głos swoją opinię, zamykając jednocześnie rękopis. Nie zauważyła, iż w drzwiach stał lord de Blackstone. Chwilę się w niej wpatrywał z wielkim zaciekawieniem.
- Co jest hipokryzją kochanie?
- O Jeff! Nawet nie słyszałam jak wszedłeś.
- Pukałem! Słowo. Lecz pewnie nie słyszałaś, więc wszedłem. Nie gniewaj się.
- Ależ nie mam się czego gniewać.
- Widzę, że nadal pracujesz nad projektem?
- Właśnie skończyłam rękopis z numerem 10.
- Możesz mi przypomnieć, czy to?
- Kojarzysz lorda Anthony’o de Candberry, i jego ojca?
- O! jakżeby inaczej. To… ale wiesz co? Jeśli pozwolisz, to może moglibyśmy porozmawiać o tym przy kawie. Właśnie wróciliśmy z przejażdżki po posiadłości. Chciałbyś usłyszeć, jak wygląda ta spawa?
- Bardzo chętnie. Zresztą – źle się czuję z tą całą sytuacją z twoim Przyjacielem Jeff. Wydaje mi się, że dość emocjonalnie potraktowałam jego osobę. To było z mej strony niepoważne. Bądź co bądź to twój Przyjaciel, i na domiar wszystkiego twój rówieśnik.
- Miło mi to słyszeć Saro. Ale nie rób – proszę – z tego problemu. On rozumie twoją reakcję.
- Sęk w tym, że to właśnie o moją reakcję chodzi Jeffrey’u. Nie powinnam tak zareagować. Tym bardziej, że on próbował mnie przeprosić chcąc złagodzić sytuację. To się musi zmienić. Muszę z nim porozmawiać, i załatwić to raz na zawsze. Idziemy Jeff!
Znowu powtórzył się kolejny rytuał. Ponownie Sara złożyła starannie rękopis, umieszczając go w sejfie. Ten został zamknięty. Jeffrey podziwiał jej skrupulatność w tym co czyniła. Podziwiał niesamowity porządek na biurku. Jej idealnie utrzymane w porządku miejsce na zapiski. Sara wstała z krzesła, które również powróciło na swoje miejsce. To były jej odruchowe czynności, i nawet ich nie zauważała. Uśmiechała się tylko do niego szerokim uśmiechem. Lord de Blackstone wyprzedził nieco Sarę w korytarzu drugiego piętra. Uchwycił klamkę otwierając przed nią drzwi salonu. Lord Ashton de Brams stał właśnie przy oknie. Gdy drzwi się otworzyły, niemal natychmiast odwrócił się w ich kierunku. Jeffrey uśmiechnął się do Przyjaciela – Sara również. Lord de Brams dyskretnie poprawił swoją garderobę, choć i tak było bezbłędnie.
- Witam panią Saro. Mam nadzieję, że…
- Witam sir. Jednak nim cokolwiek powiesz – proszę mnie łaskawie wysłuchać. Dasz mi sir tę możliwość?
- Proszę.
- Będąc u siebie w gabinecie, opracowałam kolejny z rękopisów. Nie ważne kogo dotyczył. Jednak analizując informacje z tego rękopisu nagle poczułam, co to jest hipokryzja. Jak wyglądają ludzie czyniący jedno, a myślący drugie. Proszę mi wierzyć. Sama tak się poczułam. Ze wstydem mogłam siebie zaliczyć do tych ludzi. I to dlatego tak zareagowałam na pańskie zachowanie. Mimo to, że pan Ashton’e próbował mnie przepraszać. Ja w swej próżności ponownie pokazałam, czym jest hipokryzja. Nie mam słów argumentu na to, by sama siebie tłumaczyć. To ja winnam pana prosić o wybaczenie. I to jest to, co chciałam panu powiedzieć.
Mężczyzna wysłuchał do końca słów Sary. Widać było, jak jego brwi lekko unosiły się do góry. Wyraz jego twarzy był całkiem poważny. Jeffrey milczał. Nie chciał się wtrącać w to, co działa się na życzenie jej samej. Wiedział, że tylko takie postanowienie oczyści atmosferę. Po prostu czekał. Lord de Brams lekko się uśmiechnął.
- Wypadałoby coś powiedzieć lady Saro. Zatem powiem tak. Prawdą jest, iż moja reakcja była rzeczywiście szczera. Nie spodziewałem się, iż po tylu latach ponownie usłyszę o rodzinie Radley’w. To prawda. Moja reakcja na pani pytania Saro – zaręczam – była nie zamierzona. Obaj z Jeffrey’m, wiele przeżyliśmy w tamtych latach. Zapewniam, iż przeszłość to koszmar. Natomiast co do pani przeprosin. Nie ma pani za co przepraszać. Miała pani prawo zirytować się z powodu mej reakcji. Niemniej doceniam pani gest. Mniemam, że to było dla pani nie łatwe. Reasumując, uważam sprawę za niebyłą. Co pani na to lady Saro?
- Jestem panu bardzo wdzięczna za wyrozumiałość.
- Acha! I jeszcze jedno. Moja propozycja darowania sobie tytułów, jest nadal aktualna. Proszę o tym pamiętać.
- Pamiętam sir Ashton’e i mam nadzieję, iż pozwolisz mi sir na skorzystanie z pańskiej propozycji.
- Nie widzę najmniejszego problemu. Obecnie swoim zachowaniem udowodniła pani Saro, że mogę się na to zgodzić. Będzie mi miło.
Mężczyzna uśmiechając się ciepło, wyciągnął ku niej dłoń na zgodę. No i sprawa była załatwiona. Sara Forest sama nie spodziewała się, iż tak łatwo jej pójdzie. Ciążyło jej to nieporozumienie. I nawet sama się zdziwiła z jakiego powodu zachowała się jak arystokratka. Wiedziała, że to nie było mądre – a jednak. W salonie było przytulnie. Co prawda w kominku nie rozpalało się tak wcześnie. Pomimo to z powodu chłodnego dnia Jeffrey polecił w nim rozpalić. Pokojówki właśnie kończyły podawać kawę z ciasteczkami, gdy cała trójka rozsiadła się w fotelach. Drzwi zamknęły się za nimi, i całe towarzystwo zostało same.
- Możesz coś powiedzieć na temat ostatniego z rękopisów? Jaki to etap?
Lord de Blackstone był bardzo ciekaw, co tak poruszyło ją w tym rękopisie.
- Rękopis opiewa relację lorda Anthony’o de Candberry z okresu odwiedzin – a raczej organizowania gościny rodzin Radley’w w posiadłości de Candberry’h, czyli Roseland Hill.
- To piękna posiadłość – jak słyszałem. I to bardzo stara. Mówiąc szczerze, ich dom liczy sobie wiele set lat.
Lord de Brams słysząc nazwę posiadłości od razu zaznaczył, gdyż jego ojciec a ojciec lorda de Candberry byli kolegami. Nigdy sam nie miał okazji być w tej posiadłości. Jednak jego ojciec wiele razy był tam zapraszany. On sam słyszał wiele opowieści od ojca, na temat posiadłości Roseland Hill. Stąd jego uwagi w tym temacie.
- No tak. Ja również nigdy nie byłem w tej posiadłości. Jednak miałem okazję oglądać wiele rycin, i starych fotografii z wcześniejszego okresu. I mówiąc szczerze ta posiadłość tak okazała dzisiaj, nie wyglądała tak niegdyś.
- Jak to? Wyglądała inaczej? Z jakiego powodu?
Sara żywo zainteresowała się podanymi informacjami. Już cenną informacją był fakt, iż posiadłość liczy sobie wiele set lat. Czyli była wielopokoleniowa. Jednak interesował ją jej wygląd.
- Majątek, czy też posiadłość Roseland Hill – to obraz niemal z ostatniego okresu. Jednak wcześniej to nie przypominało posiadłości. To był niemal warowny zamek. Otoczony był wielkim murem warownym, posiadającym wewnątrz przejścia do góry, jak i na dół. U góry posiadał miejsca obronne, natomiast od dołu – pod ziemią, była cała sieć korytarzy. Prawdopodobnie łączyły one część murów z domem jak i kaplicą. Niestety dokładniejsze plany są w posiadaniu rodziny de Candberry.
- To faktycznie rewelacyjna informacja. To znaczyłoby, iż ten majątek był we władaniu tej samej rodziny de Candberry?
- A tego nie wiem. Ostatnie parę set lat – na pewno. Co było wcześniej? kto był właścicielem – nie wiem.
Sara Forest z lordem de Brams’m bardzo uważnie słuchali opowieści Jeffrey’a. To było bardzo interesujące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz