Tom II – część 16

Post w dziale:

Nic nie wskazywało na to, że jest coś lub ktoś w obejściu. Ignorując to poszedł się położyć. Chwilę potem usnął. Śniło mu się, że idzie wijącym się korytarzem nie mogąc się zatrzymać. Strach a zaraz ciekawość, prowadziły go coraz to bardziej w istny labirynt. Nagle w ciemności korytarza stracił grunt pod stopami. Zaczął spadać w dół z tak zawrotną szybkością, że przerażenie sięgnęło zenitu. Obudził się zlany potem. Z przerażeniem w oczach stwierdził, że leży na podłodze. A wokół niego stoją postaci w długich pelerynach z kapturami na głowach. Przy twarzy miał przystawiony pejcz ze skóry. Czuł jego zapach. Zapach skóry i krwi zarazem, który był zapewne wielokroć świadkiem ran ciętych pod jego razami.

- Co to jest!? Kto tu na Boga!?

Zaczął krzyczeć z wielkim bijącym sercem. Nie miał szans na jakąkolwiek obronę. Nie był nawet pewien czy to jawa, czy nadal sen. Starał się trzeźwo myśleć. Analizować to co się w koło działo. Postanowił że będzie delikatnie rozmawiał, choć to nie było w jego naturze.

- Czego chcecie!? Panowie!

- Gdzie jest przesyłka? Czerwona teczka z wielką klamrą?

- Nic nie wiem o żadnej teczce!

- Kłamiesz!

Wiedział teraz, że to o to chodzi. I widział również, że nie był to sen. Miał co do tego pewność. Był kontent z tego, że jego zdobycz jest w rękach Mary. Wiedział że ona tak łatwo jej nie puści. Chyba że w ogóle jej nie otworzyła, aby zapoznać się z jej zawartością. Inaczej nie będzie znała wartości tego co tam jest. Nie wciągnie ją ten zapał jakim się szczyciła, z jakiego wszyscy ją znali.

- Głupcze! Mów natychmiast bo zginiesz!

- Nic nie wiem o tym. Jestem dziennikarzem a nie złodziejem!

Tylko wypowiedział ostatnie słowa, i poczuł na sobie piekący ból. Rozrywający skórę jak lancet. Z ust wydobył się ogromny krzyk, iż zdawałoby się, jakby głos jego po przelocie przez pokój wyleciał przez otwarte okno przelatując pośród drzew pobliskiego lasu.

- Na rany Chrystusa! Co robicie? Przecież mówię, że nie mam tej przeklętej teczki!

Gdy to wypowiedział, cały czas myślał o Mary. Uświadamiał sobie, iż ona również jest narażona na napaść ze strony tych oprawców. Nagle poczuł następny cios – potem następny. Za każdym razem coraz mniej go bolało. Poczuł jak podłoga rozstępuje mu się pod nogami, i wpada w dół w korytarz ciemny i równie zimny. Drżał na całym ciele jak osika. Krew płynęła mu po piersi, wydając słodkawy zapach. Czuł ją wszędzie. Jej smak ogłupiał jego zmysły. Nie wiedział co się z nim dzieje. Nie chciał już cokolwiek mówić. Tylko aby to się skończyło. Zanim on nie wytrzyma, i nie powie czegoś co by bolało go bardziej. Myśli się urwały. Zaczął spadać w dół z zawrotną szybkością. Nie wiedząc czemu? Czym bardziej niżej, tym bardziej czuł żar na twarzy. Bliskość żaru była nie do wytrzymania. Ostatnimi resztkami sił wydał z siebie rozdzierający krzyk.

- Boże!

Nicość objęła jego zakrwawione ciało. Tak głęboka, że nic nie czuł. Rozpływał się i zanikał na przemian. Jego świadomość zanikała jak dym na wietrze. Myśli stawały się chaosem. Napastnicy zaczęli przewracać, niszczyć wszystko co mogło kryć ową przesyłkę. Tak jakby mieli to wkodowane. Liczyło się tylko to, aby ją znaleźć za wszelką cenę. Ich rozwścieczenie rosło z każdą minutą. Trzask łamanych mebli był tak wielki, że domownicy na dole, zerwali się na równe nogi. Przerażona Rossa podniosła wielki krzyk. Wraz z Thomas’m próbowali wyjść do sieni. Rossa próbowała otworzyć drzwi lecz nie mogła. Szarpała klamką i nic. Thomas podbiegł do drzwi.

- Rossa one są zamknięte, ale od zewnątrz.

- Przecież ja nie zamykałam ich z tamtej strony.

- Ja nie mówię, że ty je zamykałaś – ale ktoś zamknął – prawda?

Kobieta załamała dłonie. Thomas starał się być dzielny. Ale i on czuł, że stało się coś niedobrego. Kobieta zaczęła płakać. Patrzyła na Thomas’a z nadzieją w oczach. Ten podszedł do drzwi bezpośrednio prowadzących z ich pokoju do kuchni. Były zawsze zamknięte od ich strony. Otworzył je. Ostrożnie uchylił zaglądając do kuchni. Nikogo nie było a mimo to nadal słyszał rumor. Przeszedł poprzez kuchnię i wszedł do sieni. Otworzył drzwi do pokoju Rossa. Pokazał gestem dłoni aby była cicho. Teraz oboje nasłuchiwali. Nagle hałas się nasilił.

- To u panicza!

- U panicza. Święta Panienko.

I lamentując zaczęła głośno krzyczeć, ile tylko miała sił. Mężczyzna chwycił z pod kuchni pogrzebacz, i z wielkim rumorem wbiegł na schody. Rossa za nim. Przy tym robili wielki hałas, aby wystraszyć napastników. Thomas sądził, że to po prostu złodzieje. Nagle usłyszeli wielki trzask w pokoju swego pana i nastała cisza. Podbiegli do drzwi. Szykując się do wejścia do jego pokoju, zbierali całą swoją odwagę. Thomas nie wytrzymał. Nie słysząc nic niepokojącego raptownie otworzył drzwi. Niestety napastników już nie było. W mgnieniu oka wydostając się przez otwarte okno – poprzez ogród, napastnicy zniknęli w lesie. Po otworzeniu drzwi oczom obojga ukazał się zdemolowany pokój.

Widok jaki ujrzeli był tak przerażający, iż im prostym ludziom słów zabrakło. Słowa jak knebel uwięzły im w gardłach. Wszelkie meble zostały zniszczone, połamane. Tak jakby ktoś celowo zamierzał wszystko zniszczyć. Wszędzie mnóstwo krwi. Okiennice wyrwane, lecz ich pana nie było. Przerażeni nie wiedzieli co mają począć. Stary służący postanowił zadzwonić w jedno tylko miejsce, jakie przyszło mu do głowy.

CZAS TERAŹNIEJSZY.

Sara ukończyła pracę nad kolejnym z dzienników. Była wstrząśnięta. Nie spodziewała się, że nagle stanie się niemym świadkiem takiej tragedii. Coraz więcej już wiedziała na temat lady Mary Radley. Nawet to „lady”, nie bardzo pasowało jej w stosunku do osoby młodej panny Radley. Jak dotąd znała ją jako młodą zaradną dziewczynę. Z tego co już wiedziała z dotychczas opracowanych rękopisów, w tak młodym wieku – Mary Radley była dziennikarką, starającą się sprostać wymaganiom nie tylko rodziców. Starała się również sprostać wymaganiom własnej ambicji, przez co usilnie szukała ekstra materiału na swój artykuł. Wreszcie chciała nie tylko się wykazać, ale zabłysnąć w tym zawodzie.

Zważywszy na realia mijającego pokolenia, jak i czasów – i tak miała wielką odwagę. To już wystarczy by narazić się na mnóstwo kłopotów. Ona mimo to odstawała od reszty własnym stylem życia. Miała własny styl – a wynikało to z rękopisów jej jedynego Przyjaciela Stanley’a Hampton’a. Tu Okazuje się, iż ogromnie ceniła sobie tą przyjaźń, i to obopólnie. W rozumieniu Stanley’a Hampton’a, nagle staje się niemal cud. Bo jak nazwać chociażby porównując z nim tematy opisywane w gazecie regionalnej. Sara rozumiała, iż wiadomość o tajemniczej zdobyczy Stanley’a mogła wywołać u niego ogromną falę ekscytacji.

Co do Mary – zważywszy na jej usilne poszukiwanie okazji do pokazania swojego talentu – Sara nie dziwiła się jej wielkiemu zainteresowaniu tematem. Tym bardziej, że Stanley był jej prawdziwym jedynym przyjacielem. Za to była ogromnie wstrząśnięta faktem, że tak wspaniała Przyjaźń została wystawiona na taką próbę. Nie rozumiała tego choć była równie zdziwiona. Co prawda tamte czasy odchodziły, ustępując miejsca nowym czasom. Sara nie mogła zrozumieć tej całej tragedii. Rozległo się pukanie do drzwi pokoju Sary.

- Proszę!

Bezwiednie rzuciła słowem w powietrze, choć nadal była zatopiona w rozmyślaniu. Nie zauważyła, iż pukanie było już wewnątrz pokoju – do już otwartych drzwi. Jeffrey stał chwilę w drzwiach, przyglądając się jej z wielką ciekawością. Nie często miał okazję widzieć Sarę w chwili, gdy była całkowicie pochłonięta pracą. Miał przed sobą kobietę całkowicie zaabsorbowaną analizowaniem rękopisów. Siedziała przy biurku - przed nią znajdował się komputer. Swoistym blaskiem oświetlał jej twarz. Miała na blacie wiele kart z tekstem. Jednak ich nie czytała. Jej spojrzenie skierowane było, jakby ponad dokumenty nad blat biurka. Musiałaby widzieć stojącego w drzwiach mężczyznę.

Przecież stał on w prostej linii do jej spojrzenia. A jednak nie. Co prawda stał nieruchomo jej się przyglądając. Niemniej dla niej, jakby nie istniał. Lekko pchnął drzwi za sobą, które zamykając się lekko stuknęły. Drgnęła. Przez chwilę jej wzrok zmienił kierunek. Jednak w ułamku sekundy, jakby starała się zmienić poziom na którym była. Przejść do poziomu, gdzie fizycznie ona się znajdowała. Czyli biurko – pozostałe meble – Jeffrey. Ten tylko się uśmiechnął.

- Długo tu tak stoisz?

- Wybacz lecz nie mogłem sobie darować tego rozkosznego widoku, jak wędrujesz gdzieś myślami poza.

- Jesteś w dobrym nastroju - mam szykować gratulacje?

- A czy musi się coś wydarzyć wielkiego, bym był w dobrym nastroju – moja droga? Cieszyłem się jak wstałem. Cieszyłem się jak rozpocząłem dzień od uśmiechu. To ważne Saro.

- Wiem, wiem. Swoim optymizmem obdarowałbyś cały szwadron ludzi.

- Ja wiem? Myślę, że każdy ma wielkie pokłady ciepła i radości. Tyle że o tym po prostu zapomniał.

- Zapomniał?

- Nie ważne. Widzę, że usilnie nad czymś pracujesz. Mogę zapytać na jakim jesteś etapie?

- Właśnie zapoznałam się z jednym z aspektów życia niejakiego Stanley’a Hampton’a.

- Który z aspektów?

- Napaść na jego osobę w jego domu. To wstrząsające Jeffrey’u. Nie rozumiem, jak można było tak skatować młodego dziennikarza, i to za co. Za jakąś głupią paczkę?

- Czy mogę udzielić tobie jednej rady?

- Tak, proszę.

- Znam te fakty – choć Bóg mi świadkiem, chciałbym o nich już dawno zapomnieć. Jednak to co nazywasz aspektem jest tylko wstępem do reszty. I wnioski jakie obecnie wysnuwasz w tej początkowej fazie zmienią się radykalnie. Myślę, że na tym etapie zbyt mało wiesz.

- Czy to znaczy, że uważasz wydarzenie z życia Hampton’a za właściwe?

- Nie Saro! I po sto kroć nie! Jednak winnaś tu brać pod uwagę wiele okoliczności. Pozwolisz że usiądę. Dopiero co wróciłem do domu.

- Tak, proszę. Zapomniałam, że wyjechałeś wcześnie rano.

Mężczyzna zamknął dokładniej drzwi, i skierował się w stronę najbliżej stojącego fotela. Sara spoglądała na niego z wielką sympatią i zaciekawieniem. Doskonale rozumiała, że on posiadał wielką wiedzę z tamtych lat – ściślej mówiąc w tym temacie. Dlatego oczekiwała na to co jej powie. On jednak usiadł w fotelu starając się nie pokazać, iż jest nieco zmęczony. Mimo to wskazał dłonią na obok stojący fotel. Od razu pojęła jego zamiary. Po chwili lekko się uśmiechając, była już przy nim. Nim usiadła w fotelu, pochwycił jego bok przysuwając go bliżej siebie.

- Tak będzie lepiej kochanie. Zawsze lepiej się czuję gdy jesteś blisko mnie.

- Jeff!

- Po prostu mówię to co myślę. Dobrze! Wracając do tematu. To o czym tu z tych rękopisów się dowiadujesz – ja znam w pełni. Przeżyłem to. To część mego życia. Potrafisz to zrozumieć?

- Rozumiem. Wiem, że wiele z tego przeżyłeś, i jest to częścią twego życia. Lecz też wiem, że od samego początku nie chciałeś o tym mówić. Jasno dawałeś to do zrozumienia – może nie słowami ale jednak. Widziałam jak najmniejsze pytania w tym temacie, odbijały się bólem na twojej twarzy.

- Dziękuję tobie za to, że to rozumiesz. Niemniej zapewniam cię, że jeśli tylko będę w stanie – pomogę tobie. Chcę tobie pomagać.

- Ok! zatem wracając do meritum. Mówiłam o okolicznościach na które trzeba zwrócić uwagę. Jasno spojrzeć na całość. Pierwszą z nich Saro jest charakter tamtych czasów. Z jednej strony masz życie wielkich rodów z całą ich mentalną emocjonalną otoczką. Mówię tu o ich etyce. Etyce ludzi, tamtych czasów. mówię tu o zwyczajach, klasowości itd. Rozumiesz to?

- Tak. Myślę że tak. Przynajmniej się staram zrozumieć.

- A z drugiej strony masz ich zasady, zwyczaje. Ich tajemnice, sekrety. Ta część była często skrywana rodzinną tajemnicą – skrywaną nie rzadko wręcz zajadle.

- Czemu?

- Bo w tamtych czasach panujące zasady nie zawsze były słuszne.

- To znaczy?

- Nie mówię tu o wszystkich zasadach wtedy panujących. Mówię tu o wielu zasadach, które godziły w zdrowy rozsądek. Z jednej strony miały za zadanie bronić prawej moralności – w istocie jednak nie miały z nią nic wspólnego. Na przykładzie Hampton’a, właśnie masz jasno pokazane działanie tych zasad. Bo weź pod uwagę fakt, co się wydarzyło w jego życiu. Umiesz to zdefiniować?

- Akurat nie wiem co masz na myśli.

- Pozwól zatem, że to wyjaśnię. Co prawda nie będę wyjawiał faktów, o których jeszcze nie czytałaś. Faktów których jeszcze nie poznałaś. W przypadku Hampton’a jasno widać jego działania, zmianę, rozwój, efekt, konsekwencję. Działaniem w jego przypadku jest jego praca. Rozwijający się talent dziennikarski. Zmianą jest szereg sprzyjających Okoliczności, które sprawiły, iż tenże znalazł się w redakcji w odpowiednim momencie. Tymże momentem był czas, gdy w biurze jego szefa trwała głośna rozmowa z kimś kogo nie znał. On to słyszał.

- No wiem.

- No właśnie. Ta sytuacja jednak była jakby odpowiedzią na jego usilne starania o dobry temat. O okazję pokazania nietuzinkowego talentu. Stąd od razu decyzja zdobycia tej przesyłki Saro. Przesyłki o której się dowiedział z usłyszanej rozmowy. On widział w niej swoją szansę. To była jego decyzja, jego wola. Rozumiesz?

- Tak. Z tego co już wiem, nikt go do tego nie namawiał ani nie zmuszał.

- No właśnie. Jednakże jest i druga strona tego aspektu. Mianowicie fakt, że jego decyzja – jaką by ona nie była, pociągnęła za sobą falę konsekwencji. W jego przypadku konsekwencją był fakt, iż nie wziął pod uwagę co to za przesyłka. A nie wziął pod uwagę, bo nie mógł wiedzieć co to jest – prawda?

- No tak. On zwyczajnie ją ukradł.

- Jedynym aspektem, który mógłby skierować jego ocenę w tej sprawie jest to, że słyszał rozmowę o tej przesyłce. Że dziwnym trafem była ona zdeponowana w redakcji a nie na poczcie. Z rozmowy obcych wynikało, że to bardzo ważna przesyłka, która nie może zaginąć. Że to tajemnica.

- No tak. To jest logiczne wytłumaczenie.

- No właśnie. Zatem idąc tym tokiem – tokiem konsekwencji Saro… To jest jak fala. On słyszy o paczce. Ocenia jej wagę. Kradnie ją. Zapoznaje się z jej zawartością. Co się dzieje dalej. Okazuje się, że do redakcji zgłaszają się jej właściciele – choć w istocie nimi nie byli - ale to pomijam. Co dzieje się dalej? W jakiś sposób dochodzą do osoby Hampton’a. I tu następuje efekt. Efektem jest nagła ich wizyta u niego w domu – napaść. Żądanie zwrotu paczki, pobicie itd. Ma to sens Saro?

- Tak. To ma sens. Lecz to i tak przerażające. Nie wydaje mi się, by oni musieli tak krzywdzić tego młodego człowieka.

- Bo nie musieli. Jednak zważ na to kim oni byli. O tym dowiesz się później, i wtedy bardzo chętnie znowu tobie wytłumaczę następne aspekty. Jedno jest pewne. Wszystko o czym obecnie się dowiadujesz, nie jest tym do końca na co wskazują twoje emocje. Pamiętaj o tym Saro. Emocje to jakby krzywe zwierciadło rzeczywistości, którą masz przed oczyma. Od jego stopnia skrzywienia zależy co widzisz, i czy w ogóle widzisz. Moja rada – czytając podchodź do informacji zawartych w materiale na zimno, bez niepotrzebnych emocji. Wtedy zobaczysz sens.

- Wiesz, że jesteś mądrym człowiekiem lordzie Jeffrey’u de Blackstone?

- Zapomniałaś o Armando. A poważnie – co do tej mądrości. Obecnie jestem mądry – wtedy…., mam poważne wątpliwości.

- Tak czy tak – i tak ciebie kocham.

- Ja ciebie też.

Mężczyzna lekko przeciągnął się na fotelu. Pomimo rozmowy zmęczenie nie ustępowało. Rekompensowało to jednak zadowolenie, iż wreszcie mógł porozmawiać z Sarą o faktach z rękopisów – o faktach z przeszłości. Nie wiedział dlaczego lecz odczuł ulgę. Czuł się jakby rozliczony z przeszłością. Jakby prostował cząstki własnego życia.

- Teraz widzę, że to ty się zamyśliłeś. Czy coś się stało?

- Nie kochanie. Jest wszystko w porządku.

- Mimo to ciekawi mnie, czemu tak z rana wyjechałeś. Chyba że to jakaś tajemnica.

- Oczywiście, że to nie tajemnica. Naturalnie powiem tobie w swoim czasie. Niemniej jak na razie nie mam co. Po rozmowie z twoimi rodzicami, postanowiłem osobiście sprawdzić sprawę dokumentacji twego ojca. W ogóle całej waszej rodziny.

- I co się dowiedziałeś?

- Niewiele. Jak się okazało moja kancelaria prawna nie popełniła żadnego błędu – poza jednym.

- Tak?

- Chodzi tu o babkę twego ojca. Brak było zgodności, co do jej powiązania z rodzicami Steven’a Forest’a – czyli twego ojca.

- Oni mieszkali we Francji. Jak pamiętam z opowiadań taty, już nie żyją. Tata był wychowany przez przybranych rodziców, i oni mieszkają – albo mieszkali w Anglii. Jednak, czy żyją – nie wiem. A czemu o nich pytasz?

- Nie pytam o przybranych rodziców, choć i ich również poleciłem dokładnie sprawdzić. Chodzi tu o przeprowadzoną adopcję – to jest w dokumentacji. Bardziej jednak chodzi mi o prawdziwych rodziców, czyli tych z Francji. Jednak to trochę potrwa. Stąd te moje pytania.

- To najlepiej będzie, jak porozmawiasz z rodzicami Jeffrey’u. Tylko oni w tym temacie będą w stanie coś konkretnego powiedzieć.

- Tak uczynię.

Po tych słowach wstał z fotela – Sara zaraz za nim. Po jego ruchach wyraźnie rozpoznała jego zmęczenie. Nie chciała więcej zasypywać go pytaniami. Wiele się nie myliła. Faktycznie nie zbyt dobrze się czuł. Fala zmęczenia narastała w nim coraz bardziej. Powodowało to, iż nie mógł się odpowiednio skupić podczas rozmowy. Chciał zagadnąć o obiedzie, lecz i to jakoś przyszło mu z trudem. Była godzina niemal pierwsza po południu. Sprawy, które wymagały osobistego załatwienia, zajęły mu zbyt wiele czasu. Patrzył na Sarę w taki sposób, jakby coraz bardziej jej nie widział. Jego spojrzenie obmiatało jej postać, jednak coraz bardziej stawało się chaotyczne. Podeszła doń bliżej. Spojrzała na jego prawą dłoń. Trzymał ją na wysokości brzucha, ale co i rusz drgała ona, jakby bezwiednie. Nagle palce zacisnęły się w pięść.

- Co ci jest? Co się dzieje Jeffrey’u?

On jednak nie odzywając się zaciskał wargi, jakby z czymś się siłował. Nagle prężąc się ponownie usiadł na fotelu. Na ten widok Sara coraz bardziej była przerażona. Jego twarz wykrzywiała się w dziwnym grymasie. Brwi zaostrzyły się wskazując, że coś się jednak dzieje.

- Jeff! Co się dziej? Na miłość Boską!

Przypadła do niego chwytając jego dłoń. Ta wciąż drgała w dziwny sposób. Sara uchwyciła w dłonie twarz mężczyzny. Uniosła ją w górę. To jednak nic nie dawało. Mimo otwartych oczu jej nie widział. Jego spojrzenie było jakby martwe. Czuła, że dzieje się coś złego. Zerwała się na równie nogi, i wybiegła ze swojego pokoju. Tuż przy barierze schodów – spoglądając w dół, chciała kogokolwiek spostrzec. Kogoś kto mógłby jej pomóc. Nie wytrzymała.

- George! Na miłość Boską! George!

Jeszcze parę razy wykrzyknęła imię majordomusa, po czym powróciła do pokoju. Usilnie starała się opanować. Przyjrzała się ponownie jego twarzy, sprawdziła puls – był słabo wyczuwalny. Powieki oczu co i rusz unosiły się to znów opadały.

- Jeffrey’u! Co tobie jest? Co się dzieje?

On jednak nadal nie mógł wypowiedzieć słowa. Jego głowa opadała na oparcie fotela. Jedynie spojrzeniem uchwycił się jej twarzy. Wyglądało to jakby siłował się z powiekami. Próbowała go dźwignąć by odprowadzić go do sypialni. On nawet nie drgnął. Był zbyt ciężki. Nagle niemal płacząc podbiegła do biurka. Dopadła stojący na blacie notes z numerami. Przewertowała szybko jego kartki. I wiedząc już jaki numer ma wybić uchwyciła słuchawkę telefonu. Wybrała numer na pogotowie. Na wezwanie lekarza, mogło by być za późno. W tym momencie do pokoju wszedł George – majordomus. Nie mogła z nim rozmawiać. W telefonie odezwała się dyspozytornia pogotowia ratunkowego. Kobieta w słuchawce – niemal mechanicznie, wypowiedziała wyuczoną frazę.

- Pogotowie ratunkowe w Stanford! Słucham.

- Dzięki Bogu! Proszę przysłać tu pilnie karetkę. Mężczyzna stracił przytomność i nie ma z nim kontaktu.

- Jaki jest puls? I czy samodzielnie oddycha?

- Puls słaby, niemal niewyczuwalny. Oddycha samodzielnie – lecz z trudem.

- Jaki to adres?

- Stanford! Prywatna posiadłość Garden Hill. Proszę się pośpieszyć.

W tym właśnie momencie George, słysząc rozmowę Sary z pogotowiem spoważniał. Widział swego pana siedzącego na fotelu od tyłu zatem sądził, iż ten się zdrzemnął. Wtedy dotarło do niego, że coś się dzieje. Sara rzuciła słuchawkę i skierowała się do Jeffrey’a.

- Jeff! Jeff! Obudź się – proszę. George trzeba pana przeprowadzić do sypialni. Lecz ja nie dam rady sama.

- Proszę chwilkę poczekać. Ja skoczę po Christopher’a i Ted’a. Oni pomogą.

Lokaj wypadł na korytarz krzycząc do Moly. Ta będąc na dole w hallu, uniosła głowę do góry. Była zaskoczona, bo George nigdy nie podnosił głosu. A tu taki krzyk.

- Moly! Szybko zawołaj Christopher’a i Ted’a. Pilnie są tu potrzebni na trzecim piętrze. Niech tu przyjdą jak najprędzej. Pośpiesz się.

Pokojówka szybko pobiegła do wyjścia. Obaj byli właśnie na placu. Mieli trochę pracy przy sprzęcie gospodarczym. Upłynęło parę chwili, i już obaj byli na hallu.

- Oczyśćcie dokładnie buty, i szybko biegnijcie na trzecie piętro. Jesteście tam potrzebni.

- Ale co my możemy tam mieć do roboty?

Ripostował niemal natychmiast Ted. Nie lubił jak mu się pracę przerywa. Lecz i nie chciał za wiele się rozgadywać. Pewnie i teraz nic by nie mówił, lecz państwa nie było przy nich – a Moly to pokojówka.

- Moly! Na miłość Boską! Jak długo mam na was czekać!

- Już idziemy panienko.

- Ja myślę.

Chcieli od razu wbiec na schody, lecz Moly uznała, iż prędzej będzie windą. Od razu ich do niej skierowała. Byli już na korytarzu, gdy George nerwowo machając dłonią, już czekał na nich przy drzwiach.

- Chodźcie szybko tu do gabinetu. Trzeba pana przenieść do jego sypialni na drugim piętrze.

- Nie, nie. To będzie za wielki wysiłek. Przenieście pana do mojej sypialni.

Obaj spojrzeli na majordomusa tak, jakby bardziej polegali na jego zdaniu, a nie na zdaniu Sary. George skinął jednak głową bez słowa, choć i jemu wydało się to dość dziwne. Jednak to przemilczał. Mężczyźni uchwycili swego pana za bary. On sam trochę się przebudził, starając się unieść na własnych nogach. Oni jednak podtrzymywali go pilnując, by się nie zachwiał. Posadzili go na łóżku, czekając na dalsze dyspozycje. Sara podziękowała obu, i wskazała drzwi. wyszli. George przywołany przez nią, pomógł jej zdjąć marynarkę z jego ramion. Rozpięła mu koszulę pod szyją. Mężczyzna pomógł ułożyć swego pana na łóżku z lewej strony. Chciał już przekazać Lokajowi, by wezwał Moly – ta jednak w tym momencie weszła do pokoju. Dziewczyna była zdyszana. Sara przyjaźnie się do niej uśmiechnęła, po czym po chwili spoważniała.

- Posłuchaj Moly! Przynieś pana piżamę, i szlafrok – tu do mojej sypialni. Pan pozostanie u mnie w sypialni do momentu przybycia pogotowia. Już ich wezwałam. Jak tylko się pojawią, George niech od razu da mi znać. Ciebie będę prosiła o przygotowanie dla pana czegoś do picia – dobrze?

- Tak panienko. Już lecę.

Moly wybiegła z pokoju Sary, przymykając lekko drzwi. Ona w pokoju pozostała sama nie bardzo wiedząc co robić. Nie do końca znała się na pierwszej pomocy. Jednak szybko uchyliła okiennice. Z łazienki przyniosła małą miskę z białym ręcznikiem. Namaczając go w zimnej wodzie, wykręcając go – jęła ocierać mu twarz.

- Jak widzę coś się tu dzieje Saro. Po co te okłady?

- Nie pamiętasz? Zasłabłeś. Straciłeś przytomność dość nagle. Jak się czujesz?

- Mówiąc szczerze – nie bardzo. Powiedz mi jednak, czemu jestem tu w twojej sypialni? Nie bardzo to…

- No nie było innego wyjścia. Dźwignąć ciebie to nie mały wyczyn. Tym bardziej, że byłeś nieprzytomny. A tak nawiasem wezwałam pogotowie.

- No to rozumiem, że cię nieźle wystraszyłem – co? Zaraz mi przejdzie.

- Przejdzie czy też nie kochany – musi ciebie zbadać lekarz. Nie ma mowy na Cokolwiek.

- Brzmi intrygująco, ale…

Sara odwróciła się by ponownie przepłukać ręcznik. Kiedy powróciła do niego wzrokiem, ten usiłował coś powiedzieć. Tym razem jedynie ruszał brodą. Dłonie ponownie były zaciśnięte.

- Jeffrey! Jeff! Boże! Co się dzieje?

Zaczęła niemal płakać. Widziała jak blednie. Jego oddech staje się coraz szybszy. W tym momencie drzwi się otworzyły, i do sypialni wszedł George z dwoma sanitariuszami. Zaraz za nimi wszedł lekarz. Od razu podszedł do łóżka, gdzie leżał mężczyzna.

- Witam panią. Co się stało?

- Rozmawialiśmy chwilę, i zaraz zasłabł w fotelu. Przestał mówić, zbladł, i nie było już z nim kontaktu.

- Czy pacjent bierze jakieś leki – leczy się na coś?

- Nic o tym nie wiem.

- Dobrze. Za moment się dowiemy co się dzieje. Pozwoli pani…

- Oczywiście. Proszę.

I po chwili lekarz zaczął wykonywać szereg czynności. Sara chodziła nerwowo po sypialni, wciąż powracając do łóżka gdzie leżał mężczyzna. Spoglądała na Jeffrey’a – to na lekarza. Po czym znowu odchodziła. Była przy oknie gdy lekarz zakończył badanie. Od razu doń podeszła – niemal ze łzami w oczach.

- I co pan o tym sądzi doktorze?

- Z tego co widzę na ten czas, nie ma się zbytnio martwić. To wygląda na dość ostry objaw osłabienia droga pani. Zbadałem wszystkie czynniki, czyli: puls, osłuchałem serce itd. Jak widzę nie jest źle. Pacjent jest mocno osłabiony. Podałem mu obecnie dożylnie lek na wzmocnienie.

- Zatem co dalej doktorze? Mam nadzieję, że nie musi iść do szpitala?

- Nie! Chociaż z drugiej strony, wolałbym zabrać pacjenta do szpitala. Można by było wykonać szereg badań, by sprawdzić – upewnić się, czy coś niedobrego się nie dzieje. Niemniej myślę, że czas by pacjent odpoczął. Musi mieć pełny luz, i być z daleka od stresu. Jego zasłabnięcie, nie jest przypadkowym droga pani.

- Ale tu jest służba. On sam niczego nie wykonuje fizycznie. Nawet wyposażyliśmy dom w odpowiednie udogodnienia.

- No tak – widzę. Nie dało się tego nie zauważyć. Jednakże tu chodzi o jego organizm droga pani. Ile lat ma pani ojciec?

Sara od razu chciała sprostować stwierdzenie doktora. Zatrzymała się jednak w niemal ostatniej chwili. Jej sprostowanie nic by tu nie dało, a mogłoby wywołać niepotrzebne komentarze. Przecież nie znała tego młodego doktora. Postanowiła przyjąć postawę wymijającą.

- Jest w wieku około sześćdziesięciu lat.

Strzeliła na chybił trafił – w ogóle nad tym się nie zastanawiając.

- No to nie jest to już tak młody człowiek. Tu trzeba przyjąć już wiele poprawek, jeśli chodzi o styl życia tego pacjenta. Musi pani o niego dbać. To jednak, i tak bardzo dziwne.

- Co takiego?

- Objawy, jakie występują u pani ojca, nie są adekwatne do jego stanu obecnie. Serce pracuje nienagannie, puls lekko tylko przyśpieszony. Oddech swobodny. Jego osłabienie – podłóg tych badań jest zbyt ostre. Dla mnie – jest to nie bardzo zrozumiałe. Lecz to organizm droga pani. Jest wiele niewyjaśnionych przypadków, jak dotąd. Jak na razie, pacjent otrzymał odpowiednie leki. Proszę przypilnować by odpoczywał jak najwięcej. Jakby co się działo niepokojącego…

Jeffrey jednak wyglądał z zewnątrz jakby spał. Sara była poważnie zaniepokojona. Przyjęła jednak tłumaczenie doktora, jakby się uspokajając. Podziękowała lekarzowi za pomoc i karetka odjechała. Wracając już po odprowadzeniu doktora na moment przystanęła. Drzwi otworzyły się nagle, i w hallu pojawili się Vivienne ze Steven’m.

- Saro! Poczekaj!

Przystanęła na schodach, gdy już miała przed sobą ostatnie stopnie. Odwróciła się raptownie. Nie chciała pokazać rodzicom swego zdenerwowania, lecz nie mogła się opanować..

- Dzień dobry! Czy mi się wydaje, czy jesteś podenerwowana. Czy coś się stało?

- Jak na razie sytuacja jest opanowana mamo. Nie ma o czym mówić.

- Jaka sytuacja?

- Mamo daj spokój! Dałam sobie radę.

- Nie wątpliwie – widzę! Jednakże widzę również twoje podenerwowanie.

Przez chwilę – milcząc – Sara nadal stała na schodach. Oboje państwa Forest’w na dole oddali wierzchnie okrycia Lokajowi. Ten od razu taktownie się oddalił. Sara po chwili zeszła na dół.

- Przepraszam. Nie jestem dzisiaj w nastroju.

- To widzę.

Odrzekł ojciec Sary.

- Jednak nim się nie dowiem jaki jest powód twego – jak ty to mówisz nastroju – nie będę mógł tego zrozumieć co się dzieje?

- Jeffrey źle się poczuł. Przyjechał jakiś czas temu – rozmawialiśmy.

- Wzywałaś lekarza?

- Tak. Wezwałam pogotowie. Właśnie krótko przed wami odjechali.

- No tak. Prawda. Mijaliśmy ich na przecznicy.

- Ale co się stało?

- Sama nie wiem. Gdy on przyjechał ja pracowałam w swoim gabinecie.. Przyszedł do mnie. Rozmawialiśmy. I nagle on dziwnie się zachowywał. Wyglądało to jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko ruszał brodą. Jego dłonie drżały.

- Gdzie on jest?

Vivienne od razu zadała to pytanie kierowana własną logiką. Wiele wiedziała na temat dziwnych objawów. Steven miewał podobne objawy i Okazało się, że to dolegliwości sercowe.

- Jest w mojej sypialni. Nie był w stanie sam wstać mamo. Poza tym bałam się go męczyć. George i jeszcze dwaj pomogli mi go przenieść do sypialni.

- Co powiedział lekarz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz