Tom II – część 7

Post w dziale:

Zakłopotana kobieta - choć niezbyt zadowolona z takiego obrotu sprawy, zgodziła się z resztą rodziny. Mężczyzna z karabinem wskazał miejsce do którego zapraszał rodzinę Radley’w. Odszedł w pośpiechu poinformować małżonkę o ustalonej zgodzie na zaproszenie. Mary wyciągnęła tylko potrzebne naczynia. Resztę zawinęła z powrotem, umieszczając tobołek na jego miejscu. Ogarnęła wzrokiem czy wszystko jest w porządku, po czym wyskoczyła zwinnie na trawę. Cała rodzina ruszyła w kierunku wskazanym poprzez mężczyznę. Przy ognisku siedziało już wielu podróżujących. Gości wprawiało to w zakłopotanie. Nie mogli dość szybko dostrzec człowieka, który uraczył ich zaproszeniem.

- Mamo! Pan Stenlite jest tam z małżonką. To ta pani w granatowej spódnicy.

Cała rodzina ruszyła w kierunku wskazanym przez syna. Teraz i mężczyzna, który rozmawiał z nimi podniósł się energicznie, zapraszając do grupki stworzonej przez jego rodzinę. Przy ognisku siedziała kobieta okropnie otyła. Nie wiadomo było właściwie czy była otyła z tuszy, czy też z powodu bardzo marszczonej spódnicy, która rozlewała się kaskadą marszczonego materiału.

- Droga pani. To moja małżonka Juan Stenlite. Ja mam na imię Smoky. Smoky Stenlite a to moje dzieci.

Kolejno zaczął je wywoływać po imieniu. Wyliczania było dużo. Państwo Stenlite mieli sześcioro dzieci. Pani Radley z wielkim zadumaniem słuchała wywodów państwa Stenlite. W głowie się jej nie mieściło, jak można mieć tak wielką gromadę dzieci. Zważywszy na tak trudne czasy, było to według niej nierozważne i lekkomyślne. Nie żeby narzekała na własne niedobory w czymkolwiek, lecz duża gromada dzieci zawsze kojarzyła jej się z chaosem i niedostatkiem. Juan Stenlite napełniała miski gościom, czymś w rodzaju duszonego mięsa z chlebem. Podawała życząc smacznego.

- Dla ciebie młody człowieku – podwójna porcja. Musisz być silny.

- Dziękuję pani, ale ja nie dam rady tego zjeść. To za dużo!

- Dasz radę dasz, inaczej prędzej cię stąd nie puszczę.

Kobieta uśmiechnęła się do Toma klepiąc go po ramieniu. Chłopak zamilkł, i zajął się pałaszowaniem. Wokół słychać było chliptanie i mlaskanie. Pani Radley była zgorszona takim zachowaniem. I tylko fakt, że była zaproszona do wspólnego posiłku, powstrzymywał ją od wygłaszania własnych racji. Patrzyła przeto na tych prostych ludzi z ich wadami, niedociągnięciami w ich obyciu i wychowaniu. Rozumiała, iż wielu z nich nie ma domów w ogóle. Kres ich podróży to znalezienie własnego miejsca na dom i spokojne życie. Ona wraz z mężem i dziećmi miała już własny dom, i nie musiała sobie od początku niczego organizować.

Ten fakt uważała za wystarczające tłumaczenie zachowania, czy też obycia tych ludzi. Wokół wymieszały się zapachy duszonego mięsa, gotowanej kaszy z wieloma potrawami, które każda z rodzin miała uszykowane do zjedzenia. Wieczór szybko nadchodził. Szykowano się do spoczynku po trudach długiej drogi. Rodzina kończyła posiłek, gdy mąż Emmy, lord Stefan Radley – sięgnął wreszcie po upragnioną fajkę i tabakierkę.

- Widzę, że gustuje pan w męskich używkach?

- Tak. Jestem i byłem zawsze zwolennikiem naturalnego smaku tytoniu. A pan pali?

- Palę lecz mój tytoń przepadł przy przeprawie przez rzekę. Mam tylko fajki, które moja małżonka schowała gdzie indziej, i tylko dlatego się zachowały.

- Służę więc własnym zapasem. Nie wiem czy mój tytoń będzie szanownemu panu odpowiadał. Mimo to leprze to niż nic. Niemniej ręczę za jego jakość. Wiem co znaczy nie móc zapalić.

Spojrzał w tym momencie w kierunku Emmy. Żona jednak się nie odezwała. Zajęta była rozmową z Juan. Kobietą o niewiarygodnie dużych gabarytach. Dowiedziała się między innymi, że właśnie Juan nie była osobą otyłą. Jej postura zmieniła się po kolejnych porodach. W młodości była bardzo szczupła. Emma słuchała z zadziwieniem opowieści świeżo poznanej przyjaciółki o tym, ile razy Juan wraz z mężem zmieniali miejsce pobytu. Przez długi czas nie mieli własnego stałego domu z różnych przyczyn. Jedną z nich był brak zatrudnienia dla jej męża. Ona nie mogła pracować właśnie ze względu na taką ilość dzieci.

- Mamo będziemy się chyba zbierali. Państwo chcą odpocząć, a i nam się to przyda.

- Tak Mary, masz rację. Rozmawiając z państwem nieco się zasiedzieliśmy. Tym bardziej, że jutro już z samego rana wyruszamy na własny trakt.

- Jak to? Nie jedziecie z nami do końca?

- Nie, nie! My wracamy od krewniaków do domu. Nie było nas tam ponad miesiąc.

Otyła kobieta zamyśliła się. Jej myśli dały wyraz na jej twarzy. Emma domyśliła się, że nie była to najszczęśliwsza informacja dla Juan. Szukała natychmiast sposobu na złagodzenie jej złego wpływu. Przecież tyle słuchała o wędrówce tej rodziny za własnym domem – za własnym miejscem na ziemi.

- A może jak się urządzicie wpadniecie do nas? Będzie nam bardzo miło.

- A gdzie mieszkacie?

- W Hebshire. To małe miasteczko na południe od tej doliny.

Widać było smutek na twarzy rozmówczyni. Twarz jej jakby posmutniała i poszarzała. Łzy napłynęły jej do oczu. Szybko jednak odwróciła głowę. Twarz dotąd pogodna, bardzo uśmiechnięta – teraz stała się zamyślona.

- Przepraszam.

Emma Radley z politowaniem patrzyła na Juan Stenlite. Spontanicznie pochwyciła ją za rękę. Ta spojrzała jej w oczy. Wtedy po policzkach popłynęły jej łzy. Kobiety zrozumiały się bez słów. Mimo że obie były z tak innych światów, jakoś w lot się zrozumiały. Może dlatego, iż obie były kobietami – matkami. Być może dlatego właśnie, że każda z nich na swój sposób wiele przeszła we własnym życiu. Każdy z tych powodów byłby dobrym powodem dla porozumienia – zrozumienia ich tu i teraz.

- Przepraszam. Nie potrzebnie wspominałam o domu. Przecież pani…

- Proszę. Nie mów mi pani. Jestem prostą kobietą, i nie trzeba mi tytułów.

Pani Radley właśnie w tej chwili uświadomiła sobie, iż uniknęła całkowitego nietaktu nie mówiąc Juan, iż posiada tytuł lady. Juan wyczuła inność Emmy po jej zwrotach, jak i usposobieniu. Ale nie wiedziała do końca, co jest tego przyczyną. I nawet to polubiła. Podobało jej się takie postępowanie. Gdyż sama niegdyś również chciała być damą. Chłonęła więc wszystko, co mówiła jej nowo poznana przyjaciółka. Mimo że nie posiadała tytułu szlacheckiego, zawsze w głębi serca czuła się damą. Chciała nią być mimo prostego pochodzenia. Może właśnie dlatego mąż Juan – Spyke, kochał ją nad życie.

- Dobrze. Oczywiście. Jak sobie życzysz?

- Dziękuję. Jak tylko ze Spyke’m się urządzimy, chętnie skorzystamy z zaproszenia?

Rodzina Radley’w wyraziła własną wdzięczność, za udzielone im zaproszenie wraz z posiłkiem. W ich własnym powozie znajdowały się posłania oraz nakrycia dla całej rodziny. Mary Radley wraz z bratem Thomas’m sprawdzali, czy konie są mocno uwiązane. Czy wszystkie wiązania w powozie trzymają jak należy. Dziewczyna ostatnia weszła do wnętrza powozu, opuszczając płócienną plandekę. Zaległa cisza. Noc otuliła całą okolicę. Wiatr jakby ucichł. Wieczorny chłód dawał się coraz bardziej we znaki.

Mary poprawiała okrycie bratu i rodzicom. Po czym sama zagłębiła się pod kocem. Długo nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała odgłosów noc i terenu, który był dla niej nieprzyjazny i obcy. Nie bała się. Wiedziała jednak, że zbyt wielka pewność siebie gubi, i może przynieść moc problemów. Usnęła. Konie przystępowały z nogi na nogę, rżąc raz po raz. Ten odgłos był taki sielski, i tak uspakajający. W każdym powozie zapadła cisza. Sen ogarnął podróżników. Gdzieniegdzie słychać było chrapanie mężczyzn. Odgłosy te dały słyszeć się co i rusz w kręgu karawany.

Rankiem cała polana pokryta była kroplami rosy. Mgła kładła się nisko. Wszystkie kępy traw wystawiały swoje szpiczaste końcówki nad mleczne jezioro. Emma z wielkim zaciekawieniem spojrzała na ten niecodzienny widok. Konie stały bardzo spokojnie, jakby czekając na znak do dalszej drogi. Mary przeciągnęła się jak tylko mogła najmocniej, i szybko nałożyła ciepły surdut. Poranek był wspaniały acz rześki.

- Będzie dzisiaj chłodno. Mgła kładzie się nisko. Deszcz nieuchronnie się zbliża.

- Tak myślisz?

- Mnie też jakoś ciągnie po kościach.

- Już nie śpisz? Myślałam że będę ciebie budziła.

Mężczyzna podniósł się powoli z posłania. Widać było, że czyni to z wielkim wysiłkiem. Podtrzymał się obręczy trzymających płótno zadaszenia. Poczuł jakieś dziwne zmęczenie. Każdy ruch zmuszał go do niezmiernego wysiłku. Całe ciało musiał naprężać, by wykonać najmniejszy ruch.

- Co tobie jest? Źle się czujesz?

- Nie wiem. Pewnie jestem po prostu osłabiony. Mam nadzieję, że nie nabawiłem się grypy?

- Zaraz coś szybko zjemy. Masz tu nalewkę rozgrzejesz się. Powinna być podgrzana, ale nie ma tu jak to zrobić.

Kobieta podała mężowi płaską butelkę. Szybko wzięła się za szykowanie posiłku. Musimy się pośpieszyć. Mamy niewiele czasu, a chciałabym dotrzeć do domu przed deszczem. Mary zbudziła brata. Razem wzięli się za oporządzanie koni. Chłopak uwijał się przy nich żwawo – jej pozostało niewiele pracy. Nieraz była zła na brata za uzurpowanie sobie prawa do koni. Lecz zawsze bawiło ją to, iż on robi to z czystej miłości do tych grzywaczy. Na nic nie czekając, zebrała się by pomóc matce. Ojciec chciał zejść na dół, lecz tylko stanął przy wylocie powozu. To co mógł – to usiąść na siedzeniu woźnicy i to z wielkim wysiłkiem. Jego czoło pokryło się kropelkami potu. Zjadł kawałek chleba z pieczonym mięsem, które miał w blaszance. Nie szło mu to jednak, i ostatecznie odłożył naczynie na bok.

- Nie będziesz jadł? Masz tu gorącą zieloną herbatę – dobrze ci zrobi.

Starszy pan nic nie mówiąc pokiwał głową. Coś mu było lecz nie bardzo wiedział co. Natomiast zdawał sobie z tego sprawę, iż czuł się coraz gorzej. Siedział oparty na siedzeniu woźnicy. Coraz bardziej ława stawała się dla niego całkowitym oparciem, czy bezpiecznym miejscem. Siedział trzymając się rękoma desek, aż i ta czynność stała się zbyt trudna. Zatem położył dłonie na kolanach. Matka tylko porozumiewawczo spojrzała na córkę. Pośpiesznie przygotowały mu posłanie w powozie. Thomas właśnie skończył pracę przy koniach.

- Trzeba będzie popracować przy kopytach. Są bardzo sfatygowane - konie cierpią.

- Będziesz się tym martwił jak będziemy w domu.

- Kiedy jedziemy? Ojciec jakoś dziwnie siedzi cicho. Co mu jest?

Na te słowa córki Emma przypomniała sobie o mężu. Przypomniała sobie, że nie najlepiej się czuł już wcześniej, i że trzeba na niego uważać. Mary spojrzała w stronę ojca. W jej mniemaniu siedział za spokojnie. Niczym się nie interesował. Jak nigdy nikogo nie pouczał jak to było w jego zwyczaju. Nawet nie sięgną po swoją ukochaną fajkę.

- Tato co z tobą? Czemu nic nie mówisz?

- Może byś się położył mój drogi?

Dorzuciła Emma. Była coraz bardziej zaniepokojona o męża. Mary nie otrzymała odpowiedzi. Wstała pośpiesznie i podeszła do ojca. Ten siedział nie ruchomo. Ręce miał opuszczone na nogi, i nienaturalnie był blady. Dziewczyna chwyciła go delikatnie za ramię – tylko przeciągle jęknął.

- Mamo z ojcem jest niedobrze. On przeraźliwie drży i jest okropnie spocony. Chodź tu prędko!

Kobieta szybko zerwała się na nogi, i niemal doń podbiegła. Ten siedział wciąż nieruchomo, i zdawał się nie reagować na zapytania. Poza wyrzucaniem z siebie urwanych zgłosek i sylab nie reagował na nic. Emma spojrzała dokładniej i już wiedziała. To febra gorączkowa. Nawet długo nie myślała. Objawy jakie przejawiał jej mąż, kojarzyły jej się z tą chorobą. Kiedyś już widziała chorego na febrę gorączkową, i to jej jakoś zawsze kojarzyło się z takimi objawami.

- Musimy go położyć natychmiast! Tom pomożesz mi rozebrać ojca z przepoconych rzeczy. Mary leć po pana Stenlite! Może będą mieli coś na to draństwo.

Młoda dziewczyna zwinnie zeskoczyła z powozu, i niemal wpadła na mężczyznę. Spyke Stenlite, który właśnie zamierzał się przywitać w tym momencie podchodził do ich powozu. Stanęła jak wryta. Nie spodziewała się, że tak szybko go znajdzie. Była nawet tym zaskoczona. Pan Stenlite zauważył zamieszanie w powozie i zaniepokojony marszczył brwi.

- Co się dzieje panno Mary? Czy coś się stało?

- Ojciec jest chory, musimy jechać. Mama twierdzi, że to febra gorączkowa.

Mężczyzna rzucił się w stronę powozu. Wskakując do środka zwinnie sprawdził puls jak i wszelkie objawy. Znał się na tym. Mając tak wielką gromadkę w domu – a tak ograniczone możliwości materialne, nauczył się rozpoznawać wszelkie zagrożenie. Tym bardziej jeśli chodzi o zdrowie.

- Witam panią. Panie Stefanie, jak się pan miewa? Trzyma się pan?

Ale jego kompan od fajki nie reagował. Bełkotał tylko niezrozumiałe sylaby i zgłoski. Mężczyzna położył dłoń na czole chorego - przez chwilę potrzymał. Obserwował jego odruchy i zachowanie.

- Jemu rośnie gorączka i to bardzo szybko!

Emma była przerażona. Nie miała lekarstw. Nie miała gdzie w godziwych warunkach położyć męża. Nie miała nic prócz chęci pomocy. To ją przerażało. Była bezradna.

- Mamo posiedź z ojcem, a ja porozmawiam z panem Stenlite.

Wyskoczyli z wozu i odeszli na bok. Dziewczyna stanęła blisko mężczyzny, i zaczęli rozmowę.

- Panie Spyke co robić? Tu trzeba działać. Ojciec tu nie może zostać. On tego nie przetrzyma.

- Jedyny ratunek w tych warunkach to wywar z ziół. Są takie obok wylewów potoku. To zatrzyma gorączkę i ją wyciągnie. Innej rady tu nie ma. Tu trzeba lekarstw, których nikt tu nie posiada.

- Wezmę płachtę. Zechce mi pan pomóc ich szukać?

- Panno Mary. Niech panienka idzie do matki. Ja wezmę paru chłopaków, szybko się uwiniemy. Zresztą moja Juan ma trochę tych ziół, ale to za mało. Musi przy tym dużo pić, inaczej będzie odwodniony.

Dziewczyna pobiegła do matki, zdając się całkowicie na pomoc pana Stenlite. Ten zaś ruszył pośpiesznie w stronę własnego powozu. Dziewczyna jednak nie usiedziała przy matce spokojnie. Pobiegła po wodę do potoku, i przyniosła pełen dzban wody. Emma zamoczyła ręczniki w zimnej wodzie. Starała się przynajmniej okładami ulżyć mężowi. Zawsze to jakiś sposób na gorączkę. Juan z mężem przybiegli, jak tylko mogli najszybciej. Zbieranie ziół i przygotowanie wywaru zajęło trochę czasu.

- Emmo! Masz tu parę butelek naparu z ziół. Dawaj mu co dwie godziny kubek do wypicia. Niech pije tego jak najwięcej.

- Dziękuję Juan. Bardzo dziękuję.

- Ty mi też byś pomogła. My jeszcze nie jedziemy, tak więc sobie nazbieram dla siebie. Bądź spokojna. Ile macie do domu?

- Jakieś dwanaście godzin. Albo więcej. Trudno powiedzieć. To za tamtym wzniesieniem.

I pokazała stronę, gdzie były wzniesienia. Teren był rozległy. Do samego wzniesienia było kawał drogi, jednak dzieliła ich do niego jeszcze rozległa dolina. To wszystko dawało niewielkie szanse dla chorego.

- To musicie się zbierać. Nie ma czasu do stracenia. Wszystko macie?

- Tak wszystko. Zapakowaliśmy się wczesnym rankiem.

- No to z Bogiem moi drodzy. Szczęśliwej drogi.

Emma dopiero zobaczyła, że bardzo wielu ludzi stało za Spyke’m, i jego żoną Juan. I choć nie znali żadnego z rodziny Radley’w, każdy życzył im jak najlepiej. Wymachiwali czym tylko mogli na pożegnanie – czym się dało.

- Do zobaczenia moi drodzy, i Bóg zapłać. Boże dopomóż.

Emma głośno sobie to powtarzała. Mary wzięła mocno lejce w dłonie i ruszyli w drogę. Najpierw wyjechała z łąki na trakt. Potem prosto w dół w kierunku doliny. Przestrzeń między traktem, a samą doliną wydawała się taka rozległa. Droga jednak prowadziła w kierunku, gdzie pozostawili swój dobytek. Jechali tak dłuższy czas. Dziewczyna straciła rachubę czasu. Czy to już południe, czy jest już po. Z niepokojem w oczach, co i rusz odwracała się w stronę ojca. Matka pochylała się nad nim zmieniając często okłady. Ojciec bardzo ciężko oddychał. Oddech czasami był nie równy i bardzo płytki. Tom siedział obok siostry na ławie woźnicy, i z rosnącym zaciekawieniem obserwował pogodę.

- Jeszcze nie wjechaliśmy dobrze w dolinę, a już zaczyna się chmurzyć. Mary – zdążymy przed deszczem?

- Chciałabym lecz nie bardzo w to wierzę. Pogoda się zmienia bardzo szybko.

Dziewczyna siedząc na miejscu woźnicy, poczuła na twarzy pierwsze krople deszczu. Wiedziała teraz, że deszcz złapie ich w drodze lada chwila, i będzie tak lało długi czas. Na niebie gromadziły się ciężkie chmury. Mimo że dzień był w pełni, ściemniało się coraz bardziej. Wyglądało to groźnie. Modliła się aby nie były to chmury burzowe. Wszystko jednak na to wskazywało. Jechali już jakieś parę godzin.

- Tom idź i weź coś, co ochroni nas przed deszczem. Tam na końcu powozu – po lewej stronie powinna być peleryna.

Chłopak szybko wskoczył do środka powozu, i po chwili był już z peleryną w ręku. Starał się rozłożyć ją jak najszybciej.

- Weź i okryj nas - zaraz będzie padać.

- Myślisz, że pogoda tak szybko się zmieni? Chmurzy się ale to jeszcze nie znaczy…

- Popatrz na chmury. To są chmury burzowe. Mamy je właśnie przed sobą.

- Ale one są daleko. Tu zaledwie parę kropel a ty już narzekasz.

- Chciałabym abyś miał rację lecz sądzę, że nie będzie tak wesoło.

- Tak wiem. Znasz się na pogodzie, deszczu, chmurach i takich tam.

- Tom!

- Ok. Przepraszam.

Siedzieli pod przykryciem, i z niepokojem patrzyli, jak pogoda zmienia się bardzo szybko. Wiatr nagle wzmógł się. Krople zaczęły coraz gęściej spadać. Widoczność znacznie się ograniczyła. Mary szybko zatrzymała powóz i wyciągnęła plandeki dla koni. Thomas – jej brat już czekał na dole. Podała mu je zamierzając mu w tym pomóc. On z jednej ona z drugiej strony nakrywali konie, spinając je pasami pod ich brzuchami. Wtedy usłyszeli grzmot i trzask gdzieś w oddali. Burza była daleko. Konie drgnęły nerwowo. Oboje musieli je uspokajać poklepywaniem. Mary jednak dość dobrze znała się na burzach. Grzmoty zbliżały się do nich. Konie były coraz bardziej nerwowe i niespokojne.

Oboje z bratem wiedzieli, że nie będzie łatwo utrzymać je na wodzy. Tym bardziej, że wewnątrz leżał chory starszy człowiek. Trzeba by się gdzieś zatrzymać, ale gdzie? Do ludzkich domostw było stąd daleko. Żadnego zajazdu nie znajdziesz tu w promieniu mili. Trzeba było przejechać tę dolinę. Tyle że trakt, który był trudny w suchy dzień – to w dzień deszczowy był bardzo niebezpieczny. Wiedziała, że dopóki nie wjedzie w dolinę, będzie wystawiona na obstrzał piorunów - przez to nie będą bezpieczni. Ruszyli. Jechali tak szybko jak tylko mogli. Lecz co i rusz Mary lejcami ponaglała konie by zwolniły. Szarpały nerwowo uprząż reagując na pioruny i błyskawice.

Nagle piorun trzasnął tuż obok kół, i zrobiło się fioletowo. Konie zawyły z przerażenia. Wozem szarpnęło, aż Thomas wpadł do środka powozu. Peleryna spadła z ramion jego siostry. Ściana deszczu szła prosto na nich tak, jakby wszystkie siły natury sprzęgły się przeciwko nim. Widoczność i tak była bardzo ograniczona lecz to, co sunęło w stronę powozu – przerażało. Ściana deszczu murem sunęła w ich kierunku.

- Tom powiedz mamie aby uważała na ojca. Niech się trzymają!

- Co!?

- Niech się trzymają! Trzymają!

Niemal krzyczała do brata. Nie mogła patrzeć w jego stronę. Musiała bacznie obserwować lejce i konie. Wóz znowu szarpnął i konie już nie słuchały woźnicy. Pędziły jak szalone. Ich połyskujące grzbiety, długie targane wiatrem grzywy sprawiały, iż zdawały się być złowrogim zjawiskiem.

- Boże miłosierny!

Mary w myślach się przeżegnała. Na tej drodze to pewna wywrotka. Brat chciał usiąść obok, lecz ta krzykiem zabroniła mu siadać obok – konie pędziły. Zupełnie nie miała orientacji gdzie jedzie, w którym kierunku. Pilnowała tylko by za wszelką cenę nie zjechać z traktu. Ściana deszczu natarła na nich, i pochłonęła w swej gęstości. Mary lejce trzymała mocno w dłoniach. Czuła jak wcinają jej się w nadgarstki. Syczała z bólu, mimo to trzymała je mocno. Powóz często niebezpiecznie podskakiwał. Thomas nie zamierzał mówić matce co się naprawdę dzieje. Wiedział doskonale, że jest i tak już dostatecznie przerażona stanem zdrowia ojca. Nie zniosłaby jeszcze wiadomości, że konie poniosły.

Dziewczyna zaczęła śpiewać głośno, by dodać sobie otuchy. Nogami oparła się o drążki starając się utrzymać kierunek. Pioruny biły raz po raz, a głuche konie pędziły. Czuła jak cały powóz trzęsie się, trzeszczy od razów kamieni na jakie wpada z impetem. Przeraźliwie obawiała się, iż sfatygowane koła i osie wozu nie wytrzymają nierówności drogi. W koło zrobiło się szaro – niemal ciemno. Można by powiedzieć, że gęsto padający deszcz sprawił, iż dzień bardziej przypominał wieczór. Przez to Mary nie widziała kamieni na które koła wpadały. Co i rusz wyrastały nie wiadomo skąd i kiedy. Ona miała jedynie na uwadze kierunek i konie. Wyczerpana i zmarznięta nie wiedziała, co z ojcem i matką.

Jedynie w trakcie przerw bicia piorunów słyszała własny głos, lecz co i rusz zaczęła słyszeć coś jeszcze. Z początku wydawało jej się to złudzeniem. Lecz częstotliwość tego odgłosu zmusiła dziewczynę do zastanowienia. Zastanawiała się co to za szum? Co to jest? Co tak huczy? Starała się dopasować ten odgłos do czegoś, co dałoby się określić słowami. Z każdą sekundą słyszała to coraz wyraźniej. Jej rozum zaczął pracować intensywniej. W myślach zaczęła budować się coraz bardziej przerażająca hipoteza. Nagle ze wszystkich sił przychodziła jej do głowy myśl: Rzeka! Ale tutaj? Rzeka! Rzeka! Potok! Przerażenie sięgnęło zenitu. Trzeba zatrzymać konie, lecz te pędziły jak szalone. Ulewa nie malała nawet na chwilę. Gęstość deszczu jak i ciemność ograniczały maksymalnie widoczność. Trzask piorunów odbijał się głębokim echem po pustkowiu. Ledwie widziała pędzące konie.

- Mary ciągnij do siebie! Napręż lejce! Masz za luźne lejce!

- Co?! Co mam?

- Lejce! Za luźne!

Wtedy do niej dotarło. Z jednej strony miała uprząż naprężoną, natomiast z drugiej strony lejce wisiały uderzając po brzuchu konia. Naciągnęła obie strony, i zapierając się ostatkiem sił ciągnęła lejce do siebie. Nawet nie zauważyła Thomas’a – jej brata, który usilnie pomagał jej trzymając ją za surdut, by ta nie spadła z miejsca dla woźnicy. Konie słabły. Mary aż płakała z przerażenia. Ogarnęła ją rozpacz ale i złość, że nie może zatrzymać tych cholernych koni. Nagle powóz skręcił - wyraźnie to poczuła. Szum był już rozpoznawalny. To był szum – a raczej ryk wody. Ogromnej wody. Powóz stanął i konie cofnęły się nerwowo, uderzając zadami o przód powozu.

Dziewczyna niemal nie spadła z siedzenia. I gdyby nie braterska pomoc, przeleciałaby wprost pod końskie kopyta. Nie chciała już nic robić. Chciała przeczekać ulewę. Była cała przemoczona, i dłonie drętwiały jej wywołując ból. Usiłowała wstać z siedzenia woźnicy, lecz był to zbyt duży wysiłek. Dopiero brat pomógł jej podnieść się, i wejść do środka powozu. Matka siedziała przy ojcu drzemiąc z wyczerpania. Ojciec mniej dyszał – również spał.

- Nie będziemy ich budzić. Mama jest wyczerpana, a ojcu przyda się spokojny sen.

- Masz rację. Póki co stoimy. Jak się trochę przejaśni pójdziemy sprawdzić co się dzieje na zewnątrz. Nie wiem skąd się wzięła rzeka na tej drodze. Co prawda był potoczek tam na polanie, ale…

- Czy nie sądzisz, że ten potok tam nie jest tą rzeką tutaj?

Mary zamyśliła się. Widać było, że brat zadał jej trudne pytanie.

- Tom my ujechaliśmy kawał drogi. To skąd tu ten sam potok?

- A skąd wiemy gdzie się wije to draństwo, i z czym się łączy?

- Skąd u ciebie takie określenia?

- Daj spokój! Nie jestem dzieckiem – nie zauważyłaś?

Mary doskonale o tym wiedziała, choć z postury jeszcze nim był. Jednakże lubiła o nim nadal myśleć jak o dziecku. Nie był jeszcze w pełni mężczyzną – bardziej młodzieńcem. Dorastał bardzo szybko. Widać było, iż wie czego chce. Czupryna u niego równie gęsta, jak jej włosy. Choć nie był pełnym brunetem jak ona. U niego dał się zauważyć wpływ cech matki.. Za to oczy miał jak węgle, bardzo bystre. Wydawało się, że umiał prześwietlić każdego na wylot. Tak jakby wiedział co kto myśli. Mary narzuciła na siebie suche ubranie. Chcieli przeczekać aż deszcz ustanie. Zrobiło się zimno i szaro. Z za rozchodzących się chmur, ukazywały się pierwsze promienie słońca. Rozjaśniało się. Trzeba było iść, choć Mary bardzo tego nie chciała. W powozie było sucho i dość ciepło. Niemniej trzeba było sprawdzić, jakie są szanse na dalszą jazdę.

- Tom idziemy – nie bódź mamy. Weź pelerynę i w drogę.

- Już!

I razem – cicho jak się tylko dało starali się opuścić powóz. Nie chcieli budzić matki. Oboje wiedzieli, że zacznie się za chwilę lament i panika.

- Mary a wy dokąd? Co się dzieje?

Emma rozbudzona poruszeniem w powozie ocknęła się z drzemki. Rozglądała się niespokojnie wokół siebie. Usilnie w myślach starała się wszystko ogarnąć.

- Idziemy sprawdzić konie. Przeszła ulewa i musieliśmy przystanąć. Z Tom’m pójdziemy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku – dobrze?

- Dobrze ale uważajcie na siebie. Co tak szumi Mary? Czy to nie rzeka?

- Tak mi się wydaje.

Dziewczyna spojrzała na brata porozumiewawczo, lecz nie chciała nic mówić. Była i tak nieźle przerażona i niesamowicie zmarznięta. Nie sądziła, że podróż a raczej jej końcówka, będzie tak ciężka.

- Rzeka tutaj? To nie możliwe! Potok był obok tamtej polany, to czemu tu tak huczy? Przecież już tyle drogi zrobiliśmy.

- Mówiłam, że była ulewa.

- Ulewa?!

- No dobrze – była burza.

- I? Mów mi zaraz całą prawdę. Była burza i?

- Tylko się nie denerwuj mamo dobrze? Trochę nas konie poniosły.

Matka zamarła. Twarz jej stała się kamienna i surowa. Mimo że ojciec spał zerwała się na równe nogi. Była nie tylko zdenerwowana - była przerażona. Miała dość tej podróży. Nie sądziła, iż ta podróż będzie tak ciężka. Jednocześnie czuła, że nie będzie lekko, że coś się wydarzy. Wręcz niemal była pewna, że jakieś zło czyha na nią i jej rodzinę. Teraz właśnie stała przed takim złem. Teraz właśnie czuła to zło, które się zbliża.

- Jak to poniosły? Czemu ja o tym nic nie wiem? Powinnam wiedzieć! Wiedziałam! Wiedziałam! Wręcz czułam, że coś się stanie. Że jeszcze będziemy mieli kłopoty.

- Mamo nie denerwuj się tak. Wszystko będzie dobrze. Ja i Mary pójdziemy sprawdzić, jakie są warunki na zewnątrz.

- Mowy nie ma! Nigdzie nie pójdziecie! Nie chcę tu zostać sama!

- Mamo pójdziemy tylko sprawdzić. Nie będzie nas zaledwie parę minut. Ty musisz być tutaj i opiekować się ojcem.

Roztrzęsiona kobieta, jakby przypomniała sobie o swym mężu. Spojrzała nań z litością, i przypadła do jego posłania. Jeszcze i to. Nawet nie mogła na niego liczyć w takiej chwili. Była samotna, bezradna i pozostawiona sama sobie.

- Boże! Co teraz? Co teraz z nami będzie?

- Wszystko będzie dobrze – zobaczysz.

Emma tylko kiwała głową. Miała serdecznie dość tej podróży. Miała dość wszystkiego, co się z nią łączyło. Tęskniła do ciepłego życia we własnym domu, ze służbą i pokojowymi. W myślach przysięgała na wszystkie świętości, że już nigdy nie pozwoli na takie eskapady poza domem. Mary z Tom’m wyskoczyli na murawę. Koła prawie stały w wodzie, a ich obręcze dokumentnie oblepione były błotem. Kamasze z wysokimi cholewami teraz się przydały, bo stali po kostki w wodzie. Drogi nie było widać. Wszędzie wielkie kałuże wody i błota. Widok jaki mieli przed oczyma był zatrważający. Łukiem zjechali z drogi, i stali prawie że nad urwiskiem.

Niemal parę metrów od kopyt końskich, ziemia zupełnie została podmyta. W wyżłobionym korycie rwała szaleńcza rzeka. Żywioł szumiał złowieszczo, bulgotał – a czasami przypominało to ryk czy trzask. Widok ten budził przerażenie. Tak niewiele brakowało. Wprost wpadliby w jej nurt. Mary była blada, ale trzeźwa. Thomas badał teren.

- Nie podchodź zbyt blisko. Grunt jest zbyt grząski. Skorupa może się osunąć.

- Musimy zawrócić i powrócić na drogę. Ale nie ma mostu. Tu gdzieś musi być most.

Rozglądali się po okolicy wzdłuż rzeki. Nurt był rwący i niósł ze sobą wszystko, co się tylko dało ponieść. Płynęły konary, plątaniny gałęzi i kęp wysokich traw. Thomas poszedł wzdłuż rzeki w prawą stronę – tam gdzie miała być droga. Mary nagle mignęło coś w nurcie rzeki. Już miała się odwrócić, gdy z nurtu rzeki – niby w wielkim młynie – koziołkował powóz z szarą plandeką – tudzież jakieś tobołki, i wszystko było jasne. Tamci na polanie musieli mieć kłopoty. Pozostali na polanie, która leżała w dolinie obok potoku. Pewnie to on zmienił się w szaleńczą rzekę. Musiało to ich zaskoczyć. Dziewczyna przypatrywała się rzece przez jakiś czas. Nie widziała więcej wozów ani niczego co by je przypominało. Może tylko jeden został poniesiony przez prąd. Tom powrócił po paru minutach.

- Tam jest most. Jakieś trzysta metrów zjechaliśmy z głównego traktu na dziką drogę. Kiedyś pewnie była używana – teraz - odkąd zbudowano ten most już nie jest potrzebna.

- Da się przejechać?

- Mam nadzieję, lecz nie jest on w najlepszym stanie. Woda prawie przelewa się przez niego. Na jego przęsła naniosło mnóstwo kłączy i konarów. Jak chcemy przejechać, to musimy się śpieszyć. Most może runąć w każdej chwili.

- Ale nasz wóz jest dość ciężki, a do tego nas czworo.

- Siła w prędkości. Most ma zaledwie dwieście, trzysta metrów. To nie jest tak dużo.

- Mama oszaleje jak się dowie.

- Nie dowie się. Powiemy, że śpieszymy się z powodu ojca.

W tym momencie Mary była z brata dumna. W takich sytuacjach zawsze wykazywał się hartem ducha, i męską odpowiedzialnością. Milcząc ruszyli z powrotem. Oboje wiedzieli co ryzykują? Lecz to jedyny sposób na to by przejechać. Matka czekała na nich z niecierpliwością.

- Gdzie byliście tak długo? Czekam i czekam.

- Już wszystko wiadomo.

- Co wiadomo? Ja nic nie wiem!

- Po ulewie potok zwiększył swą objętość, i przemienił się w rwącą rzekę. Całe szczęście, że most nadal jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz