Tom II – część 4

Post w dziale:

Miała nieodpartą chęć na przekorę, i pokonywanie jego zakazów. Co i rusz miała pod dłońmi jego klatkę piersiową, to znowu pośladki, umięśniony brzuch. Jednak co i rusz przytulając się do jego pleców, dłońmi witała jego męskość. Za kolejnym razem odwrócił się nagle ogarniając ją ramionami. Wlał na jej włosy szampon, delikatnie masując jej głowę. Za każdym razem, gdy przymykała oczy składał jej namiętny pocałunek. I znowu lgnęła doń całym ciałem, unosząc nogę, oplatając wokół jego uda. Przyjemne ciepło wody ogrzewało ich ciała. Znowu żar wypełniał ich do granic wytrzymałości. Uchwycił ją tak, że mogła opleść nogi na jego biodrach. Smakował sedno raju, iż niemal mdlała w jego ramionach.

Jego dłonie podtrzymywały jej pośladki, unosząc w życiowym rytmie wciąż i wciąż przyśpieszając. Ich usta rozchylały się w fali namiętności. Języki witały się w tylko im znany sposób. Nie ważne było nic co mogło im tego zabronić. Nie ważne było ich położenie, sytuacja – nic. Ich miłość eksplodowała z taką siłą, że obie namiętności połączyły się w jeden huragan. Gdy tylko wulkan jego męskości ustał, delikatnie rozprowadził po jej ciele pianę balsamu. Nie broniła się czyniąc to samo z jego ciałem. Kochał ją i wiedział to doskonale. Jedynie dręczyła go ciągła myśl, czy jego miłość skierowana jest do Mary czy do Sary. Po kąpieli oboje rozluźnieni w szlafrokach, zajęli się rozczesywaniem włosów. Sara jednak nie miała w sypialni Jeffrey’a własnej garderoby. Zatem nie bacząc na niego ruszyła ku drzwiom pokoju. On mimo, że był zajęty sobą od razu się odwrócił.

- Widzimy się u mnie w gabinecie Saro. Mam tobie coś do przekazania.

- To znaczy?

- Mówię o rękopisach – pamiętasz? Mamy nad tym pracować.

- Tak już zapomniałam.

Z głośnym uśmiechem na ustach wypadła z jego pokoju. Była tak zadowolona, że nawet nie korzystała z windy. Od razu zaszyła się w swoim apartamencie na trzecim piętrze. Lord de Blackstone dokładnie wyczesał włosy spinając je czarną aksamitną taśmą. Ubrał wspaniałe luźne spodnie z eleganckiego czarnego materiału. Do tego ubrał jedwabną błękitną koszulę – klasyk – ze złotymi spinkami w mankietach, krawatem w odcieniu granatu spiętym złotym sygnetem. Całość zwieńczała wspaniała kamizela w kolorze srebra. Zarost dokładnie podgolony, uwydatnił czarne wąsy. Wszedł do gabinetu pełen życia. Miał siłę do działania. Wezwał George’a.

- Co z obiadem George?

- Jest właśnie dwunasta trzydzieści. Obiad będzie gotowy na godzinę trzynastą sir.

- Bardzo się cieszę. Niebawem wszyscy powrócą do domu. Mam nadzieję, że w komplecie zasiądziemy do stołu. Obecnie ja oraz lady Sara, pracować będziemy tu w gabinecie. Daj mi znać proszę gdy państwo wrócą do domu.

- Tak jest sir.

- A teraz zorganizuj nam kawę. Mamy tu trochę pracy.

- Tak jest sir.

Majordomus wyszedł z gabinetu swego pana. Ten od razu wyciągnął z sejfu jeden ze skryptów. Wiedział, że teraz może przekazać Sarze skrypt najważniejszy. Zasiadł przy biurku, i przeglądał jeden z nich. Właśnie ten, który zawierał wszelkie informacje osobowe. Zawarł w nim informacje o ludziach – mu znanych. Nie wiedział ile z tego przyda się jej w opracowywaniu jego rękopisów. Czy będzie w ogóle przydatny. Jednak czuł, że musi to jej udostępnić. Usłyszał lekki stukot drzwi po którym uniósł głowę z nad skryptu, który właśnie przeglądał. Oniemiał.

W drzwiach stała Sara, ubrana we wspaniałą wrzosową długą suknię. Włosy miała gładko wyczesane z jednej strony, i przypięty w tym miejscu wspaniały kwiat o barwie żywego wrzosu. Z drugiej strony długie włosy falami – niczym wodospad – spadały na jej ramię i piersi. Suknia z lejącego materiału, podkreślała jej talię, jak i całą figurę. Fantazyjnie ułożony wzór na piersi tworzył eleganckie girlandy. Materiał z lekka migotał, jakby suknia była zmoczona w gwiezdny pył. Była tak nieziemska, iż Jeffrey omal nie zapomniał co chciał jej powiedzieć.

- Saro! Mięliśmy pracować – pamiętasz?

- No tak. Czy coś stoi na przeszkodzie?

- Widząc ciebie tak ubraną, nie sposób się skupić. Ty lśnisz kochanie.

- Dzięki Jeff. To dla ciebie. Ty równie wyglądasz bombowo.

- Dziękuję. Ale, ale. Bieżmy się do pracy. Zaraz będzie tu reszta rodziny, i mamy obiad. A ja chciałbym przekazać ostatni ze skryptów.

- Tak? Co zawiera? Nawiasem myślałam, że otrzymałam wszystkie skrypty.

- Nie Saro. Ten jest inny. Zawiera całkowicie inne informacje. Wszystkie skrypty, które dotąd otrzymałaś ode mnie, są moimi rękopisami. Opisami tego co sam przeżyłem, czego doświadczyłem, co zaistniało w moim życiu. Znasz to. Nim powiem tobie co znajduje się w tym ostatnim skrypcie – chciałbym wiedzieć, jak ty widzisz swoją pracę. Co to ma być?

- Mówisz o projekcie nad którym pracujemy?

- Tak. Chciałbym wiedzieć. Pamiętasz – prosiłem ciebie byś się nad tym zastanowiła.

- Myślę, że to nie będzie kronika Jeffrey’u. Mam zamiar napisać powieść na podstawie relacji wszystkich zainteresowanych – i twoich rękopisów.

- To znaczy?

- Zapewne znasz wielu ludzi, którzy mogliby wiele opowiedzieć na temat wątków z tego życia. Nie mówię, że tu chodzi o obiektywizm – bo nie o to chodzi. Chodzi mi o rozbudowanie twoich opowiadań – o relacje innych na ich temat. Tyle że muszę mieć namiary na tych, którzy brali w twoim życiu jakąś rolę. Jest to możliwe?

Jeffrey siedział wsłuchany w tłumaczenie Sary. Niemal zastygł w bezruchu. Nie bardzo wiedział, co miała na myśli – ufał jej. Wiedział, że stworzenie typowej kroniki na jego temat – temat jego życia - byłby zbyt nudny i patetyczny. Nigdy nie spodziewał się powieści. Tylko te rozmowy z innymi. Obawiał się tego. Ufał tylko jednej osobie bezgranicznie. Jej jednak już przy nim nie ma. Tylko jedna osoba była godna jego zaufania. Ufał jeszcze innej osobie – jej bratu. Jednak po śmierci Mary, jej brat Tom Radley z czasem zniknął z jego życia. Nie aby się z nim poróżnił, lecz nie miał sposobności by się z nim skontaktować. Ocknął się, gdy stała przy nim bardzo blisko. Trzymała dłoń na jego ramieniu. Czuł jak fala gorąca rozchodzi się od ramienia po całym jego ciele.

- To niesamowite co mówisz. Twój zarys projektu, jak i zmiana z kroniki na powieść jest bardzo absorbującym pomysłem. Pytasz o możliwości. Tak. Jest możliwość, ale to nie będzie proste Saro. Więcej – to będzie bardzo trudne. By sprostać twej wizji, będziesz musiała zdobyć zaufanie tych osób. Co prawda dam tobie rekomendację, jak i prawo do reprezentowania mnie przed nimi Saro – lecz to nie są zwykli ludzie. Wielu z nich to osoby wpływowe. Do tego te osoby posiadają tytuły arystokratyczne. Będziesz musiała o tym pamiętać. Trudność polega na tym również, że wielu z nich nie mieszka tutaj. Posiadam ich adresy, lecz w tych kręgach tak się tego nie załatwia. Wpierw trzeba będzie się umówić telefonicznie. I to ty będziesz musiała to uczynić. Nim otrzymasz zaproszenie, będziesz musiała przekonać te osoby do swego projektu. Rozumiesz?

- Właśnie na to liczę Jeffrey’u. Myślę, że tylko w taki sposób będę mogła spojrzeć na twoje życie w pełnym świetle. Ale to ty decydujesz. To twoje materiały, twoje życie.

- Masz moje poparcie. Ile tylko będę mógł tobie pomóc – pomogę. Ale nie będę z nikim – jak ty to określiłaś „zainteresowanym” – rozmawiał. Niestety jest to dla mnie zbyt bolesny temat. No i zwykle nie chcę z nimi rozmawiać. Ten skrypt, to twoje możliwości Saro. Tu masz imiona i nazwiska wszystkich osób, jak również miejsca ich zamieszkania. Od tej chwili będę tobie służył każdą radą, ale nie będę z nimi rozmawiał – poza jedną osobą. Chodzi mi o lorda Thomas’a Radley’a. Tylko on ma moje zaufanie, choć nasze kontakty niemal wygasły.

Wzięła od niego skrypt. Faktycznie znajdowało się w nim wiele nazwisk, jak i określenia powiązań z lordem de Blackstone. Bardzo uważnie zaczęła przeglądać każdą ze stron. Skrypt podzielony był na działy. Każdy dział zawierał imię, nazwisko, tytuł. Następnie był krótki opis osobowości, oraz oznaczenie powiązań danej osoby z Jeffrey’em. To cenne wskazówki, które zapewne w znacznym stopniu, mogą ułatwić jej rozpoczęcie kontaktu z każdym z nich. Ukradkiem spojrzała na siedzącego za biurkiem Jeffrey’a. Chciała to zrobić niezauważona, ale on uchwycił jej spojrzenie.

- Widzę, że coś chodzi ci po głowie. Powiesz mi o co chodzi?

- Zastanawiam się, czy z całej tej plejady osób, ktoś będzie chciał rozmawiać ze mną na tematy bądź co bądź prywatne.

- Nie sądzę, by były ku temu jakieś opory. Nie miałem z nikim z nich żadnych zatargów – nie w tym rzecz. Rzecz w tym, czy któreś z tych osób w ogóle będzie chciał na ten temat rozmawiać. Musisz jedno zrozumieć. Nikt nic nie musi. Tym bardziej, że tu chodzi o prywatną prośbę.

- Ok! zatem będę musiała użyć własnego uroku osobistego by zechcieli. Ale mój plan musi przynieść zamierzony efekt. Mam tylko prośbę Jeffrey’u.

- Tak?

- Obiecaj mi, że udzielisz mi rady gdy o to poproszę.

- Ok!

- Jednak będę potrzebowała od ciebie pełnomocnictwa. Inaczej nie udzielą mi żadnej informacji.

- Przewidziałem to moja droga. Proszę! Tu masz moje pełnomocnictwo, co do przeprowadzania rozmów w moim imieniu na cele powstania książki.

Sara wzięła od niego to pismo. Było poświadczone pieczęcią jego biura prawnego. Uśmiechał się do niej życzliwie wiedząc, że ona ma już konkretny plan. Widział to w jej oczach, jaj spojrzeniu. Coraz bardziej była pewna, zdecydowana. Już miał się nachylić nad nią by ją pocałować – ot tak – w czoło. Jednak rozległo się pukanie.

- Tak?

Drzwi się otworzyły, po czym do gabinetu wszedł George. Lord de Blackstone od razu się wyprostował, podczas gdy Sara zagłębiła się w skrypcie.

- Sir! Tak jak sobie pan życzył, przyszedłem powiadomić, iż państwo Forest powrócili do domu.

- Dziękuję George! Co z obiadem?

- Obiad będzie na godzinę trzynastą, tak jak pan polecił. Chyba, że życzysz sobie sir zarządzić zmianę.

- Nie, nie. Trzynasta jest godziną odpowiednią. Zatem mamy teraz godzinę dwunastą czterdzieści pięć. Czas szykować się do obiadu. Dziękuję George! Poinformuj państwa, iż obiad będzie na trzynastą w jadalni.

- Tak jest sir.

Majordomus wyszedł z gabinetu zamykając drzwi za sobą. Sara od razu wstała z fotela zamykając skrypt. Widać, że była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Miała już wszystkie potrzebne narzędzia i informacje do tego, by zacząć intensywnie pracować nad swoim projektem. Dokładnie wiedziała, co ma czynić. Jaki ma mieć zarys jej praca. Wiedziała, że uzyskanie potrzebnych jej informacji nie stanowi dla niej żadnego problemu. Podeszła doń spokojnie. Uśmiechał się. Ujęła jego policzek dłonią, i złożyła mu wspaniały pocałunek, od którego zrobiło mu się gorąco. Gdy tylko odwróciła się od niego by ruszyć ku drzwiom, ponownie rozległo się pukanie.

- Ale mamy dzisiaj ruch Saro.

Uśmiechnął się głośno na to stwierdzenie, na co i ona potwierdziła to własnym uśmiechem.

- Proszę!

Drzwi się otworzyły, i pojawił się w nich Steven. Od chwili rozpoczęcia działalności w swojej firmie, stale był w niebiańskim nastroju. Prowadzenie firmy dało mu szczęście, i do tego prowadzenia własnej firmy. Wyraźne oznaki satysfakcji i zadowolenia, wypisane miał na twarzy. Zmienił się też jego wygląd. Obecnie ubierał się garnitury, odpowiednie do zajmowanego stanowiska – mimo, że nie bardzo ten styl lubił. Preferował sportowy tryb życia – zatem – jak tylko mógł od razu zmieniał się w domowego sportowca.

- Witajcie moi drodzy. Tu jesteście. Dopiero co wróciliśmy z Vivienne z firmy. Jak widzę wy również mieliście zajęcie.

- W samej rzeczy Steve.

- Jak sądzę omawialiście sprawę kronik Jeffrey’u?

- Oczywiście. Właśnie dobiliśmy do końca. Teraz pozostawiam wszystko Sarze. Ma wszelkie upoważnienia ku temu, by zacząć działać.

- No to wspaniale. Ale, ale. Jeffrey’u! przyszedłem się tylko przywitać. Muszę się szybko odświeżyć, i przebrać. Jestem taki głodny.

- No ja myślę. Po całym dniu w firmie. A propos – co z firmą? Czy tam wszystko w porządku?

- Naturalnie ale o tym po obiedzie Jeff. Powiedziałem Vivienne, że wpadnę tylko na chwilę do ciebie. Tym czasem – widzimy się w jadalni.

- Ok! dziękuję Steve.

I tak jak się pojawił, tak szybko wyszedł z gabinetu. Sara również ruszyła do wyjścia. Wychodząc odwróciła się tylko na moment posyłając mu całusa. Uśmiechnął się. Sara ruszyła na swoje piętro. Przebrała się w lżejszą sukienkę, tym razem w kolorach wiśni. Włosy spięła elegancko we francuski splot. W sejfie Sary znalazł się skrypt z pełnomocnictwem. Po zamknięciu sejfu Sara wyszła ze swojego gabinetu. Już do samej kolacji postanowiła popracować nad planem działania. Jeffrey nie chcąc jej przeszkadzać zajął się własnymi sprawami. Sara ruszyła do ogrodu. Była wspaniała pogoda – pełnia lata. Zatem z wielkim notatnikiem rozsiadła się w ogrodzie.

Podług własnych wniosków, układała kolejność spotkań z konkretnymi osobami. Bardzo by jej pasowało, gdyby mogła rozmawiać z lady Mary Radley. Ona jednak już od lat nie żyła. Długo myślała nad kolejnością planowanej pracy. Powpisywała kolejno imiona i nazwiska. Po kolacji zajęła się pracą we własnym gabinecie. Do dyspozycji miała komputer i telefon. Na biurku pojawił się terminarz z datami konkretnych spotkań. Od chwili przekazania jej wszelkich materiałów, lord de Blackstone widywał ją tylko przy posiłkach. Nie było to proste dla obojga, lecz sprawa książki zajmowała Sarze mnóstwo czasu i uwagi.

On jednak obawiał się, iż jej rodzice wreszcie dostrzegą coś, co wywoła burzę. Ogromnie brak mu było spotkań z Sarą. Niemniej uznał ich brak za sposób wyciszenia uczuć, które do niej żywił. Rankiem zaraz po śniadaniu Sara ruszyła na swoje piętro. Tym razem chciała skorzystać z windy. Gdy tylko weszła, i drzwi zamykały się pojawiła się dłoń Jeffrey’a - rozsunęły się ponownie. Wszedł z wielkim pośpiechem. Winda bezwiednie się zamknęła. Milczeli. Po chwili byli już na jej piętrze. Sytuacja obojgu wydawała się bardzo dziecinna. Oboje wręcz ukrywali się przed rodziną jak dzieci czujące, że coś spsociły. Wyszli z windy nic nie mówiąc. Jednak napięcie rosło.

- Jak widzę dzisiaj ruszasz w teren.

- Tak to widać?

- Wciąż byłaś w jadalni. Przy stole byłaś zamyślona. Z jadalni wyszłaś w wielkim pośpiechu.

- I ty sądzisz, że rozmyślałam o dzisiejszym działaniu? Być może. Lecz bardziej między innymi.

- A o czym jeszcze?

Nie zastanawiając się wiele podeszła doń, i zarzuciwszy dłonie na jego szyję, usiłowała pocałować go w policzek. On jednak pochwycił ją w ramiona, i to on wyszacował jej namiętny pocałunek. Nie wytrzymał. Brakowało mu tego jak powietrza. Odwzajemniła pocałunek, jak tylko mogła najlepiej. Niemniej się śpieszyła. Jeffrey nawet nie wiedział, że od tego dnia jej plan będzie miał bardzo ścisły program. Rodzice Sary byli w firmie. Bracia w szkołach. On jednak nie chciał rezygnować ze wspólnej chwili z Sarą. Wciąż stał przy niej, niemal ogłupiały jej widokiem.

- Jeff! Ja naprawdę nie mam czasu. Pamiętasz – spotkanie. Mam spotkanie.

- O której?

- Mam niecałe dwie godziny na to, by dostać się do Habshire - do posiadłości Cambridge Hill. Jestem umówiona na jedenastą w jego domu.

- Zaraz, zaraz. To…

- Tak Jeffrey’u. To dom rodziny Radley’w. Mam spotkanie z lordem Thomas’em Radley’m.

- Czemu właśnie on?

- Bo lady Mary nie żyje kochany. Z tego co wiem jej najmłodszy brat nic nam nie powie. On w żaden sposób nie łączy się z twoją historią. W przeciwieństwie do Thomas’a – prawda?

- Masz rację.

- No to teraz mój drogi daj mi spokój. Muszę już się szykować.

Pozostawiła go samego na korytarzu tuż przy schodach. Patrzył na nią tak wygłodzonym stęsknionym wzrokiem. Widział jak znika w swojej sypialni. Słyszał jej ciche podśpiewywanie. Nuciła swoją ulubioną melodię. Miał już zejść na dół. Nawet wykonał krok w kierunku schodów. Patrzył na puste schody, wsłuchując się w ciszę – stawała się taka nieznośna. Odwrócił się nagle, i ruszył w kierunku jej pokoju. Miała własną łazienkę graniczącą z sypialnią. Bezszelestnie wszedł do środka chcąc chociaż skraść jej całusa - choć ją przytulić. Nie było jej w pokoju. Rzeczy, które przed chwilą miała na sobie leżały teraz na pufie przy szafie.

Elegancki kostium wisiał przygotowany na wieszaku. Pokój był pusty. Od razu zauważył, że drzwi do łazienki były uchylone. Dał się słyszeć szum wody w kabinie. Nie czekał nawet ani chwili. Szybko zrzucił z siebie ubranie, i całkowicie nagi ruszył do łazienki. Parę sekund, i był już w kabinie razem z Sarą. Ona właśnie masowała ciało wielką gąbką, nasączoną balsamem do kąpieli. Mnóstwo piany spływało po jej skórze, co przyprawiało go o szaleństwo. W kabinie pachniało różanym zapachem. Gdy tylko wszedł do kabiny, ona z zaskoczenia lekko drgnęła. Nie dał jej jednak szans by mogła zaprotestować. Od razu przejął inicjatywę tuląc się do niej całym ciałem.

Ona niemal od razu zareagowała na jego gęsto zarośnięty tors, na masywnie umięśnione męskie ciało. Niemal ogłupiały na widok jej wspaniałych kształtów, połysk młodych wydatnych piersi – pobudzony był do coraz to większej namiętności. Tulił ją do siebie z wielką czułością. Dwa mokre ciała pokryte pachnącą pianą, stały się jednym idealnym ciałem. Piana spływała po obu ciałach, niby lawina śniegu schodząca ze stoków. Sara sunęła dłońmi po jego torsie, co i rusz witając jego męskość. Jak wygłodniały całował jej usta, szyję, piersi. Co i rusz dłonią masował jej ciało tam, gdzie nikt prócz niego nie dotykał.

Od razu lgnęła do jego dłoni wykonując przyzwalający ruch ciałem. Łączyli się raz za razem. Chciała tego. Pragnęła dać mu szczęście. Dać mu to czego nie miał w całym swoim życiu. Nie zważali na to co czynili, i w jaki sposób. W strumieniach wody słychać było jej westchnienia rozkoszy ich obojga. Po czym ponownie obsypywał ją namiętnymi pocałunkami. Nie broniła się, gdyż mimo wszystko potrzebowała tego. Po kąpieli oboje w ręcznikach wyszli z łazienki. Jego ubrania – jednak - nie były w tym miejscu, gdzie je pozostawił. Przyjrzał się im jakby rozważając, gdzie poprzednio były.

- Stało się coś?

- Czy Moly miała tu być w pokoju?

- Tak. Miała mi przygotować ubranie do wyjścia, a co?

- To wychodzi na to, że już wie, iż ja tu jestem z tobą. Moje ubranie pozostawiłem na łóżku, a teraz mam jej na wieszaku obok twego.

Sara spojrzała na łóżko potem od razu na szafę. I faktycznie. Jego ubranie wisiało na wieszaku obok jej kostiumu. Moly jak widać wywiązała się z zadania. Uśmiechnęła się na tę myśl, jakby nie widziała w tym żadnego problemu.

- Ubierz się proszę, i zostaw mnie tu samą. Ja muszę się przygotować na spotkanie. Porozmawiam z Moly. Tu rozsądna dziewczyna. Nikomu nic nie powie.

- Jesteś tego pewna?

- Jeffrey’u! Tak czy tak – prędzej czy później, i tak będziemy musieli oznajmić o wszystkim rodzinie. Nie sądzisz?

- Tak lekko o tym mówisz.

- Bo nie widzę żadnego problemu w tym, że jesteśmy razem.

- Ale twoi rodzice…

- Jeffrey’u!

- No już dobrze. Już mnie nie ma.

Ubrał tylko spodnie i wyglądając przez drzwi sprawdził, czy na korytarzu nikogo nie ma. Niemal od razu odczuł bezsens togo co czyni. Wydało mu się to iście sztubackie zachowanie. Właśnie uświadomił sobie, iż mimo swoich lat, nie posądzałby siebie o takie reakcje – i to we własnym domu. Od razu na tę myśl się uśmiechnął. Skierował swoje kroki do windy. Po chwili już był we własnym apartamencie. Sara starała się spiąć w czasie. Miała do dyspozycji samochód. Już jakiś czas temu wyrobiła sobie prawo jazdy, i Jeffrey kupił dla niej nowy wóz. Uważała, iż nie dla niej jazda limuzyną z David’m. Moly – pokojówka – naturalnie od razu się pojawiła. Niemal zaraz po tym jak lord de Blackstone zniknął w windzie. Siedząc w szlafroku po kąpieli Sara starała się wysuszyć włosy. Gdy tylko zobaczyła pokojówkę, od razu przywołała ją do siebie.

- Moly! Powiedz mi, czy byłaś tu w pokoju jak ja brałam prysznic?

- Tak. Zrobiłem porządek z garderobą pani i pana. Czy coś nie tak?

- Nie o to chodzi Moly. Mam nadzieję, że jesteś osobą dyskretną. Nie będę owijała w bawełnę – powiem wprost. Chciałabym abyś nie przekazywała nikomu, iż był u mnie lord de Blackstone – twój pan. Rozumiesz?

- Tak. Rozumiem. Ja nie zajmuję się plotkami lady Forest. Nigdy tego nie czyniłam. Ja…

- Dobrze już dobrze Moly. Uspokój się. Cieszę się że rozumiesz. Widzę, że przygotowałaś mi kostium do wyjścia.

- Tak jak pani sobie tego życzyła.

- Świetnie. Jak na razie to wszystko – jesteś wolna. I jeszcze jedno, chciałabym byś po moim wyjściu ogarnęła tu wszystko.

- Jak pani każe lady Forest.

- Nie każę – ja proszę.

Sara uśmiechnęła się na tę odpowiedź pokojówki. Była tak młoda, a można by wyraźnie rozpoznać silny wpływ wychowania dawnej epoki. Pokojówka zaraz posłusznie wyszła po tym, jak pomogła ubrać się swej młodej pani. Była zadowolona, że przydzielono ją właśnie do lady Sary. Obie były bardzo młode, i rozumiały się bardzo dobrze. Moly wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Sara spoglądała na siebie w dużym lustrze stojącym w koncie przy ścianie. Oglądała się niemal z każdej strony by sprawdzić, czy wygląda perfekcyjnie. Zawsze starała się być idealnie ubrana, choć ostatnio zmieniła swój styl. Nie umiała do końca tego wyjaśnić nawet przed samą sobą.

Faktem było, iż ubierała się w dość wyszukany dystyngowany sposób. Jej kostium był elegancją samą w sobie. Nie chciała dokładać do niego zbyt wiele ozdób. Kostium był w czystej bieli. Jedynym kontrastem weń były czarne klapy. W jedną z nich wpięła białą lilię, inkrustowaną maleńkimi brylancikami. Włosy miała ułożone w elegancki kok. Uszy zdobiły asymetryczne klipsy o zróżnicowanej wielkości. Do tego białe pantofle na obcasie ze zdobieniami w czerni. Coś jej jednak nie pasowało. Do końca nie wiedziała czy to chodzi o jej samopoczucie, czy po prostu jest podenerwowana sytuacją. Postanowiła polecić David’i by pełnił obowiązki kierowcy. Do Habshire dojechali dość szybko. Była zadowolona z powodu, iż sama nie prowadzi samochodu.

Nie czuła się zbyt komfortowo w sytuacji, gdy nagle zaczęła sobie uświadamiać, iż tak naprawdę skończyły się wszelkie przygotowania do jej projektu. Wtedy mogła sobie pozwolić na swoisty luz, dywagację – w pewnym sensie – zastanowienie się nad tym co dalej. Jak ma postąpić. Którą drogę wybrać. Obecnie jednak miała przed sobą kwestię realizacji tu i teraz. Zaczynała odczuwać trudność a zarazem delikatność tematu. Co wymagało od niej swoistej dyplomacji. Jadąc David taktownie milczał aż do momentu, gdy samochód zajechał przed dom Cambridge Hill. Już od dawna dom państwa Radley’w, zmienił się w dość cichą posiadłość.

Oprócz służby w domu mieszkali obaj bracia – czyli Adam i Thomas Radley. Niemniej Adam Radley by tworzyć własny biznes wyjechał do Stanów, i tylko okolicznościowo bywał w posiadłości rodzinnej. Przeto tylko Tom Radley z żoną Soffi’ą zamieszkiwali tę posiadłość. Tom i Soffi’a mieli dwoje bliźniąt. Stąd całe piętro urządzono tylko dla nich. Sara poleciła David’i odstawić samochód pod zajazd dla prywatnych aut. Sama ruszyła w kierunku schodów wejściowych. Gdy tylko weszła na taras, od razu przywitał ją Piotr. Piotr był nowym majordomusem po tym, jak Matheus nie był w stanie nadal pełnić tych obowiązków. Lord Thomas Radley postanowił zrefundować mu emeryturę do śmierci. Matheus mieszkał w posiadłości w części dla służby aż do śmierci.

- Witam lady Forest.

- Dzień dobry. Czy pan w domu? Jestem z nim umówiona.

- Tak. Naturalnie. Państwo już oczekują. Proszę za mną. Zapraszam.

Piotr był mężczyzną dość młodym, jak na to stanowisko. Liczył sobie nie więcej jak trzydzieści parę lat. Jednak jego kwalifikacje, jak i doświadczenie stawiały go na bardzo wysokim miejscu. Znał się na zarządzaniu dość dużymi posiadłościami, jak i miał bardzo dobry kontakt z całą służbą. Był lubiany, lojalny, i bardzo odpowiedzialny. Lord Radley potrzebował kogoś, do kogo będzie mógł mieć zupełne zaufanie. Oprócz lorda Thomas’a, wraz z nim była jego żona Soffi’a. Tom nazywał ją w skrócie Soffi, gdyż była bardzo delikatną osobą. Od razu po ślubie niezwykle polubiła zwyczaje panujące w domu Radley’w.

Już w hallu Sarę zaskoczyły kręte schody biegnące wzdłuż owalnego hallu. To było niezwykłe – niespotykane. W tym właśnie momencie na schodach pojawili się oboje właściciele domu. Sir Thomas był wysokim mężczyzną, dość dobrze zbudowanym. Perfekcyjnie ubrany w garnitur. Sarze jednak na pierwszy rzut Oka wydał się nieciekawym człowiekiem. Na jego twarzy nie widziała śladu uśmiechu. Za to wyraźnie można by rozpoznać zaciekawienie, ale i coś w rodzaju zimnego analizowania. Jego żona, z kolei to przykład ciągłego uśmiechu. Ta kobieta znajdowała we wszystkim powód do radości, zadowolenia. Soffi’a prowadziła dom, jak i zajęła się wychowaniem dzieci.

Nie pracowała zawodowo. Od chwili ciężkiego porodu bliźniąt, musi uważać na zdrowie. Szybko jednak doszła do siebie w domu Radley’w. Oboje ogromnie się kochali. Lord Thomas Radley niezmiernie dbał o żonę, jak tylko mógł. Był bankowcem, i prowadził własną firmę zajmującą się obrotem nieruchomościami. Przeto stać go było na najlepszych specjalistów dla żony. To sprawiło, iż w dość krótkim czasie powróciła do zdrowia. Niemniej oboje już nie zdecydowali się na następne dzieci, choć bardzo tego chcieli. Lady Radley – żona lorda Thomas’a Radley’a, stworzyła niesamowitą atmosferę w domu. Prócz zwyczajów panujących od lat w domu rodziny Radley’w, wprowadziła muzykę oraz świętowanie wraz ze służbą. Co prawda w oddzielnych uroczystościach – jeśli chodzi o czas, lecz jednak wspólnie. Honorowała ich niemal jak członków rodziny.

- Serdecznie witam lady Forest.

- Dzień dobry sir Thomas’e.

- Chciałbym przedstawić pani moją żonę lady Soffi’ę Radley.

- Miło mi panią poznać.

Sarze od razu spodobała się pani domu. Była bardzo wyluzowana - choć taktowna. Wiedziała co to takt, kultura czy inteligencja. Również była tak optymistyczna i ciepła. Rozmawiając z nią nie sposób było jej nie słuchać, wręcz chciało się być bliżej niej.

- Mnie również lady Soffi’o.

- Zatem skoro już się zapoznaliśmy, zapraszam do salonu na herbatę. Mam nadzieję, że nie odmówi mi pani poczęstunku czegoś słodkiego również.

Lady Radley od razu wydała się Sarze osobą niezwykle przyjazną.

- Żałuję bardzo, że nie mogę zaprosić panią lady Saro na dłużej – obowiązki. Pani rozumie.

- Naturalnie sir Thomas’e.

- Zatem jak już pani raczyła mi wyjaśnić w rozmowie telefonicznej, mieszka pani w posiadłości lorda de Blackstone.

- Tak sir. To długa acz niesamowita historia. Może kiedyś będę mogła ściślej państwu ją opowiedzieć.

- Zapewne, zapewne. A co słychać u lorda de Blackstone? Już tak dawno nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Czy dopisuje mu zdrowie?

- O tak. Dziękuję! Ma się dobrze choć jest dość samotny sir Thomas’e.

- Samotny? A czemóż to moja droga? – jeśli mogę zapytać.

- No cóż. Proszę mi wybaczyć bezpośredni zwrot, lecz jest sam - sensie osobistym. Nie ma żony, dzieci. Dopiero jak my się zjawiliśmy - odżył.

- To bardzo dobre wieści. Mówię tu o odnalezieniu krewnych. mim braku kontaktu lady Saro wiem, że jest samotny. Bóg tylko wie dla czego. Jak mniemam zna pani lady Saro z życia lorda de Blackstone?

- Tak znam.

- Jak oni się kochali. Jak burzliwy był ich związek, i… jak w końcu Bóg ich połączył – to tragedia.

- Tragedia? Mówisz sir o śmierci lady Mary Radley – swojej siostry?

- Widzę, iż wiele pani wie o osobistych sprawach lorda de Blackstone – jak i mej siostrze.

- O tak. Jeffrey – hm – lord de Blackstone udzielił mi dowodu wielkiego zaufania. Przekazał mi swoje rękopisy. Muszę rzec, iż to dla mnie wielki zaszczyt sir Thomas’e.

- Nie wątpię lady Saro. Pewnie lord de Blackstone miał ku temu ważne powody. Wszak w istocie jest to wielki dowód zaufania, skoro dopuścił panią Saro do tak osobistych spraw. Poza tym jak widzę nie jest on pani obojętny.

- Ależ…

- Nie trzeba się krępować moja droga. To nic zdrożnego. Proszę pamiętać, że ja znam lorda de Blackstone – Jeffrey’a bardzo dobrze. Co prawda od lat już go nie widziałem, ale znam go. Jeśli udziela komuś dowodu takiego zaufania – a sama przyznasz lady Saro, iż przekazanie własnych prywatnych rękopisów jest ogromnym dowodem zaufania – to czyni to nie bez powodu. Powiem więcej. Należy mu się jak największe prawo do szczęścia.

- Dziękuję sir Thomas’e za te słowa. To miłe, i wiele dla mnie znaczy.

Pokojówki przyniosły tacę z kawą i ciastem. Od razu podano zastawę. Aromat kawy unosił się z filiżanek. Zapachniało przytulnością. Ciasto było wręcz wyborne. Sara niemal od razu rozpoznała, iż było to ciasto domowego wypieku. Dyskretnie spojrzała na Soffi’ę, która promieniała uśmiechem prezentując wspaniałą biel zębów.

- Lady Soffi’o jak mniemam to dzieło pani rąk.

- Ach tam zaraz dzieło. To po prostu domowe ciasto.

- Jak widzę jest pani bardzo skromną osobą. Nie sposób jednak pominąć, że ciasto pani jest wyborne – wspaniałe.

- Dziękuję. Jest pani bardzo miła.

Kobieta aż się zarumieniła słysząc taki komplement. Rzadko tu ktokolwiek bywa. Jej mąż Thomas jest dość długo poza domem. Ma tyle obowiązków. By nie zostawić jednak żony samej w domu, postanowił stworzyć własny gabinet na miejscu - by stąd prowadzić interesy, jeśli tylko w taki sposób można je prowadzić.

- Zatem. Proszę mi coś opowiedzieć o pani projekcie.

- Naturalnie. Lord Jeffrey poprosił mnie o stworzenie kroniki zawierającej historię jego całego życia. Wiele razem rozmawialiśmy na ten temat. Dopiero po wstępnym zapoznaniu się z rękopisami Jeffrey’a doszłam do wniosku, że to nie może być kronika. Postanowiłam, iż mój projekt będzie miał bardziej zarys powieści.

- Rozumiem, choć uważam, iż jest to nad wyraz niekonwencjonalne potraktowanie osobistych rękopisów, i ukształtowanie ich sedna w postać powieści. Niemniej z tego co słyszą od pani lady Saro – sądzę, iż lord de Blackstone uznał, że ma pani w tej dziedzinie talent. Zdaje sobie pani sprawę z faktu, że to nie łatwy temat? By nie powiedzieć piekielnie trudny.

- Tak. Zdaję sobie z tego sprawę sir Thomas’e, ale tu nie chodzi tylko o zdanie sir Jeffrey’a. Nie lubię się chwalić, ale w tym miejscu muszę nadmienić, że moje teksty zajęły czołowe miejsce w literackim konkursie „Nev York Timesa”. To chyba o czymś świadczy – prawda?

- Naturalnie. Jak widzę umie również pani bronić swego zdania – to cenna cecha w dzisiejszych czasach.

- O tak. W każdej sprawie staram się głosić własne opinie, a nie innych.

- To cenna zaleta, jednak niezbyt wygodna – jeśli rozumie pani co mam na myśli. Innymi słowy wybrała pani trudniejszą drogę.

- Ale dzięki temu wiem, ile jestem warta.

- To cenna uwaga. Ma pani moje poparcie. Skoro lord Jeffrey de Blackstone zaufał pani w takim stopniu, to ja nie mam powodu pani nie ufać. Tym bardziej, że razem mieszkacie. Czyli jak sądzę konsultujecie się ze sobą w tworzeniu tego projektu.

- Nie może być inaczej sir. Lord de Blackstone, to istna skarbnica wiedzy.

- Wiem. Znam go tyle lat, i nawet nie próbuję tłumaczyć tego co przeżył. Traktuję go jak własną rodzinę. Zatem…

- Proszę mi wybaczyć. Może moja uwaga wyda się tobie sir zbyt śmiała, ale skoro traktuje pan Jeffrey’a, jak rodzinę – czemu zatem, kontakt między wami niemal wygasł?

- To zbyt trudne pytanie tym bardziej, iż pierwszy raz się widzimy, niemniej odpowiem pani. Obaj przeżyliśmy wielkie tragedie – choć o innym zabarwieniu. Ja straciłem matkę, ojca, siostrę. Straciłem również człowieka, który zginął by ich bronić. Natomiast Jeffrey stracił miłość swego życia. Nawet nie porównuję tych dwu tragedii. Nie miało by to sensu. Tak jak powiedziałam. Nie rozgraniczam tych faktów. Jestem w ciąż z nim do dzisiaj. Choć jak pani raczyła zauważyć lady Saro, kontakt między nami niemal wygasł.

- Tak rozumiem. Uczynię jednak wszystko sir Thomas’e, by to odbudować.

- Jestem za tym całym sercem. Proszę mu to przekazać.

- Bardzo chętnie.

Soffi’a siedziała bardzo spokojnie. Była wyprostowana i bardzo uważna. Choć już się nie uśmiechała – chcąc być taktowną. Jej oczy były wciąż pogodne. Ogromnie tym jej zaimponowała. Wiedziała że będą przyjaciółmi, i że kocha takich ludzi.

- Lady Saro! dużo by opowiadać na tematy przeszłości. Mówiąc szczerze, to jest dla mnie zbyt bolesny temat. Nie chciałbym ani do tego wracać, ani zmuszać mej żony do przeżywania na nowo tej tragedii. Mam propozycję.

- Tak? Słucham uważnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz