Tom II – część 5
Lord Thomas Radley w tym momencie głęboko się zastanowił. Sara widziała na jego twarzy ten szczególny wyraz rozwagi i skupienia. Niemal instynktownie wyczuwała chwilę, gdy waży się bardzo trudna decyzja. Rozumiała że tematy z przeszłości nie są li tylko tematami trudnymi jedynie dla Jeffrey’a, ale i dla lorda Radley’a. Z tegoż to powodu się nie odzywała. Lord Thomas przez chwilę spoglądał na swoją żonę Soffi, potem wrócił spojrzeniem do Sary. Wyraźnie poczuła jego skupienie. Ten wpatrując się w oczy Sary, powoli zaczął…
- Lady Saro. Z zasady nie poruszam tego typu tematów w rozmowie z – proszę mi wybaczyć za określenie – obcych. Sama pani rozumie – dopiero się poznaliśmy. Jedynie fakt, iż lord de Blackstone obdarzył panią swym zaufaniem sprawił, iż jestem gotów przekazać pani informacje tyczące się ściśle mej rodziny. Lecz oczekuję w tym miejscu zachowania z pani strony pełnej dyskrecji. Inaczej uznam, że tej rozmowy nie było.
- Sir Thomas’e ma pan moje pełne słowo honoru.
- Dziękuję. Zatem - po śmierci mojej siostry w swoim biurku znalazłem testament spisany jej ręką. Proszę mi wierzyć. W ogóle nie wiedziałem, że go spisała. Jednak to co w nim zawarła było jasnym dowodem na to, iż ogromnie kochała Jeffrey’a. Udowadnia również, że po latach dopiero dotarło do niej, że wina nie leży po jego stronie. Nie będę przytaczał całości jej tekstu, ale przytoczę pani jedną najważniejszą kwestię. Moja siostra wyraziła życzenie, by jej wszystkie dzienniki przekazać Jeffrey’i. W dalszych słowach stwierdza, że to jest jej dar dla niego. Wyraża zdanie, iż w ten szczególny sposób – w pewnym sensie będzie z nim.
- Faktycznie to niesamowita prośba. Tylko mam pewne wątpliwości natury etycznej.
- To znaczy?
- Z tego co już się orientuję Jeffrey – czyli lord de Blackstone, do dzisiejszego dnia unika tego tematu. Wygląda na to, iż on – mimo upływu czasu – nadal cierpi z powodu utraty swej wielkiej miłości jaką była pańska siostra – czyli lady Mary Radley.
- Boże! Czyli wygląda na to, że on w dalszym ciągu się z tego nie otrząsnął.
- Na to wygląda. Jednak od chwili, kiedy my się pojawiliśmy u niego w posiadłości – jakby odżył. Dużo czasu ze sobą przebywamy, rozmawiamy razem.
Lord Thomas Radley z uwagą przypatrywał się młodej kobiecie. Widział w jej głosie subtelną zmianę, gdy tylko zaczynała mówić o Jeffrey’u. Nawet jej spojrzenie zdradzało wielkie uczucie, jakim darzy jego Przyjaciela. Soffi’a dotąd siedząc bez słowa nagle uśmiechnęła się. Również nieustannie przypatrywała się Sarze w szczególny sposób.
- Wybacz mi moja droga, ale ty go kochasz. Nie mylę się – prawda?
Nastała lekka konsternacja. Cisza stała się dość niewygodna dla wszystkich. Sara jednak przerwała ją odważnym stwierdzeniem.
- Tak! Nie myli się pani. Ogromnie go kocham.
- Proszę wybaczyć lady Saro mojej żonie za to – być może – zbyt odważne stwierdzenie. Bądź co bądź to pani prywatna sprawa.
- Proszę posłuchać sir Thomas’e. Czy mogę mieć do ciebie sir prośbę?
- Słucham.
- Czy z mojej strony będzie to dużym nietaktem, jeśli zaproponuję byśmy dali sobie spokój z tytułami, i per pan, pani?
Mężczyzna spojrzał na żonę pytającym wzrokiem. Ona od razu rozpromieniła się wspaniałym uśmiechem. Wiedział, że to jest jej przyzwolenie na złożoną propozycję Sary. Po paru sekundach sam uśmiechnął się, ukazując biel wspaniałych zębów.
- Muszę przyznać i nie będę gołosłowny, iż to pytanie mnie niemalże zszokowało. Wiele jest między nami – jeśli pani rozumie co mam na myśli – różnic w kwestii życia, poglądów, okoliczności itd. Mówiąc szczerze winienem odmówić, urażony zarozumiałością i zbytnią poufałością, jaką niewątpliwie jest to postawione pytanie. Ale…
- Proszę mi wybaczyć sir Thomas’e, jeśli…
- Proszę mi dać skończyć moją wypowiedź.
- Przepraszam. Zatem?
- Chciałem stwierdzić jedynie, iż propozycja w tej mierze złożona tu nam wprost w twarz – i to w trakcie pierwszego spotkania – niegdyś byłaby czymś nie do pomyślenia. Nawet nie wyobraża sobie pani, jak dalece w konsekwencji byłoby to dla pani bolesnym przeżyciem. Niemniej obecnie – niemal nie ma to już dla coraz to większej ilości ludzi – żadnego znaczenia. Zatem odpowiem również zadając pytanie. Proszę mi powiedzieć, jak pani to… czyni młoda damo?
- Co takiego?
- W jaki sposób zjednuje pani ludzi do siebie. Przecież w naszym przypadku w ogóle do dnia dzisiejszego się nie znaliśmy. Co prawda rozmawialiśmy telefonicznie – jeden raz. No i obecnie to spotkanie. A już rozmawiamy - niemalże - jakbyśmy znali się od lat.
- Miło mi sir Thomas’e, ale co ja mam na to powiedzieć. Być może taki mój urok.
Tu roześmiała się lekko na znak, iż wszystko jest ok.. Soffi’a jak i Thomas również dołączyli do niej śmiejąc się życzliwie.
- Zatem moja odpowiedź brzmi „tak”, czyli masz Saro naszą zgodę ze względu na ciebie ale i ze względu na lorda de Blackstone. Muszę wyrazić moje zadowolenie i uznanie z powodu, iż pojawiłaś się w życiu lorda Jeffrey’a de Blackstone. To człowiek – nadal mój wielki Przyjaciel – który warty jest każdego szczęścia, zasłużył sobie na nie w pełni. I być może w końcu los go nim obdarzył. A teraz pozostawię was moje drogie panie na chwilę. Polecę służbie, by przynieśli dzienniki mojej siostry do twego samochodu Saro. Mam nadzieję, że nie przyjechałaś tu sama?
- Nie. Jest ze mną David – kierowca. A czemu pytasz Thomas’e?
- Po przeczytaniu testamentu mojej siostry, odnalazłem w naszej bibliotece jej dzienniki. Nawet nie miałem pojęcia, że ona je pisała. Pytam o kierowcę, gdyż jest tego dość dużo. To nie mały ciężar. Piotr co prawda je przyniesie, ale obaj mieliby łatwiej. Obaj, gdyby razem…
- Naturalnie. Powiadom Piotra Thomas’e, iż David jest tu na miejscu. Niech obaj zapakują dzienniki do mojego samochodu. Mam jednak nadzieję, że je sam czytałeś?
- Nie Saro! Nie czytałem co prawda chciałem się zapoznać z tym co Mary pisała. Jednak już po pierwszych stronach zrezygnowałem. Uznałem, iż to jej zbyt osobiste opisy, wrażenia, myśli, przeżycia. Nie mam prawa tego czytać – mimo, iż była moją siostrą. Kochałem swoją siostrę Saro i to bardzo. Niemniej wiem co jest sferą prywatną. Co prawda moja siostra wyraziła wolę w testamencie, bym – jeśli tak sam zadecyduję – przed przekazaniem całości Jeffrey’i – bym sam przeczytał – ale nie. Postanowiłem, że to prawo należy do Jeffrey’a.
- Oczywiście Thomas’e. To tylko świadczy o twej Przyjaźni w stosunku do Jeffrey’a. Jeśli zatem pozwolisz, przekażę mu twoje słowa w tej sprawie.
- Naturalnie. Bardzo proszę.
- Mam nadzieję, że jeszcze pojawisz się u nas moja droga Saro. Mam dla ciebie wiele uznania.
Lady Soffi’a Radley – żona lorda Thomas’a Radley’a, od razu zwróciła się do niej widząc, iż ta zbiera się już do wyjścia. Wpatrywała się w twarz młodej kobiety. Bezwiednie oczekiwała pozytywnej odpowiedzi z jej strony. Ta na potwierdzenie posłała życzliwy uśmiech.
- Naturalnie. Jeśli tylko nie będą państwo mieli nic przeciwko. Niemniej i ja oczekuję od was tego samego. Liczę Thomas’e na to, iż odnowicie swoją Przyjaźń z lordem Jeffrey’m de Blackstone.
- Bóg mi świadkiem, iż bardzo bym tego sobie życzył.
- A my obie Soffi’o postaramy się o to po swojemu.
- Masz moje słowo moja droga.
Lady Radley odezwała się okazując taktownie wielką radość na twarzy. Piotr ponownie pojawił się w salonie państwa Radley’w informując, iż wszystkie dzienniki znalazły się już w samochodzie lady Forest. Na te słowa Sara pożegnała się z gospodarzami. W dowód sympatii do Sary oboje odprowadzili ją aż do samochodu. Po chwili Sara odjechała. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Sądziła, iż spisze wspomnienia lorda Thomas’a – brata lady Mary Radley, a tu dzienniki spisane jej własną ręką. To ogromny zwrot – inna sytuacja. Jadąc do domu postanowiła, że nim cokolwiek zrobi będzie musiała porozmawiać z Jeffrey’m.
Nie w tym jednak widziała problem. Problemem według jej oceny mogły być same dzienniki lady Mary Radley. Wiedziała doskonale, że on ją kochał. Ona była jego wielką miłością. Wiedziała również, że ta miłość była bardzo burzliwa. Zakończyła się ona krótko po tym, jak wydawało się, iż jest spełniona. Sara zastanawiała się czy Jeffrey to przetrzyma, czy da radę od nowa przeżywać swoją własną tragedię. Przed dom zajechała już na obiad. Była poruszona tym, co dowiedziała się od lorda Thomas’a Radley’a. David z pomocą George’a – od razu przeniósł wszystkie dzienniki do gabinetu Sary. Ona sama chciała je złożyć w sejfie. Nawet nie brała kąpieli, a jedynie zostawiła żakiet na wieszaku.
Wyszła z pokoju kierując się na schody. Będąc już na dole spostrzegła schodzącego Jeffrey’a. Mimo to ruszyła jednak do jadalni, widząc już z daleka rodziców i braci. Jeffrey doszedł do wszystkich jako ostatni.
- Dzień dobry moi drodzy. Czas na posiłek. Jak widzę wszyscy jesteśmy w komplecie.
- Wreszcie jakoś tak po ludzku.
Odpowiedziała Vivienne. Cieszyła się za każdym razem, kiedy udawało się zgromadzić całą rodzinę przy stole. Każde z domowników miało własne obowiązki, i po chwili luźnych rozmów jadalnia opustoszała. Sara cały czas rozważała – co ma zrobić z dziennikami. Zastanawiała się czy przekazać je Jeffrey’i, czy też od razu zabrać się za nie. Trzeba było coś postanowić. Szła schodami przed siebie rozważając tę kwestię, zupełnie nie będąc świadoma, iż w raz z nią parę stopni szedł Jeffrey. Trzymając się prawej balustrady – nie widziała go zupełnie idącego obok. Dopiero po chwili odwróciła głowę, będąc mocno zaskoczona.
- Chyba musimy porozmawiać Saro.
- Jak ty tu Jeffrey’u? Matko jedyna! Nie zauważyłam ciebie.
- Powiesz mi o co chodzi?
- Powinnam z tobą porozmawiać, ale…
- Widzę że masz moralny dylemat. Jak sądzę coś się wydarzyło, opowiesz mi o tym?
- Wierz mi, że…
- Ok! idziemy do ciebie. Tam wszystko mi opowiesz.
Weszli oboje do jej gabinetu. Wiedziała doskonale, iż musi mu wyjawić fakt przekazania dzienników lady Mary Radley. Tylko jak to zrobić? On nawet nie wie o istnieniu jej testamentu. Chciała na szybko wymyśleć sposób w jaki będzie mogła powiedzieć mu o tym co już wie – a o czym on nie ma pojęcia. Jednak nie miała zupełnie czasu na zastanowienie się, wymyślenie czegokolwiek. Weszli do jej gabinetu.
- Usiądź Jeffrey’u! proszę.
Mężczyzna usiadł nadal się ciepło uśmiechając. Prawdę mówiąc liczył na luźniejszą rozmowę z przytulaniem. Nawet nie spodziewał się tego, co za moment usłyszy. Sara usiadła w fotelu obok niego. Zwrócił na nią swoją uwagę.
- Jak widzę masz poważny problem. O co chodzi Saro?
- Nie wiem od czego zacząć.
- Najlepiej od początku. I proszę uspokój się.
- Ok! jak wiesz ostatnio pracowałem nad planem spotkań z osobami, które w jakiś sposób zaistniały w twoim życiu.
- No tak. Po to przekazałem tobie mój skrypt zawierający informacje o tych osobach, ale w czym problem.
- Dzisiaj jak wiesz śpieszyłem się na pierwsze spotkanie.
- Tak wiem, i?
- Pierwszą osobą na mojej liście była lady Mary Radley. Ona wydała mi się najbardziej zainteresowaną osobą w powstaniu mojego projektu. Ona jednak nie żyje. Przepraszam ciebie za to, że o tym wspomniałam.
- Nie. Nic nie szkodzi. Rozumiem.
- Zatem postanowiłam umówić się na spotkanie z osobą najbliżej związaną z lady Mary Radley.
- Chcesz powiedzieć, że byłaś u Thomas’a?
- Tak. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe?
- Naturalnie że nie. Lecz przyznam, iż jestem zaskoczony.
- Czemu?
- Sam nie wiem. Może dlatego, że jej już nie ma. Być może nie brałem go pod uwagę. Jakoś z dnia na dzień zniknął z mojego życia. Ale mów dalej – przepraszam.
- Nie masz za co przepraszać. Rozumiem - to dla ciebie trudny temat. Zatem byłam u Thomas’a Radley’a w Habshire. W ich posiadłości Cambridge Hill.
- Boże! Jak ja już dawno tam nie byłem. Co u niego Saro?
- Thomas a raczej lord Thomas Radley ożenił się ze wspaniałą kobietą o imieniu Soffi. To przemiła osoba. Mają dwoje dzieci – chłopcy – to bliźnięta. Co prawda nie poznałam ich, bo akurat w tamtej chwili nie było ich w pobliżu.
- Czyli poszczęściło mu się w końcu. Należało mu się prawdziwe szczęście. On wiele przeszedł Saro.
- A wiesz, że on to samo mówi o tobie?
- Żartujesz?
- On wciąż wspomina waszą Przyjaźń Jeffrey’u. I powiem tobie więcej, rozmawiając z nim obserwowałam jego zachowanie. On tęskni za waszymi spotkaniami – za tobą.
- Saro! To już tyle lat.
- No i co z tego! Być może nadszedł czas, by zakończyć tą dziwną ciszę między wami. Popatrz. Lata lecą i tobie i Thomas’i. Przepraszam cię, ale tak jest. Czy wasza wielka przyjaźń nic nie była warta. Uważam że warto by ją chronić, odnowić.
- Być może?
- Jeffrey’u zaskakujesz mnie.
- No masz rację.
- Zatem pojechałam tam własnym samochodem. Co prawda miałam jechać sama ale niezbyt się czułam na siłach by tak zrobić.
- Źle się czułaś? Coś ze zdrowiem?
- Nie, nie. Po prostu czułam jakieś wewnętrzne podenerwowanie. Być może spowodowane to było właśnie tym spotkaniem. Nie wiem. Niemniej poleciłam David’i jechać ze mną.
- I słusznie.
- Jadąc tam liczyłam na rozmowę z lordem Thomas’m Radley’m w temacie mojego projektu. Rozmowa jednak ograniczała się typowo do części wizyty, luźnej rozmowy. Poznałam go i jego żonę lady Soffi’ę Radley. Oboje Okazali się przemili i bardzo gościnni. Jednak to czego się dowiedziałam w rozmowie z Thomas’m, przerosło moje wszelkie oczekiwania.
- Cóż to takiego Saro?
- Thomas chciał wiedzieć na czym miałby polegać mój projekt. Po krótce wyjaśniłam mu co to ma być. Liczyłam na coś w rodzaju wspomnień, jego relacji – bo przecież z jego siostrą nie mogłam rozmawiać. On jednak w którymś momencie przerwał rozmowę, i poprosił o chwilę zwłoki. Poinformował mnie, że jego siostra spisała testament.
- Mary spisała testament? Wielki Boże! Nic o tym nie wiem!
- Bo i nie mogłeś wiedzieć. On sam dowiedział się o tym krótko przed jej śmiercią. Niemniej długo po jej śmierci, przypomniał sobie o tym testamencie. Twierdzi, że tak naprawdę nie miał siły by doń zaglądać. Któregoś dnia to jednak uczynił. Okazało się, że jego siostra wyznaje w nim, że to ty miałeś rację. Że przez cały czas waszej znajomości – a później miłości – ona była zaślepiona tragedią jej przyjaciela, niejakiego Hampton’a. Po jego śmierci zaprzysięgła zemstę na winnym jego śmierci. Ty okazałeś się jednym z członków bractwa, i stąd jej wrogość do ciebie. Gdy się w końcu połączyliście ona była chora. Nic jednak o tym tobie nie mówiła, gdyż nie chciała ponownie ciebie krzywdzić. Cały czas gdy była z tobą, czuła się winna twej krzywdy.
Jeffrey nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Widziała na jego twarzy napięcie, przechodzące w rozpacz. Podenerwowanie, przechodzące w wzruszenie. On coraz bardziej to przeżywał. Chciała przerwać ten tok słów, który tak naprawdę go ranił. Nie chciała tego. I tak starała się opowiadać mu o tym, co się wydarzyło w sposób iście delikatny. Taktowniej już się nie dało. Najważniejszym jednak było przed nią.
- Mów dalej – proszę.
- Jesteś tego pewien? Widzę jak to na ciebie działa Jeffrey’u.
- Daj spokój – proszę.
- Ok! Zatem po wyjawieniu mi sprawy o testamencie lady Mary Radley – jego siostry poinformował mnie, iż Mary pisała w nim również o dziennikach.
- Dziennikach?
- Tak. O dziennikach – jej dziennikach. Jak się okazało spisywała je od lat. Thomas stwierdził, że nikt z rodziny o nich nie wiedział. Nigdy nie widział, by jego siostra kiedykolwiek pisała te dzienniki. Bynajmniej on sobie nie przypomina. Oznajmił mi na koniec, że jej życzeniem było byś to ty otrzymał wszystkie jego tomy. To miał być od niej prezent w dowód wielkiej miłości do ciebie. Lord Radley wedle jej życzenia, przekazał mi te dzienniki w zamian własnych wspomnień. Zapewnił mnie, że gdyby zaistniała jakaś Okoliczność - potrzeba by sam coś dodał, wyjaśnił, opisał, czy zrelacjonował – służy swoim czasem.
Mężczyzna nic nie mówił. Tym razem milczał. Oparty łokciami o kolana ukrył twarz dłoniach. Nagle wstał i energicznie wyszedł z jej pokoju. Słyszała jak szybkim krokiem schodzi na swoje piętro. Była całkowicie rozbita tym co się stało. Przewidywała taką reakcję. Wiedziała iż podanie mu tej informacji w taki sposób wywoła burzę emocji. On wciąż przeżywał śmierć Mary. Wciąż nie mógł o tym spokojnie mówić. Jednak jej dzienniki? Nie wiedział co może być w nich zawarte. Na ile Mary Radley była w nich szczera? Wierząc jednak jego słowom, to był bardzo dobry człowiek – wielka miłość Jeffrey’a. Tyle lat musiało minąć, by wreszcie mógł stworzyć własną rodzinę.
Miliony chwil, które musiał spędzić na walce z rozpaczą, samotnością, niespełnieniem. I w takiej chwili znów miał dostać cios od losu. Mimo, że wszyscy byli w domu Sara postanowiła od razu udać się do niego. Widziała, iż dużo ryzykuje. Niemniej nie chciała go pozostawić samego w takiej chwili. Zerwała się na równe nogi, i szybkim krokiem pokonała schody. Po chwili już była w jego gabinecie. Co prawda drzwi były zamknięte, lecz na szczęście nie na klucz. Weszła energicznie cicho wypowiadając jego imię. Siedział na fotelu za biurkiem, odwrócony fotelem w stronę okna. Stojąc przy drzwiach widziała tylko tył fotela.
- Jeffrey’u!
Nic się nie odezwał. Nadal siedział bez ruchu – ani drgnął. W gabinecie była cisza – na korytarzu również. Wyglądało to tak, jakby na całej scenie świata wszystkie osoby poznikały. Wszystkie ozdoby, rzeczy, zdarzenia – straciły na znaczeniu – zapadły się w nicość. Obawiała się podejść do niego bliżej. Wiedziała jak bardzo jest poruszony tą całą sytuacją. Zupełną zagadką dla niej było to, jaka będzie jego reakcja na jej naleganie. A przecież musiała z nim porozmawiać. Mimo to jak tylko się dało, opanowała własne emocje. Starała się spokojnie oddychać, choć przychodziło jej to z trudem. Podeszła doń na parę kroków.
- Jeffrey’u porozmawiaj ze mną.
- Nie chcę! Odejdź – proszę.
- Nie mój kochany. Nie odejdę. Widzę co się z tobą dzieje. Wiem, że to moja wina.
- Nie! To nie jest twoja wina Saro Forest. Proszę…
- Chcę tylko wiedzieć, co się dzieje kochany. Nie wiem czy to chodzi o to, że byłam u Thomas’a Radley’a – a ty być może sobie tego nie życzyłeś. A może to chodzi o testament Mary Radley lub o dzienniki?
Od razu zauważyła na jego twarzy ruch brwi – jak się załamują, zaostrzają. Jego czarne oczy wpatrzone były w okno. Biegały jednak obmiatając nerwowo wszystko w koło. Domyślała się, że to jednak chodzi o testament i dzienniki. Jednak rozumiała, że musi doprowadzić do rozładowania emocji gromadzących się w jego głowie. To go wyniszczyło. Nagle zerwał się na równe nogi. Mimo, że obawiała się takiej reakcji – nie cofnęła się.
- Czemu mnie dręczysz? Czemu nie potrafisz odpuścić?
- Bo wiem, że to ciebie niszczy od wewnątrz. Jeffrey’u! Już wiele poznałam faktów z twego życia i wiem, że cierpisz. Czy nie dość już na tym? Kocham ciebie i serce mi się kraje jak widzę, że katujesz siebie – swoją duszę.
- Bo to wciąż trwa – rozumiesz! Wciąż okazuje się, że jestem zaskakiwany.
- Mówisz teraz o testamencie Mary, czy tak?
- Tak. O tym mówię. Nie potrafię zrozumieć, jak ona mogła przede mną to ukryć. Żyliśmy ze sobą – choć los chciał inaczej – ale dotąd sądziłem, że było między nami wszystko w porządku. Tu jednak okazuje się, że nie jest.
- Czemu tak sądzisz?
- Pomyśl! Faktem jest, że spisała testament. Mało! Faktem jest również, że pisała własne dzienniki. Saro! To wszystko wygląda tak, jakby ona mi w ogóle nie ufała. Przecież krótko bo krótko, ale byliśmy wreszcie ze sobą. Ona mieszkała tutaj w moim domu. Ja tego nie rozumiem.
- Czego nie rozumiesz?
- Dlaczego ona spisała testament w tajemnicy? Dlaczego znalazł się on u jej brata, a nie u mnie? Jak mogła pisać dzienniki tak, bym to ja tego nie widział? Bym nic o tym nie wiedział. I dlaczego ukryła je u brata? Jak to nie nazwać brakiem zaufania!
- Posłuchaj kochany. Ja też zastanawiałam się nad tą kwestią. Od razu jak o tym usłyszałam, chciałam o to zapytać Thomas’a. On jednak mnie wyprzedził, jakby przewidując moje pytanie. Powiedział, iż jego siostra nigdy nie czuła się dobrze – jeśli chodzi o jej zdrowie. Nie chciała o tym nic mówić, choć on wciąż oponował by powiedziała tobie o wszystkim.
- Ale nie zrobiła tego Saro! Nic o tym nie wiedziałem.
- On to mi wyjaśnił. Thomas powiedział, iż Mary nie chciał nic tobie o tym powiedzieć, gdyż była tobie to winna. Nie chciała tobie zabierać szczęścia. Ona stwierdziła, że musi spłacić dług, jaki ma wobec ciebie.
- Jaki dług?
- To, że tak długi czas winiła ciebie za tragedię jej przyjaciela Hampton’a. Czuła się winna za to, iż zabrała tobie tyle lat szczęścia. To stąd decyzja o tym, by nic tobie nie mówić. Myślę że to coś w rodzaju odkupienia własnego błędu. Natomiast czemu spisała testament również w tajemnicy – nie wiem. Mimo to potrafię ją zrozumieć. Bo zastanów się Jeffrey’u. Ktoś kto tak kocha jak ona – jest tak kochany jak ona. To… czy pozwoliłbyś jej na tę tajemnicę? Pozwoliłbyś jej na złożenie tobie tego daru, jakim było niezakłócone niczym szczęście? Myślę, że znasz odpowiedź. A czemu pisała dzienniki – nie ujawniła ich tobie? To oczywiste. W nich było wszystko. Zatem. Cóż wart byłby jej dar, gdybyś przeczytał w nich o wszystkim wcześniej? Sądzę, iż byłoby to bez sensu. Myślę jednak, że zapis w testamencie wszystkich jej dzienników tobie, to coś znaczy.
Mężczyzna jednak nic nie mówił. Stał przed nią jak posąg. Czuł jak wewnętrznie rozsypuje się w pył. W jednej chwili posiadał przyszłość – w następnej już nie był tego taki pewien. Lord Jeffrey de Blackstone nie cierpiał pokazywać swoich słabości, i w tej chwili walczył sam ze sobą. Sara nic się nie odezwała. Nie umiała znaleźć odpowiednich słów. Doskonale wiedziała – rozumiała, co się dzieje. Widziała wspaniale zbudowanego zaradnego finansowo mężczyznę, a jednocześnie wielką zdruzgotaną minioną miłość. Jeffrey zacisnął usta i nagle bezwiednie ukazały się łzy w jego oczach. Poczuła wielkie ukłucie w sercu. W błyskawicznym odruchu rosnącej rozpaczy zakrył twarz dłońmi. Chciał się odwrócić od niej, lecz mu na to nie pozwoliła. Uchwyciła go za dłonie.
- Nie możesz tak reagować kochany. To jej dar dla ciebie. Ona o tym wiedziała. Była chora przez cały czas. Ty nic byś na to nie poradził. Wiem z twoich rękopisów, że nic nie można było na to poradzić. Czy ty myślisz, że ona o tym nie wiedziała? Stąd jej tajemnica. Ona oddała samą siebie – tobie. Każdą chwilę własną – tobie. Nie ma większego daru Jeffrey’u.
- Ale byłbym jej…
- Teraz tak sobie tłumaczysz – w tedy, nic nie mogłeś zrobić. Wiesz o tym, sam tak pisałeś w rękopisach. Jednak pomyśl. Po tylu zawirowaniach, tylu staraniach, przeciwnościach – wreszcie byliście razem. Oboje spełniliście swoje pragnienia, choć na tak krótko.
Płakał. Nagle nie wytrzymał. Łzy potoczyły się z kącików oczu. Nie było szlochu, głośnych łkań – lecz łzy cicho płynęły. Uchwyciła jego twarz w swoje dłonie utrzymując, by na nią patrzył. Był niewiele wyższy od niej, lecz mimo to nie dawała mu uciec wzrokiem.
- Posłuchaj Jeffrey’u. Wiem ile znaczyła dla ciebie Mary Radley, jak bardzo kochałeś tę kobietę. Ale i wiem, ile cierpiałeś przez ten czas. Nie chcę tego. Kocham cię i mam nadzieję, że i ty mnie kochasz. Jej już nie ma lecz ja jestem. Chcę dać tobie równie wielką miłość prosto z serca, czy ją przyjmiesz kochany?
- Wiesz, że i ja ciebie kocham. Jak mogłoby być inaczej.
- To zamknij ten rozdział swego życia. Nie dopuść do tego, by tamta historia zniszczyła nasze uczucie.
- Nie chcę tego lecz to tak boli Saro. Jak mam żyć z przekonaniem, że ona mi nie ufała?
- To nie tak Jeffrey’u. To nie tak. Właśnie dlatego bardzo tobie ufając, poświęciła swoje cierpienie dla ciebie – dla waszej miłości. Mimo własnej choroby, własnego cierpienia – chciała być z tobą. I była. Jednak masz teraz mnie kochany - mnie Jeffrey’u. Kocham cię i ty o tym wiesz.
Spoglądał na nią nawet dość spokojnie. Jego czarne oczy tak doświadczone wiekiem, spoglądały na nią coraz pogodniej. Teraz jednak to na jej twarzy pojawiły się łzy. Delikatnie obtarł je swoimi palcami. Ona zaś uniosła twarz ku jego twarzy, i nie namyślając się ani trochę scałowała migoczące maleńkie brylanciki z jego oczu. Czuł się inaczej. Czuł wielką miłość do tej młodej dziewczyny. Kochał ją po raz pierwszy rozumiejąc, iż kocha ją – Sarę, a nie wcielającą się w nią Mary. Teraz był pewien. Całował ją jak tylko umiał najczulej, trzymając jej dłoń przy sercu. Ona oddawała mu własne pocałunki, chłonąc całą jego namiętność. Zapomnieli o całym świecie. Zapomnieli o żalu, tragedii, cierpieniu. Pamiętali jedynie o sobie, swojej miłości i tę chwilę tu i teraz.
- Saro! Na miłość Boską! Co ty robisz?
Zagrzmiał głos ojca Sary – Steven’a Forest’a, który właśnie w tym momencie wszedł. Spojrzeli oboje w kierunku drzwi, gdzie stał mężczyzna poruszony tym co zobaczył. Stał jak zahipnotyzowany. Chciał coś pokazać w powietrzu, lecz jego ruchy dłonią były niezdecydowane, chaotyczne. Sara niemal od razu usiłowała zareagować. Lord de Blackstone jednak ją powstrzymał. Steven energicznie wyszedł z gabinetu Jeffrey’a, i szybkim krokiem zszedł na dół. Vivienne właśnie była w salonie na pierwszym piętrze, gdy ten wszedł doń wzburzony. Spod grzywki spojrzała nań uważnie, i zainteresowała się jego zachowaniem.
- Czy coś się stało?
- Daj mi spokój. Nie mam teraz nastroju do rozmów.
Po takiej deklamacji już nie mogła odpuścić. Widziała jak chodzi od okna do okna, kładąc nerwowo dłoń na twarz. Zaniepokoiła się nie na żarty. Wstała szybko, i podchodząc do niego spokojnie spojrzała na niego uważniej.
- Steve co się dzieje? I nie mów mi, że nic się nie stało. Wiem jak się zachowujesz, gdy masz jakiś poważny problem. Zatem…?
- Vivienne daj mi spokój!
- Nie dam tobie spokoju. Albo mi powiesz o co chodzi, albo zaraz będę po kolei wszystkich pytać. Człowieku! Miałeś stan przedzawałowy to nic nie znaczy? Steven!
- To nic Vivienne. Nic się nie stało. Być może mi się przewidziało.
- Co tobie się przewidziało? Mów że jaśniej.
- Wpadłem na minutę do gabinetu Jeffrey’a. Chciałem się przywitać, ale to co…
- Coś zobaczyłeś, tak?
- Zobaczyłem jak się całują. Vivienne! Oni się całowali!
- Żartujesz? I o to, to całe zamieszanie?
- Jak to? To dla ciebie nic? Nie powiedziałabym, że nic. Ale wiedziałam, że coś ich łączy Steven’e. Już od dawna zaobserwowałam ich swoiste zainteresowanie sobą. Jednak skoro – jak mówisz – całowali się, to będę musiała poważnie porozmawiać z Sarą. Będziemy musiały sobie pewne rzeczy wyjaśnić. A teraz idź do sypialni – proszę – połóż się, odpocznij. Zaraz będzie kolacja. Mnie pozostaw resztę.
W momencie gdy wypowiadała te słowa, do salonu weszła Sara. Od razu spojrzała na ojca, który, gdy tylko ją zobaczył odwrócił się w stronę okna. Dziewczyna podeszła do obu rodziców bliżej. Jednak ojciec stał niewzruszenie przy oknie, odwrócony do niej plecami.
- Tato! Nic ci nie jest. Nie rozumiem czemu tak nagle wypadłeś z gabinetu?
Vivienne – matka Sary Spokojnie podeszła do córki, lekko chwytając ją za przedramię. W tym momencie ojciec Sary nie odzywając się wyszedł. Sara spoglądała na matkę, rozpoznając w jej spojrzeniu rosnącą irytację. Wiedziała doskonale, że zaraz zacznie się rozmowa o moralności. Wewnątrz siebie natychmiast starała się uzbroić w odpowiednie argumenty. Ojca już nie było.
- Usiądź moja panno. Chciałabym z tobą porozmawiać.
- Nie sądzisz mamo, że to jest bezcelowe?
- Czyli co?
- Ty mi powiedz bo zapewne to zrobisz.
- Posłuchaj! Już od dłuższego czasu zaobserwowałam, iż twoje relacje z Jeffrey’m znacząco się zmieniły. Z początku sądziłam, że to łącząca was sympatia. Później uznałam to za budującą się między wami przyjaźń. Jednak od pewnego czasu zauważyłam, jak porozumiewacie się spojrzeniami. Jak znacząco się uśmiechacie w sposób, by nikt tego nie zauważył.
- Mamo!
- Nie przerywaj mi proszę! Ty miałaś czas by ze mną porozmawiać na ten temat, jednak tego nie uczyniłaś.
- Myślałam…
- Wiem Saro co myślałaś – powiem tobie co myślałaś. Myślałaś, że twoja matka nigdy tego nie zrozumie. Że jesteśmy z ojcem na tyle konserwatywni, iż od razu zrobimy ci awanturę, czyż nie?
- A nie byłoby tak mamo? Wystarczy spojrzeć na ojca jak on zareagował.
- A dziwisz się? Nigdy nie byłam – przynajmniej, starałam się nie być konserwatywną osobą. Nigdy nie uważałam siebie za osobę zacofaną. Lecz nie dziw się, że to dla ojca zaskoczenie. I to delikatnie mówiąc. Rozumiem. Jesteś młodą piękną kobietą. Jednak czy nie ma wokół ciebie młodych mężczyzn? Chociaż w przybliżeniu w twoim wieku?
- To nie o to chodzi mamo.
- A o co? Wytłumaczysz mi to bo nie rozumiem. Tylko mi nie mów, że się zakochałaś.
- Tak! Właśnie tak! Kocham go mamo i to bardzo.
- Ale on ma blisko sześćdziesiąt lat, a ty dopiero kończysz trzydzieści. Chcesz sobie zmarnować życie?
- Nawet nie wiesz jak się mylisz mamo. Ja właśnie ratuję własne życie. Ja właśnie żyję. I powiem tobie więcej. Bóg mi świadkiem, że nie chciałam by to tak wyszło. Mylisz się sądząc, że nie chciałam wam nic powiedzieć. Chciałam i to nie raz z tobą porozmawiać. Ty jednak nigdy nie miałaś czasu. Wiele razy chciałam wykorzystać chwile kiedy byłaś sama. Wiem doskonale, że w końcu sama się tym zainteresujesz. A teraz gdy tata raptem zobaczył jak się całujemy, od razu wypadł jak oparzony.
- A co twoim zdaniem miał zrobić. Jeffrey jest starszy od niego, ode mnie – czy ty tego nie widzisz? Nic nie mam przeciwko niemu. Jest wspaniałym, szczodrym człowiekiem. Nawet go bardzo polubiłam, ale by został twoim mężem? On mógłby być twoim ojcem.
- Mamo! Chcę tobie coś wyjaśnić. Czasy kiedy mnie wychowywałaś dawno minęły. Ja niebawem mijam trzydziestkę. Jak sama zauważyłaś już od dawna sama stanowię o sobie.
- Ale…
- Mamo! Nie ma żadnego ale. Już dawno stałam się dorosłą kobietą. Przykro mi, że tato tak zareagował. Trudno. Jednak pozwolisz, że to ja będę decydowała o tym, z kim się zwiążę – bądź nie. Mam nadzieję, że moje szczęście będzie dla was ważniejsze od przekonań. I wybacz! Nie mam za co was przepraszać. A teraz muszę już iść do siebie. Zmęczyła mnie ta rozmowa. Tym bardziej, że mam inne trudne sprawy związane z projektem.
- Obiecaj mi Saro, że przynajmniej to dobrze przemyślisz.
- Czynię to co dzień mamo. Znasz mnie i wiesz, że nie podejmuję pochopnych decyzji.
- Dasz nam znać co postanowiłaś?
- Z czym?
- Mówię o waszym związku.
- A obiecasz mi, że nie będziesz czynić mi przeszkód bez względu na to, jaką podejmę decyzję?
- Nie będzie to łatwe – przyznaję. Ale tak! Obiecuję. Postaram się naturalnie porozmawiać z ojcem i go uspokoić.
- Cieszę się. Mam nadzieję, że on również zrozumie co jest dla mnie ważne. Teraz idę. Zobaczymy się na kolacji – mam nadzieję.
Vivienne milczała patrząc, jak jej córka wstaje z fotela i kieruje się do wyjścia. Przyglądała się jej ruchom, krokom, posturze. Sara była piękną, młodą kobietą. W tej właśnie chwili uświadomiła sobie, że faktycznie nie ma prawa ingerować w jej życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz