Tom II – część 9
- Tak! Wyjechał. Kiedy? Dzisiaj rano. Gdzie? Do swojego dobrego znajomego. O nic więcej nie pytaj, bo nie wiem. Zaczynam zastanawiać się co w ogóle wiem. Wybacz mi mamo. Muszę iść do siebie.
- A co z obiadem?
Ale Sara już tego nie słyszała. Vivienne zaś nie usłyszała odpowiedzi. Dziewczyna pobiegła w kierunku oranżerii. Matka nie biegła za nią. Kobieta była zaniepokojona stanem emocjonalnym córki. Wiedziała, że powinna porozmawiać z Jeffrey’m, ale go nie było. Vivienne pozostała na chwilę przy fontannie. Podeszła do niej blisko, nasłuchując plusku wody. Wpatrywała się w tryskające stróżki, śledząc jak łączy się z taflą wody. W tym momencie zakryła dłonią własne usta. Nie umiała sobie wytłumaczyć tego, co słyszała od córki. Ciężko było ale poukładała sobie wszystko, co tyczyło się nietypowego związku jej córki. Żaden z argumentów „za”, nie działał.
Każdy z nich był grubo naciągany. Mocno naginany tylko dlatego, iż kocha córkę. Jednak uparła się z tym, choć i tak jest to dla niej bardzo trudne. Ale teraz po tej rozmowie… Czuła coś na kształt obawy – ale innego typu. Jej córka zachowywała się dziwnie. Zastaje ją w ogrodzie płaczącą. Rozmawiają – nawet dość spokojnie. A zaraz potem Sara zachowuje się, jak ktoś zupełnie obcy. Inne słowa, miny, gesty. Inne zachowanie. I te słowa o miłości z przed lat. Vivienne coraz bardziej obawiała się o córkę. Ruszyła w stronę tarasu. Wolno weszła na jego schody. Podeszła do szklanych drzwi oranżerii, jednak odwróciła się w stronę ratanowych foteli tak, jakby czuła, iż nie jest sama.
Obmiotła wzrokiem wszystko wokoło co miała przed sobą. Nie było nikogo – a jednak wciąż czuła coś na kształt obserwacji. Upewniwszy się, że nie ma nikogo nacisnęła klamkę chcąc wejść do środka. Weszła. Dłonią chciała przytrzymać szklane drzwi by nie trzasnęły – bała się przeciągu. One nie były małe, i to jeszcze w całości szklane. Trzymała ich uchwyt, lecz ich nie obserwowała. W momencie, gdy lekko użyła siły by je zamknąć za sobą – one niemal na nią naparły. Była zaskoczona. Od razu zareagowała na to, odwracając się w ich kierunku by je zatrzymać. Nie czuła jednak powiewu wiatru nic a nic – a wciąż czuła nacisk na drzwi. I w chwili kiedy odwróciła się do nich, w szybie ujrzała wizerunek młodej kobiety.
Widziała ją przez moment. Czarne długie włosy, i piękną twarz młodej kobiety. Od razu cofając się puściła klamkę drzwi, które trzasnęły dość mocno. Szczęście, że ich skrzydło było dość blisko ościeżnicy. Inaczej stłuczone szyby wyleciałyby wprost na nią. W chwili trzaśnięcia wizerunek nieznanej kobiety zniknął, a Vivienne stała jeszcze przez chwilę niemal sparaliżowana. Chciała jak najszybciej wydostać się z oranżerii, i odwracając się ruszyła szybo w kierunku jadalni. Ona to sąsiadowała z oranżerią. Widziała dziwny ruch liści roślin, stojących na poboczach. Vivienne wiedziała, że to nie jest przypadek – przyśpieszała. W tym momencie usłyszała głos w oranżerii.
- On zasługuje na miłość Vivienne!
Nawet nie chciała się zastanawiać czyje to słowa. Niemal wybiegła z jadalni do hallu. Dopiero tam poruszając się w wielkim pośpiechu wpadła na majordomusa. Mężczyzna jednak był na tyle opanowany, iż wykonał krok by zejść z linii biegu kobiety. Chwilę przyglądał się kobiecie, a zaraz potem uśmiechnął się życzliwie.
- Lady Forest, czy coś się stało?
- Nie nic. Przepraszam cię za ten bieg, ale…
- Tak pani wbiegła na hallu. A skoro już panią spotkałem lady Forest mam pytanie, czy pora obiadu zostaje taka sama jak co dzień?
- A jaka jest co dzień?
- Jak zwykle godzina trzynasta.
- Zatem niech tak pozostanie George.
- Czy nakryć stół dla wszystkich w jadalni?
- Mam nadzieję lecz to jeszcze sprawdzę, nie wiem co z moją córką. Jak by co to dam znać George.
- Tak jest lady Forest.
Mężczyzna ruszył do swoich obowiązków. Vivienne koniecznie chciała porozmawiać z córką. Miała właśnie wejść do windy, gdy nagle zrezygnowała. Odwróciła się na pięcie, i ruszyła na schody. W metalicznej tafli drzwi windy, ukazał się wizerunek młodej smukłej kobiety. Vivienne jednak tego nie widziała. Była na pierwszym piętrze, gdy usłyszała szmer w swoim salonie. Skręciła w jego kierunku. Okazuje się, że w salonie był Steven – jej mąż. Ulżyło jej na widok męża. Wreszcie miała z kimś porozmawiać o wydarzeniach z przed paru chwili weszła do salonu zamykając za sobą drzwi. Mężczyzna właśnie przeglądał jakieś dokumenty. Trzymając otwartą teczkę na kolanach, a w dłoni trzymał jakiś dokument który czytał.
- Jak dobrze, że jesteś w domu Steve!
Mężczyzna od razu uniósł głowę, przyglądając się uważnie żonie. Zauważył jej poruszenie i wielką obawę. Odłożył dokument do teczki – zamknął ją.
- Kochanie! Czy coś się stało?
Od razu powstał z miejsca, odkładając szybko teczkę z dokumentami. Był zaniepokojony. Już od dłuższego czasu nie widział swojej żony w takim stanie. W jednej chwili siedziała, by w następnej już podążać w stronę okna – by w kolejnej, kroczyć wzdłuż pokoju to w tę to w tamtą stronę. W momencie gdy usiłowała go wyminąć, zatrzymał ja przy sobie. Delikatnie przetrzymał wskazując jej miejsce w fotelu. W żadnym wypadku nie chciał dopuścić do faktu, iż jej zachowanie udzieli się i jemu. Wiele już widział we własnym życiu by wiedzieć, iż nie wolno zbyt szybko dopuścić do głosu własne emocje. Wolał na spokojnie przeanalizować sytuację. Uśmiechnął się tylko taktownie.
- Jesteś jak widzę bardzo poruszona. Powinniśmy usiąść i o tym porozmawiać – nie sądzisz? Usiądź proszę obok mnie, i opowiedz co się stało.
Niechętnie ale z rezygnacją Vivienne zajęła wskazany wolny fotel. Czuł, że trudno było żonie spokojnie usiedzieć na miejscu. Niemniej był ciekaw co się dzieje. Tym bardziej, że kogo jak kogo, ale Vivienne nie łatwo jest wytrącić z równowagi. A zachowanie jakie przedstawiała obecnie świadczyło o tym, że nie chodzi tu o drobiazg.
- Ok! Mam nadzieję, że to co powiem będzie miało jakiś sens. Ja sama nie wiem co o tym myśleć – ale proszę cię posłuchaj. Każdego dnia o tej porze jestem w firmie. Sam to wiesz, gdyż dzielimy ze sobą sprawy, kontrakty. Dzisiaj jednak postanowiłam wrócić do domu wcześniej. Udało mi się zakończyć wcześniej sprawy na dzisiaj tym bardziej, że akurat poczułam się zmęczona.
- Rozumiem. No i wróciłaś do domu…
- Tak. Chciałam przez chwilę być sama w ogrodzie. Nie czułam się dobrze, i zamierzałam pobyć trochę na powietrzu. Jestem w ogrodzie, i już z daleka zauważyłam Sarę. Ucieszyłam się z ponownej okazji, by z nią porozmawiać.
- Rozumiem, że nadarzyła się sprzyjająca sytuacja ku temu.
- Ale gdy podeszłam bliżej ona płakała. Nie wiedziałam o co chodzi. Pomyślałam sobie, że być może się mylę. Ona jak mnie usłyszała, od razu odwróciła się w stronę fontanny. Zrozumiałam, iż nie chce bym zobaczyła, że płacze. I tak było. Delikatnie odwróciłam ją do siebie. Steven’e! Ona wręcz szlochała.
- Pytałaś ją o co chodzi?
- Naturalnie. Chciałam od razu dowiedzieć się co się stało. Okazało się, że ona otrzymała list od Jeffrey’a.
- Jaki list? Czy on jest w domu?
- Nie Steve! Nie ma go w domu - wyjechał. Nie wiem dlaczego wyjechał – nie jest to w tej chwili dla mnie ważne. Ważne jest to, że ona przez to płakała.
- Mówisz o liście, czy o jego wyjeździe?
- Nie wiem Steven’e. Nie wiem czy to chodzi o jedno, czy o drugie – może i to i to. Niemniej cieszyłam się, że mogę z nią rozmawiać. Miałam nadzieję, że się ode mnie nie odwróciła.
- Rozmawialiście o ich związku?
- Tak. Starałam się jej uzmysłowić fakt, co zyska a co straci w tym związku.
- I jak to przyjęła?
- Ona go kocha Steve. Kocha go i to jest fakt. Nie wiem czy on ją kocha – nie rozmawiałam z nim o tym, bo nie mogłam – nie ma go.
- No ale nadal nie wiem czemu płakała? Czy to z powodu…
- Nie wiem z jakiego powodu płakała ale chciałam by zrozumiała, że ma nas. Ma rodziców na których – mimo wszystko – może polegać. Steve! Ja uznałam już jakiś czas temu, że być może ich związek łączy prawdziwe uczucie. Nie jest to konwencjonalny związek dwojga – to na pewno. Wiem jednak, że jeśli ją nie wesprzemy – stracimy ją. Ona się od nas odwróci, choć sama z tego powodu będzie cierpieć.
- I tu masz rację. Nie powiem – to jest bardzo trudna decyzja z mojej strony. Wiem jednak, że wiele czasu upłynie, nim się do tego przekonam. Ale ja również chcę ją wspierać.
- Czy to jest ten powód jej płaczu? Płakała z powodu niezgody między nami?
- I tu jest problem Steve. Nie wiem czy to o to chodzi. Widziałam coś bardzo dziwnego.
- Vivienne!
- Posłuchaj. Rozmawiałyśmy. Nawet cieszyłam się, że Sara chce rozmawiać mimo tej całej sytuacji. Ale stało się coś dziwnego. Nagle znienacka ona wstała, przeszła parę kroków w te i z powrotem. Przystanęła, odwróciła się nagle. I wiesz co? Zaczęła się całkowicie inaczej zachowywać. Jej gesty, postawa, słowa – wszystko całkowicie odmienne od tego, jak to czyni nasza córka. Potem zaczęła ze mną rozmawiać tak, jakby dopiero co mnie zobaczyła. Nawet nie chciała ze mną rozmawiać. I te dziwne słowa.
- Jakie słowa?
- Powiedziała bym pozwoliła jej na miłość. Że Jeffrey zasługuje na miłość, którą odczuwa już od wielu lat. Steven’e! Od wielu lat. On dopiero co poznał Sarę.
- To dziwne. Może ci się wydawało? Może…
- Ależ skąd. Znam naszą córkę i wiem, jak się zachowuje. Znam jej wszystkie gesty, sposób bycia – jestem w końcu jej matką. A tu ona zachowuje się tak jakby była…
- O czy ty mówisz Vive? Jakby była…, co?
- Posłuchaj! Gdybym nie wierzyła w … Boże! To idiotyczne.
- Vivienne! O czym ty mówisz? Na miłość Boską!
- Mówię o tym, że wciąż zastanawia mnie to co mi powiedziała. Że on zasługuje na miłość, którą przeżywał od wielu lat. Przypomnij sobie. Jeffrey opowiadał nam o swojej miłości. Jak ona się nazywała? Poczekaj – Mary! Lady Mary Radley. Jego wielka miłość.
- No tak, pamiętam. Ale wiem też, że ona nie żyje.
- No tak.
- Czyli co? Chcesz powiedzieć, że…
- Też wydawało mi się to niedorzecznością, ale dzisiaj przeżyłam coś co mną wstrząsnęło.
- Czyli?
- Po rozmowie z Sarą. Ona po tej zmianie ruszyła do swego apartamentu. Ja chwilę pozostałam w ogrodzie. Byłam tym bardzo wstrząśnięta, ale później postanowiłam z nią porozmawiać. Ruszyłam z ogrodu do oranżerii. Miałam ją najbliżej. I wchodząc, nie zastanawiając się, otworzyłam szklane drzwi – weszłam. Chciałam je zamknąć. Wtedy wyczułam, iż ktoś na nie zaczął napierać.
- Jak to napierać? Na miłość Boską Vivienne! Dajże spokój! Może to przeciąg.
- Też tak pomyślałam. Tyle, że nie było żadnego wiatru – najmniejszego powiewu. Musiałam nieźle się wysilić, by przytrzymać drzwi. Inaczej szyby zostałyby stłuczone. Uskoczyłam od nich przestraszona. I to wtedy zobaczyłam w szybie wizerunek młodej kobiety z czarnymi długimi włosami.
- Co ty mówisz? Może tam ktoś był?
- Nie było nikogo. Byłam sama. Sprawdziłam. Uciekłam stamtąd. Jednak nim wybiegłam z oranżerii, usłyszałam głos kobiety. Powiedziała jedno zdanie: „on zasługuje na miłość Vivienne”. Uciekłam.
- To faktycznie dziwna sprawa. A gdzie jest Sara?
- Pewnie u siebie. Koniecznie chcę z nią porozmawiać. Właśnie do niej szłam gdy usłyszałam, że ktoś jest w naszym salonie. Steven’e boję się o nią. Tu coś się dzieje, a ja nie bardzo wiem co.
- Jeffrey – kiedy wraca?
- Nie wiem. Nic nie wiem, i to mnie denerwuje. Tym bardziej, że to bardzo dziwne co on wyczynia. Wyjeżdża z domu nic nikomu nie mówiąc. Nie wiadomo gdzie, na ile, no i w ogóle po co?
- No to trzeba będzie się tego dowiedzieć. Idziemy do Sary. Co prawda miałem przejrzeć dokumentację nowego kontraktu – ale Sara jest ważniejsza. Daj mi chwilę. Zaniosę do gabinetu, i zaraz dołączę do ciebie.
- Ok! czekam na ciebie na schodach.
Mężczyzna szybko pochwycił teczkę z dokumentami, i ruszył do swego gabinetu. Vivienne chwilę stała w salonie w bezruchu, po czym podeszła do okna. Spojrzała przez nie na ogród. Szybko jednak ruszyła na korytarz, a Steven dołączył do niej już na schodach. Razem ruszyli na trzecie piętro. Sara siedziała w swoim gabinecie. Pracowała właśnie nad materiałami do swojego projektu, gdy zobaczyła w drzwiach stojących obu rodziców. Zaistniała krępująca chwila konsternacji, ale ku ich zaskoczeniu – roześmiała się. Zły nastrój gdzieś minął. Steven przepuścił żonę przodem i zamknął za sobą drzwi.
- Jak się czujesz Saro?
- Dziękuję. Co się dzieje?
- Chcielibyśmy z tobą porozmawiać Saro. Czas na to byśmy poważnie porozmawiali, nie sądzisz?
- A o czym tu rozmawiać. Zresztą Jeffrey’a nie ma – a chyba powinien tu być – prawda?
- Tak. I na pewno z nim porozmawiamy. Niemniej czas byśmy my obecnie doszli do ładu. Poświęcisz nam chwilę?
- Oboje z tatą mamy już dość tej całej sytuacji. Sama przyznasz, że nie jest to zdrowa sytuacja. Twój związek z Jeffrey’m, nie może wpływać na nasze stosunki z tobą. Co o tym sądzisz?
- No tak. Nie wypadło to najmądrzej – wiem o tym. Już jakiś czas temu chciałam coś z tym zrobić.
- No to może teraz jest ta chwila Saro. Porozmawiajmy.
- Tu nie ma o czym rozmawiać mamo. Sądziłam, że kochamy się z Jeffrey’m, ale…
- Ale… skąd nagle wątpliwości?
- Nie chcę o tym mówić mamo. Po prostu.
- Posłuchaj Saro. Nim Cokolwiek zadecydujesz, chciałbym tobie o czymś opowiedzieć. Coś dzisiaj się wydarzyło – czego nie umiem sobie wytłumaczyć.
- Co się stało?
- Ale obiecaj mi, że nie będziesz się ze mnie śmiała.
- Ok! ale nie rozumiem…
- Pamiętasz jak rozmawiałyśmy w ogrodzie ze sobą.
- Nie. Ty chciałaś ze mną rozmawiać, a ja powiedziałam tobie, że idę do siebie. Nic takiego się nie stało.
- Saro! Właśnie się stało. I o tym chciałabym z tobą porozmawiać.
- Według ciebie to co się stało?
- Nie zupełnie tak było Saro, jak ty to pamiętasz. Prawda jest taka, że rozmawiałyśmy. Dzisiaj postanowiłam sobie zrobić prędzej wolne. Nie miałam dzisiaj wiele obowiązków. Postanowiłam na chwilę wpaść do ogrodu. Wiesz jak lubię bywać w ogrodzie. Od razu zobaczyłam ciebie przy fontannie. Tyle że wtedy płakałaś Saro. Podeszłam, usiadłam koło ciebie, i zaczęłyśmy rozmawiać.
- To czemu ja tego nie pamiętam?
- Nie mam pojęcia Saro, lecz wiem co się z tobą działo chwilę potem. I to właśnie o tym z tobą chciałabym porozmawiać – proszę. To dla nas bardzo ważne.
Sara siedząc za biurkiem, zamknąwszy jeden z woluminów, lekko odwróciła twarz w stronę okna. Nie wydawała się być zachwycona wizją rozmów wiedząc, że zaraz wyjdzie temat jej związku. Ona nie chciała o tym rozmawiać. Jeszcze jakiś czas temu, pewnie byłaby o to walczyła. Jednak to co obecnie się działo, bardzo zachwiało jej przekonaniami. Nie była co prawda pewna tezy, która budowała się w jej umyśle – umiała jednak już sprecyzować własne wątpliwości. To właśnie dlatego nie miała siły rozmawiać na temat jej związku z Jeffrey’m. Vivienne czuła, że coś się dzieje niedobrego. Niemal intuicyjnie umiała rozpoznać uczucie niepewności, wahania, czy zwątpienia. Tu wyczuwała jednak coś innego. Być może myliła się, i od razu nie chciała jawnie wypowiadać swojego zdania. Jej logika jednak nakazywała dociec co się dzieje – co jest przyczyną.
- Możesz poświęcić nam choć chwilę?
- Nie wiem o czym chcecie ze mną rozmawiać, ale dobrze. Zatem o co chodzi?
- Rozmawiałem z mamą Saro, i mówiąc szczerze, jestem zaniepokojony tym co usłyszałem.
- Czyli?
- Mówię tu o waszym spotkaniu w ogrodzie. Z tego co mama mi opisywała, niewątpliwie coś niedobrego dzieje się z tobą. Powiedz mi zatem czy cokolwiek z tego pamiętasz?
- Oprócz tego, że mama chciała ze mną porozmawiać, a ja akurat w tamtej chwili nie chciałam. To pamiętam. Nie wiem o co robić tyle hałasu.
- To bardzo dziwne. Ja tu słyszę dwie wersje, i chciałbym to skorygować. Po to tu między innymi jesteśmy. Ale przyszło mi coś do głowy. Ty pracujesz nad kroniką dla Jeffrey’a – prawda?
- Tak – ale co to ma wspólnego ze mną?
- Powiedz mi, czy masz jakieś informacje o lady Mary Radley. Z opowiadań Jeffrey’a wiem, że to była jego wielka – jedyna miłość.
- Tato! Nie wiem czy ja mogę o tym rozmawiać.
- Nie bądź niemądra. Ta kobieta nie żyje już od wielu lat. Ty pracujesz nad kroniką lorda Jeffrey’a de Blackstone. To żadna tajemnica.
- Ale…
- Saro! Na miłość Boską! Rozmawiaj z nami jak córka z rodzicami. Ani ja ani mama nie jesteśmy twymi wrogami. Czynienie z takich rzeczy wielkich tajemnic – jest kpiną w stosunku do nas.
- Dobrze już. Nie denerwuj się tato. Co chcesz wiedzieć na jej temat?
- Nie mam żadnych wątpliwości, że masz już wiele informacji na temat tej kobiety. Tym bardziej, że pewnie i rozmawiałaś z nim o niej.
- Wiele razy.
- No to powiedz mi proszę taką rzecz na początek. Ile miała lat, jak zmarła – no i jaka była.
Sara wstała z za biurka. Po zachowaniu ojca jak i matki wiedziała, że nie odpuszczą. Nie bardzo jej pasował fakt, że Jeffrey’a nie ma przy niej, jednak nie miała na to wpływu. Podeszła do okna, jak to czyniła w sytuacjach nie wygodnych dla siebie. Po czym odwróciła się w stronę rodziców. Ci już siedzieli w fotelach, czekając na córkę. Vivienne już wcześniej dała znak mężowi by jej nie pomagał. Nie chciała dopuścić do tego, że ponownie ona się przed nimi zamknie. Argumentując wszystko wiekiem, własnym zdaniem, czy czymś w tym rodzaju. Sara usiadła przy nich naprzeciwko, być może sama wiedziona ciekawością.
- Mary była dziennikarką. Z tego co o niej przeczytałam – była bardzo uzdolniona. Jej zawodem było dziennikarstwo, ale i miała zaliczony kierunek architektury. Była sumienna, konsekwentna i bardzo pracowita. Z opowiadań jej brata wiem, że była bardzo lojalna w stosunku do rodziny, jak i przyjaciół.
- Czy wiesz coś na temat związku Jeffrey’a z Mary?
Steven Forest zadawał rzeczowe pytania. Widział, że jak zacznie pytać wprost o sprawy sercowe związane z Jeffrey’m – Sara może odebrać to za ingerencję w jego prywatne życie. Tu trzeba było delikatności i taktu.
- To bardzo delikatny temat tato. Z tego co obecnie wiem, łączyła ich wielka miłość. Trudno powiedzieć, które z nich kochało mocniej – bo nie mam takiej wiedzy. Wiem tylko, że Jeffrey obdarzył ją ogromną miłością.
- Czy wiesz jaka była różnica wieku między nimi?
- Z tego co wiem – niewielka. Mary była chyba dwudziestoparoletnią, lub coś ponad – dziewczyną. On zaś miał jakieś trzydzieści parę.
- Czy są jakieś informacje, czy oni wzięli ślub?
- Tego nie wiem. Ich związek był – z tego, co wiem z opowiadań Jeffrey’a – związkiem bardzo burzliwym. Chyba tak można to określić. Oboje kochali się i to nie ulega wątpliwości, ale coś ich poróżniło.
- Czyli?
- Chodziło tu o śmierć przyjaciela Mary, niejakiego Hampton’a.
- A co miał z tym wspólnego Jeffrey?
- Tato! Nie sądzę by to miało jakikolwiek związek z naszym tematem. Nie sądzisz?
- No już dobrze nie denerwuj się. Moim zamiarem jest tylko zrozumieć. Czyli byli związkiem małżeńskim, czy też nie. To chyba nie tajemnica.
- Jeśli chodzi tobie o to czy wzięli ślub to tego nie wiem. Jeffrey nie rozmawiał ze mną na te tematy. Zresztą rzadko mówi o Mary. A ja sama dopiero zapoznaję się z jej dziejami z jej dzienników.
- Masz jej dzienniki?
- Tak.
- Nie wiedziałem o tym.
- A musiałeś wiedzieć?
- To nie było grzeczne Saro.
- Przepraszam. Ale znowu traktujesz mnie jak małą dziewczynę.
- Dobrze, dobrze. Dajmy temu spokój.
Tym razem Vivienne wtrąciła się w rozmowę czując, że zaraz znowu wybuchnie sprzeczka. Nie chciała tego, i nie po to tu przyszli ze Steven’m. Vivienne coraz bardziej czuła, iż tu nie chodzi o to, kim była Mary Radley – ale chodzi tu o Jeffrey’a.
- Czy Jeffrey mówił coś na temat jej śmierci?
- Wiem tylko tyle, że ona dużo przeszła. Wyniknęła jakaś tragedia w jej rodzinie. Nie wiem dokładnie o co chodziło. Niemniej Jeffrey wspomniał mi coś, że od tamtej pory długo się leczyła. To był bardzo trudny Okres dla nich. No i bardzo trudny temat dla Jeffrey’a dzisiaj.
- Rozumiem. Ale wiem, że to było już wiele lat temu. Skąd więc u niego takie opory w wspominaniu o tym?
- Chodzi tu o to mamo, że jakiś czas oni oboje byli razem. Nie wiem czy byli małżeństwem, czy też nie – lecz na pewno mieszkali razem. Ona musiała tu mieszkać, bo to ma coś wspólnego z tym zielonym tarasem. Pamiętasz. On za każdym razem nie chce tam przebywać. Wciąż wydaje się, że coś się z nim dzieje, gdy tylko tam się znajduje. To właśnie dlatego między innymi oddał pierwsze piętro dla was.
- Pamiętam, że wspominał coś o ojcu, a nie o niej.
- Tak. Z ojcem Jeffrey’a związane są pokoje, które wy zamieszkujecie. Ale on wiąże właśnie ten taras z nią.
- Czyli oni – mimo tego trudnego okresu – później byli razem. Byli szczęśliwi?
- Wydaje się że tak.
- Czyli ich związek zakończył się, nie z winy ani Jeffrey’a ani Mary. Mówię tu o zawinionej przyczynie.
- No tak. Ona po prostu zmarła. Dopiero niedawno dowiedziałam się od jej brata – lorda Thomas’a Radley’a – później sam Jeffrey ode mnie, iż ona nigdy nie wyzdrowiała. Po prostu nie powiedziała mu prawdy co do swojego zdrowia.
- Czemu? Nie uważasz, że to jest dziwne zachowanie kogoś, kto żyje w związku pełnym prawdziwej miłości?
- Nie tato. To nie tak. Tu nie chodzi ani o miłość ani o związek. Okoliczności jakie zaistniały przed ich połączeniem się sprawiły, że podjęła taka a nie inną decyzję. Dużo by o tym opowiadać, ale to co wiem łączy się w logiczną całość.
- Możesz nam o tym opowiedzieć? Jeśli to nie będzie niedyskrecją.
- Nie, nie. Bynajmniej. Chodzi tu o to, że odkąd się zakochali, nie wiedzieli poza sobą świata. Jednak nagła śmierć jej przyjaciela niejakiego Hampton’a sprawiła, iż Mary zaprzysięgła sobie odnaleźć winowajcę jego śmierci.
- Nie rozumiem. Co on miał wspólnego z jego śmiercią?
- Nic nie miał. To wiem na pewno, bo z nim o tym rozmawiałam. Jednak ona nie wiedziała o tym, iż on w ogóle nic nie ma z tym wspólnego. Nie wiedział, że ludzie zaliczający się do jego organizacji byli sprawcami morderstwa.
- Jakiej organizacji?
- Mamo! To nie jest ważne jakiej organizacji. Jej już nie ma – już nie istnieje. Niemniej ona dowiedziała się, że on również należał do tej organizacji. No i wszystko poleciało lawinowo. Fakt, że on należał do tej samej organizacji co winowajcy śmierci Hampton’a sprawił, iż obwiniała Jeffrey’a o jego śmierć. Uważała, że musiał on o tym wiedzieć.
- Wydaje się to logicznym myśleniem, ale zbyt pochopnym – jak na mój rozum.
- No i tak jest. Jednak ten fakt zaważył na tym, iż ich związek stał się niemożliwy. Z jednej strony go kochała, a z drugiej nienawidziła – obwiniając go za śmierć jej przyjaciela.
- Powiedz mi w takim razie ile oni byli razem? Wiem, że się bardzo kochali, iż mimo takich perypetii byli w końcu razem. Wiesz coś na ten temat Saro?
- Nie! Nie znam szczegółów tato. Jednak nie byli zbyt długo razem, gdyż ona zmarła nagle. Co prawda w domu Jeffrey’a – ale jednak. Z jego opowiadań wiem, że nie było to długo. Bardzo to przeżył. Natomiast brat Mary Radley powiedział mi bardzo ważną rzecz.
- Co mianowicie?
- Mary spisała testament będąc u swego brata.
- To dziwne nie sądzisz? Skoro byli razem z Jeffrey’m, winna go spisać u niego.
- No właśnie nie mogła. Z początku również tego nie rozumiałam, jednak szybko zrozumiałam – po wyjaśnieniach jej brata lorda Thomas’a Radley’a. Słuchajcie! Jeffrey otrzymał informację od Mary, że jest ona zdrowa – już zdrowa. Wiedział on, iż chorowała. Jednak był przekonany, że wyzdrowiała.
- W jakim celu ona… no, to jest dziwne zachowanie. Być chorym a stwierdzić, iż jest się zdrowym. Jaki w tym cel?
- Ona miała powód. Według jej brata - Mary obwiniała się, że to, iż nie słusznie posądziła Jeffrey’a o śmierć Hampton’a. Obwiniała go zbyt długo, i gdy tylko wszystko się wyjaśniło, postanowiła mu to wynagrodzić.
- Co wynagrodzić?
- Chciała wynagrodzić mu swoją pomyłkę. Czuła się winna tego, że tyle czasu stracili ze swej miłości. To dlatego – jak już się zeszli – nic mu nie powiedziała o fakcie, iż nadal jest chora. Okazało się, że Mary tak naprawdę nigdy nie doszła do zdrowia. Jak czuła się dobrze – była z Jeffrey’m - czuła się gorzej – była w domu ze swoim bratem Thomas’m. Coś się musiało wydarzyć takiego, że ona była pewna tego, iż już z tego nie wyjdzie - nie wiem. Może fakt, iż coraz gorzej się czuła. Nawroty bardziej częstsze, gorsze – naprawdę nie wiem. Jedno jest pewne – mianowicie to, że to nie był błahy powód.
- Boże! Ona musiała wiedzieć, że umiera. To by znaczyło…
Vivienne urwała nagle swój wywód. Steven jak i Sara od razu spojrzeli na nią z wielką uwagą. On już wiedział co nie co o tym, co mówiła mu żona zaraz po powrocie z ogrodu. Ale nie umiał powiązać faktów z tamtej chwili – z jej wywodem obecnie. Sara uważniej przypatrywała się matce.
- Mamo! O czym ty mówisz? Nic nie rozumiem.
- Posłuchajcie. Dopiero do mnie to dotarło – i zrozumiałam.
- Co takiego?
- Wiemy już tyle, że mamy to wszystko ze sobą powiązać. Posłuchajcie. Lady Mary Radley młoda dwudziesto-paro letnia dziewczyna – dziennikarka i architekt. Spotyka na swojej drodze lorda Jeffrey’a Armando de Blackstone. Niewiele starszego od siebie mężczyznę. Oboje się w sobie zakochują. W między czasie ona przeżywa śmierć swojego przyjaciela Hampton’a. Krótko po tym przeżywa rodzinną tragedię, po której nie dochodzi już do zdrowia. Za śmierć przyjaciela wini Jeffrey’a, co niemal przerywa na dłuższy czas ich związek. Następnie nadchodzi czas wyjaśnienia, i Mary widzi, że mylnie oskarżyła Jeffrey’a. Dochodzi do tego, iż oboje są razem, i ona usiłuje mu wynagrodzić te omyłkę, czyli utracony czas ich związku. Jednak tylko ona wie, że nadal nie wyzdrowiała po tragedii. By nie pozbawić ponownie Jeffrey’a chwil szczęścia ze wspólnego życia w jego domu – czując, że jest coraz gorzej – spisuje testament w domu swego brata. Czy to ma sens Saro?
- No tak mamo. Tak właśnie było. Ale…
- To posłuchajcie. To co teraz powiem, może wydać się wam śmieszne lub wręcz idiotyczne, ale to najbardziej rozsądne wytłumaczenie tego, co się obecnie dzieje.
- Mamo – nie rozumiem.
Młoda kobieta wypowiedziała te słowa, jednak ich zabarwienie z ciekawości – nagle zmieniło się w niepokój. Mina Sary wyglądała tak, jakby coś w niej kiełkowało, coś czego nie rozumiała – nagle stało się namacalne.
- Mary Radley musiała wiedzieć, iż z tego nie wyjdzie. A skoro tak, to ponownie odczuwała swoją winę.
- Za to, że była chora? Mamo! To absurd.
- Nie Saro. Jej choroba sama w sobie nie była powodem jej winy. Powodem jej winy był fakt, że nie powiedziała o tym Jeffrey’i. Czyli skłamała. A to podobna wina, jak ta, że mylnie oskarżyła go o morderstwo Hampton’a – swojego przyjaciela.
- Ale nadal nie…
- Saro pomyśl. To śmiesznie zabrzmi bo dotąd ja w to nie wierzyłam, ale teraz…
- O czym mówisz Vivienne?
- Wybaczcie – powiem wprost - ja mówię o duchach. Konkretnie o duchu zmarłej lady Mary Radley. Wszystko dowodzi temu, że ona czuła się za życia winną tego, iż zabrała Jeffrey’i czas wspólnego życia z nią. Pozbawiła go czasu na miłość. To dowodzi temu, że poczucie winy było tak wielkie, że nawet po śmierci ona próbuje mu to wynagrodzić.
Teraz już Sara siedziała wyprostowana jak struna. Steven Forest – ojciec Sary wpatrywał się w żonę bardzo uważnie, choć jego spojrzenie zdradzało lekkie rozbawienie.
- Mamo! O czym ty mówisz?
- Mówię o tym, że ona chce doprowadzić do tego, by on był szczęśliwy. By przeżył nową miłość - bądź odnowił tamtą, ale z kimś innym. To wygląda tak, jakby ona wciąż chciała naprawić i wynagrodzić mu własną winę.
- Czyli chcesz powiedzieć, że to ja mam być tą miłością? Że to ja mam być tym przedłużeniem? Boże!
- Saro! Ja naprawdę nie wiem, co o tym myśleć. To czego byłam świadkiem w parku, jak i tego, co przeżyłam będąc sama – wywołuje we mnie zastanowienie, niepokój. Na pewno jednak musimy o tym porozmawiać.
Vivienne wypowiadając tą kwestię uważnie przyglądała się obojgu. Widziała u nich zawahanie. Co prawda nie wynikało ono z niechęci rozmowy, ale z czegoś innego. Wychwyciła u córki coś na kształt zaniepokojenia. Sara starała się akurat to ukryć, lecz to było widać po jej unikach spojrzeń, zaciskaniu dłoni, obracaniu się w inną stronę niż jej rozmówcy.
- Dobrze. Opisz mi dokładnie, co się wydarzyło w ogrodzie – według ciebie.
- Płakałaś. Zobaczyłam ciebie idąc alejką. Nie widziałaś mnie lecz ja obserwowałam ciebie. Podeszłam, zaczęłyśmy rozmawiać. Bałam się, że nadal nie będziesz chciała się do mnie odzywać. Nadal będziesz wrogo do nas nastawiona. Jednak ty zaczęłaś ze mną rozmawiać. Mimo, iż płakałaś – ja byłam szczęśliwa. Tak chciałam by między nami było tak jak dawniej. Zatem rozmawiałyśmy i było dobrze.
- O czym rozmawiałyśmy?
- O waszym związku. Powiedziałaś mi wtedy, iż Jeffrey’a nie ma. Widziałam, że jesteś bardzo poruszona tym, że on pojechał nic tobie nie mówiąc. Starałam się tobie wytłumaczyć, że ten związek będzie dla ciebie bardzo trudnym związkiem. Tłumaczyłam tobie kwestie różnic tego, czego ty oczekujesz będąc trzydziestoletnią kobietą. A czego on – starszy mężczyzna więcej niż dwukrotnie starszy od ciebie.
- Ale tu nie o tym chciałabym powiedzieć. Jak tylko wypowiedziałam swoją kwestię na ten temat, ty nagle całkowicie się zmieniłaś. Powstałaś z ławy, zaczęłaś gorączkowo chodzić w tę i z powrotem. Ale widziałam jak zmienia się twoja twarz. Jak bym nie wiedziała, że jesteś moją córką – powiedziałabym, że to obca kobieta. Jednak i to nie jest wszystko co się wydarzyło. Mnie bardzo uderzyło to co powiedziałaś. Twoja wypowiedź, i jej ton był bardziej stwierdzeniem niż rozmową. Ty nie mówiłaś jako ty – ale jakby ktoś wcielił się w ciebie, i mówił twoim głosem o tobie.
- Czyli co mówiłam.
- Obcy głos stwierdził, że: „on zasługuje na miłość”, że mam pozwolić wam na miłość. Ale ton tej wypowiedzi nie był przyjazny Saro. To brzmiało jak subtelne ultimatum. Jakby to miało być bardziej ostrzeżenie niż stwierdzenie. Mnie to poważnie zaniepokoiło Saro.
Sara poważnie analizowała to o czym mówiła jej matka. Widać było na jej twarzy coraz to rosnące zaniepokojenie. Vivienne była pewna, że incydenty o których opowiadała nie są incydentami odosobnionymi. Jej córka zdradzała zachowanie osoby – delikatnie mówiąc – zdezorientowanej, by nie powiedzieć przestraszonej.
- Co ty na to Saro?
- Mamo! Ja nie chcę - jak na razie ferować żadnych osądów. Mówiąc szczerze to co mówisz, coraz bardziej jest dla mnie zastanawiające. Ale wracając do tematu mówiłaś, że wydarzyło się coś jeszcze.
- Tak. Na moją prośbę byśmy porozmawiały o tym – ty nagle ruszyłaś przed siebie mijając mnie tak, jakbym była obca. Powiedziałaś, że nie będziesz na ten temat rozmawiała, i że idziesz do siebie. Ja pozostałam sama. Przyznam się, że byłam niemal wytrącona z równowagi. Nie zdenerwowana - to nie o to chodzi. Byłam coraz bardziej przerażona tym co mi przyszło do głowy.
- A co tobie przyszło do głowy – mamo?
- Wybacz! Ale wtedy miałam odczucie, że coś dzieje się z twoim umysłem – choć to było dla mnie niedorzeczne. Ale w tamtej chwili tak to wyglądało. Zmieniłam zdanie gdy po chwili chciałam wrócić do domu. Chciałam z tobą - mimo wszystko – porozmawiać. Ruszyłam z ogrodu na taras, potem do oranżerii. Jak wiesz tam są wielkie szklane drzwi. Otworzyłam je, weszłam i chciałam je zamknąć. Nie patrząc na nie, trzymałam je jednak ręką by nie trzasnęły. W tym momencie wyraźnie odczułam z zewnętrznej strony napór na drzwi. Saro! Ja musiałam użyć dość dużej siły by je przytrzymać. Inaczej by trzasnęły, a szyby wyleciałyby na mnie. To trwało parę chwil. Musiałam odwrócić się od nich, i je wyhamować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz