Tom II – część 6
To nie jest małoletnia dziewczynka – była rozdarta. Przy całej swej tolerancji do wielu rzeczy, jej samej było jakoś trudno sobie wyobrazić ten związek. Była niemal rozgoryczona. Czuła dotkliwie, że zawiodła się na córce. Miała do siebie żal za to, iż wcześniej absorbujące ją niuanse w zachowaniu obojga, które tak niedawno ją fascynowały, po prostu zlekceważyła. Tak naprawdę wcześniej mogła coś zrobić w tej sprawie, lecz biernie się temu przyglądała.
Sara pojawiła się na korytarzu swego piętra. Weszła do swego gabinetu w niemal zwolnionym tempie, jakby właśnie teraz prowadziła dwa myślowe wątki: z jednej strony rozmyślała nad rozmową z własną matką, a z drugiej jakby bezwiednie chciała uciec do innej sceny – sceny własnego pokoju. Kiedy drzwi wydały swój swoisty odgłos zamknięcia, niemal od razu zauważyła przy nich w kącie Jeffrey’a. Bez słowa siedział na fotelu uważnie jej się przyglądając. Uśmiechnęła się bezwiednie – jakby z automatu, choć nie bardzo naturalnie jej to wyszło. Mężczyzna nie ruszał się z fotela.
- I jak poszło?
- Z czym?
- Przecież wiesz.
- Wiem, że rozmawiałaś z matką.
- A co byś chciał usłyszeć?
- Prawdę?
- Proszę bardzo! Moja matka nie jest łatwym orzechem do zgryzienia. Jednak poradziłam sobie. Gorzej będzie z ojcem. On nie jest tak tolerancyjny.
- Chcesz bym sam z nimi porozmawiał?
- Mama obiecała, że z nim porozmawia.
- Ok! powiedz mi co z kolacją – zamierzasz się gniewać na nich?
- A skąd. Za co miałbym się gniewać. Mają własne zdanie – ja mam własne. Każdy ma wybór. Jeśli zaczęłabym pokazywać fochy, humory, i takie tam – to od razu zgodziłabym się z nimi, że jestem niedojrzałą osobą - czyż nie?
- Masz rację.
- Innymi słowy Jeffrey’u, jestem wciąż taką samą osobą. Taką samą córką jaką byłam. Nadal umiem prowadzić dom, wykonuję nadal prace domowe. Rodzice nadal mogą na mnie liczyć. To nigdy się nie zmieni. Jednak moje życie prywatne jest moim wyborem. Do pewnego stopnia – póki się uczyłam, póki mnie wychowywali – mieli prawo do decydowania. Obecnie to ja decyduję. Ja sama siebie utrzymuję. Ich rola się skończyła. Mają teraz prawo do układania sobie własnego życia – ja do własnego.
- Mówiłem tobie, że jesteś bardzo mądra lady Saro Forest?
- Tysiące razy lordzie de Blackstone, ale miło jest usłyszeć to jeszcze raz.
I znowu połączyli się w objęciach. Znowu posypały się namiętne pocałunki. Tym razem jednak Sara czuła się bardziej wyluzowana. Jeffrey coraz bardziej odczuwał, iż jest szczęśliwy. Czuł, że znowu zaczyna odczuwać to co niemal wygasło. Nie wierzył, iż jeszcze w swoim życiu dane mu będzie przeżyć wielką miłość. I proszę. Stoi teraz z piękną młodą kobietą w objęciach. Obejmował ją, tulił, jak tylko mógł najczulej. Chciał ją chronić przed całym światem. Przed wszystkim i wszystkimi. Rozległo się pukanie. Para przerwała na chwilę czułości.
- Proszę!
Sara odezwała się pierwsza, gdyż to były jej pokoje. Po chwili drzwi uchyliły się, i do środka wszedł George. Na widok obojga – uśmiechnął się.
- Byłem w pańskim pokoju sir, lecz nikogo tam nie było. Pozwoliłem sobie tu przyjść – proszę mi wybaczyć.
- Nic się nie stało George. O co chodzi?
- Kolacja jest gotowa. Chciałem zapytać, gdzie ją podać?
- Jak to gdzie? W jadalni. Tam wszyscy jadamy. Z tego co wiem będziemy tam wszyscy. Czemu pytasz?
- No właśnie nie sir. Proszę mi wybaczyć. Właśnie wracam od państwa Forest’w. Pani poleciła, by kolację podać im do ich salonu.
W tym samym czasie, gdy majordomus wyjaśniał sprawę kolacji z lordem de Blackstone, Sara przeglądała swoje zapiski. Tyczyły się projektu nad którym pracowała. Jednak przeglądając je, bacznie przysłuchiwała się temu co mówił George. Lekko uniosła brwi do góry niemal natychmiast spotykając się ze spojrzeniem Jeffrey’a. On chciał na spokojnie załatwić sprawę. Zamierzał dać jej rodzicom trochę czasu, by oswoili się z sytuacją. Jego spojrzenie było ukradkowe, lecz mimo to je uchwyciła. To trwało ułamek sekundy. Spostrzegł jej błysk w oczach. Wiedział, że nie uda się załatwić tego jego metodą. Od razu odsunęła od siebie rozłożony wolumin z notatkami. Energicznie wstała.
- Powiadasz, że państwo chce jeść kolację w salonie George.
- Tak lady Forest.
- Ok! Dziękujemy tobie. Możesz odejść do swoich obowiązków. Ja porozmawiam z moimi rodzicami. Jak na razie wstrzymaj się z podawaniem kolacji. Dam znać jak coś w tym względzie ustalę. Dobrze?
- Tak jest lady Forest. Będę oczekiwał na polecenie od pani.
- Oczywiście.
Lokaj wyszedł zamykając cicho drzwi. Sara widziała jego zdumioną minę – by nie powiedzieć zniesmaczoną. Spokojnie ruszył w kierunku schodów, gdy w pokoju Sary – Jeffrey próbował ją uspokoić. Nie chciał by przez niego ona skłóciła się z rodzicami. Jednak jeśli Sara była do czegoś przekonana – tym bardziej – jeśli wiedziała, że ma rację – nic nie mogło zmienić jej decyzji. Energicznie obeszła biurko, kierując się do wyjścia ze swojego gabinetu.
- Poczekaj! Co chcesz zrobić?
- Idę z nimi porozmawiać. Przecież to dziecinada.
- A czy nie lepiej będzie dać im trochę czasu? Oni muszą oswoić się z tą sytuacją. Przyznasz, że to niecodzienna sytuacja.
- Posłuchaj! Niecodzienna sytuacja byłaby w tedy, gdybym chodziła nago po całym domu. I do tego twierdziłabym, że to normalne – wszyscy tak robicie.
- Ja bym nie miał nic przeciwko.
Zaśmiał się z lekka. Szybko jednak tego pożałował. Spostrzegł jej przymarszczone brwi, gdy koncentrowała na nim swoje spojrzenie. Od razu spoważniał.
- Ale poważnie. Po co czynić zamieszanie Saro? Nie lepiej na spokojnie ich do tego przyzwyczaić?
- Nie Jeffrey’u! To jest moja decyzja, i tu nie ma się do czego przyzwyczajać. Dokonałam wyboru – własnego wyboru. Muszą to zaakceptować. Nie ma innej opcji.
- Lecz to ty tak uważasz Saro. Jesteś młoda. Stanowisz inne pokolenie. Spójrz na to z ich strony. Im jest trudniej to zaakceptować zwarzywszy na to, jakie było ich pokolenie.
- Właśnie dlatego muszę z nimi porozmawiać. Nie mogę dopuścić do tego, że coś co tak się pięknie zaczyna, miałoby się zakończyć niesmakiem – delikatnie mówiąc.
Jednak nim lord de Blackstone mógł wypowiedzieć własną kwestię, ona już była przy drzwiach. Gdy tylko wypowiedział jej imię drzwi za nią się zamknęły. Westchnieniem tylko podkreślił tę sytuację. Czuł się nieswojo – mimo, iż jest u siebie. On wielki – niemal mocarny mężczyzna - ma być ratowany, tłumaczony i to przez kogo? Przez drobną szczupłą kobietę. To śmieszne niedorzeczne. Dotąd on sam załatwiał własne sprawy, i brał za to pełną odpowiedzialność. Wstał, podszedł do Okna – jak zwykle, gdy chciał chwilę pomyśleć. Nie wiedział dlaczego tak czyni. Za każdym razem spoglądał w okno, gdy chciał zebrać myśli.
Jakby za oknem na łąkach leżały sobie – ot tak – odpowiedzi na jego pytania, wątpliwości, wahania. W między czasie Sara już była przed drzwiami salonu rodziców. Wiedziała, że to ich salon. Chciała zachować się jak należy oddając im prawo do prywatności. Zapukała więc.
- Proszę!
Z wnętrza salonu rozległ się głos Vivienne. Dziewczyna odważnie nacisnęła klamkę salonu, i weszła do środka. Matka siedziała na jednym z foteli, popijając herbatę. Jednak gdy zobaczyła córkę w drzwiach, odstawiła filiżankę. Ojciec Sary siedział w fotelu obok czytając gazetę. Gdy on zobaczył córkę, natychmiast uniósł gazetę zakrywając nią swoją twarz.
- Chciałabym z wami porozmawiać.
- To znaczy?
- George oznajmił mi i Jeffrey’i, że poleciliście przygotować kolację tu u was w salonie. Dziwię się. Było zasadą, że w tym domu wspólnie jadamy posiłki. O spędzaniu wspólnie czasu już nawet nie mówię. Przecież to – przede wszystkim, twoja zasada mamo. Czyż nie? To ty powtarzałaś, że rodzina jest na pierwszym miejscu.
- Tak, i nie wycofuję się z tego. Ale…
- Ale co?
Matka Sary nic nie odpowiedziała. Sara jednak uchwyciła jej ukradkowe spojrzenie na ojca. Zrozumiała, że problemem jest jej ojciec a nie matka. Vivienne jednak nadal milczała. Ojcu nawet gazeta nie drgnęła. Trzymał ją nadal uniesioną do góry. Dziewczyna nie wytrzymała. Nim matka mogła jakkolwiek zareagować, energicznie podeszła do ojca i wyrwała mu gazetę z dłoni.
- Jak byś nie zauważył – ja rozmawiam z wami obojgiem. Jak możesz mnie ignorować?
- Ignorować powiadasz! A jak nazwiesz to co ty robisz? Może powiesz mi od kiedy trwa ten chory związek z tym…
- No z kim? Miej odwagę wreszcie to powiedzieć. No z kim?
Steven milczał. Starał się nade wszystko uspokoić. Vivienne nie chciała by powstała awantura. Wiedziała, że to trudna sytuacja – nawet bardzo trudna. Lecz zdawała sobie sprawę z tego, iż Sara ma już niemal trzydzieści lat. Jest pełnoletnia od dawna. Obawiała się tylko o męża. On nie był taki wyrozumiały jak ona. Nie umiał sobie tak składnie wszystkiego poukładać, wyjaśnić, usprawiedliwić – żyć nadal bez jakiegokolwiek stresu. Vivienne czuła, że to nie skończy się na awanturze.
- Saro! Nim powiesz coś czego będziesz żałowała – wyjdź. Proszę cię wyjdź.
- Nie mamo. Nie wyjdę. Wreszcie musi być powiedziane to co powinno być powiedziane.
- A co takiego powinno być powiedziane? To ja tobie powiem co powinno być powiedziane. Zrobiliśmy z matką wszystko, by zapewnić tobie byt. Zapewniliśmy ci wykształcenie, wyżywienie, ubiór. Teraz startujesz w dorosłe życie i też jesteśmy z tobą. Ty miast być nam wdzięczna – mizdrzysz się do niego…
W trakcie rozmowy Sary z rodzicami – lord Jeffrey de Blackstone postanowił wesprzeć Sarę we wspólnej rozmowie. Idąc już korytarzem na piętrze, słyszał uniesione głosy Sary i jej ojca. Wszedł właśnie na te słowa, które wypowiadał Steven. Vivienne niemal natychmiast zbladła widząc go w drzwiach. Jednak Steven nie przerwał toku własnych słów – bynajmniej. Coś stale pchało go do toczenia i wyrzucania własnej żółci. Tyle że tok tych słów - tym razem bardziej tyczył się Jeffrey’a, niż jej samej.
- Mizdrzysz się do człowieka o kilkadziesiąt lat starszego od ciebie! Niemal twojego dziadka. Ty masz dopiero trzydzieści lat dziewczyno! I ty mówisz mi, że wiesz co robisz? Mówisz że ty nas nie ignorujesz? My pracujemy również dla ciebie. Żyjesz tu niemal jak księżniczka!
- Steven’e! co ty mówisz? Jak…
Wtrąciła Vivienne zaskoczona słowami męża.
- A co nie jest tak? To że stworzyliśmy firmę rodzinną, która zapewnia jej życie na wysokim poziomie – to mało? To my pracujemy jak woły – podczas gdy ona…
Widać było, że mężczyzna był poirytowany do granic. Siedział co prawda w fotelu. Widać było jednak, że nie umiał nad sobą zapanować. Vivienne była poruszona nerwowym wyrzutem męża. Nie zgadzała się z nim ale nic nie mogła uczynić. Słowa zostały już wypowiedziane nim ona cokolwiek mogła zareagować.
- Skończyłeś? Czy jeszcze coś dorzucisz do tego co raczyłeś powiedzieć?
- Tak skończyłem. I nie tym tonem moja panno!
- To posłuchaj co ja mam do powiedzenia. I słuchaj uważnie bo powiem to tylko raz.
Stojący przy drzwiach lord de Blackstone chciał natychmiast zareagować. Nie chciał by emocje wzięły górę nad rozsądkiem. By Sara nie powiększała napięcia, i nie doprowadziła do skłócenia między nią samą a rodzicami. Gdy tylko jednak on wypowiedział jej imię, ona uniosła rozpostartą dłoń na znak by nie przerywał. Jej matka już miała wstać, zaniepokojona rychłą awanturą. Uniosła się i usiadła z powrotem. Sara pokazała jej dłoń w wymownym geście.
- Chciałabym przypomnieć tobie tato, że mam już niemal trzydzieści lat – ale ty o tym wiesz. Bynajmniej powinieneś wiedzieć. Nie rozumiem dlaczego wciąż zachowujesz się, jakbym miała naście lat. To już jednak twój problem. Co do zapewnienia mi wykształcenia, utrzymania itd. Tak! Daliście mi to i będę za to wdzięczna mimo, że nie muszę za to dziękować. Oboje jesteście moimi rodzicami, i był to wasz obowiązek. Nie będę się nad tym rozwodziła, bo nie jest to tematem tej rozmowy. Mówisz, że mnie utrzymujecie nadal podczas, gdy ja…, i nie dokończyłeś – a szkoda. Mogę się tylko niechlubnie domyśleć, co miałeś na myśli. Jakie masz o mnie – własnej córce – niskie zdanie. To również jest twój problem. Ja nie muszę się tobie tłumaczyć a jednak to zrobię. Dokończę za ciebie urwaną kwestię. Utrzymujesz mnie podczas gdy ja żyję. Tak żyję! I jestem szczęśliwa. Poznałam wspaniałego człowieka o wielkim sercu, który potrafi kochać czystą miłością. Miłością bez żadnych zobowiązań, podtekstów, drugiego dna. Czego nie można – jak widać – powiedzieć o tobie. Ty nie wiesz co to jest miłość bez zobowiązań, bez stawiania warunków. Dowodem na to, iż tak jest – jest to, iż ty wciąż podliczasz to co mi dałeś. Co dałeś innym. A prawda tato jest taka, że od dawna już nie żyję na wasz koszt. Zarabiam sama. Choć częściowo wspiera mnie Jeffrey. I wyprzedzając twój tok myślenia, i wynikłe z tego - być może – następne pytanie. Lord de Blackstone nie płaci mi za nic. Nie jestem jego utrzymanką. Bądź jak wasze pokolenie mogłoby nazwać takie osoby – kochanką, kurtyzaną, nałożnicą – czy inne takie bzdury. Co do tego jak raczyłeś określić to co robię, że – zacytuję twoje słowa: „mizdrzysz się do dziadka”. Nie powinnam tego nawet komentować, bo to poniżej nawet twojej godności – ale skomentuję. Nie czynię tego. Zostałam zobowiązana do pracy nad projektem, i to czynię. Nie biorę wynagrodzenia od Jeffrey’a za to, lecz on nalegał bym zgodziła się na pokrycie przez niego wszelkich kosztów z tym związanych – i to czyni. Co do „dziadka” – to kpina tato. Mimo swojego wieku, mógłby konkurować z tobą. Mógłby konkurować nawet z niejednym z młodych mężczyzn. To tyle. Wiedz, że kocham go i on kocha mnie. I czy tego chcesz czy nie – będę z nim całą sobą – całym sercem i duszą. Co do tego co raczyłeś stworzyć – wybacz – ale ty nic nie stworzyłeś. To wszystko co miałeś to marna miesięczna pensja w obcej firmie. To co obecnie masz to dzieło tylko i wyłącznie Jeffrey’a. I zrozum to! To jemu to zawdzięczasz. Tak! Trzeba uznać twój wkład w dobór pracowników, czy też wkład w jakość wykonywanej pracy. I nikt tego nie neguje. Masz talent w tym temacie i wszyscy o tym wiemy. Lecz zastanów się, czy bez finansowego wsparcia tego, jak ty to określiłeś „dziadka”, czy cokolwiek byś zrobił? Gdzie twoja wdzięczność za to? Gdzie twoja pokora – nie rozumiem. Jak szybko zapomniałeś o tym, że mama ciułała każdego funta na to by było dobrze. Obecnie jesteś jak zarozumialec uznający własną rację. Czas zrozumieć tato, że inni chcą żyć po swojemu – niekoniecznie podłóg twych wskazówek.
Sara była poruszona. Tak wyprowadzona z równowagi, iż nie zauważyła jak Jeffrey położył dłoń na jej ramieniu. Wiedział, że za dużo zostało powiedziane, i będą tego konsekwencje. Ona tylko uniosła dłoń, kładąc ją na jego dłoni. Spojrzała mu w oczy. Zobaczył w nich upór i irytację. Przede wszystkim jednak żal – wielki żal. Jej oczy były pełne łez, a jednak się nie rozpłakała. Zapanowała nad słabością. Matka milczała wpatrując się w dywan. Ojciec siedział niemal porażony wywodem córki. Wciąż patrzył na nią, lecz tak, jakby jej nie widział.
- Zatem. By nie przeciągać tego tematu moi drodzy, coś wam zakomunikuję. Jeśli nie dowiem się, że w pełni zrozumieliście moją decyzję, jak i to co powiedziałam – nie mamy o czym rozmawiać. Nie chcecie jadać z nami posiłków – wasza wola. Tu w tym domu nie jest to problemem. Bynajmniej. Ja prosić was o to nie będę, choć przyznam się, iż wolałabym mieć rodzinę. Niemniej nie będę was prosiła byście byli rodzicami, gdyż to nie żadna łaska z waszej strony. Niemniej ja żyję i żyć będę. Mam nadzieję, że macie nad czym rozmyślać. Rychło myślę poznać tego efekt. Cokolwiek jednak wymyślicie nie zmieni to mojej postawy. Będę sama decydować o sobie, bo to moje życie. Szanuję was lecz nie pozwolę sobą manipulować. Miłego wieczoru.
- Saro proszę…
Vivienne Forest wypowiedziała te słowa niemal z płaczem. Wiedziała, że córka nie odpuści. Rozumiała również, że jeśli sytuacja się nie zmieni – oni stracą córkę. Lord Jeffrey de Blackstone był głęboko poruszony tym co usłyszał od Sary. Wiedział, iż ich rodzina wisi na włosku. Poczuł bolesne ukłucie w sercu. Sara nie słuchając co mówi matka, wypadła z ich salonu na korytarz. Biegiem ruszyła do swej sypialni. Lord de Blackstone nim wyszedł, odwrócił się w stronę jej rodziców.
- Przykro mi, że tak się stało. Nie chciałem tego. Bóg mi świadkiem. Wierzcie mi oboje. Broniłem się przed tym uczuciem tak, jak wy besztacie teraz własną córkę. A teraz wybaczcie.
I wyszedł. Drzwi cicho się za nim zamknęły. Vivienne niemal płakała. Nie umiała zrozumieć, jak do tego doszło. Zupełnie była rozbita. Siedziała jak bezwolna lalka, którą ustawiono w odpowiedni sposób i tak siedzi. Steven siedział jak porażony, po czym wstał podszedł do okna. W kobiecie wzbierał się huragan emocji. Vivienne najpierw czuła ogromne wzburzenie w stosunku do Sary za jej brak odpowiedzialności. To wszystko jednak, coraz bardziej zaciemniał żal, przerażenie. Czuła lęk przed tym, iż może stracić córkę. Nie wiedziała skąd u niej poczucie winy. Coraz bardziej była zła na męża, za jego brak taktu, niesprawiedliwe osądy. Nagle wstała z fotela.
- Zadowolony jesteś? Musiałeś tak na nią naskoczyć? Nie wytrzymałeś! Musiałeś wypomnieć jej dosłownie wszystko. Szkoda że w tej tyradzie nie wymieniłeś pieluszek. Bo przecież je również kupowaliśmy gdy była maleńka.
- Wiesz co miałem na myśli. Tu nie chodziło o wypomnienie. Chodziło mi o to, co ona wyprawia.
- Zdajesz sobie sprawę, że ona może nas znienawidzić?
- Czyli sugerujesz, że nie powinienem mieć do nie pretensji? Powinienem przejść nad tym do porządku dziennego?
- Przynajmniej trzeba było być opanowanym. Nie rozumiem skąd u ciebie taka reakcja? Wiesz że Sara jest pełnoletnia. Wiesz również, że ona zazwyczaj podejmuje sama decyzje. Tyle zawdzięczamy Jeffrey’i, wiesz o tym.
- Co to ma do rzeczy? Jaki związek ma to co ja jemu zawdzięczam z tym, co ona czyni Vivienne?
- A to, że to nasza córka. Czy ty wiesz co zrobiłeś? Może tobie na tym nie zależy, lecz ja nie chcę jej stracić. To nasza jedyna córka Steven’e.
W między czasie Jeffrey wpadł do sypialni Sary. Bardzo się obawiał, iż w wzburzeniu może uczynić coś głupiego, nieprzemyślanego. Wszedł do środka, i zamknął drzwi za sobą. Zastał ją leżącą na łóżku – płakała. Jej długie blond włosy gęstym woalem zakrywały jej twarz. Na ramionach widział istne girlandy blond włosów. Usiadł przy niej tak blisko jak tylko mógł.
- Zostaw mnie proszę.
- Posłuchaj mnie Saro. To co się dzisiaj stało nie jest niczym szczególnym. Można było się tego spodziewać. Zrozum. Ty masz inne spojrzenie na tą sprawę, ale nawet mnie było ciężko zrozumieć to, że dopuściłem do takiej sytuacji.
Sara uniosła głowę znad pościeli. Dłonią odgarnęła włosy z twarzy. Z wolna usiadła na łóżku bacznie mu się przyglądając.
- Doprowadzić do sytuacji? Co ty chcesz powiedzieć?
- Chcę powiedzieć, że to bardziej złożona sytuacja niż tobie się wydaje.
- Nadal nie rozumiem.
- Posłuchaj. Prawdą jest, że odkąd zjawiliście się tutaj, i odkąd ciebie zobaczyłem – od razu coś poczułem. Nie mówiłem tobie o tym bo było za wcześnie na jakiekolwiek stwierdzenia. W którymś momencie jednak poczułem coś, co mnie przeraziło.
- Co takiego?
- Jak wiesz moją wielką miłością była Mary. To co do niej czułem nie da się w prosty sposób opisać. Ja to określiłem jako przeszywający mi całe ciało żar w piersi. Po jej śmierci już nigdy nie czułem nic takiego. Długo żyłem sam, choć w koło było tyle ludzi. Dopiero jak ty się zjawiłaś – to samo zaistniało. Jednak wtedy od razu uderzyła mnie różnica wieku. Saro! Ty masz trzydzieści lat a ja…
- No i co z tego? Czy to ma jakieś znaczenie, gdy dwoje ludzi czuje do siebie to co my czujemy?
- Być może masz rację, lecz daj mi – proszę – skończyć. Przypomnij sobie, gdy pierwszy raz się przytuliliśmy, pocałowaliśmy. Ty wykonałaś swoisty gest brwiami. Uniosłaś jedną z nich tak, jak to…
- Jak to? Chcesz powiedzieć, że jak to czyniła ona? Mary?
- Tak Saro. Ale to nie było w tedy problemem – dla mnie problemem. Chodzi mi o to, że w tym samym momencie, gdy wykonywałaś taki gest, używałaś tych samych słów co ona. Zwracałaś się do mnie tak, jak ona.
- Poczekaj, poczekaj. Czyli jeśli dobrze rozumiem, chcesz mi powiedzieć, iż… ona wcieliła się we mnie? To jakaś niedorzeczność!
- Nie Saro. To nie jest niedorzeczność. Dokładnie to widziałem. Gdy ty byłaś w tym swoistym transie – tak to nazwijmy ten stan – odczułem rozdarcie. Mimo że ogromnie kochałem Mary, i nie stanowiłoby dla mnie żadnego problemu kochać się z nią choćby teraz. To jednak wiedziałem, że ona nie żyje. Wiedziałem – na Boga! - , że jestem z tobą a nie z nią. Nie chciałem ciebie wykorzystywać.
- Dlaczego wykorzystywać? Mówisz o seksie?
- Tak! Między innymi. Wiedząc co się dzieje, nie byłem pewien z kim jestem. Co jest rzeczywistością a co nie. Nie byłem pewien czy to ty chcesz się kochać, czy też ona. Czy to ty pragniesz pocałunków, czy też ona. Stąd moje rozdarcie.
- Wierzę tobie jak i w to co mówisz. Ile razy ona to czyniła? – Jeśli tak można powiedzieć.
- Rozpoznałem dwie sekwencje. Jednak tylko przy przytulaniu i całowaniu. Stąd przez ten cały czas moje opory Saro. Starałem się bronić przed tym uczuciem.
- Rozumiem. I co się stało, że wreszcie uległeś?
- Okazało się, że się zakochałem. Ponownie, szaleńczo, bezgranicznie. Jednak nie tylko to mnie powaliło. Doszło do mnie, że mogłem się zakochać po raz kolejny. I to niemal tą samą miłością co w przypadku Mary.
- Czyli – jak rozumiem – usiłujesz mi powiedzieć, że w początkowym etapie naszego uczucia nie byłeś pewien w kim tak naprawdę się zakochałeś?
- No tak. Tak można by to określić. Lecz najdziwniejsze z tego jest to, iż za drugim razem przemówiłaś kierowana duchem Mary. Powiedziała – ty powiedziałaś - , że tak powinno być. Powiedziała twymi ustami, twoim głosem, iż zasłużyłem na szczęście. Nie powinienem mieć wyrzutów z powodu różnicy wieku, ani z jej powodu.
- Tak powiedziała? Ja nic nie pamiętam.
- Bo i nie możesz pamiętać. Ona tobą kierowała. I od tamtej chwili już się nie pojawiła w żadnej postaci.
- Jesteś pewien?
- Całkowicie. Niemniej stało się jednak to czego się obawiałem. Problem pojawił się z drugiej strony, czyli…
- Mówisz o moich rodzicach jak sądzę? Nie musisz się tym martwić. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego i kropka.
- Saro! Nie czyń tego. To są twoi rodzice. Twoja rodzina. Nie wolno tobie tego stracić. Nie uniesiesz takiego bólu.
- Słuchaj. Ja to rozumiem. Jednak nie jestem tego pewna, czy oni to rozumieją. Dopóki nie zmieni się ich stanowisko Jeffrey’u nie chcę ich widzieć. Kocham cię, i nikt tego nie zniszczy.
- Wiem że tak to czujesz. Ja również tak czuję. Mimo to jeszcze raz cię proszę, nie czyń nic co zniszczyłoby waszą rodzinę.
- Chciałeś powiedzieć – naszą. To również twoja rodzina kochany.
- Wiesz że nie o to chodzi.
- Wiem. Przepraszam. Lecz nie mogę uwierzyć, że moi rodzice potrafią być tak ograniczeni.
- A ja myślę, że mają prawo do swego zdania. Zrozum. To nie jest z ich strony objaw złej woli, czy złego nastawienia. Oni po prostu się o ciebie troszczą. Nie są twymi wrogami. Będzie dobrze. Uwierz w to.
- Boże! Jak ja ciebie kocham.
- Ja również głuptasie.
Przytulili się do siebie mocno, po czym lord de Blackstone obtarł jej z twarzy mokre ślady łez. Kolacja niestety przebiegła w odosobnieniu. Rodzice Sary nie zdecydowali się zjeść jej wspólnie z nią i Jeffrey’m. Zjedli ją we własnym salonie wraz z synami. Nie chcieli – jak na razie – informować synów o sytuacji zaistniałej między nimi a Sarą i Jeffrey’m. Obaj chłopcy nie byli świadomi tego co się dzieje. Zresztą zajęci byli własnymi sprawami. Thomas wciąż dbał o swoją znajomość z Maggie. Matthev zaś miał mnóstwo nauki na uczelni. Rankiem Sara obudziła się nieco zdezorientowana. W nocy dość długo płakała. Czuła że źle się stało.
Wszystkich poniosły emocje. Miała wyrzuty za to co powiedziała ojcu. Lecz też nie mogła mu zapomnieć tego, iż praktycznie jej wszystko wypomniał. Miała o to żal do niego. Wzięła dość długą kąpiel. Nie chcąc pokazywać się nikomu, naprędce wybrała wygodne wdzianko i ruszyła do swego gabinetu. Postanowiła zorganizować coś na śniadanie. Jej pokojówka zaraz po poleceniu wydanym przez Sarę, przyniosła jej śniadanie do gabinetu. Sara wyciągnęła potrzebne materiały do swojego projektu, jak również dzienniki Mary. Postanowiła zagłębić się w pracy nad stworzeniem – wreszcie – czegoś co będzie stanowiło o tym, że Jeffrey nie płaci jej za darmo.
A już nie daj Boże by nikt nie pomyślał, że jest jego utrzymanką. Trochę jej zeszło nad tym, by zapoznać się z pierwszym z dzienników. Miała dać dzienniki Jeffrey’i do przeczytania – tak czuła. Jednak zrezygnowała z tego. Zamierzała sama rozeznać się w tym co opisuje lady Mary Radley. Siedziała przy biurku wczytując się w tekst. Jej pismo było regularne, kształtne, jednak pociągnięcia były stanowcze. To pozwalało twierdzić, że lady Mary Radley była kobietą zdecydowaną i energiczną. Rozsiadła się zatem wygodnie. Czytając zamierzała od razu opracować treść do własnego projektu. Nie trwało długo nim tekst pochłonął ją zupełnie.
RĘKOPIS 1. PRZESZŁOŚĆ…
Minęło południe, gdy na szlaku jadącej karawany ukazała się dolina. Dolina o której nie jeden mężczyzna myślał, że już się nie pojawi. A nie jedna kobieta z determinacją i marzeniem w głosie wypatrywała jej już od wielu dni. Każde z powozów trzepotało brezentowym poszyciem szarpanym przez wiatr. Ten wzmagał się raz po raz szarpiąc i tak nadwyrężone nakrycia powozów. Paru mężczyzn konno wyprzedziło konwój. Stanęli w poprzek drogi. Cały łańcuch szarych powozów zatrzymywał się jeden po drugim. Najstarszy z nich wymachując brudną, przepoconą chustą – kierował wszystkich na szeroką polanę. Dziki gąszcz traw aż zachęcał do odpoczynku. Konie rżały i parskały niespokojnie szarpiąc cugle w rękach kierujących powozami ludzi.
- Tu się zatrzymamy na noc! Wszystkie wozy muszą ustawić się w okrąg. Tak będzie bezpieczniej i dla nas i dla koni.
Okrzykiem oznajmił jeden ze starszych mężczyzn siedzący na koniu. Kobieta z najbliższego powozu wystawiła głowę spod plandeki, i patrząc szeroko otwartymi oczyma rozglądała się wokoło.
- Ale nie ma tu wody. Trzeba by się umyć, konie napoić – dzieciaki głodne.
- Potok jest niedaleko. Tam gdzie są zarośla. O tam!
I bronią wskazał kobiecie kierunek, w którym powinna spojrzeć. Ta patrzyła długo i uważnie. Z zasady nie dowierzała mężczyźnie. Już raz była oszukana przez włóczęgę podającego się za dżentelmena. Okolica była dość surowa i nie przyjazna. Wokół stepowa dzikie trawy, kładące się kępami podłóg zawirowań wiatru. Na widnokręgu widać było drzewa. Trudno z tak dużej odległości dostrzec jaki to las, i czy w ogóle to las. Cała karawana zaczęła się przesuwać, kolejno pokonując miękkie podłoże trawiastych ostępów. Łąka była rozległą, choć położona w obniżeniu terenu. Każdy z podróżników był na tyle zmęczony, iż nikt nawet nie zastanawiał się, co to za teren a już najmniej nikt nie myślał o bezpieczeństwie.
Wystarczyła im myśl, że postój jest w zasięgu ręki. Droga pozostała po prawej stronie wielkiego koła jakie utworzyły powozy. Okrąg zamknął się, gdy ostatni z koni stanął na wytyczonym miejscu. Z pod plandek zaczęły wyłaniać się głowy jadących dorosłych, a wraz z nimi niecierpliwe główki dzieci. Wzmogła się krzątanina przy każdym z wozów. Kobiety organizowały miejsca do snu, i sporządzenia posiłków. Rodzina Radley’w posiadała powóz, który miał plandekę tak wypaloną słońcem, iż jej żywo szkarłatna barwa zmieniła się w ceglastą. To oni ustawili się powozem najbliżej drogi, gdyż nie zamierzali jechać z innymi do końca.
- Emmo! Dalej że duszko. Nie będę tu na ciebie czekał, aż wrosnę całkiem w ziemię. Chcesz żeby ręce zamieniły mi się w konary? No chodź wreszcie!
- No przecież już wysiadam. Czemu się tak pieklisz?
Mąż starał się podać ramię małżonce. Ta jednak grymasem zakazała mu udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Był tym zaskoczony. Wiedział, jak sam jest zmęczony podróżą w tak niecodziennych warunkach. A co dopiero kobieta. Jednak nie próbował nic na siłę. Znał doskonale swoją małżonkę aby wiedzieć, jak zareaguje na powtórne próby pomocy.
- Jak chcesz?
Dał sobie z tym spokój. Zaczął więc rozglądać się za synem, którego nadal uważał za dziecko. Choć wiedział, że jest już młodym dorastającym człowiekiem. Chłopak jednakże wyskoczył już wcześniej z powozu. Biegał niestrudzenie z innymi chłopcami goniąc uciekające chrząszcze.
- Mary podaj mi tamten zawinięty pakunek po prawej stronie.
- Ten w zielonej płachcie?
- Tak. Trzeba coś zjeść. Nie ma na czym ani w czym. Tam są naczynia i kubki.
- Boże! Chciałabym być już w domu.
Pomyślała starsza pani i aż westchnęła. Powracali z dalekiej podróży. Trzeba było odwiedzić starych krewniaków. Wizyta ta była już od dłuższego czasu przez nich planowana. Lady Emmę Radley wciąż męczyła nie dająca jej spokoju uporczywa myśl. A mianowicie coś jej mówiło, iż ta podróż to nie jedyne zmartwienie jakie ich czeka. Córka Mary Agatha Radley była rosłą dziewczyną o szczupłej budowie ciała. Włosy miała spięte z tyłu opaską. Końce jej wraz z długimi włosami spływały na plecy. Urodę miała po matce, lecz mimo hartu ducha wydawała się bardzo delikatną osobą. Po ojcu zaś odziedziczyła jasność myślenia. Po nim to również odziedziczyła szybkość podejmowania trafnych decyzji. Była bardzo uparta, co stwarzało wiele zgrzytów między nią a rodzicami. Dziewczyna żwawo wyciągnęła tobołek o który matce chodziło. Podała jej go bez słowa, po czym bardzo zwinnie wyskoczyła z powozu.
- Poszukaj brata – proszę. Niech zajmuje się końmi. Ja przygotuję coś do jedzenia.
Ojciec zamierzał wyciągnąć z kieszeni tabakierkę wraz z fajką. Była to rzecz dla niego jedyna w swoim rodzaju. Nic nie mogło mu polepszyć nastroju, jak właśnie zapach palonego tytoniu z fajki. Lecz zanim sięgnął po nią, usłyszał głos zniecierpliwionej małżonki.
- Stefanie! Mam nadzieję, że Okażesz się odpowiedzialnym mężem, i zadbasz o coś na ognisko. Trzeba coś zjeść – nie sądzisz?
Mężczyzna spojrzał z politowaniem na pustą rękę, którą dopiero co wyjął z kieszeni. Tabakiera jak i fajka – ma się rozumieć – pozostały na swoim miejscu. Naturalnie spojrzeniem jednoznacznie wyraził swoją dezaprobatę.
- No przecież nie będziemy jedli na zimno i sucho. Nie jesteśmy dzikusami.
Już miał coś odpowiedzieć, gdy z przeciwnej strony nadszedł mężczyzna z karabinem. Szybko się skoncentrował na widoku, jaki miał przed sobą. Mężczyzna ów był ubrany w szare spodnie i takąż koszulę. Wprawdzie koszula posiadała jakieś kolory lecz była tak zakurzona, iż nawet i one gdzieś zanikły. Ubrany był w dość grubą kurtkę. Głowę nakrywał kapelusz z dość dużym rondem uformowanym w sobie tylko odpowiadający sposób.
- Jak się macie? Jesteście cali? Mam nadzieję, że nie odmówicie jadła. Moja małżonka Juan, wraz z paroma kobietami szykują jedzenie. Zapraszam.
- Dziękujemy bardzo. Proszę podziękować małżonce. To bardzo miło z jej strony, lecz my mamy co jeść tylko trzeba…
- Ależ będzie to dla nas zaszczyt droga pani. Proszę nie odmawiać.
Emma podniosła brwi i spojrzała na męża oraz córkę. Kobieta z natury była zbyt dumna, aby korzystać z takich sytuacji. Już miała odmówić, gdy Mary odezwała się za nią.
- Bardzo chętnie. Mama jest już i tak zmęczona, aby się brać za cokolwiek.
- Mary! jak możesz!?
- Ależ nic się nie stało droga pani, córka ma rację. Już jest dość późno. Zapraszam.
- Ależ…
- Emmo Adelaide Radley daj spokój. Pan grzecznie prosi a ty kaprysisz. Korzystając z zaproszenia sprawisz i panu i jego małżonce przyjemność Okazując tę grzeczność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz