Tom II – część 8
Emma Radley przypatrywała się obojgu wiedząc, że i tak wszystkiego jej nie mówią. Wiedziała o tym, lecz nie miała wyjścia. Miała tylko ich oboje i wiedziała, iż zrobią wszystko by zaradzić sytuacji.
- Z ojcem nie jest dobrze. Napar z ziół na długo nie pomoże. Musimy być jak najprędzej w domu.
- No to jedziemy. Tylko usiądź przy ojcu bo będzie trzęsło. Musimy wjechać na drogę. Zboczyliśmy z niej dość mocno. Potem przyśpieszymy.
- Czy jest to bezpieczne?
Mary wraz z bratem znacząco na siebie spojrzeli, i potwierdzili niemal chórem. Doskonale wiedzieli, że okłamują matkę. Jednak to kłamstwo było użyte w słusznej sprawie. Mieli i tak dość trudną sytuację, aby nie powiedzieć tragiczną. Burza, rzeka, most – w opłakanym stanie. Chory ojciec, który powinien być natychmiast w domu. Nie chcieli więc mieć na głowie, jeszcze panikującej matki. Matki, która wolałaby tu zostać niż zaryzykować. Mary wsiadła na miejsce woźnicy. Sprawdziła układ uprzęży, lejc i szarpnęła nimi. Konie od razu ruszyły z miejsca. Były zdezorientowane – ale posłuszne. Zakreśliła duży krąg zanim wykierowała wozem na drogę.
Do mostu było wiele metrów. Trzeba było przygotować się psychicznie do szybkiej jazdy. Tyle że ta jazda – nie wiadomo jak może się skończyć. Oboje z bratem wiedzieli, co chcą zrobić i co ryzykują. Powóz po drodze toczył się nawet nieźle. Czas było na działanie. Dziewczyna zaparła się o boczne słupki wozu, i ponownie szarpnęła lejcami. Jechali coraz prędzej i prędzej. Matka była w wozie, i nie mogła widzieć ani wiedzieć, co zamierzali zrobić. Nie miała nawet pojęcia w jakim stanie był most. Konie były spokojniejsze, i coraz szybciej pędziły drogą. Tom trzymał siostrę za kamizelę z tyłu, aby i tym razem nie wypadła z wozu przy byłe podskoku. Przy takiej szybkości wszystko było możliwe.
Koła napotykały co i rusz przeszkody na drodze w postaci wystających kamieni, których nie było przed burzą – a które teraz się pojawiły. Niebezpiecznie rzucało powozem, lecz to nic w porównaniu z tym, jak będzie wyglądała przeprawa przez most. Tom co jakiś czas obracał się w stronę matki, która wciąż zajęta była pilnowaniem ojca. Ale zaraz wracał szybko wzrokiem do tego, co działo się poza powozem. Oboje z siostrą w oddali ujrzeli zarys mostu. Ręce dziewczyny mocno zacisnęły się na lejcach. Mary ponownie szarpnęła nimi, aby przynaglić konie do szybszego biegu. One wykonując polecenie, zachowywały się nader spokojnie. Wykonywały polecenia swej pani, i zachowywały odpowiednią szybkość.
Oboje z bratem byli niesamowicie skupieni, mając jeden punkt na uwadze. Most! Ostatnie metry przed mostem było dość bezpieczne. Droga nie sprawiała większego problemu. Lecz w tych metrach oboje uświadomili sobie, że nie sprawdzali poszycia mostu. Most był stary i zupełnie nie wiedzieli, w jakim jest stanie. Być może przed wielu laty był to most mocny – solidny. Lecz dzisiaj był nadszarpnięty zębem czasu - i ta szalejąca rzeka. Też nie wiadomo, jak wpłynęła na wytrzymałość mostu. Nie było jednak czasu się nad tym zastanawiać. Mary usłyszała jak konie z wielkim tupotem wpadły na pierwsze deski mostu. Zaraz potem koła swoim wielkim hukiem, również wpadły na jego deski.
- Jedziemy Tom! Jedziemy! Damy radę!
- Będzie dobrze!
Pierwsze metry były bezpieczne, lecz to tylko początek. Dalszej powierzchni nie było widać. Woda przelewała się przez powierzchnię mostu. Dalsze metry niknęły pod przelewającą się wodą. Na powierzchni w wielu miejscach widać było wijące się wodorosty, i porwane prądem rzeki szuwary. Po nich to z łatwością można było poznać, jak rwący jest nurt rzeki. Dziewczyna siedząc na miejscu woźnicy nie wiedziała czy on jest tam nadal, czy go już nie ma. Most trzeszczał i dało się wyczuć, iż się chybotał w takt napierającej wody. Nagle szarpnęło i wóz z końmi omal nie stanął. Trzask był bardzo dobrze słyszany przez obojga młodych ludzi.
- Nie popuszczaj! Trzymaj lejce naprężone! Zmuszaj konie do jazdy. Nie wolno im zwolnić. Inaczej przepadniemy. Naszą bronią jest szybkość.
Konie prawie stanęły dęba. Dwa koła wpadły w wyłom łamiących się desek w poszyciu mostu. Deski, które okazały się zbyt słabe nie wytrzymały naporu ciężaru. Dziewczyna szarpnęła lejcami, jak tylko mogła najmocniej. Konie stawały dęba. Wóz szarpał to w przód to w tył. Ostatnim szarpnięciem Mary zmusiła konie do ostatniego wysiłku, i koła wyskoczyły z zapaści. Ruszyli na przód. Most trzeszczał i wydawał przerażający odgłos. Wydawało się, iż zaraz coś pęknie, i w raz z nim runą w tę przepastną kipiel rozszalałej rzeki.
Jechali dalej z szybkością, która nie była już tak wielka. Końskie kopyta ślizgały się po nawierzchni mokrych, pokrytych rozwodnionym błotem deskach. Jechali dalej i to było najważniejsze. Nagle z prawej strony kilkadziesiąt metrów przed nimi – z nurtu wynurzył się wielki pień drzewa. Woda musiała go podmyć i wyrwać wraz z korzeniami. Płynął niepokojąco w stronę mostu. Mary kątem oka obserwowała i most i płynący pień drzewa.
- Tom zobacz, co płynie w naszym kierunku! Zostaniemy staranowani!
Chłopak natychmiast zwrócił głowę w stronę wskazaną przez siostrę. Faktycznie. Wielki pień jak monstrualny taran, poruszany był przez wytworzone wodne wiry. Złowieszczo się wyłaniał nad powierzchnię rzeki. Było pewne, że zderzenie z krawędzią mostu jest nieuniknione. Thomas szybko oszacował prędkość nurtu, i prędkość z jaką oni jechali.
- Musisz przyśpieszyć! Słyszysz? Przyśpieszyć!
- Nie dam rady! Konie są wyczerpane.
- Dadzą radę! Masz lejce! Działaj!
Ona była przerażona zbliżającą się katastrofą. Ręce zablokowały się nerwowo, i zaczęła popuszczać trzymane dotąd silnie pasy skóry. Thomas zauważył to. Wskoczył na ławę woźnicy niemal jednym susem. Chwycił lejce. Siostra była oszołomiona, i nawet nie oponowała.
- Mary! Weź się w garść!! Musisz mi pomóc! Słyszysz?
Na nic nie czekając potrząsnął siostrą. Nie było czasu na zbędne gadanie. Chłopcu było trudniej zaprzeć się o coś, co dałoby mu bezpieczne przeciwdziałanie w razie podskoku. Był niższy od siostry. Zaparł się jedną nogą o słupek boczny, i to musiało mu wystarczyć.
- Trzymaj lejce z jednej strony a ja z drugiej!
- Dobrze Tom, ale…
- Nie ma żadnego ale! Damy radę albo będziemy się kotłowali, jak ten pień w rzece. Chcesz tego?!
- Nie! Boże! Nie!
Lejce poszerzyły swój zakres oddziaływania na konie. Reakcja była natychmiastowa. Konie naprężyły uprząż, i gnały jak szalone. Nie wiadomo czy pędziły dlatego, iż same były przerażone? Czy też dlatego, iż bardziej poczuły uderzenia lejcami? W każdym bądź razie wyścig trwał. Wyścig o wysoką stawkę. Kto pierwszy przejdzie krytyczny odcinek mostu? Oni, czy też olbrzymie drzewo, wyrwane z korzeniami przez szalejącą rzekę. W tej właśnie chwili matka wychyliła się na zewnątrz z powozu – i zamarła. Pędzili jak szaleni. Deski pod kołami trzaskały jedna po drugiej. Lecz prędkość nie pozwalała na zatrzymanie się wozu.
- Napręż z lewej! Mary! Na miłość Boską! Konie znoszą za bardzo na prawo!
Mary nic nie mówiąc, starała się sprostać temu, czego oczekiwał od niej jej brat. Matka wpatrywała się w bok twarzy swego syna, i nie mogła się nadziwić. To nie był już ten młody chłopiec. To był już dorosły mężczyzna. Jego postura była tylko kwestią czasu. Twarz miał bardzo skupioną, brwi zaostrzyły swój zarys. Oczy były bardzo wyostrzone. Starała się śledzić kierunek obserwacji syna. Jego głowa skręcała się nerwowo to w przód – to w prawą stronę. Wtedy ujrzała wystający konar, a potem pień drzewa z korzeniami. Zamarła. W tej samej chwili deska pod przednim kołem trzasnęła, i wóz podskoczył. Emma wpadła do środka, omal nie przygniatając męża.
Mary pod wpływem raptownego silnego podskoku powozu, wyrzuciło poza ławę woźnicy. W ostatniej chwili chwyciła się obręczy, i poszycia pokrywającego powóz. Tom trzymając lejce starał się pomóc siostrze. Błyskawicznie myślał co z nimi zrobić by uwolnić dłonie. Ona wisiała z boku powozu, i centymetry dzieliły ją od wirujących kół.
- Tom! Tom! Nie mogę już dłużej! Nie mam siły!
- Trzymaj się jeszcze trochę!
Naprężył i wyrównał uprząż. Nakręcił lejce z prawej i lewej strony na boczne słupki. Ostrożnie przesunął się ku siostrze, która ostatkiem sił trzymała się obręczy. Płótno było mocno sfatygowane i zaczęło się drzeć. Było przemoczone deszczem. Dziewczynie nic nie pozostało, jak tylko uchwycić się obręczy – ale ręce słabły. Czuła jak obsuwa się w dół.
- Boże miłosierny! Tom!
Emma pozbierała się oszołomiona po upadku. Omal nie przygniotła męża, który się obudził bełkotając gorączkowo. Lecz ona nie miała czasu nim się zająć. Szybko rzuciła się do wylotu powozu, i chwyciła córkę za nadgarstki rąk.
- Mary trzymaj się dziecko! Trzymaj się! Tom pomóż mi synu!
Starała się pochwycić ją za kamizelę podróżną. Lecz dziewczyna niebezpiecznie się odchylała, poddawana ruchem pędzącego powozu. Konie pędziły jak szalone. Mary zaczęła krzyczeć. Poczuła jak kamasze zaczęły obijać się o pędzące koła. Tom pochwycił siostrę za kamizelę w chwili, gdy czuła, iż dłużej już nie da rady. Przeciągnął ją do siebie, i wraz z matką wciągnęli ją na siedzenie woźnicy.
- Mamo weź ją do środka! Już!
- Dasz sam radę?
- Już!
Matka ostatkiem sił wciągnęła córkę do środka. Tom pochwycił lejce. Nie odwiązał ich jednak ze słupków. Ocenił migiem sytuację. Wyprzedzał niesiony przez rzekę pień o jakieś kilkanaście metrów. Była to dobra wiadomość. Czuł, iż mają szansę na przejechanie mostu. Patrzył jak mija odcinek, który w jego mniemaniu był krytyczny. O parę metrów wyprzedzał napierający do przodu pień wyrwanego drzewa. Przejechał. Lecz nie był to jeszcze koniec trwającej walki o życie. Krótko po przejechaniu tego miejsca nastąpił huk. Dało się słyszeć trzask uderzenia. Pień drzewa z ogromnym impetem uderzył w przęsło mostu. Pień został doń przyparty. Zatrzymywał wszystko co niosła rzeka.
Woda zaczęła się piętrzyć i kipieć. Most trzeszczał. Trzask pękającego drewna zdawał się przesądzić sprawę. Konie galopowały jak szalone. Thomas poczuł jak most zaczął się chwiać i wyginać. Niesione prądem rzeki pnie, konary, i zarośla piętrzyły się z prawej strony mostu. Nie zatrzymywał jednak powozu. Starał się nawet nie patrzeć zbytnio w tamtą stronę. Do końca mostu pozostało jakieś kilkanaście metrów. Nagle most zaskowytał. Trzasnęły podtrzymujące boczne umocnienia. Thomas czuł jak obniża się poziom mostu. Czuł jak wiązania przy brzegu zaczynają pękać. Szarpnął ostatni raz lejcami, i kopyta końskie wpadły na grunt traktu.
W tym momencie część mostu pod naporem wody, ostatecznie oderwała się od części na której jeszcze znajdował się powóz. Wszystko to działo się w sekundach. Oderwaną część mostu rzeka poniosła wraz z całą nagromadzoną masą. Tył powozu szarpnęło i konie zawyły z obciążenia. Powóz zaczął się niebezpiecznie cofać do tyłu, gdyż pozostała część mostu pod powozem, zapadała się w nurcie rzeki. Chłopak walczył z końmi, a te z powozem. Krzyczał i wrzeszczał na nie, raz po raz uderzając lejcami o ich mokre przepocone boki. Z końskich pysków toczyły się kłęby pary, wydychanej w morderczym pędzie. Powóz wreszcie ruszył do przodu.
Choć most opadał, a tylne koła były już zupełnie w wodzie, wóz wtoczył się na murawę. Thomas upewniwszy się, iż jest bezpieczny – zatrzymał konie. Były wyczerpane i zziajane. Niespokojnie przestępowały z nogi na nogę. Rżały jakby chciały same wykrzyczeć swoją radość, i zwycięstwo nad siłami natury. Młody woźnica zeskoczył z wozu. Spojrzał na to, co pozostawił w tyle. To co zobaczył było przerażające. Po moście pozostały jedynie wiązania brzegowe, wciąż targane prądem rwącej wody i słupki z kikutami żerdzi. Mostu nie było. Rzeka ryczała nieprawdopodobnym odgłosem. Dotychczas pęd jej hamowały zanieczyszczenia, niesione przez jej zakola.
Jednakże teraz, gdy most został zerwany, cała ta wyspa nagromadzonych zdobyczy, została porwana w otchłań jej nurtu. Uwolniło to ogromne pokłady kipieli, spiętrzonej poprzez utworzoną tamę jej zdobyczy. Thomas Radley ciężko dysząc padł na kolana. Mary – jego siostra wraz z matką wydostały się z powozu z wielkim trudem. Obserwowały przez chwilę to, co działo się z Thomas’m. Ten gdzieś w ferworze tej szaleńczej walki o życie z prawami natury, zgubił resztki własnego dziecinnego obrazu. Obie zdały sobie z tego sprawę, iż życie własne – jak i ojca, zawdzięczają tylko temu młodemu mężczyźnie. Bez słowa podeszły do niego. Poczuł ich dłonie na ramionach.
- Dzięki za wszystko Tom – braciszku. Bardzo ci dziękuję. Nawet nie masz pojęcia czego uniknęliśmy.
Chłopak milczał. Matka nic nie mówiąc stała z tyłu. Wiedziała, iż czasem milczenie jest warte więcej, niż najmądrzejsza rozmowa. On klęczał na murawie, i łzy rzeźbiły własną drogę na jego twarzy. Obie nie widziały tego – jednak on wreszcie był wolny. To były łzy radości i zmęczenia. Tak naprawdę w tym momencie coś sobie uświadomił. Teraz dopiero dotarło do niego, co tak w rzeczywistości mogło się wydarzyć. Patrząc w sam środek rzeki, doskonale sobie to uzmysławiał. Zresztą Mary również męczyła myśl, że mogli tak skończyć jak powóz, który widziała w odmętach rzeki.
- Musimy się zbierać Tom. Ojciec potrzebuje pomocy – pamiętasz?
- Tak mamo. Trzeba się zbierać.
Siostra powtórnie podeszła do brata, i położyła mu rękę na ramieniu. Drgnął lekko, ale się nie podniósł. Dziewczyna patrzyła na niego, jak z dziecka stał się w tej krótkiej chwili młodym mężczyzną. Żal jej go było. Jego dzieciństwo skończyło się raz na zawsze, i to tak drastycznie. Dopiero po chwili Thomas obtarł dłonią oczy, i wstał z murawy.
- Czas na nas. Trzeba się zbierać. Trzeba do domu.
- Tak Tom. Trzeba jechać do domu.
Emma Radley już była w wozie i ponownie doglądała swego męża. Właśnie podawała mu następną porcję naparu ziołowego, gdy jej mąż przebudził się. Patrzył na swoją żonę szeroko otwartymi przekrwionymi oczami. Ona pilnowała, aby kompres leżał na czole. Wpatrywał się w nią, jakby wcale jej nie znał. Jego wzrok nie wyrażał kompletnie nic. Oczy były szkliste, i błędnie wodziły po wnętrzu powozu. Zatrzymywały się co i rusz na kobiecie. Emmie wydawało się, że bardzo się postarzał. Widziała na jego twarzy wyczerpanie, i walkę organizmu z chorobą. Mary ponownie usiadła na miejscu woźnicy. Lecz Tom wzrokiem nie pozwolił jej wziąć lejc do rąk. Nawet nie protestowała.
Wiedziała nazbyt dobrze, że czas jej przy tych czynnościach – dla niej się skończył. Teraz męska ręka dzierżyć będzie te lejce. Thomas odwiązał je ze słupków przy bokach powozu, i umiejętnie je naprężył. Szarpnął nagle i konie ruszyły. Powóz zaczął się toczyć spokojnie. Teraz jednak bez żadnego ryzyka, i bez wymuszonego pośpiechu. Dalsza droga nie sprawiała już żadnych problemów. Deszcz już jakiś czas przestał nękać podróżnych. Burza zakończyła swoje przedstawienie i demonstrację siły. Niebo zrobiło się pogodne. Miejscami widać było pozostałości chmur. Nawierzchnia w niektórych miejscach obsychała. Pozostałości po ulewie, gdzie nie gdzie występowały w postaci wielkich kałuż i bajor błota. Jedynie wystające z ziemi kamienie, połyskiwały jeszcze mokrą powierzchnią. Thomas był szczęśliwy.
Nawet zaczął sobie coś pod nosem podśpiewywać. Oboje z siostrą siedząc na miejscu woźnicy przyglądali się, jak powóz porusza się na przód. Po drodze widać było, że burza zrobiła swoje. Tak naprawdę pokazała swoje oblicze w wielu miejscach. Z drzew co i rusz, zwisały połamane konary. Niektóre leżały na poboczach drogi. Dojechali do rozwidlenia dróg. Dalsza trasa prowadziła ich, poprzez odkrytą przestrzeń. Po obu stronach roztaczały się pola i łąki. Na nich widać było rozległe bajora wody deszczowej, która nie nadążała wsiąkać w ziemię. To był znak, że są już niedaleko domu.
CZAS TERAŹNIEJSZY
W gabinecie Sary było cicho, ale dotąd jej to nie przeszkadzało. Zagłębiona w treść dziennika nieżyjącej lady Mary Radley, jakby oderwała się od rzeczywistości. Gdzieś wewnątrz siebie, odczuwała swoiste poruszenie sytuacją z jaką przyszło się jej zmierzyć. Postawa tej dziewczyny wtedy bardzo młodej, wydawała się jej i tak zdecydowana. Mimo wszystko podołała temu, co się wtedy działo. Sara bardzo podziwiała ją jak i jej brata Thomas’a, za ich determinację i odwagę. Bo to dzięki temu pokonali ten nieszczęsny most. To był według niej nie lada wyczyn, by nie powiedzieć przykład niesamowitej odwagi. Innej drogi nie było. Fatalna pogoda, zły stan zdrowia ojca lorda Stefana Radley’a.
Sara przez chwilę zastanawiała się, czy sama podjęłaby taką decyzję. Jednak poczuła lekki dyskomfort wynikły z długiego siedzenia w jednej pozycji. Zapisała cały tekst w odpowiednim folderze swego komputera. Postanowiła się trochę rozruszać. Zatem jak tylko wstała z za biurka, od razu zaczęła wykonywać proste ćwiczenia. Co i rusz masowała sobie kark. Spojrzała bezwiednie na wiszący w gabinecie ścienny zegar - wskazywał właśnie prawie jedenastą. Chwilę pomyślała chcąc wywnioskować, ile czasu spędziła przy pracy. Uśmiechnęła się przy tym, i już w takim nastroju skierowała się ku drzwiom. Na korytarzu było pusto.
Pomyślała o rodzicach, jednak od razu przypomniała sobie, że ich nie ma w domu. O jedenastej są w środku swojego roboczego dnia. Miała dobry nastrój, i właściwie mogłaby z nimi spokojnie porozmawiać. Jednak skoro ich nie ma, to dała sobie spokój. Była już na końcu korytarza – tuż przy schodach, gdy z dołu ku niej szedł majordomus. Uśmiechnął się doń przyjaźnie. Na moment przy nim się zatrzymała. Chciała zejść na drugie piętro, które zajmował lord Jeffrey de Blackstone. Zobaczyła jednak George’a z tacą.
- Dzień dobry lady Forest.
- Dzień dobry George. Możesz mi powiedzieć co tu tak cicho?
- Nikogo nie ma w domu oprócz służby i pani lady Forest.
- A twój pan gdzie jest?
- Sir de Blackstone wyjechał wczesnym rankiem.
- Wyjechał? Nic mi nie mówił. A gdzie wyjechał? Zostawił jakąś wiadomość?
- Tak lady Forest. Właśnie szedłem do pani. Lord de Blackstone pozostawił dla pani list i polecił mi dostarczyć go, gdy pani będzie miała przerwę w pracy.
- Pan – jak rozumiem – poinformował ciebie, gdzie jedzie – czyż tak?
- Nie lady Forest. Pan informuje mnie gdzie jedzie tylko wtedy, gdy uznaje to za stosowne.
- Rozumiem. Czy to ten list George?
- Tak! Proszę!
- Dziękuję. Zanim zajmiesz się swoimi obowiązkami przekaż proszę Moly, by zabrała z mojego gabinetu naczynia po śniadaniu. Jak widać pracując oderwałam się od czasu zupełnie.
- Tak jest lady Forest.
- Ok! Ja idę się trochę przejść po ogrodzie. Moly od razu niech przewietrzy moje pokoje. To samo uczyń z pokojami na wszystkich piętrach. Jest tak pięknie dzisiaj.
- Tak jest lady Forest.
- Czy pan będzie na obiedzie?
- Nie lady Forest. Przekazał mi tylko, że mam przekazać ten list.
- Boże! Co on znowu wymyślił? Dobrze. Jesteś wolny George. Dziękuję.
Służący – ukłoniwszy się uprzednio ruszył w swoją stronę. Sara ubrana w letnią kwiecistą suknię, ruszyła w kierunku oranżerii. Chciała wyjść na ogród. Lato było w pełni, i słońce wspaniale świeciło. Oranżeria zmieniła nieco swój wygląd. Po remoncie zmieniła się kamienna podłoga. Od wielu lat była niesamowicie sfatygowana. Obecnie jednak jej powierzchnia została wyszlifowana, co dało wspaniały lustrzany połysk. Uchyliła drzwi oranżerii, i już była na tarasie. Tu również zmiany. Tyle zieleni, kwiatów. Wszędzie niesamowicie czysto. Usiadła na jednym z ratanowych foteli. Wiedziała komu zawdzięcza ten wygląd – te zmiany. Była dumna ze swej matki. Ona dokonała tu niemal cudu.
Właśnie taka myśl przyszła jej do głowy w momencie, gdy rozsiadła się w fotelu. Spojrzała na trzymaną w dłoni kopertę. Była wąska i długa. W jej lewym rogu widniał herb rodu de Blackstone, o ostrych barwach. Delikatnie ją otworzyła. Wewnątrz były dwie karty stosownie złożone. Rozłożyła je. Błyskawicznie rozpoznała pismo Jeffrey’a – było wspaniałe – artystyczne. Mimo że nosiło znamiona kaligrafii – to miało swój charakter. Zaczęła czytać.
„Droga Saro. Zapewne dziwisz się, iż w taki sposób informuję cię o swoim wyjeździe. Jednak wiedz, iż uczyniłem to celowo. Postanowiłem zachować mój wyjazd w tajemnicy nie tyle przed resztą domowników, ile przed tobą. Oczywiście nie sądź, iż moim zamiarem jest ciebie – takim stwierdzeniem – urazić. Nic z tych rzeczy. Postanowiłem uczynić to w ten sposób dlatego, iż wiem, że chciałabyś mnie zatrzymać. Chciałabyś zmienić moją decyzję. Postanowiłem wyjechać na siedem dni do mego dobrego znajomego. Nie znasz go, tak więc jego nazwisko – a już najmniej jego adres, do niczego ci się nie przydadzą. Zapewne zastanawiasz się dlaczego wyjechałem? Już wyjaśniam. Wiele złożyło się na to, iż postanowiłem wyjechać dając tobie, jak i sobie również czas do przemyśleń. Nie będę tu wymieniał wszystkich powodów mej decyzji, jednak doszedłem do wniosku, iż to do mnie należy większa rozwaga – większy dystans do wielu spraw. Może zabrzmi to dziwnie, ale ja mam mniej do stracenia niż ty Saro. Jedyną wielką stratą jaka mogłaby się wydarzyć, byłoby dla mnie utracić ciebie. Utracić to co nas łączy. Uznałem jednak, iż nie za każdą cenę. Moje życie nauczyło mnie jednej podstawowej rzeczy. Mianowicie, że nie da się budować własnego szczęścia na nieszczęściu innych. Saro! Mówię tu o twoich rodzicach. Kocham cię, i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Chcę byś to wiedziała i to rozumiała. Lecz moja miłość nie może zabrać tobie miłości twoich rodziców. Byłem świadkiem twej rozmowy z nimi, jak również widziałem twoje wewnętrzne rozdarcie. Doskonale wiem, iż jesteś kobietą samodzielną i decydujesz sama o sobie. Jednak chciałbym tobie zwrócić uwagę na to, iż twoi rodzice również ciebie kochają. I również wielką miłością. Co prawda to inna miłość od tej, która nas łączy – jednak równie wielka. Nie mogę pozwolić na to, by to co nas łączy – w jakikolwiek sposób raniło twych rodziców. Bóg mi świadkiem, iż nie chciałem tego, i nie było to moją intencją. Moim zamiarem było odnaleźć rodzinę – co uczyniłem. Stworzyłem twoim rodzicom nowe życie ufając, iż pozytywne odmieniło to ich dotychczasowy byt. Stanąłem jednak obecnie na rozdrożu. Chciałbym dać sobie czas na przemyślenie wielu spraw. Jedno o co cię proszę. Postaraj się dojść do porozumienia z rodzicami. To jest teraz najważniejsze. Kocham cię z całego serca. Lord Jeffrey Armando de Blackstone.” |
Sara czytając list wciąż siedziała w fotelu. I gdy tylko skończyła czytać, aż weń się wtuliła. Dobrze rozumiała, że źle się stało, iż nie ma kontaktu z rodzicami. Dopiero docierało do niej, że zbyt szybko uległa swoim uczuciom. Nie chciała rezygnować z miłości, jaką ją łączyła z Jeffrey’m. Jednak – faktycznie – czuła się coraz gorzej wiedząc, iż od nich się oddaliła. Miała żal do Jeffrey’a o to, iż wyjechał tak nieoczekiwanie. Rozumiała jego intencje, jak i powody poprzez które tak postąpił. Nie mogła jednak zrozumieć, że jej nie ufał na tyle by o tym jej powiedzieć. Jak również to, że on musi przemyśleć wiele spraw. Zastanawiała się nad tym o jakich sprawach on mówi. Co chce przemyśleć?
Złożyła list do koperty, i wsunęła go do kieszeni. Ruszyła przez ogród w kierunku pierwszej z wielu fontann. Zaczęła odczuwać ból niepewności. Zaczęła obawiać się również faktu, iż Jeffrey chce zrezygnować z ich miłości. Usiadła na jednej z kamiennych ław, zastanawiając się co dalej. Czuła, że grunt usuwa jej się spod nóg. Wpatrzona w fontannę, wsłuchana w jej plusk wody poczuła pierwsze łzy. Pierwszy raz w życiu doświadczyła uczucia bezradności. Płacząc nie zauważyła, iż w alejce pojawiła się Vivienne. Kobieta podchodziła alejką z tyłu. Sara nie mogła jej widzieć. Z daleka dostrzegła, iż córka płacze. Na moment zatrzymała się w półkroku, po czym z wolna ruszyła w jej stronę. Usiadła obok córki, spoglądając na nią życzliwym wzrokiem. Sara bezwiednie odwróciła się w przeciwnym kierunku – odruchowo wycierając łzy.
- Co ty tu robisz mamo? Nie powinnaś być teraz w firmie?
- Owszem – powinnam, lecz dzisiaj wyjątkowo postanowiłam zrobić sobie wolne.
- Szkoda, że nie wiedziałam.
- A jaka to różnica Saro? Co by to zmieniło.
- Masz rację. Pewnie nic.
- Powiesz mi co się stało?
- Nic się nie stało mamo. Nic. I to jest najgorsze.
- Saro! Spójrz na mnie – proszę. Nie możesz powiedzieć, że nic się nie stało skoro płakałaś.
- Mamo…
- Posłuchaj. Widzę co się z tobą dzieje. Ja również umiem obserwować. Porozmawiaj ze mną.
Nie mogła temu zaprzeczyć. Wiedziała, iż matka rozpozna jej rozżalenie. Coraz bardziej czuła, że życie bez bliskiej osoby nie daje oczekiwanej wolności. Była dorosła, samodzielna, odpowiedzialna – ale… Sara siedziała tempo wpatrując się w fontannę. Już nie umiała się opanować. Vivienne uchwyciła dłonią jej podbródek, odwracając jej twarz w swoją stronę.
- Posłuchaj dziecko. Jesteś już dorosłą kobietą. Rozumiem, jak ważne dla ciebie jest podejmowanie samodzielnych decyzji. Nigdy nie uważałam inaczej.
- Mamo!
- Poczekaj. Daj mi powiedzieć. Całe życie starałam się stworzyć wam odpowiednie warunki. Równo dbałam o was, jak i kochałam was równą miłością. Nigdy nie dałam tobie dowodów na to, iż jest inaczej. Obserwowałam jak rośnie w tobie fascynacja tym wszystkim co tu się dzieje. I muszę przyznać, że w początkowym okresie byłam z ciebie dumna. Wiem jaki masz talent, i jak bardzo dążysz do odnalezienia własnej pasji. Wiem to dziecko, lecz to co zaczęłam rozpoznawać później – bardzo mnie niepokoiło. Mówiąc szczerze mogłam to przerwać – ale nie sądziłam, iż to tak daleko zajdzie.
- Mamo! Ale ja go kocham. Czy ty tego nie widzisz?
- Widzę. Niemniej chciałabym, abyś poważnie się nad tym zastanowiła. Ty masz dopiero trzydzieści lat. On – nawet nie wiem dokładnie ile. Wiem jednak, iż o wiele za dużo.
- To nie jest kwestia wieku – mamo!
- Wiem – kochasz go i pewnie również dowiem się, że i on ciebie kocha. Jednak – Boże!, jak ci to wytłumaczyć. Ty i on to całkowicie inne przypadki – inny etap życia, inne wymagania, oczekiwania. Ty masz całe życie przed sobą. Będziesz chciała żyć, bawić się, mieć kolegów, koleżanki. Będziesz chciała mieć przyjaciół. On ma to wszystko już poza sobą. Ma majątek, teraz rodzinę. A co potrzebuje tak naprawdę? Spokoju. Coraz to większej opieki. Owszem teraz jest w pełni sił. Co będzie jednak za dziesięć lat? Teraz ogarnia wszystko, ale co za dziesięć lat? Teraz jest zdrowy, mocny – tak twierdzi. Ale co…
- Mamo przestań! Już i tak mi ciężko. Myślałam, że mnie zrozumiesz.
- I rozumiem Saro. Mimo wszystko rozumiem. Jednak staram się wytłumaczyć tobie co będzie czekało ciebie, gdy zwiążesz się z tym człowiekiem. Nie mówię, że jest zły, zdeprawowany – choć i nie jeden tak by powiedział widząc do czego on dopuścił. Ja jednak to rozumiem. I wiedz, że nie będę naciskała. Będzie tak jak postanowisz. Chciałabym jednak byś była w pełni świadoma.
- Jestem świadoma mamo. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego do jakiego stopnia. Lecz teraz już nie wiem, co mam…
Nagle Sara przerwała jakby w pół zdania. Matka siedziała obok, czekając na dalszy ciąg jej wypowiedzi. Przyglądała się również uważnie jej twarzy. Sara uniosła głowę ku górze tak, jakby chciała podkreślić własną dumę. Rozpostartą dłonią odsunęła dłoń matki z jej ramienia. Vivienne to zdziwiło jednak położyła własną dłoń na swoich kolanach. Córka przeczesała rozpostartymi palcami włosy, zaczesując je do tyłu. Uniosła brwi ku górze, spoglądając na matkę niemal z góry – z teatralną wręcz wyższością. Mimo to Vivienne starała się zachować spokój choć czuła rosnący lęk. Sara odwróciła się patrząc na matkę prosto w oczy, ale jakoś tak – niczym przez nią. Jakby wcale jej nie było na linii spojrzenia Sary. Dziewczyna wstała dumnie. Wykonała dwa kroki do przodu, po czym się zatrzymała i odwróciła na pięcie w stronę siedzącej Vivienne.
- Dlaczego nie mam dać mu miłości, na jaką od wielu lat zasługuje? On tyle czekał na to co stracił.
- Tak? A co stracił Saro?
- Stracił miłość jakiej ty nie potrafisz sobie wyobrazić. To uczucie – tak ogromne, że tylko on był w stanie je unieść, uchwycić, zakosztować. To wielka strata.
- Co ty mówisz dziecko.
- Nie jestem dzieckiem. Ona jest tak samo dumna, jak ja Vivienne. Nie masz prawa im tego odbierać.
- Czego odbierać Saro? Co ty wygadujesz?
- Jesteś matką i powinnaś to widzieć. Jaka z ciebie matka. Ja kochałam pisanie i ona kocha pisanie. Obie kochamy tego samego mężczyznę. Nie pozwolę tobie tego zniszczyć. Jak muszę…
Kobieta zerwała się na równe nogi. Była ogromnie poruszona tym co usłyszała od córki. A raczej tak jej się wydawało. Czuła, że coś się dzieje z Sarą. Jej odpowiedzi brzmiały tak jakby to nie ona…, jakby nie ją słyszała. I te dziwne kwestie o jego stracie. O stracie z przed wielu lat. Nie umiała sobie tego wytłumaczyć. Czuła, że gdzieś leży wytłumaczenie tego, czego była świadkiem. Jednego była pewna. Z jej córką coś się dzieje, i to w cale nie chodzi o miłość. Wykonała krok w kierunku Sary, jednak ta od razu odwróciła się od niej bokiem. Vivienne widziała dziwny obcy wyraz twarzy córki, dziwną subtelną różnicę w jej wyrazie - w mimice. Te gesty nie pasowały do Sary. I w tym momencie dziewczyna wykonała parę kroków w kierunku domu. Vivienne stała z tyłu obserwując ją bardzo uważnie. Już miała odwrócić się w stronę fontanny by się nad tym zastanowić, gdy z za swoich pleców usłyszała głos córki.
- Mamo! Ja nie wiem…, co ze mną…? Co…
Vivienne natychmiast odwróciła się do niej, i ruszyła w jej kierunku. Ta jednak stała w miejscu, nie ruszając się przez chwilę. Gdy tylko kobieta była już na wyciągnięcie ręki przy córce – ta odwróciła się raptownie. Kobieta zamarła w bezruchu.
- Mam nadzieję, że porozmawiamy mamo. Widzę że ty również spacerujesz po ogrodzie.
- Saro! Ty nie…
- Czemu nie jesteś w pracy mamo? Jest jeszcze wcześnie.
- Przecież ja już tobie tłumaczyłam. Wzięłam sobie wolne.
- No tak pamiętam. Wiesz, że chciałam z tobą i z tatą porozmawiać?
- No przecież rozmawiamy już jakieś dwadzieścia minut.
- Tak? – nie możliwe. Dopiero co się tu zjawiłam.
- A o czym chcesz rozmawiać Saro?
- O niczym. Chciałam tylko byś zrozumiała, że nic nie jest pewne. Nic mamo.
Ruszyła przed siebie jakby nie rozumiejąc, że matka chciała z nią rozmawiać. W rzeczywistości sama dziwiła się, że mama przypomina jej o rozmowie. I że to ona chciała z nią rozmawiać. Usiłowała sobie to przypomnieć. Przystanęła. Vivienne nadal wpatrywała się w córkę. Teraz już była poważnie zaniepokojona.
- Saro! A może ty jesteś chora? Coś jest nie tak.
- Wszystko jest w porządku mamo, tylko…
- Tak?
- Powiedz mi skąd wiedziałaś, że chcę z tobą porozmawiać?
- Jak to skąd? Co ty mówisz? Sama mi to powiedziałaś – przed chwilą.
- Ja? Kiedy? Byłam tu w ogrodzie sama. Pamiętałabym.
- Saro. Ja byłam tu przypadkowo – wzięłam wolne. Zobaczyłam ciebie z daleka w ogrodzie. Gdy podeszłam bliżej - ty płakałaś. Siedziałaś tu przy fontannie i płakałaś. Zapytałam ciebie co się stało i zaczęłyśmy rozmawiać.
- O czym?
- O tym co jest między tobą a Jeffrey’m. Tłumaczyłam tobie parę kwestii, gdy ty zaczęłaś się dziwnie zachowywać. Miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś obcym.
Dziewczyna słuchała i widać było, iż analizuje coś w myślach. Nic się nie odzywała tylko wykonywała niezdecydowane ruchy dłonią – bardziej przed sobą. Chodziła parę kroków to do przodu, to znowu w stronę Vivienne.
- Możesz mi powiedzieć co się dzieje? Zachowujesz się dziwnie, i to delikatnie mówiąc.
- Poczekaj. Powiedziałaś, że rozmawiałaś ze mną tak, jakbyś rozmawiała z kimś innym – czyli jak?
- To było bardzo dziwne. Podeszłam do ciebie. Co prawda znienacka – ty płakałaś. Podeszłam do ciebie. I rozmawiałyśmy jak matka z córką. Jednak w jednej chwili zaczęłaś zachowywać się całkowicie odmiennie. Zachowanie, gesty – całkowicie inaczej do mnie mówiłaś. To wyglądało tak, jakbyś mówiła nie do mnie – do swojej matki. Jakbym ciebie nie widziała to uznałabym, iż rozmawiam z obcą kobietą.
- To ona. To…
- O czym ty mówisz? Co za ona? Nic nie rozumiem..
- Ja też nie rozumiałam, ale już rozumiem. Chciałabym aby między nami było tak, jak dawniej mamo. Cokolwiek się wydarzy pamiętaj, że nie chcę was stracić.
- Nie stracisz nas Saro, lecz wytłumacz mi proszę o co chodzi?
- Wytłumaczę, jednak nie teraz. Porozmawiaj z tatą. Ja muszę sobie wiele przemyśleć.
- Nie chcę cię zostawić teraz samej. Jesteś zdenerwowana.
- Nie mamo. Nic mi nie będzie.
- To może porozmawiam z Jeffrey’m. Może i ty z nim porozmawiasz?
- Niestety nie porozmawiam. Nie ma go – wyjechał.
- Wyjechał? Kiedy? Gdzie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz