Tom II – część 10

Post w dziale:

- Może przeciąg był…

- Nie! Na sto procent wiem, że nie było ani wiatru ani przeciągu. Nic z tych rzeczy. Gdy je w końcu zamknęłam, w jednej z szyb ujrzałam odbicie młodej szczupłej kobiety. Ona uśmiechała się w szczególny sposób Saro. Puściłam klamkę drzwi i uciekłam stamtąd. To właśnie w tym czasie chciałam, jak najszybciej z tobą porozmawiać. Powiedz mi, czy ty nic nie zauważyłaś dziwnego? To ważne.

- Poczekaj, poczekaj mamo. Interesuje mnie wizerunek tej kobiety w szybie drzwi oranżerii. Czy możesz mi powiedzieć jak ona wyglądała?

- Widziałam ją dość krótko. Na pewno to była młoda kobieta – dość szczupła. Długie czarne falujące włosy, czarne brwi. I ten specyficzny ruch brwiami. Piękna młoda kobieta, zdecydowanie bardzo dumna.

Sara podeszła do okna. Stała tam dość długą chwilę odwrócona tyłem do rodziców. Ani Vivienne ani Steven nie odzywali się. Bardzo troskliwie jednak przyglądali się córce. Od tego jak obecnie zachowa się Sara, zależy cały sens poruszonego tematu. Wolno się odwróciła w stronę rodziców. Steven Forest uważał ten temat za niedorzeczny. Mimo to widząc wyraz twarzy córki zrozumiał, że coś jest na rzeczy. Na tę myśl – siedząc na fotelu – niemal od razu wyprężył się. Nie wytrzymał.

- Saro! Na miłość Boską! Chyba nie powiesz, że i tobie takie incydenty się przydarzyły?

Młoda kobieta przyglądała się rodzicom analizując, czy powiedzieć im o tym co ona sama przeżywała? Opowiedzieć im o tym czego dowiedziała się od Jeffrey’a? Steven coraz bardziej utwierdził się w przekonaniu, że jednak temat nie jest niedorzecznością. Już miał wstać z miejsca, gdy Sara ruszyła w ich stronę. Zrezygnował z powstania.

- Posłuchajcie. W brew temu, iż wydawać by się to może niedorzecznością, to analizując te wszystkie wydarzenia jednak nią nie jest. Nie jestem co do tego do końca przekonana – ale na pewno sprawę muszę wyjaśnić.

- Czyli? O czym mówisz dziecko?

Steven usiłował się uspokoić. Po tym co usłyszał, był gotów ponownie traktować Sarę jak dziecko, a nie jak dorosłą kobietę. Ten temat o którym rozmawiali był dla niego innym światem. Był inną sferą, w której on zupełnie nie wiedział jak się ma zachować.

- Jak na razie zbyt mało wiem. Jedno jednak wiem na pewno. To o czym ty mamo mówisz, nie jest rzeczą wyssaną z palca. Nie umiem tego racjonalnie wyjaśnić, niemniej wiem co mniej więcej się dzieje. Opis, który tu wyjawiasz mamo tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mam słuszność.

- Czyli jednak chodzi tu o nieżyjącą lady Mary Radley, tak?

- Tak mamo. Chodzi właśnie o nią. Wiele lat temu, oboje Mary i Jeffrey’a połączyła wielka miłość, i to jest fakt. Faktem jest również, że mimo tak wielkiego uczucia, poróżniło ich zwyczajne nieporozumienie. Nie wiem czy zawinił tu brak informacji w odpowiednim czasie – które nie dopuściłyby do nieporozumienia. Lub też nadmierna upartość i duma Mary – nie wiem. Niemniej nieporozumienie to poróżniło ich na długi czas. Gdy w końcu sprawa się wyjaśnia – tak mi się wydaje – ona panicznie chce wynagrodzić Jeffrey’i utratę tego utraconego czasu. A to dlatego, że czuła się winna. Nie będę wypowiadała się na temat czy faktycznie to była jej wina czy można w ogóle tak to określić – to jest obecnie nie ważne. Ważnym jest, że nawet po śmierci, ona wciąż czuje się winna. Wciąż usiłuje wynagrodzić mu to, co on stracił z jej winy.

- Czyli miałam rację słusznie odczytując swoje odczucia? Czułam jakbyś to nie ty tak się zachowywała. Jakbyś to nie ty wypowiadała te słowa tam w ogrodzie.

- Na to wygląda mamo. Dowodzi temu fakt, iż opis, który tu przytaczasz jest dokładnym opisem wizerunku lady Mary Radley. Innymi słowy, ona wciąż próbuje doprowadzić do naprawienia krzywdy, jaką sprawiła Jeffrey’i.

- Powiedz mi Saro. Czy ty również coś takiego zauważyłaś?

- Mamo nie wiem. Nie wiem czy powinnam o tym mówić. To narusza prywatność mojego związku z Jeffrey’m – ale tak. Więcej. Tego typu dziwne sytuacje opisał mi Jeffrey. To właśnie sprawiło, że poczułam się niepewnie.

- Co to znaczy niepewnie? W jakim sensie?

- Najprościej mówiąc po tym, co usłyszałam od Jeffrey’a, nie byłam pewna kto kogo kocha. Czy to ja go kocham, czy ona. Czy to mnie on kocha, czy nadal kocha ją. I wreszcie, czy to jest nasza miłość, czy to jej manipulacja. To bardzo ważne pytania, na które – jak dotąd – nie mam odpowiedzi. To nie jest takie proste. Tym bardziej, że nasze relacje się popsuły z powodu naszego związku, no i on wyjechał tak nagle.

- Zaczynam obawiać się Saro o to, czy może się stać jakaś krzywda z jej strony. Wyczułam, że jej ton w stosunku do mnie był niezbyt przyjazny. To wyglądało tak, jakby tu nie chodziło o mnie konkretnie Saro. Raczej chodzi o każdego, kto w jakiś sposób jest przeciwny waszemu związkowi.

- Ja zaczęłam to odbierać jako delikatną manipulację. Tyle że ja chcę być pewna tego co czynię. Tego co odbieram, czy tego co się wokół dzieje. A obecnie nie jestem niczego pewna.

Steven siedział bez słowa. Obserwował obie kobiety, które kochał nad życie. Słuchał uważnie tego co mówią. Coraz bardziej był zaniepokojony. Odczuwał dyskomfort wynikający z zagrożenia. Był poirytowany faktem, iż całkowicie nie wie, jak sobie z tym dać radę. Jak walczyć z kimś kto nie istnieje już wiele lat. Nic nie mógł zrobić. Coraz bardziej obawiał się o swoją córkę, ale tu był jeszcze jeden problem. Wyraźnie wyłaniał się ze wspólnej rozmowy. Wynikało z niej, iż każdy kto jest przeciwny związkowi Sary z Jeffrey’m – jest przeciwny zamierzeniu Mary – a co za tym idzie, jest – lub może być narażony na jakieś represje. To już był poważny powód.

- Wiecie co moi drodzy? Koniecznie musimy porozmawiać z Jeffrey’m. Szkoda, iż akurat wyjechał. Wiem, że pozostawił list. Podał powód wyjazdu?

- Ogólnie chodziło mu o to bym mogła z wami porozmawiać. Chodziło mu o to, by zakończyć tą chorą sytuację.

- Tu muszę mu przyznać rację Saro. Sam już miałem dość tej niezgody – tyle, że akurat po to nie musiał wyjeżdżać.

- Miał ku temu powody tato.

- Zresztą dajmy sobie z tym spokój. Cieszy mnie to, że ta sytuacja przynajmniej doprowadziła do porozumienia między nami – wreszcie rozmawiamy. Trzeba by obecnie pilnować, by dopóki Jeffrey nie powróci, dopóty nie poruszamy tej sprawy. Jak wróci będziemy musieli wszyscy zastanowić się nad tym, co dalej.

Vivienne była zaskoczona postawą męża. Dotąd był przeciwnikiem związku Sary z Jeffrey’m, a tu proszę – chce na ten temat z nim rozmawiać. Sama również była całą tą sprawą zaniepokojona. Siedząc przy rodzicach – Sara również się nad tym zastanawiała. Siedząc przy nich w fotelu zamyśliła się.

- Saro. Wspominałaś, że Jeffrey opowiadał tobie o dziwnych sytuacjach. Co miałaś na myśli?

- Mamo to bardzo osobista sprawa. Trudno mi o tym mówić.

- Dziecko. Tu nie chodzi o to, byś opisywała jakieś intymne sceny między wami. Mi chodzi o sytuacje o których można by rzec, że to był wpływ ducha Mary.

- Było coś takiego. Właśnie od tego – właściwie – zaczęłam się zastanawiać czy on zakochał się we mnie, czy w niej. Opowiadał mi o tym, że jak byliśmy razem, zauważył jej wpływ – jakby się ona w tamtej chwili wcieliła we mnie. On również opisywał, że moje gesty twarzy, nagle się zmieniły no i zaczęłam mówić tak jak ona. On sam był tym zaniepokojony.

- Mówiąc szczerze, nie podoba mi się to Saro.

Steven od razu wypowiedział swoje zdanie. Wiedział, że to całe zamieszanie, może być wywołane właśnie działaniem ducha Mary. Sam nie wierzył, że przed samym sobą rozważa taką kwestię. Nie chciał tego mówić głośno. Czuł, iż jak obecnie wypowie te słowa, Sara ponownie może się od niego odsunąć. Nie chciał już przeżywać niezgody w rodzinie. Kochał córkę. Nie chciał by żyła obok, a nie razem – wspólnie. Spojrzał tylko wymownie na żonę, i opuścił wzrok. Vivienne od razu zauważyła jego zachowanie. Steven bezwiednie uniósł dłoń, i otarł czoło. Nagle pot spłynął mu na brwi.

- Steven! Co z tobą? Źle się czujesz?

- Posłuchaj. Coś trzeba postanowić by nie dopuścić do następnej kwestii z Mary.

- Co masz na myśli?

Mimo, że zwracał się do żony – Sara od razu zainteresowała się tym, co ojciec mówił. Czuła, iż ma wiele racji. Tyle, że w obecnej chwili, sama nie wiedziała, jak zareagować na to co się dzieje. Kochała Jeffrey’a, i nie chciała go stracić. On również twierdził, że ją kocha. Ta sytuacja jednak, niemal podważa ich uczucie. Sara nie mogła być pewna, czy duch Mary nie wpłynął na jej postępowanie wobec Jeffrey’a. Jednak jej wyraz twarzy zmienił się – posmutniała. Wstała i widać było jej zmieszanie. Sara uzmysłowiła sobie fakt, że być może źle odczytała swoje odczucia. Nie chciała tego, lecz nie była zupełnie pewna, czy to co czuje jest tym co czuje w stosunku do Jeffrey’a, czy też jej.

To zmieniło wszystko. Nie chciała już nic na ten temat mówić. Co prawda taktownie się uśmiechała do rodziców, ale wewnętrznie przeżywała koszmar. Uzmysłowiło to jej, że jeśli okaże się, iż to duch nieżyjącej Mary – co jest wprost nieprawdopodobne – wpłynął na jej odczucia, jak i zwiódł Jeffrey’a – ona musiałaby przyznać się od pomyłki. Musiałaby się wyprowadzić z tego domu. Nie umiałaby egzystować obok człowieka, który tak naprawdę nie uwolnił się od swej miłości. Nie uwolnił się od Mary Radley mimo, że ona nie żyje.

- Kochani! Mam nadzieję, że wyjaśniliśmy sobie tę kwestię. Wybaczcie…

- Czyli co postanowiłaś Saro? Musimy coś postanowić – prawda?

- Jak powiedziałam. Do powrotu Jeffrey’a musi być tak jak jest tato. Tobie to nie pasuje – wiem o tym. Co do mego związku z Jeffrey’m chciałbyś jasnej odpowiedzi, lecz…

- Ty nadal myślisz, że mnie chodzi o związek Saro? Nie zauważyłaś, że problem leży całkowicie gdzie indziej.

- Wiem tato, wiem. Lecz obecnie ja nic nie mogę.

- Możesz!

Vivienne z wielką obawą przysłuchiwała się rozmowie córki z jej mężem. Nie chciała kolejnej sprzeczki, a już na pewno kolejnego powodu do urwania z nią kontaktu. Męczyła ją ta sytuacja, i serce ją bolało z tego powodu. Niegdyś jej rodzina była tak zgodna – tak poukładana. Obecnie Sara odczuwała rosnący niepokój.

- Twoim zdaniem tato co mogę zrobić?

- Teraz jedynie co możemy zrobić to trzymać się razem. Starać sobie mówić wszystko, co tylko wyda się nam dziwne. Myślę, że porozumienie jest tu najlepszym lekarstwem na rozsądek.

- Zgadzam się. Akurat to mogę uczynić.

- Przynajmniej do powrotu Jeffrey’a, i wtedy musimy z nim o tym porozmawiać. Jednak to nie ja, nie mama – ale ty musisz rozeznać się w tym co się dzieje. To ty musisz być pewna swoich uczuć – on zresztą również.

- Czyli bierzesz pod uwagę zasadność naszego związku?

- Tak jeśli się okaże, że to ty go kochasz a nie ona tobą manipuluje. Jeśli to on ciebie kocha, a nie jej wizerunek przez nią stworzony. Czy to ma sens?

- To nie jest takie proste. Czy to ma sens? Zdecydowanie. To co mówisz ma sens tato.

- Dobrze. Zatem – jak na razie – zakończmy na tym ten temat. Czy zobaczymy się na obiedzie Saro? Nie chciałbym, byś nadal jadała u siebie sama. To nie jest przyjemne.

- Skoro nie ma już między nami nieporozumień to bardzo chętnie zjem obiad razem z wami.

- Cieszę się. Bardzo się cieszę. Wydam służbie dyspozycje. To wspaniale, że będziemy razem jak dawniej – prawda Vive?

- Tak Steven’e. Niemniej i tak obawiam się tej sytuacji. Mam złe przeczucia.

- Będzie dobrze kochanie. Byle byśmy byli razem – jak rodzina. Jak sądzę nadal Saro będziesz pracowała nad kroniką Jeffrey’a?

- Tak. Jak na razie ukończyłam pierwszy z dzienników. Obecnie biorę się za drugi. Niemniej na obiedzie będę z wami – spokojnie. Teraz jest prawie dwunasta trzydzieści. Niech Moly da mi znać, kiedy będzie obiad. Ja przez ten czas trochę jeszcze popracuję.

- Naturalnie, nie ma sprawy moja droga. My zajmiemy się wszystkim. Moly zawiadomi ciebie o obiedzie, a teraz już nie będziemy tobie przeszkadzać. Jakby co będziemy u siebie. Chłopcy pewnie już są w domu. To do zobaczenia na obiedzie Saro.

- Pa.

Oboje wyszli z gabinetu córki. Vivienne była poważnie zaniepokojona ostatnimi zdarzeniami w posiadłości. Bała się o przyszłość Sary. Coraz bardziej obawiała się tego, że duch zmarłej Mary – nie odpuści. Czuła, że będzie szukała sposobu na to, by ich połączyć. Lecz czy wtedy to będzie miłość Sary, a nie jej? Czy Jeffrey będzie kochał Sarę a nie ją. Tu trzeba pewności. Sara pozostała sama w swoim gabinecie. Uchyliła okiennice wpuszczając świeże letnie powietrze. Rozsiadła się przy biurku.

Czas teraźniejszy. Dom lorda de Blackstone.

Rękopis z numerem „1” został zamknięty i odłożony do sejfu. Na biurku pozostał rękopis numer „2”. Powoli go otworzyła, po czym zaczęła się weń wczytywać. Od chwili jej palce śmigały po komputerowej klawiaturze. To za jego pomocą pracowała nad tekstem. Wgłębiając się w tekst, co jakiś czas przerywała czytanie, by dokonać jakiś wpis, zapiski, notatki. Potem ponownie zaczęła się wczytywać, wgłębiając się wczasy dość odległe od jej czasów. Czasów jednak bliskich lady Mary Radley – wtedy jeszcze młodej panny Radley.

Było popołudnie. Długi letni dzień. Sara odłożyła otwarty dziennik na blat biurka. Była nieco zmęczona ciągłym czytaniem, analizowaniem, pracą nad tekstem, przepisywaniem. Podeszła do okna. Otwierając szerzej okiennice, wykonała głęboki oddech wciągając w płuca świeże powietrze. Tu było tak pięknie. Rozległo się pukanie do drzwi. Moly – pokojówka Sary – przyszła zawiadomić, iż wszystko jest przygotowane do obiadu, i wszyscy na nią oczekują. Po obiedzie, wspólnie z rodziną odpoczęła przebywając w ogrodzie. Po czym ponownie zaszyła się w gabinecie. Drugi z dzienników był dość krótki. Dotyczył osoby Stanley’a Hamptona’a. Był to bardzo chaotyczny opis scen z życia.

Sara parę razy odczytywała tekst – a raczej teksty zapisków. Opis scen wykonywała lady Mary Radley. Taki wpis widniał na przedzie dziennika. Informacja wskazywała na intencję lady Mary Radley. Intencją jej było zachować jakiś ślad istnienia jej przyjaciela Stanley’a Hampton’a – na podstawie jego relacji – za jego życia. Wszystkie zapiski spisała w postaci jednolitego tekstu. Informacje również pochodziły też od Rossa i Thomas’a – służących Stanley’a Hampton’a. Niestety nie można było z nimi obecnie porozmawiać. Oboje – niedługo po śmierci swojego pana zmarli. Sara miała trudny orzech do zgryzienia. Nie było osoby zainteresowanej – dzisiaj jeszcze obecnej. Zatem wzięła się poważnie do opracowywania następnego z rękopisów.

PRZESZŁOŚĆ… RĘKOPIS NR. 2

W powozie rodziny Radley’w, jak i na zewnątrz na ławie woźnicy panowała cisza. Mary właśnie rozmyślała nad przebytą podróżą. Zastanawiała się też nad powozem poniesionym przez szalejący nurt rzeki. Co prawda nie wiedziała czyją własnością był ów powóz, lecz czuła wielkie współczucie dla tych ludzi. Zaraz potem pocieszała się, iż może mimo straty powozu – jego właścicielom nic się nie stało, i udało im się uratować. Bardzo dyskretnie spoglądała na brata. Nic nie mówiąc, siedział bardzo spokojnie. Widać było, iż również wędruje gdzieś myślami. Tak bardzo chciała się doń przytulić, jak siostra do brata. Nie zdobyła się jednak na ten gest. Toczyła ze sobą istną walkę myśli.

Z jednej strony chciała się doń przytulić jako młoda dziewczyna – a bardziej jako już młoda kobieta, szukająca duchowego wsparcia a może pocieszenia. Przecież omalże w szaleńczym pędzie koni nie zginęła. Jej brat był już mężczyzną. Postawa młodego chłopca gdzieś się rozpłynęła. To czego dokonał było tego jasnym wyraźnym dowodem. W pełni widziała w nim tę przemianę. Z drugiej zaś strony, tak bardzo żal jej było właśnie jej brata jako chłopca. Gdzieś tam w sercu nie chciała się pogodzić z faktem, iż w tak krótkim czasie jego dzieciństwo prysło, jak bańka mydlana. Zatem właśnie z tego powodu chciała go mocno do siebie przytulić.

Jakby chciała w ten sposób odebrać mu choć część tej narzuconej dorosłości. I właśnie ta burza myśli, nie pozwoliła dziewczynie na wykonanie jakiegokolwiek gestu. W powozie również panowała cisza. Ojciec widać zasnął. Wydawał tylko ciche chrapliwe odgłosy. Miał trudności z oddychaniem, i było to wyraźnie słychać. Pani Radley oparta o brzeg wewnętrznej brezentowej powierzchni – wyczerpana jazdą również spała. Dalsza jazda przebiegała spokojnym rytmem. Konie bez trudu pokonywały każdy następny odcinek drogi. Były wieczorne godziny - długi letni dzień. Mimo wieczornych godzin nie było jeszcze ciemno. W redakcji pod nieobecność Mary Radley, zapadła prasowa stagnacja.

Co prawda gazeta była drukowana, lecz już od dawna brak było hitu w tematach. Był to okres w którym część dziennikarzy była na urlopach. Pozostali pracowali opracowując codzienne tematy. Starali się oni zapełniać szpalty gazety w miarę ciekawymi artykułami. Niemniej żadnych rewelacji na ten czas nie było. Stan Hampton – zatrudniony młody mężczyzna na stanowisku dziennikarza – właśnie pracował w terenie, i doprowadził do zakończenia następnego z tworzonych przez siebie reportaży z regionu. Miał on zamknąć komplet artykułów do ramówki gazety. Zmontowane materiały zdjęciowe i teksty, oczekiwały na biurku młodego dziennikarza.

On sam po dniu owocnej pracy, szykował się do odpoczynku. Thomas jak i Rossa – służący pracujący w posiadłości Stan’a Hampton’a, zniknęli już we własnych pokojach. On sam siedząc w fotelu przy oknie, wypalał wieczornego papierosa. Noc była taka spokojna. Zgasił niedopałek i przymknął okiennice nie zamykając ich do końca. Wśliznął się w pościel, i wygasił stojącą na nocnym stoliku lampę. Zasnął. Ranek nadszedł tak zwyczajnie, jak zwyczajnie odszedł wieczór. W pokoju młodego dziennikarza, słońce zaglądało poprzez przysłonięty zasłony. Rossa już dawno krzątała się po kuchni. Zapachy rannego śniadania, dolatywały do pokoju na górze. Stan jeszcze usiłował spać, lecz lekki wiatr drażnił mu nozdrza.

Było tak miło w pościeli. Zerknął na stary zegar w koncie pokoju, po czym siarczyście się przeciągnął. Niechętnie wstał kierując się do toalety. W tym samym czasie rozległo się pukanie do drzwi. Rossa chwilkę odczekała. Nie słysząc jednak odpowiedzi cicho uchyliła je, i zajrzała ciekawsko do pokoju swego pana. Upewniwszy się, iż go nie ma wśliznęła się do środka. Zgarnęła używaną garderobę niedbale rzuconą na krzesło, i powiesiła świeżą na wieszaku. Naturalnie nie zapominając, by poprawić rękawy marynarki i nogawki spodni. Lubiła ładnie wyprasowane kanty. Dbała o swego pana jak o syna.

- Rossa! Słyszę cię. Znowu buszujesz po moim pokoju.

- Przyniosłam garderobę na dzisiaj sir.

- No przecież wiem.

Wyszedł z toalety już nawet nie zdziwiony jej obecnością. Spojrzał na drobną postać kobiety, i uśmiechnął się doń ciepło.

- Przecież prosiłem abyś nie tytułowała mnie tym śmiesznym tytułem.

Lecz ona zawinęła się sprytnie, podając swemu panu czyste ręczniki. Niemal od razu wywinęła się z pokoju zamykając drzwi. Stan zaśmiał się pod nosem. To samo mówił jej każdego dnia – codziennie i codziennie. A mimo to działo się wciąż tak samo. Rossa wyczuwała czas, kiedy on był poza pokojem. Wtedy to właśnie zmieniała mu garderobę, ścieliła łóżko, pozostawiała na szafce czyste ręczniki. Dzisiaj jedynie wyszedł z toalety – a raczej odezwał się do niej z jej wnętrza. Nie należało to do elegancji, ale jakoś tak wypadło. Dlatego przyłapał ją we własnym pokoju, lecz i tak było zabawnie. Uśmiechając się zabrał czyste ręczniki, i poszedł do łazienki. Ciepła woda dawała ukojenie. Kąpał się zawsze pod prysznicem, i zawsze z tym samym balsamem do kąpieli. W kąpieli stale się uśmiechając, gdy zaczynał sam siebie opisywać.

- Stan Hampton. Lat dwadzieścia cztery. Rosły, barczysty mężczyzna. A może nie bardzo?

Popatrzał na swoje ciało, i zerknął w przeciwległe lustro. Patrzył na siebie całego w pianie. Spływała pod strumieniami wody. On stał i patrzył. Chwycił się dłonią za prawy biceps. Zacisnął lekko palce badając twardość mięśni. cmoknął ustami.

- Nie jest tak źle. Zapuściłeś się chłopie.

I znowu się uśmiechnął. Teraz miał w dłoni fałdę na brzuchu. Nie wyglądało to zadawalająco. Po opłukaniu nalał sobie szamponu na dłonie, i jął myć gęste blond włosy. Kręciły mu się na końcach niesamowicie. Nie to aby tego nie lubił, ale wciąż miał kłopot z ich uczesaniem. Były wciąż w nieładzie. Niegdyś próbował je rozczesywać – teraz jak stawały się dłuższe, dał sobie spokój. Jedynie spinał sobie je w kitę, spinając paskiem rzemienia. Opłukał włosy i skrzętnie zaczął się wycierać. Owinął się ręcznikiem w pół, i wyszedł z łazienki.

- No tak. Rossa już zdążyła zaścielić. A gdzie moja drzemka po spaniu?

Rzucił w przestrzeń pustego pokoju. Naturalnie znowu się zaśmiał. Zachowania Rossa’e nic i nikt już nie zmieni. To już nie do zmiany, lecz dziwnie ta wiekowa służąca była mu bliska. Mimo że była służącą on tak nie czuł. Niekiedy się zastanawiał, aby to zmienić. I tak nie miał rodziny – nikogo bliskiego. Rodzice nie żyją. Rodzeństwa nie miał w ogóle. Tylko tych dwoje. Za każdym razem postanowił, iż coś z tym zrobi lecz jakoś nie miał do tego głowy. Zatem ubrał się, i kantem oka spojrzał na materiały leżące na jego biurku. Zabrał je i wsadził do teczki. Obejrzał się jeszcze na pokój, i wychodząc zamknął drzwi.

Zakończył zlecony reportaż z czego był bardzo zadowolony. Liczył na gratyfikacje za tyle pracy. Liczył też na aprobatę szefa. Nie zawsze było słodko, i trzeba było Craft’a przekonywać do tematu, czy też przekazu. Teraz niemal był pewien, iż będzie dobrze. Zawsze przed drukiem Michael Craft – szef redakcji a zarazem jej właściciel, zatwierdzał przedłożone materiały do akceptacji właśnie jemu. To było zarządzenie właściciela. Zszedł na dół, i zaraz usłyszał głośne…

- Hej! Hej! Paniczu śniadanie!

Dał sobie spokój z odpowiedziami. W zasadzie wiedział, że było ok, i nawet mu się to podobało. Wszedł do kuchni. Thomas już siedział przy stole. Uśmiechał się niepewnie do Rossa’e. Ta kręciła się przy gorącej płycie z garnkami. Na patelni skwierczała jajecznica z bekonem. Kawa stała w dzbanku. Stan nawet wiedział, gdzie ma usiąść. Śmiał się z tego. Usiadł potulnie przełykając ślinę. Kobieta wielką łyżką nałożyła na talerz wielką porcję. Położyła przed młodym mężczyzną, i sama usiadła obok Thomas’a. Jajecznica na każdym talerzu. Kawa dawała wspaniały aromat. Wszyscy troje zajadali aż miło. Po zjedzeniu wypił kubek kawy i ruszył do wyjścia.

- Paniczu teczka!

Zawrócił z sieni, i wziął ją od Rossa’e. Obdarzyła go takim uśmiechem, że ciepło mu się zrobiło na sercu. Thomas uśmiechał się doń, ukazując przerwę w uzębieniu. Dwa przednie zęby stracił, gdy niegdyś próbował wbiec do domu. Niestety właśnie w chwili, gdy ten chciał wbiec do kuchni Rossa’e otworzyła drzwi. Stanley pamiętał to bardzo dobrze, i jeszcze bardziej uśmiechał się do nich obojga. Wyszedł kierując się do samochodu. Teczkę położył na siedzenie obok siebie, a sam usiadł za kierownicą. Pomału ruszając, kątem oka widział stojącą na ganku Rossa’e. Samochodem dojechał pod redakcję tak jak zawsze. Zaparkował samochód tym razem trochę dalej.

Wszedł do redakcji około ósmej rano, i od razu udał się do swego gabinetu. Na fotelu pozostawił teczkę, zabierając tylko materiały zakończonego reportażu. Śpiesząc się do gabinetu szefa – przez szklane ściany, zauważył obcych ludzi rozmawiających z Craft’m. Przysiadł więc przy swoim biurku swego pokoju. Postanowił poczekać aż szef będzie wolny. Chciał osobiście przekazać materiały, i spytać o urlop. Jego kolega właśnie miał lada dzień powrócić do pracy. Tak więc chciał wykorzystać tę okazję. Jednakże usłyszał podniesione głosy w gabinecie szefa. W pierwszej chwili nie dało się słyszeć o czym rozmawiali panowie w gabinecie.

Jednak podniesione głosy się wzmogły. Poprzez szklaną ścianę gabinetu Stanley zaczął – chcąc nie chcąc – rozpoznawać temat rozmowy. Zaintrygowała go informacja o przesyłce, którą nikt nie ma prawa ruszyć. To ma być sprawa objęta ścisłą tajemnicą. Craft jako właściciel redakcji ma jej pilnować jak oka w głowie. Wręcz odpowiada za to głową. Młody mężczyzna rozłożył się z papierami na swoim biurku. Ostatecznie zaplanował jeszcze raz przejrzeć zebrany materiał. Po chwili wstał i wyszedł do toalety. Gdy powrócił szefa już nie było. Gabinet jego był pusty. Sekretarki jego również nie było. Zebrał cały swój materiał, i ruszył do gabinetu szefa.

Położył na biurku kompletne materiały swej pracy, lecz jakoś nie mógł wyjść z gabinetu. Uwięzła mu w pamięci informacja, że to tajemnica. To mogła być szansa na materiał na który czekał. Kto wie czy nie przez całą swoją dziennikarską karierę. Nie wytrzymał. Upewnił się, że nikt go nie widzi. Wiedział gdzie szef trzyma rzeczy chronione. Jednym ruchem podważył zamknięcie biurka, i schylając się sprawdził jego zawartość. Wyciągnął opakowaną w szary papier paczkę. Była dość spora. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, iż widniały na niej lakowe pieczęcie. Znak wyciśnięty w laku, przypominał jakby herb. A to znaczyło, że paczka nie jest zwykłą przesyłką.

Zawierać mogła jakąś sensację. Ani przez moment się nie zastanawiał. Zabrał przesyłkę. Miał już wyjść z gabinetu, jednak przystanął i wrócił się. Zabrał cały swój materiał z biurka szefa. Ruszył przez redakcję do swojego samochodu. Upewnił się, że nikt go nie widział w pobliżu biura szefa – ani w ogóle w redakcji. Nie mógł być tego całkowicie pewien, lecz musiał zaryzykować. Wsiadł w samochód i ruszył do miasta. Po dwudziestu minutach wrócił do redakcji trzymając w ręku zakończony reportaż. W biurze w sekretariacie siedziała sekretarka Stacie. Była to młoda dziewczyna pracująca tu od niedawna.

- Witaj Stacie! Jak się masz?

- Hej Stan! Masz już ten reportaż? Szef cały ranek czekał na to. Wiesz, że jutrzejszy numer, musi być zamknięty. Czekamy tylko na twój materiał.

- Tak mam. Wróciłem właśnie z terenu. Mam świeżutkie materiały – aż gorące.

- To świetnie.

- Mam tu całość. Gdzie szef?

- Jakaś dziwna sprawa. Byli tu jacyś ludzie. Przedtem w ogóle ich tu nie widziałam.

- Tak?

- Mówię tobie, jakieś dziwne typy. Nie chciałabym ich spotkać o zmroku.

Stanley dobrze wiedział kto tu był z Craft’m. Nie wiedział jedynie po co dokładnie. Ta sprawa mogła być dla niego sprawą o której marzył od dłuższego już czasu.

- Mówisz że tacy groźni. Pewnie ci się zdawało?

- Ależ nie! Mieli przy sobie przesyłkę. Słyszałam tylko, że szef ma jej pilnować jak oka w głowie. Ale to nie mogła być zwykła przesyłka. Bo po co by tak była pilnowana? Wszystkie są pilnowane, ale żeby tak?

- Jak wyglądała ta przesyłka? Widziałaś ją?

- Nie! Kazano mi wyjść z gabinetu. Słyszałam jedynie, jak mówili o pieczęci lakowej z herbem. Prawda, że to dziwne?

- Masz rację. Tu rzadko spotyka się takie przesyłki.

- Acha. Masz rację. Gdy weszłam do gabinetu, szef pośpiesznie chował przesyłkę do szafki w biurku. Zamykał kluczem jak nigdy.

- Zamykał kluczem? Po co?

- Właśnie. Po co?

Młody dziennikarz wiedział i tak dużo. Stacie nie powie mu już nic więcej. Ona sama wie niewiele więcej od niego. Postanowił zniknąć z biura jak najprędzej. Wiedział, że jak sprawa się wyda rozpęta się piekło. On jednak na dzisiaj ma już dość wrażeń.

- Stacie to ja znikam. Nie mam tu co szukać. Gdy stary będzie, daj mu to do przejrzenia – ok?

- Nie ma sprawy. Zasłużyłeś na odpoczynek. Dobra robota Stan.

- Żebyś wiedziała. Jeszcze jak dobra.

- Co mówiłeś?

- Nie nic. Do jutra!

- Do jutra Stan.

Dziewczyna zajęła się swoimi obowiązkami. On zaś wyszedł, starając się nie zwracać na siebie jak najmniejszej uwagi. Wsiadł do samochodu. Wjechał na główną ulicę miasteczka, kierując się w stronę swego domu. Wóz odstawił do garażu. Trzymając przesyłkę pod pazuchą, wszedł do domu. Czuł takie podniecenie, jakiego jeszcze nigdy nie odczuwał. Czuł, że to wielka sprawa, która może dać mu wielki awans.

Posiłek już czekał na niego, co było najlepszym dodatkiem do całości zdarzeń tego dnia. Z przyjemnością zamierzał zjeść go wraz z Rossa’e i Thomas’m. Obecnie jednak chciał wziąć upragnioną kąpiel. Tradycyjnie zapalić cygaro, wylegując się w wannie – i tak uczynił. Stara gosposia przygotowała kąpiel w której starał się odprężyć, lecz zaistniała akcja nie dawała mu spokoju. Wiedział doskonale, iż trafił w dziesiątkę. Lecz wiedział również, że jest to dla niego bardzo niebezpieczne.

Wtedy to właśnie Stanley doszedł do wniosku, że to właśnie Mary może mu pomóc. Sam sobie nie da rady. Tu trzeba było czasu by rozpracować całość tajemnicy. Pozostało tylko pomyśleć, jak to rozpracować. Po kąpieli zszedł do salonu na posiłek. Zbliżał się wieczór i zaczynało szarzeć. Po kolacji zagłębił się w swoją zdobycz by poznać dokładnie jej zawartość.

CZAS TERAŹNIEJSZY

Sara parę razy czytała tekst dotyczący Stanley’a Hampton’a. Z posiadanych już informacji wiedziała, iż nie ma możliwości skorygowania go w jakikolwiek sposób. Dziwnie się czuła mając świadomość, iż nie będzie mogła sprawdzić stopnia wiarygodności faktów zawartych w tekście. Co prawda poza zdarzeniem z dziwną przesyłką – a raczej dziwnym jej umiejscowieniem. Co ma wspólnego redakcja gazety regionalnej z pocztą? Reszta informacji, zawierała iście sekwencje z jego prywatnego domowego życia.

Szczególnie uderzył Sarę fakt, iż Hampton był młodym dziennikarzem – a już bardzo doświadczonym przez los. Rodzice nie żyją, brak rodzeństwa, krewnych. Rozumiała, iż zaistniał u niego syndrom przeniesienia, czyli przeniósł uczucia rodzinne na całkowicie obcych mu ludzi. Bo przecież takimi byli jego służący Rossa’e i Thomas. Choć czy naprawdę byli dlań tacy obcy? Przynajmniej oni mieli siebie nawzajem.

Tak czy owak, to i tak dość smutny układ. Sarę poruszyło jeszcze coś w osobie Hampton’a. Mianowicie to, iż musiał – mimo wszystko – być to człowiek bardzo zaradny, lubiany, zdolny. No i co najważniejsze, o dużym stopniu optymizmu. To ważne w zawodzie dziennikarskim. Co by nie powiedzieć o tym człowieku – żal jej było, iż nie miał możliwości by się wykazać. Tak utalentowani ludzie – nie posiadając możliwości rozwinięcia własnych skrzydeł – marnowali się. Na dzisiaj miała dość. Nie miała już siły na cokolwiek.

Odłożyła drugi z dzienników przekazanych jej przez lorda Thomas’a Radley’a. Wspólna kolacja z rodzicami i braćmi, była dość dobrym akcentem końca pracowitego dnia. Była zadowolona chociażby z faktu, iż odzyskała z nimi kontakt. Na następny dzień Sara zaplanowała pracę z następnym z rękopisów. Rodzice nie chcąc budzić córki, dość wcześnie zjedli śniadanie. Sara dość dużo poświęciła czasu na opracowanie następnego ze skryptów. Co prawda miała to zaplanowane na rynek dnia następnego, ale jakoś nie mogła się opędzić od myśli na temat młodego dziennikarza.

Zatem jak tylko uporała się z ranną toaletą, jak i lekkim śniadaniem, wzięła się do pracy nad dziennikami. Co prawda ciążyło jej to, iż w domu nie było Jeffrey’a. Coraz bardziej tęskniła za nim, ale coś w rodzaju ciekawości ciągnęło ją do pisania. Następny z rękopisów był kontynuacją zdarzeń, tyczących się rodziny Radley’w. Sara jak tylko zorientowała się, iż to chodzi o dalsze losy lady Mary Radley – miała poważne opory. Zastanawiała się, czy wgłębianie się w jej dzieje sprawia, że jej duch pojawia się w domu. Nie chciała być od niej zależna, choć ona już nie żyje. Nie mogła pozwolić sobie na to, by jej uczucie było niczym więcej, jak manipulacją nieżyjącej kobiety. Niepewnie, ale wzięła się za to.

PRZESZŁOŚĆ…RĘKOPIS NR. 3.

Stanley Hampton – młody dziennikarz, zatrudniony w redakcji regionalnej gazety niejakiego Craft’a będąc we własnym domu, wgłębiał się w swoją zdobycz. W tym samym czasie rodzina Radley’w pokonywała ostatnie odcinki drogi. Jazda nie sprawiała już kłopotów. Tom popędzał konie. Chciał być jak najszybciej na miejscu. Zastanawiał się tylko czy jechać od razu do domu, czy też od razu do doktora? A może wezwać go do domu?

- Mary sprawdź jak z ojcem.

- Jest osłabiony. Mama z nim jest.

- Zastanawiam się…

- Tak?

- Czy od razu zajechać do doktora, czy też wezwać go do domu?

- Powinniśmy jechać do domu. Tata jest przepocony i brudny, ale…

- Tak?

Siostra zamilkła. Widać że bardzo martwi się o ojca. Tom wiedział, iż ojciec był wyczerpany – nie wspominając już o głodzie. A gorączka tylko nieznacznie spadła. Ważył w myślach co będzie leprze. Mary również nad tym się zamyśliła. Oboje wiedzieli, że oni dadzą sobie radę. Matka również przetrwa – mimo, że jest do granic wymęczona. Lecz ojciec był zagrożony.

- Wydaje mi się, że jednak zajedziemy wpierw do doktora. Niech zobaczy go w powozie. Znają się z ojcem jak stare wygi. Nie będzie więc miał pretensji o jego wygląd. Tata nie jedzie do teatru, aby się takimi rzeczami przejmować. Co o tym sądzisz?

- Pewnie masz rację.

- Postanowione więc.

Jechali prawie pół godziny zanim zobaczyli pierwsze pojedyncze budynki miasteczka – ich miasteczka. Trakt zmienił się w solidną drogę. Z drogi skręcili na skrzyżowaniu w lewo. Ta droga był o wiele bardziej równa niż ta poprzednia. Powóz jechał już Spokojniej i równo. Powozem już niemal zupełnie już nie trzęsło. Mijali pierwsze zabudowania. Tom starał się uśmiechać do osób idących poboczem. Nie było ich aż tak wielu. Zaczęło szarzeć, i wieczór zaciągał własne kotary. Starał się jednak skupić na drodze, prowadzącej prosto do domu doktora. Nie bardzo chciał jechać środkiem miasteczka, lecz nie było wyjścia. Dom doktora stał niemalże w centrum. Powóz był brudny i sfatygowany, lecz jak mus to mus.

Wjechał więc w centrum miasta. Ludzie przyglądali się jadącym. Co niektórzy zatrzymywali się gestykulując rękoma. Tom wiedział, że powóz jak i konie wyglądają marnie i mizernie. Starał się jednak patrzeć przed siebie, nie zwracając uwagi na spojrzenia przechodniów. Czuł je jednak na plecach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz