Tom II – część 19
- Mam nadzieję, że nie zamierzacie jechać windą?
I roześmiała się, jak to ona potrafiła. Nie pozostało nic innego, jak tylko ruszyć za nią. Vivienne była z siebie dumna. Uznała w myśli, , iż wreszcie zaczęło się coś dziać. Tak, jak postanowiono, tak i się stało. Lord Jeffrey de Blackstone, jak i Sara Forest, wzięli szybki prysznic. Dzień był wspaniały. Słońce wyjątkowo intensywnie roztaczało swoje promienie. Lekki wiaterek ochładzał orzeźwiająco. Lord Jeffrey de Blackstone, postanowił po kąpieli ubrać tylko luźne bokserki. Sara w podkoszulku, i również w spodenkach. Widząc go siedzącego na pufie przy drzwiach była zaskoczona.
- Coraz bardziej mnie zadziwiasz Jeff. Sądziłam, że to ja będę pierwsza.
- Jeszcze nie raz ciebie zaskoczę.
Sara wyszła z łazienki tylko w luźnym kąpielowym szlafroku. Nie spodziewała się nikogo w pokoju, toteż od razu uchwyciła jego poły by się zakryć. On jednak już stał przy niej, gdy tylko stanęła przed toaletką. Objął ją ramionami tuląc do siebie.
- Tak się stęskniłem.
- Mówisz tak, jakby w domu nie było ciebie cały miesiąc.
- No i to wystarczy.
Tulił ją całym ciałem. Sara widząc ich odbicie w lustrze, czuła co się święci. Uchwyciła lekko jego dłonie, które delikatnie wślizgiwały się pod miękki materiał. Wciąż obserwowała go w lustrzanym odbiciu.
- Przypominam tobie, że mama zaplanowała dzisiejszy dzień. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby właśnie pojawiła się tu w drzwiach w swoim słynnym dresie.
- Tu u ciebie – żartujesz? Jest zbyt wygodna.
- Obyś się nie…
Ale w tejże samej chwili rozległo się pukanie. Drzwi od razu się rozchyliły na rozcież. W drzwiach stała Vivienne – matka Sary, w koszulce bardzo kusej i w szortach. Na nogach miała białe skarpetki, i takież same obuwie sportowe.
- Kto jest zbyt wygodny? Zaraz się nim zajmę.
- A nie, tak się przekomarzamy mamo. Widzę, że ty już jesteś gotowa góry zdobywać.
- I nie tylko góry.
Jeffrey spoglądając na Sarę zaprezentował ogromnie litościwą minę. Ta od razu parsknęła śmiechem. Spojrzała szybko na stojącą w drzwiach kobietę.
- Jak ty jesteś gotowa mamo, to gdzie tata?
- Właśnie czeka już na nas na tarasie. I tak samo ubrany jak ty Jeffrey’u. Tak jakbyście się zmówili.
- Ale bokserki – mam nadzieję – ma innego koloru.
I znowu wykonał tę samą minę.
- Przepraszam! Ciąż sobie żartuję.
- No widzę. Lecz czas leci. Mam nadzieję, że nie zmieniliście zdania.
- No myśleliśmy o tym…
Wciąż spoglądał na Vivienne z tą swoją cielęcą rozbawioną miną.
- Ok! już idziemy. Wybacz za te żarty.
Oboje śmiejąc się ruszyli zaraz po tym, jak Sara przywdziała odpowiedni strój do ćwiczeń. Mężczyzna tylko jęknął na widok jej zgrabnego ciała. Nie chciał tego pokazywać przy Vivienne, lecz nad tym odruchem nie zapanował. Nie dało się. Cała trójka ruszyła po schodach. Przez moment spojrzał na zamknięte drzwi windy z taką miną, że nie trudno byłoby się domyśleć, o czym myślał. Chciał skręcić w stronę sali, gdzie urządzono miejsce do ćwiczeń. Vivienne jednak skręciła na taras. Oboje spojrzeli na siebie. Popychani rosnącą ciekawością, ruszyli za nią. Przed schodami tarasu stały stoliki z napojami – przy nich jeden z lokajów.
Odpowiedni sportowy strój, czapeczka, i uśmiech – jakby nie z tej ziemi. Na stoliku stały szklaneczki i napoje. Pani Forest spojrzała ukradkiem na oboje z tyłu. Niemal aż unosiła się ze śmiechu na ich reakcję. Sara czuła, iż coś tu się święci. Przy stoliku czekał już Steven – mąż Vivienne. Również miał dziwną minę, ale nic się nie odzywał widząc spojrzenie żony. Miał spodenki iście z tropikalnej plaży. Były nieco za bardzo obszerne. Jeffrey z wielkim wysiłkiem wstrzymywał napad śmiechu. W ostatniej chwili chrząknął, odwracając twarz w kierunku oranżerii.
- Tato. Wyglądasz szałowo!
Steven nic nie mówiąc, patrzył z wyrzutem na swoją żonę. Od razu widać było, iż to był tylko jej pomysł. Widać było po jego minie wyraźne zakłopotanie - bardziej niż zadowolenie. Nie podzielał satysfakcji żony. Docierało doń, iż uległ żonie, co było błędem. Jeffrey jednak widząc jego sytuację, ruszył w jego stronę. Uśmiechnął się przyjaźnie wskazując na własne spodenki.
- Widzę, że i ciebie los obdarzył super spodenkami.
- No pewnie. Jeszcze ty mnie dobij.
W tej samej chwili, gdy wypowiadał te słowa, Steven spojrzał na rozmówcę. Ten trzymał obie nogawki, rozciągając je na boki. Od razu spojrzał na swoje, jednak w tym momencie ujrzał niemal trzęsącego się ze śmiechu Jeffrey’a. Ten stał śmiejąc się coraz głośniej.
- Steven daj spokój. Mamy te same stroje. Już nawet nie będę mówił, jak wyglądamy lecz nie jest tak źle.
- Tak? To popatrz na mnie. Ty wyglądasz, jak cyklop. Na tobie one nie wyglądają tak przesadnie duże.
- Ale jaki przewiew… Steven!
Uśmiechnął się do niego tak przyjaźnie, od razu kierując doń wysuniętą dłoń na zgodę. Steven przełamał się, i również uśmiech pojawił się na jego twarzy. Doszedł do wniosku, iż co dwóch to nie jeden.
- No to może dowiemy się mamo co zaplanowałaś? Coś mi się zdaje, że zaraz pożałuję, że zapytałam – ale jednak.
- Mamy dzisiaj czas na wyluzowanie. A tu mamy na to możliwość.
- Czyli?
- Wszystkim nam przyda się trochę zaprawy sportowej przed jutrzejszym dniem.
- Czyli?
Sara zaczęła się z lekka niecierpliwić, ale spojrzała na matkę. Ta wpatrywała się dziwnie rozbawionym wzrokiem na wszystkich.
- Co powiecie na lekki trening biegów?
- Tu? Teraz? Mamo! Coś ty wymyśliła!
- To dobry pomysł. Całej rodzinie przyda się ruch dla zdrowia.
Obaj spojrzeli po sobie – następnie na Sarę. Mieli tak ubawione miny, iż i jej się to udzieliło. Po chwili cała grupa z rozbawieniem wpatrywała się w Vivienne.
- Pod warunkiem, że ty również bierzesz udział w tym treningu – jak to byłaś uprzejma określić.
Lord Jeffrey de Blackstone podsumował jej plany o których właśnie się dowiedzieli. Zastanawiało go tylko jedno. Jak ona to przygotowała? To wymaga planu, przygotowań – a jest przecież dość wcześnie.
- Powiesz nam, jak to dokładnie ma wyglądać?
- Proszę bardzo. Mamy tu dość miejsca na to, by zorganizować coś w rodzaju wyścigu. Trasa jest ustalona. Będziecie po drodze widzieli rozwieszone proporce. W różnych miejscach zaznaczone są punkty, przy których jest do wykonania zadanie dla każdego z nas. Proporce posiadają wizerunek: rośliny, obiektu w ogrodzie. Każdy zdobyty proporzec to punkt w treningu. Przy wielkiej fontannie „Nimf wodnych”, znajduje się najważniejszy z proporców. Przy każdym punkcie znajduje się człowiek. Na proporcach jest podane zadanie – ćwiczenie do wykonania. Trzeba wykonać ćwiczenie, i starać się dotrzeć jak najprędzej do mety. Wygrywa ten, kto zjawi się jako pierwszy z największą ilością proporców.
- No i mamy pasztet. Vivienne! Co powiedzą ludzie ze służby? Jak będą widzieli nas biegnących z proporcami?
- Nic nie powiedzą bo również biorą w tym udział.
- Co?
Steven wystrzelił jak z procy. Lord de Blackstone nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, lecz słuchał dalej.
- No tak. Sprawdziłam wszystko dokładnie. Mamy tu ekipę bardzo dobrze dobraną, jeśli chodzi o ludzi tu pracujących. Nie ma się co wstydzić. Takie wyluzowanie – wbrew pozorom – poprawi i wzmocni nasze relacje z nimi.
- Co wy na to?
- No dobrze. A co po tym treningu?
- Po treningu zaplanowałam dla nas kąpiel w basenie – na koniec ćwiczenia w sali. Kulminacją ma być kolacja pod gołym niebem.
- To znaczy. Organizujemy ognisko dla nas, jak i reszty tu pracujących. Macie coś przeciwko?
Pomysł był nieco szokujący – ale dobry. Jeffrey już miał akcje autorstwa Sary, gdy zaplanowała wspólne gotowanie. Miał więc już jakieś rozeznanie w tym, jak wygląda współdziałanie z resztą służby. Mimo niecodzienności tego projektu – podobało mu się to wyluzowanie. I przystał na to. Steven po cichu sądził iż choć on sam niezbyt oponował – to choć Jeffrey zastopuje, niewyczerpalne źródło pomysłów Vivienne. Ale nie. Ten poparł jej pomysł w całej rozciągłości.
- Rozumiem zatem, że sprawę posiłku na powietrzu masz już zaplanowaną.
- Tak. Właśnie w tej chwili w kuchni, kończą przygotowanie smakowitości na ognisko.
- Zatem, co mamy obecnie do zrobienia?
- Rozpoczniemy coś w rodzaju zawodów. Każdy ruszy właśnie stąd. Tu z tarasu jest początek. Przygotowałam każdemu odpowiedni kolor szarfy, i takie kolory będą miały proporce. Nie wolno ruszać proporca, który nie ma koloru zgodnego z posiadaną szarfą. Co odpowiedni odstęp w terenie jest stanowisko, by wykazać się sprawnością ruchową – ewentualnie innymi umiejętnościami – to dodatkowe punkty.
- Kiedyś ty to przygotowała Vivienne?
- A czy to ważne?
- W zasadzie nie.
No i się rozpoczęło. Każdy z domowników brał udział w swoistej sztafecie po zdrowie. Zabawa była przednia. Uczestnicy wykonywali ściśle zaplanowane czynności, oparte na fizycznej sprawności. Nieco zmęczeni, wszyscy dotarli do umówionego celu. Była nim główna fontanna. I to było najlepsze ze wszystkich konkurencji. Trzeba było wejść do niej, zanurkować przy samych posągach nimf, gdyż to tam ukryte były ostatnie z trofeów. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Wszyscy stali wokół fontanny, spoglądając na to, co ma się wydarzyć. I jakoś nie było chętnych. Lord de Blackstone widząc, iż nikt nie chce być tym pierwszym – jednym susem wskoczył na obramowanie fontanny.
Sam nie wierzył, że to czyni. Jeden skok, i już był w wodzie. Krystalicznie czysta, i dość ciepła. Dała mu ukojenie w panującym upale. Fontanna stała w centrum odkrytej przestrzeni ogrodu, toteż słońce odpowiednio ogrzało wodę. Dopiero po chwili w wodzie, znalazła się Sara i reszta rodziny. Śmiechu było co niemiara, gdyż w konkurencjach brali udział pracownicy domu. Po zdobyciu trofeów, wytypowano zwycięzców. Zwycięzcą okazał się George – majordomus w posiadłości rodziny de Blackstone. Po nim kolejno, i inni – czyli jeden ze służących, no i Sara. Fakt, iż wiodące miejsca zdobyli w większości ludzie pracujący tu w posiadłości, a nie sami właściciele – przydał jeszcze większego rozbawienia.
Innymi słowy nie miało to żadnego znaczenia. Nagrodą były wspaniałe szarfy z wypisanym miejscem w konkurencjach. Następnym z punktów programu, zaplanowanych przez Vivienne, była kąpiel w basenie. Co prawda, cała grupa ludzi pracująca w posiadłości dyskretnie spoglądała po sobie ze skrępowaniem – jednak atmosfera była tak radosna, iż szybko zrezygnowano z wątpliwości. Po chwili wszyscy byli w basenie. Cała rodzina Forest’w, jak i ich pracownicy. Wreszcie dało się odczuć wyluzowanie, jak i definitywne pożegnanie z dawnymi czasami. Po kąpieli i zabawach w basenie, dano sobie czas wolny na przebranie się, jak i zajęcie czymkolwiek.
Przygotowania – jeśli chodzi o ognisko – już trwały. Zatem stos drewna stał już w kręgu ław i stołów. Kucharki i służba zajmowały się szykowaniem potraw. Męska część służby zajmowała się częścią techniczną wieczornej imprezy. Wieczorem podwieszone lampiony – niczym gwiazdy – rozświetliły teren ogrodu, wokół placu z ogniskiem w centrum. George zorganizował grupę artystów, która miała uświetnić ten wieczór. Sara wraz z Vivienne, zjawiły się w długich spódnicach w stylu farmerów. Jeffrey, Steven wraz z synami Mathev i Thomas’m, zjawili się w luźnych ubraniach w tym samym stylu. Do tego dżinsowe spodnie. To wszystko nie przypominało żadnych podziałów czy uwarunkowań.
Początek spotkania przy ognisku, naturalnie należał do lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone. Jako najstarszy z rodu, nie próbował nawet wysilać się względem stylu w wypowiadanych słowach. Od dłuższego już czasu, jego spojrzenie na wiele rzeczy się zmieniło. Podziękował wszystkim pracującym tu ludziom w taki sposób, jakby należeli do rodziny. Również słał podziękowania dla własnej rodziny. Jego słowa płynęły prosto z serca. Sara przysłuchiwała się z wielką uwagą, coraz to bardziej wciągana przez subtelną zmianę w jego przemowie. To było coś szczególnego. Znała Jeffrey’a i wiedziała, iż wiele go to mogło kosztować.
Jednak to, co widziała w jego twarzy, jego oczach – zdumiało ją. Niegdyś jeszcze na początku ich znajomości był człowiekiem niemal przygasłym – choć energicznym. Elegancki bez zarzutu, jednak budzący respekt. Każde jego słowo było przemyślane. Od pierwszego spojrzenia, przyciągnął jej uwagę swoją aparycją. Jakimś niezwykłym wewnętrznym urokiem. Niemal od razu wiedziała, iż nie przejdzie obojętnie obok niego. Pokochała go niemal od razu, niemniej uświadomiła to sobie jakiś czas później. Jednak w tamtym czasie, baczyła niemal na każde słowo, każdy gest, każde spojrzenie. Nawet wtedy gdy już wiedział, iż i on nie umie przejść obok niej obojętnie.
Mimo wszystko – pochłonięty był wtedy wewnętrzną rozterką, wielką z własnymi demonami. Wtedy to ona musiała go wciąż wyciągać z zamyślenia, nienaturalnego zadumania, negatywnych zmian nastroju. Dzisiaj to nie ten człowiek – słuchała go całą sobą. Spojrzała na rodziców. Oni również wydawali się pochłonięci tym, co mówił. Cała grupa ludzi – wszystkich, kogo dało się tu zgromadzić – wszyscy oni słuchali go niczym pochłonięci jakąś siłą. Siłą skupiającą ich uwagę na jego słowach – niemal na poruszających się jego wargach. Wydawało się, jakby prócz słów, głosu z jego warg rozchodziła się dziwna przyjazna fala. Odczuwali to wszyscy. Nagle Jeffrey zamilkł. Nikt nie chciał się odezwać. Nie chciano przerwać tej swoistej intrygującej, roztaczającej się fali ciepła.
Najstarsza z kucharek uniosła dłoń z chusteczką, by wytrzeć płynące łzy z policzków. Sara wtedy uchwyciła ten szczególny wyraz jego twarzy. Ogień niemal pochłonął całą powierzchnię stosu drewna, jednak wciąż prześlizgiwał się między co grubszymi drwami. Lord Jeffrey de Blackstone, siedział na swoim miejscu. głowę miał wzniesioną lekko ponad wzbijające się płomienie. Był szczęśliwy. Wszyscy to wiedzieli, i niemal to poczuli. Sara położyła mu dłoń na ramieniu. Spojrzała nań od razu, gdy tylko przytulił ją do siebie. Jeffrey miał łzy w oczach. Nie wiedziała dlaczego. Co sprawiło, iż tak się wzruszył. Widziała na jego twarzy niezwykłe szczęście, i to ją wręcz zabolało. Nie rozumiała co takiego mogło się wydarzyć. Co wywołało w jego umyśle tak silne emocje. Uniosła dłoń w kierunku jego twarzy – ten w lot ją uchwycił.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak tu pięknie.
- Wiem Jeff. Wiem. Mama postarała się. Przygotowała to wszystko, jak najlepiej umiała.
- Ależ to nie chodzi o to Saro. Ja nie o tym mówię. Chcę powiedzieć, że kocham to wszystko, co się dzieje wokół mnie teraz. To nie są te wszystkie rzeczy, które ty widzisz moja kochana. To nie są rzeczy, czy zjawiska fizyczne. One nie mają dla mnie najmniejszego znaczenia. Liczy się wszystko to, co dzieje się poza tym.
- O czym ty mówisz Jeffrey’u?
Vivienne zaniepokojona dziwnym nastrojem mężczyzny, bezwiednie chciała ustrzec wszystkich przed możliwością ingerencji, wywołanej czyimś wpływem. Według niej zachowywał się dziwnie. Nie umiała tego logicznie wytłumaczyć. Starała się doprowadzić do złagodzenia pozycji ludzi tu pracujących, jak i ludzi tu mieszkających. Obecnie jednak za daleko to zaszło. Widział jej dziwne spojrzenie, i lekkie pochylenie głowy.
- Pewnie dziwisz się Vivienne moim słowom. Zapewniam cię jednak, że wszystko jest w należytym porządku.
- Tak. Ja to rozumiem. Przynajmniej staram się to zrozumieć Jeffrey’u. Jednak martwi mnie twój nastrój. Nie umiem tego dość jasno określić, ale wydajesz się jakiś inny.
- Bo tak jest moja droga. Przez tyle lat mojego życia, chodziłem po tej pięknej ziemi, jako ślepiec. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie czułem.
- Co ty mówisz?
Kobieta umyślnie, chcąc zrozumieć jego racje, starała się miarkować jego emocje – a może swoje własne. Nie umiała tego określić.
- Pozwól, że to wyjaśnię – jeśli pozwolisz.
- Proszę.
- Wiele lat zabiegałem o miliony rzeczy, które wydawały mi się takie potrzebne – wręcz niezbędne. Nie mówię, że zawsze czyniłem to, co należało – bo bym skłamał. Jednakże zawsze miałem jeden cel – zaspokoić to, co odczuwałem.
- Czyli?
- Potrzebę. Poczucie braku, niedoboru. Czasem nawet pychy, i pożądania czegoś co nie zawsze było mi potrzebne. Jednak ja chciałem to mieć – posiadać. Moje życie upływało w milionie emocji, historii, zdarzeń, które – jak się okazuje sam sobie stwarzałem. Trawiłem każdą chwilę własnego życia na czymś, co winienem postrzegać zupełnie inaczej. Kochani. Liczy się tylko miłość. Bezwarunkowa, bezprzedmiotowa. Wszystko jest miłością. I to wcale nie muszą być rzeczy, zbierane fizyczne przez lata własnego życia. Miłość jest wszystkim, i tylko jej dzieło się liczy. Tak bym chciał, byście to zrozumieli. Tu nie liczy się pozycja, wiek, posiadanie, zależność społeczna. Liczy się miłość, która jest jednością. A jedność jest miłością. To skarbnica wielkiego spokoju, którego nie znajdzie się w tym fizycznym świecie.
Sara wtuliła się w ramiona Jeffrey’a. Wyczuł bicie jej serca. Nie chciała dać po sobie poznać, iż przez to co powiedział, jeszcze bardziej go kochała. I niczym mgła na gęstej łące po ciepłej burzy – rozpłynęła się w jego ramionach. Jego słowa, ich treść niczym balsam koiły jej najbardziej skryte lęki, obawy, wątpliwości. Wszyscy wpatrywali się w te dwie postaci, zastygłe w przytuleniu – milcząc. Nie umieli zrozumieć, a jednak rozumieli. Nie umieli uchwycić swym własnym rozumem tego, co się działo – a jednak uczepili się własnym jestestwem tych dwojga tak, jakby wciągani przez ich rozchodzące się fale.
- To bardzo mądre słowa Jeffrey’u. Czas jednak zacząć nasze spotkanie przy ognisku.
Vivienne tylko wypowiedziała te słowa, a najstarsza z kucharek, zaczęła śpiewać swoją melodię. Pani Forest już nic nie mówiła, słuchając tej bardzo radosnej nuty. Niemal od razu koniuszy doskoczył do kucharki, i odśpiewał jej własny kawałek przyśpiewki. I tak zaczęła się zabawa. Kucharki zaczęły tworzyć krąg wokół ogniska, kołysząc się w rytm melodii granej przez muzykantów. Steven przyglądał się temu widowisku z uśmiechem na twarzy, gdy podeszła doń jedna z kucharek. Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, już wciągnęła go do kręgu. Za nim podążyła Vivienne. Sara również wstała – zachęcona porywającą melodią. Trzymając Jeffrey’a za dłoń, już wykonywali zgrabne ruchy. Uśmiechom nie było końca, gdy, co i rusz ktoś zaczynał własną zwrotkę.
Po zakończeniu części śpiewanej, kucharki ruszyły do przygotowanych smakowitości. Były i pieczone kiełbaski, kurczaki z ogniska. Szaszłyki kusiły kolorami i aromatem. Mnóstwo owoców. Nikt nie zważał już na to czy jest członkiem rodziny, czy też pracownikiem w posiadłości. Radość ogarnęła wszystkich. Wbrew obaw Steven’a, wszystkim przypadło do gustu zaniechanie sztywnej etykiety na rzecz bardziej wyluzowanego stylu. Późnym wieczorem zagaszono ognisko, kończąc całą imprezę. Na ostatnim z pięter – Sara zaraz po kąpieli w jedwabnej nocnej bieliźnie, snuła się po własnej sypialni. Wciąż rozpamiętywała tę jedną sytuację, gdy Jeffrey wypowiadał słowa tak inne, od dotąd przezeń wypowiadanych.
Nie aby nie podobały jej się wypowiadane słowa, zdania. Jednak dość zdumiewała ją tak daleko idąca zmiana. Nie przejmowała się tym, co uważała reszta jej rodziny. Sama jednak rozważała, co ma o tym myśleć. Odczuwała mnóstwo sprzecznych sygnałów z własnej analizy. Do końca nie rozumiała tego, o czym on mówił. A jednak czuła niezwykłą aprobatę dla każdego wypowiedzianego słowa. Nigdy nie akceptowała takiej sytuacji w której mimo, że nie rozumie, ma mnóstwo wątpliwości – a jednak w pełni odczuwa wewnętrzną harmonię z tym, o czym mówił Jeffrey. Była już późna godzina. Mimo to nie mogła liczyć na spokojny sen.
Leżąc w pościeli – w pokoju pogrążonym w ciemności nocy, wciąż nie mogąc usnąć, spojrzała na uchylone okiennice. Na tle nocnego nieba gwiazdy migotały, niczym srebrny brokat na atramentowym aksamicie. Ogarnęła ją fala ekscytacji. Powieki lekko opadły, czerpiąc kojącą siłę z magicznie lśniących gwiazd. Mimo zamkniętych powiek, rozświetlały jej myśli. Gdzieś w ciemności usłyszała szmer. Zasłony, jak i firany poruszyły się, unosząc lekko w górę. Widziała tylko ich zarys, jak i czuła ruch powietrza na policzku. Nie reagowała jednak na nic, uznając rzecz za naturalną. Sen niczym wybawienie coraz bardziej otulał ją własnymi ramionami.
Czuła niesamowite delikatne ciepło, otaczające jej wystawioną dłoń na poduszce. Coraz bardziej poddawała się temu ciepłu. Nie ruszała dłonią, nie zabierała jej z poduszki – wręcz przeciwnie. Niemal celebrowała te coraz bardziej odczuwalne sugestie. Oddychając miarowo, coraz głębiej zatapiała się w sen. Jej oddech przyjął miarowy rytm. Doznania jej zmieniały się z sekundy na sekundę. Coraz intensywniej czuła znany jej zapach perfum. Za nic nie chciała się obudzić. Chciała by to trwało i trwało. I to wtedy poczuła delikatne ciepło na swoich ustach. Bezwiednie rozchyliła je łaknąc go jak powietrza. Powieki pozostały zamknięte.
Była niemal uwięziona między dwoma biegunami – snu i rozkoszy, spokoju i uniesienia. Za nic nie chciała stracić tej unoszącej ją fali. Targana siłą snu – podniecona jednym ruchem zsunęła z siebie atłasową pościel. Jej jędrne młode piersi, uwydatniły się na tle śnieżnobiałej jedwabnej bielizny. Co rusz kierowała twarz to w jedną to w drugą stronę, jakby obawiając się tego, gdzie ta fala ją uniesie. Jej gęste długie włosy niemal pokryły całą biel poduszki. Usta miała rozchylone, jakby pochłaniała ranną mgłę pełną maleńkich kropelek rosy. Odczuwała rozkoszne ciepło na ustach, szyi, piersiach. Jej ramiona bezwiednie wykonywały ruchy, poddając się rosnącej rozkoszy.
Oddech stawał się coraz to niespokojny – głodny tej porywającej fali ekstazy. Sen przeciągał ją na swoją stronę, wciąż wciągając ją w porywający prąd rozkoszy. Fala ta otaczała ją od stóp po czubki jej uszu. Usnęła. Zatraciła się w fizycznej i mentalnej ciszy – jednak nie do końca. Sen przejął jej zmysły, jej ciało. Oddech ustabilizował się ponownie, wybijając bezgłośny rytm w czerni nocy. Przyjemny lekki powiew z uchylonych okiennic, dostarczał świeżość życiodajnego tlenu. Ranek pokonał czerń nocy wspaniałym rozbłyskiem barw słonecznych promieni. Kwiaty w pokoju Sary, jak i w ogrodzie, roztaczały woń tak upajającą zmysły, iż nie sposób było się nim oprzeć.
Coraz bardziej uwalniana z objęć zbawiennego snu, odczuwała wspaniały zapach. Jej dłonie bezwiednie ułożone na bieli pościeli, poruszały się – drgnęły. Palce wykonały lekki ruch, jakby chciały sprawdzić, czy mogą jeszcze owy ruch wykonać. Niemal za nimi drgnęły powieki, unosząc ciemne długie rzęsy. Ujrzała swój pokój, jakby w innym wymiarze. Niemal na każdym ze stolików stały róże. Zasłony podpięte z obu stron szarfami spływały niczym draperia rubinowego światła. Śnieżnobiałe firanki unoszone lekkim powiewem wiatru, falowały niczym ranna mgła. Sara wybudzała się ze snu, coraz to bardziej ogarniając wzrokiem wnętrze pokoju.
Dłoń bezwiednie powróciła na pościel, po czym uniosła się ku górze, jakby chwytając coś podczas wykonywania tego gestu. W dłoni niemal pulsował siłą rubinowej barwy, a jednocześnie delikatnością zapachu – płatek róży. Przyglądała się chwilę temu zjawisku piękna, i spojrzała na pościel. Usiadła. Niemal oniemiała. Cała biel jedwabnej pościeli, rozgwieżdżona była mnóstwem różanych płatków. Zaistniały w jej sypialni niemal wszędzie. Odchyliła pościel stawiając stopy na jasnym dywanie. I tam było ich mnóstwo. Wtedy to właśnie spostrzegła, iż ich rubinowy czar kieruje wzrok w kierunku drzwi. Stojący przy drzwiach stolik, przykuł jej wzrok. Stał na nim wspaniały wazon z bukietem róż.
Przy nim oparta biała koperta. Był w niej pachnący krótki list. Przeleciała wzrokiem po znanym przezeń piśmie. Pisało tam:
Moja najdroższa Saro. Wiedziony odczuciami serca, stworzyłem dla ciebie raj w raju, życie w życiu, doświadczenie w doświadczeniu. Ukoronowaniem moich zamiarów niechaj będzie fakt, iż zaszczycisz mnie swoją aprobatą. Pragnę ziścić moje marzenie. Proszę przyjmij mój dar. Przyjmij go ode mnie. Lord Jeffrey Armando de Blackstone. |
Trzymając kartonik białego papieru w dłoni – niemal od razu zwróciła wzrok w stronę białej szafy. Na jej zewnętrzu wisiał wieszak z białym pokrowcem. Stojąc jak porażona, spoglądała to na wieszak z pokrowcem, to na biały kartonik trzymany w ręku. Jej dłoń bezwiednie spoczęła na piersi. Niepewnie – jakby w zwolnionym tempie, podeszła do szafy. Uniosła dłoń ku górze, by rozsunąć zamek pokrowca. Jej oczom ukazała się niezwykła kreacja. Niemal automatycznie z zachwytu, zakryła dłonią usta. Nie umiała wypowiedzieć żadnego słowa. Rozchyliła pokrowiec, po czym ściągnęła go z wieszaka. Pozostała nań wspaniała suknia z białego jedwabiu.
Materiał był tak delikatny, iż niemal wymykał się z dłoni. Szybko się wykąpała, osuszyła włosy. Moly już oczekiwała w pokoju, jakby przywiedziona intuicją. Przyglądała się swej pani z wielką uwagą. Twarz młodej pani była tak dziwnie spokojna. Moly susząc jej długie włosy, rozczesywała je delikatnie, tworząc girlandy delikatnych loków. Suknia była długa, fantazyjnie szyta z wielu elementów. Cały projekt wyglądał jak gejzer gorących źródeł. Na końcach białej jedwabnej materii – niczym ranna rosa – pojawiły się kropelki z mikroskopijnych kryształków. Od brzegu żywo granatowych, by dalej przechodzić w odcień niebieski, błękitny po blado intensywnie rubinowe, pomarańczowe i żółte – by zaniknąć w jasnej bieli.
Gdy stanęła w sukni przed wielkim lustrem, niemal zaparło jej dech w piersiach. Spięła włosy z jednej strony, wpinając w nie wspaniały kwiat lilii z draperią z jedwabiu. Brosza akantu we włosach migotała małymi brylancikami, niczym ranna gwiazda. Coraz bardzie była przejęta. Przeczuwała, iż nie będzie to zwykły dzień. czuła, iż coś się wydarzy. Coś, co zmieni na zawsze jej życie. Chciała pobiec do matki, ojca – jakby wiedziona potrzebą szukania ukojenia we własnych odczuciach. Zeszła na piętro lorda de Blackstone. Uśmiechnęła się nagle, jakby chciała powiedzieć – znam to! Jednak ścieżka różanych płatków prowadziła do szklanych drzwi tarasu – nie do jego sypialni.
Tych, których lord Jeffrey de Blackstone tak unikał. Zaciekawiona – a jednocześnie zdumiona tym faktem podążyła w ich kierunku. Dość niepewnie – lekkim ruchem, uchyliła szklane drzwi. W głębi tarasu, na tle spływających z pergoli pnących kwitnących róż, zobaczyła tonący w bieli wspaniale nakryty stół. Dwa krzesła w białych garniturach. Tu równie mnóstwo różanych rubinowych oznak. Jej uwagę przykuła wspaniale przygotowana kompozycja na stole. Wykonała parę kroków, gdy w głębi zobaczyła Jeffrey’a. Był niemal cały w bieli. Biały garnitur, białe letnie pantofle. Jedynym kontrastem - rubinowa róża w butonierce, jak i czerń jego włosów.
Dziewczyna nadal nie mogła nic powiedzieć. Była tak przejęta tym, co się działo, iż trudno jej było się nawet zdobyć na uśmiech. Podszedł do niej, wyciągając ku niej dłoń. Podała mu swoją jak zaczarowana. Stanął naprzeciwko niej, a ta spojrzała mu w oczy. Oczy czarne jak węgiel, mądre, szczere i pełne miłości. Poczuła, iż jeśli coś się nie stanie – zaraz się rozpłacze. Mimowolnie jej oczy biegały po całym wystroju tarasu. To dopiero wtedy spostrzegła, iż po drugiej stronie stali jej rodzice – Vivienne i Steven, oraz jej bracia: Mathev i Thomas. Chcąc już coś powiedzieć, zwróciła swoje spojrzenie na twarz Jeffrey’a. Ten tylko delikatnie położył dłoń na jej ustach. Zrobił krok do tyłu, i ukląkł przed nią wciąż trzymając jej dłoń. Swoją twarz uniósł ku jej twarzy.
- Saro Forest. Pozwól, iż dokonam pierwszego z kroków ku ukoronowaniu naszego wspaniałego uczucia miłości. Żywię nadzieję, że jest ono w takim samym etapie po mojej stronie, jak i po twojej. Czy uczynisz mi ten zaszczyt, i zostaniesz moją żoną?
I w tym samym momencie, ucałowawszy jej dłoń, ponownie spojrzał jej głęboko w oczy. I to w tym momencie w jego dłoniach, pojawiła się mała szkatułka. Spojrzała na nią wiedziona taką burzą odczuć, iż niemal nie umiała sobie z nimi poradzić. Była niemal zszokowana tym, co się działo w tym momencie. Z jednej strony gdzieś wewnętrznie pragnęła tego, jednak odczuwała też coś w rodzaju zaskoczenia – i to pełnego. Tak niedawno pragnęła porozmawiać z rodzicami. Tu jednak cała rodzina stoi obok, obserwując wszystko, co się działo. Nawet z nimi o tym nie rozmawiała. Nie rozmawiała o tym z Jeffrey’m – a tu ta chwila niemal ją przymurowała do posadzki tarasu.
Zrozumiała wszystko. Przy ognisku małomówność Jeffrey’a była znacząca. Dość szybkie jak na takie imprezy, zakończenie spotkania przy ognisku. Od razu przypomniała sobie jego przemowę. Stąd jej zdziwienie jego odmianą. Miała wiele wątpliwości. Tym bardziej, że planowała porozmawiać z nim na temat jego tak nieoczekiwanej przemiany. Ta dziwna przemowa. Nie rozumiała w pełni, czy obecna chwila, jak i jego przemiana – jest efektem faktycznej miłości do niej, czy też to etap w jego życiu. W życiu mężczyzny w zaawansowanym wieku. Nie odrywała jednak spojrzenia w jego oczy. Widziała w nich miłość, szczerość jego własnych intencji.
To były ułamki sekund, gdy przez jej umysł przelatywały wszelakie za i przeciw. Wszelkie myśli, wątpliwości. To wszystko gasło w jego spojrzeniu. Tak jakby dokonywało się nieme oczyszczenie jej umysłu – swoiste uzmysłowienie braku podstaw do zaprzeczeń. Vivienne niemal płakała. Wciąż trzymając chustkę w dłoni, delikatnie ocierała nią twarz. Steven wpatrując się w córkę i Jeffrey’a, wciąż przytulał żonę. Chłopcy stali bez słowa urzeczeni tak niecodziennym widokiem. Jeffrey odczuwał jednak lekkie ukłucie w sercu. Był niemal pewien, iż Sara czuje to co on. Nie pomylił się decydując się na następny krok w kierunku ich przyszłości.
Jednak ta krótka chwila milczenia Sary sprawiła, iż w nim z lekka pojawiła się myśl o błędzie. Myśl wywołująca w nim zwątpienie. Nie chciał tak myśleć, jednak tak czuł. Na jego dłoni znajdowała się mała szkatułka. To niemal małe dzieło sztuki. Szkatułka inkrustowana była szafirami i rubinami. Była już sama w sobie klejnotem. Niemal od razu ją otworzył.
- Saro! To jest pierścień mojego rodu. Jego wiek szacuje się na wiele set lat. Przyjmij go w dowód mej miłości. W dowód mego oddania uczuciu, które jest podstawą wszystkiego. Miłości bezwarunkowej.
Sara chwilę milczała. W jej głowie szalał huragan myśli, odczuć, emocji. Przez moment nie mogła nawet uchylić ust, by cokolwiek powiedzieć. Ostatkiem sił odwróciła się, i wybiegła z tarasu. Nic nie mówiąc – nie dając mu najmniejszego gestu, by rozumiał. Vivienne otworzyła szeroko oczy, odczuwając coraz silniej przerażenie. Już miała ruszyć za córką, jednak coś trzymało ją w miejscu. Steven nic nie mówił. Jeffrey zaskoczony reakcją Sary, nie umiał nawet zareagować tak, jak należy. Klęczał z otwartą szkatułą w dłoniach, wciąż wpatrując się w szklane skrzydła tarasowych drzwi. To była krótka chwila. Nim zareagował drzwi nagle się otworzyły. Stanęła w nich Sara.
Jej wzrok wyrażał wszystko to, co dotąd Jeffrey oczekiwał. Jej spojrzenie jednak miało wyraz jakby oczyszczenia. Tak krótka chwila - chwila niecodziennej reakcji młodej kobiety sprawiła, iż pokonała ona własne lęki. Ta cudowna chwila była czymś więcej. Sara dała upust swojej dezaprobaty za to, iż Jeffrey tak ją zaskoczył. Tak to zaplanował, iż ona nic o tym nie wiedziała. Jej reakcja była jedynym akcentem, by dać mu to odczuć. To był akt samooczyszczenia. Ta krótka chwila dała jej siłę. Tak jak szybko zniknęła z tarasu, tak – niemal, jak niesiona swoistą falą – nań się pojawiła ponownie. Jej suknia zajaśniała w oczach Jeffrey’a, migoczącym światłem słonecznych promieni.
Podeszła do wciąż klęczącego mężczyzny. Ten wiedziony jej postacią, uniósł spojrzenie ku jej twarzy. Wyciągnęła doń obie swe dłonie. Uchwyciła go za ramiona by pozwolić mu wstać. Mężczyzna podniósł się z przyjętej pozycji, i stanął przed Sarą.
- Jeffrey’u Armando’e de Blackstone. Tak! Zgadzam się! Zostanę twoją żoną.
Mężczyzna wpatrywał się w jej oczy, niczym zahipnotyzowany. Wiedziała o tym. Nie miała najmniejszych wątpliwości, iż on – ten mężczyzna tyle lat starszy, kocha ją pełnią swego serca. Dawał jej to do zrozumienia wiele razy. Wykonała gest dłonią, by dać wyraz swej decyzji. By mógł zaistnieć akt obdarowania pierścieniem. Wyciągnął ze szkatuły klejnot tak piękny, tak misternie wykonany, iż nie sposób było oderwać od niego oczy. Pierścień składał się z części tworzących herb rodu de Blackstone. Gdy dokonało się obdarowanie, uniósł jej dłoń i złożył jej pocałunek na pierścieniu.
- Niechaj ten pierścień będzie dowodem mojej miłości do ciebie. Ten klejnot otrzymuje tylko osoba, godna takiej miłości. Saro Forest, to wielki zaszczyt dla mnie, iż mogę ciebie nim obdarować. Ogromnie cię kocham miłością, która została zapomniana tu na ziemi.
- Ja ciebie również kocham. Wiedz, że w najmniejszym stopniu nie jest to pomyłką.
Jeffrey objął ją w swoimi ramionami, składając na jej ustach wspaniały długi pocałunek. Tulił ją do siebie tak, jakby od dawna jej nie widział. Jakby stęskniony jej nagłym widokiem, był godny jej widoku, jej ust. Dopiero po dłuższej chwili, odstąpili od siebie, dając możliwość reakcji reszcie rodziny. Vivienne Forest płakała, jak bóbr. Objęła córkę jak tylko mogła najczulej. Po niej Steven Forest, również ogromnie przejęty, ucałował córkę w czoło, życząc jej wiele szczęścia. Chłopcy nie byli tak szarmańscy jak rodzice. Oni widzieli to w sposób współczesny i bez udziwnień.
- No siostra! To teraz będziesz „lady” przez duże „L”.
- Wciąż będę waszą siostrą. Nie zapominajcie o tym.
- No ja myślę!
Mathev wypalił jak z armaty.
- Z mojej strony, masz siostra moje gratulacje. Zaimponowałaś mi swoją odwagą. No i będę miał szwagra nareszcie.
Obaj zaczęli się śmiać – chichocząc tak głośno, iż ich matka musiała interweniować. Jednak to przez te słowa, Sara wreszcie się uśmiechnęła. Stała obok Jeffrey’a odczuwając takie szczęście, iż właśnie w tej chwili mogłaby pokonać wszystkie przeciwności.
- Boże! Jaka jestem szczęśliwa. Wreszcie wszystko się układa jak należy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz