Tom II – część 34
Lord de Blackstone doskonale rozumiał, że obaj są bardzo niezadowoleni z takiego obrotu sprawy. Sara z Ashton’m również to zauważyli. Jeffrey wykonał do nich dyskretny znak dłonią, by się nie denerwowali. Gdy cała trójka pozostała sama, Jeffrey rozpoczął rozmowę którą zaplanował.
- Moi drodzy! Pewnie się dziwicie, dlaczego tak się zachowuję.
- No… delikatnie mówiąc, ale…
- Wiem, wiem. Saro, jak i ty Ashton’e będę potrzebował waszej pomocy.
- W czym?
- Mam parę powodów dla których o piątej planuję to spotkanie. Jak sądzisz Saro? Jaki związek z dzisiejszym dniem ma twoja matka?
Kobieta spojrzała na lorda de Brams’a – potem na Jeffrey’a. Na jej twarzy – przez parę sekund – malowało się skupienie. Po czym od razu otworzyła oczy ze zdumienia. I już wiedziała.
- Skąd wiedziałeś?
- Co takiego? O czym mówicie?
Lord Ashton de Brams nadal nie rozumiał, o czym oboje mówią. Wykonał przy tym gest dłońmi by to podkreślić.
- Moja mama ma dzisiaj urodziny sir Ashton’e. Jak mogłam o tym zapomnieć. Skąd ty o tym wiedziałeś Jeff?
- Ktoś musi pamiętać o takich sprawach. Wszyscy macie nie mało obowiązków.
- Jak widzę jesteś bardzo wyrozumiały Jeffrey’u.
Odezwała się Sara słysząc jego słowa. I choć była na siebie zła za to, iż nie pamiętała o tak ważnym wydarzeniu – odczuwała wielką wdzięczność. Ashton od razu zauważył więź, jaka łączy jego Przyjaciela z tą młodą kobietą. Może nieco odczuwał ogarniające go zdziwiennie z powodu dość widocznej różnicy wieku między nami. Rozumiał teraz dlaczego Jeffrey, tak skrupulatnie dba o wygląd czy tężyznę fizyczną. Rozumiał, że dbał o to i wcześniej. W obecnym czasie miało to jeszcze głębsze znaczenie. Jeszcze bardziej podziwiał go za to.
- Wspomniałeś Jeff o powodach.
Sara wtrąciła swoje pytanie, nadal odczuwając wdzięczność za jego zapobiegliwość. Niemniej od razu zauważyła zmianę wyrazu twarzy Jeffrey’a. Spostrzegła w jego twarzy coś na kształt skupienia, troski. On wyraźnie spoważniał.
- I tu mam problem Saro. Jednak powiem wprost. Twoi rodzice jak wiesz, zajęli się rozwojem firmy.
- Tak wiem. Kto by przypuszczał, że tak szybko z małej działalności, stworzą wielki biznes. Ale to chyba dobrze, co?
Mężczyzna był wyraźnie zatroskany. Martwił się tym, i to leżało mu na sercu.
- Patrząc na to ze strony firmy zapewne to i wielki sukces. Jednak patrząc na to ze strony ich obojga, to już nie jest tak oczywiste.
- Co masz na myśli?
Zapytał przebywający w gościnie lord Ashton de Brams. Teraz i on był zaintrygowany tym co słyszał. Nie mniej nie zręcznie było mu wtrącać się do spraw – bądź co bądź – rodzinnych.
- Dość długo miałem okazję obserwować zachowanie obojga. Saro! Sądzę, że jeśli twoi rodzice nie zmienią czegoś w swoim życiu, bardzo szybko się wypalą. Ich pasja szybko zniknie tak, jak się pojawiła.
- Nie rozumiem. Co masz na myśli?
- Dzisiaj dość uważnie ich obserwowałem – tu przy obiedzie. Nie wiem, czy ty zauważyłaś ale oni są coraz bardziej wykończeni. Twoja matka ma podkrążone oczy, worki pod oczami. Coraz częściej nie umie się skupić na prostych sprawach. Coraz bardziej zmęczenie daje o sobie znać Saro. Twój ojciec - jak sądzę – ma te same problemy.
- I o tym chcesz z nimi rozmawiać?
- Między innymi Saro. Niemniej to trzeba im uzmysłowić – puki czas.
- Czuję, że jest coś jeszcze – prawda?
- Tak. Poważnie zastanawiam się nad przyszłością Matthev i Thomas’a.
- A co z nimi?
- Obaj nie są już dziećmi. Obaj winni pomyśleć o swojej przyszłości. Nie może tak być, by obaj zachowywali się, jakby nie mieli żadnych obowiązków. Mam poważne obawy co do tego, czy twoi rodzice Saro zauważają ich beztroskę. To ostatnia sprawa i nie wiem – mówiąc szczerze – czy nie najważniejsza.
- Co do tego tematu muszę się z tobą zgodzić Jeffrey’u. Faktycznie, obaj osiedli na laurach.
- No właśnie. Miałem również nadzieje, że w razie czego mogę na ciebie liczyć Saro.
- Możesz na mnie liczyć.
Lord Ashton de Brams przysłuchiwał się argumentom Jeffrey’a. Uważał, iż choć nie znał rodziców Sary – motywacja jego Przyjaciela była słuszna. Nadal się nie wtrącał. Nie chciał zajmować głosu w poruszonych przez Jeffrey’a tematach. Dochodziła już trzecia trzydzieści, gdy wszyscy wreszcie wyszli z jadalni. Naturalnie winda miała powodzenie. Drzwi zamknęły się cicho, po czym winda z wolna ruszyła ku górze. Na drugim piętrze przystanęła. Drzwi uchyliły się, i cała trójka wyszła na zewnątrz.
- Nie jedziesz windą do siebie Saro?
- Ten kawałeczek przejdę schodami. Wysiadłam tu z wami, bo chciałam tobie podziękować.
- Za co?
- Za to, iż ty jeden stajesz na szczycie zadania. Ty jeden jesteś w stanie myśleć o każdym – choć nie musisz. Prawda?
- To nic takiego Saro. Jesteście moją rodziną. Nie chciałbym by w niej coś źle się działo. Kocham was wszystkich, i moim dążeniem jest wasze szczęście. A nie może go być bez rozsądnego myślenia. Są obowiązki, i są przyjemności – ale i jest rodzina Saro. To największy skarb każdego z nas.
Sara bardzo kochała Jeffrey’a. Teraz po tej rozmowie kochała go jeszcze bardziej. Czuła, że w tym co mówi ma rację. Wiele razy widziała, jak jej matka snuła się po domu zmęczona, nie umiejąc sobie znaleźć miejsca. Widziała jak jej ojciec wiele wysiłku, wkładał we wszystko co tyczyło się firmy. Często zapominał o domu, rodzinie. Coraz mniej zajmował głos tam, gdzie winien go zająć. Jej bracia to osobny temat. Dorastali i ona wyraźniej to dostrzegała niż jej rodzice. Ich temat schodził na dalszy plan, jakby dla ich spokoju. Jej rodzice nie chcieli tego widzieć, a może nie mieli na to siły? Tak czy owak – źle się działo. Matthev znikał na całe dnie nie licząc szkoły. Jego obycie czy postępowanie również zmieniały się, i to w cale nie pozytywnie. Thomas poza nauką, zauroczony towarzystwem Maggie, więcej bywał w jej towarzystwie poza domem niż w domu. To się musi skończyć, gdyż inaczej sytuacji przerośnie ich wszystkich. I to wtedy nie da się nad tym zapanować.
- Możesz mi przypomnieć, za co ja cię tak kocham?
- A kochasz?
- A musisz pytać?
Uśmiechając się w szczególny sposób Sara ruszyła w kierunku schodów. W drodze uniosła do góry prawe ramię, poruszając palcami. Panowie ruszyli do salonu na piętrze Jeffrey’a. Drzwi zamknęły się za nimi bezszelestnie. Od jakiegoś już czasu lord Jeffrey de Blackstone spostrzegł, iż Ashton coraz częściej milczał. Podczas rozmowy z Sarą dyskretnie go obserwował. Już w tedy zastanowiło go to jego milczenie. Choć bardziej wyglądało mu to na zadumanie czy zamyślenie. Jednak gdy zostali sami w salonie, chciał zapytać o powód tego milczenia. Co go też tak zafrapowało. Obaj rozsiedli się wygodnie w fotelach.
- Muszę ciebie przeprosić Ash za te – być może – krępującą rozmowę z Sarą.
- Nie ma za co przepraszać. Nie określiłbym jej jako krępującą. Bardziej nazwałbym ją rozważną. To co słyszałem było ze wszech miar uzasadnione.
- Dzięki Ash! Niemniej zauważyłem, że coraz częściej milczysz. Byłeś jak mniemam taktowny.
- To też Jeff! Jednak nie tylko dlatego milczałem.
- Tak? Zatem mogę poznać powód twego milczenia?
- Zastanawia mnie kwestia, jaką poruszyłeś w rozmowie z Sarą.
- To znaczy?
- Chodzi mi o rozmowę w temacie chłopców. Powiedz mi – proszę – oni są w średniej szkole – prawda?
- Nie zupełnie. Matthev uczy się w wyższej szkole matematyczno-informatycznej. Powiększył sobie zakres kierunków o grafikę i biznes.
- To solidny kierunek, ale i bardzo trudny. Jak on sobie daje radę?
- On ma wielki talent Ash. Fakt rozszerzenia sobie profilu o grafikę i biznes – o tym świadczy. Niemniej to chłopak, i musi czuć męską rękę. Mam na myśli pełną uwagę, konstruktywną kontrolę, kreatywne ukierunkowanie.
- A nie ma tego?
- Nie w tym rzecz Ash. Steven jest bardzo dobrym ojcem, i nie ma co do tego wątpliwości. Jednak ostatnimi czasy – a myślę, że to i też moja zasługa – w ich życiu wiele się zmieniło. Ich dotychczasowe życie diametralnie się zmieniło Ash. W porównaniu z warunkami tutaj, tam mieli mały domek – tu mają wielką posiadłość. Tam Steven pracował w nic nie znaczącej obcej firmie – tu ma własną i to nie małą. To zajmuje wiele sił i czasu. I z tego co widzę, obojgu zbyt wiele czasu to pochłania. Tym bardziej, iż wysiłek ten zabiera lwią części ich samych z życia rodzinnego. Oni niemal nie wypoczywają. Wciąż praca i praca.
- No tak. A to co najważniejsze – dzieci – idą na bok.
- Dokładnie tak. To dobre określenie – na bok. Oni rosną, i tego się nie nadrobi. To ostatni dzwonek na to, by skierować ich w odpowiednim kierunku. Jeśli obecnie się coś nie zmieni w ich relacjach, to później – za moment – nie zapanuje się nad nimi.
- To prawda. A ten drugi chłopak? Jak on ma na imię?
- Thomas.
- Właśnie – Thomas. On jest młodszy od Matthev – prawda?
- Tak. Właśnie kończy średnią szkołę. Nie bardzo wiem, jakie ma plany na przyszłość, lecz na ile się orientuję – Thomas jest humanistą. Dotąd coś słyszałem od Vivienne – jego matki, iż zamierza on zgłębić anglistykę. Jednak…
- Rozumiem. Zresztą i tak podziwiam ciebie Jeff.
- A to z jakiego powodu?
- Nigdy bym nie przypuszczał, że będzie z ciebie ojciec – choć nim dotąd nie byłeś. To nie łatwe zadanie – wierz mi.
- Pewnie tak. Nie mam konkretnego doświadczenia w tym względzie ale myślę, że wiem o czym mówisz. O Sarę, najstarszą córkę Forest’w nie martwię się wcale. Lecz poważnie trapi mnie los obu chłopców. Matthev co prawda jest orłem na swojej uczelni – jednak zmienia się i sądzę, że nie na lepsze. Natomiast Thomas…., z nim będą kłopoty. Chyba, że w czas się za niego wezmę. Nie ma kłopotów w nauce, lecz nie jest takim orłem, jakim jest jego brat. Tu trzeba wiele uwagi.
- Rodzice o tym wiedzą?
- Myślę że tak. Niemniej nie mają czasu na pełną uwagę. Samo to, że nie kontrolują jego spraw sercowych. Thomas poznał dziewczynę. Jego zdaniem kocha ją. Jednak ja myślę, że ona go oszukuje, zwodzi. Jej charakter, mentalność, inspiracje. To wszystko źle rokuje dla niego. On powinien się kształcić. Tu nie tylko chodzi o średnią szkołę. Niemniej sam się za to nie weźmie, puki ona koło niego krąży. Jego matka uważa, że to patologiczna rodzina. Nie wiem. Nie byłem u niej w domu, jak i nie widziałem jej rodziców. Jednakże byłem świadkiem jej zachowania podczas barbecue w mojej posiadłości.
- On ją zaprosił?
- No tak. Zresztą sam nie widziałem nic w tym złego, choć Vivienne pierwsza sygnalizowała swoje spostrzeżenia.
- Czyli sama już musiała dostrzec coś, co ją zaniepokoiło.
- No tak. Nie trzeba było na efekty długo czekać. Wyobraź sobie, że będąc u mnie w posiadłości podczas barbecue, ośmieliła się prawić mi, jak i jego rodzicom kąśliwe aroganckie uwagi. I to nie pozbawione nuty agresji. Jawnie buntowała Thomas’a przeciwko jego rodzicom, jak i mnie samego.
- I co uczyniłeś w takim przypadku?
- Kazałem ją odwieźć na najbliższy przystanek autobusowy.
- Jak to? To ona nie mieszka tu na miejscu?
- Nie. Ona jest z pod Londynu, czy też z samego Londynu. Niemniej ja nie widziałem potrzeby organizowania jej transportu do samego domu. Może w innych okolicznościach – rozumiesz?
- Doskonale rozumiem Jeff. A co na to Thomas?
- Chyba rozumiesz, że nie był tym zachwycony. Ona sama nie chciała opuścić posiadłości. Zatem poleciłem służbie ją usunąć niemal siłą. I to jeszcze obrzuciła nas takim stekiem inwektyw, że nawet Thomas był tym zniesmaczony. Nawet on.
- No wyobrażam sobie. Jednak skoro tak było, skoro tak on zareagował na jej zachowanie – znaczyłoby to, iż sam nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Po prostu do końca ją nie zna.
- I tu masz rację. Z jego strony bardziej mi to wygląda na współczucie co do niej. Tam jest bieda, brak wszystkiego. Jednak Vivienne stwierdziła, iż tam jest brud i mnóstwo alkoholu. Sam rozumiesz. To nie miejsce dla takiego chłopca jak Thomas.
- Raczej nie.
Obaj panowie rozmawiali z wielkim zaangażowaniem. Lord Ashton de Brams coraz bardziej rozumiał iż decyzja jego przyjazdu do posiadłości Przyjaciela, była jednak dobrą decyzją. Czuł się tu niemal jak we własnym domu. Kochał Jeffrey’a niemal jak brata. I był ogromnie szczęśliwy, iż ich kontakt odżył ponownie. Chciał już to wyrazić słowami, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę!
Lord de Blackstone od razu zareagował, choć przez moment widział zafrapowanie Przyjaciela. Drzwi otworzyły się, i do wnętrza niepewnie wszedł George. Taktownie się uśmiechnął.
- Tak George!
- Przepraszam sir. Chciałem jedynie powiadomić, iż wszystko jest przygotowane tak, jak pan polecił.
- Świetnie. Czy mam wszystkich powiadomić, by przybyli do salonu, czy…?
- Już informowałem wszystkich.
- Czy mogę jeszcze o coś zapytać sir?
- Słucham!
- Czy wszyscy państwo mają się spotkać najpierw w salonie tutaj, czy…?
- Naturalnie tutaj w salonie. Później dam tobie znać, co do reszty. Najważniejsze, że wszystko jest przygotowane.
- Oczywiście sir. Zatem będę oczekiwał na dalsze polecenia sir.
- Doskonale. Ale, ale. Jak widzę, już niemal piąta. Ashton’e, czy pozostajesz tu ze mną, czy…?
- Daj mi proszę chwilę. Odświeżę się, i za moment będę do twojej dyspozycji.
- Oczywiście.
Lord de Brams wyszedł z salonu. Jego pokoje były na tym samym piętrze, tuż obok pokoi lorda de Blackstone. Toteż nie musiał się bardzo śpieszyć. Po paru minutach Jeffrey, otworzył oba skrzydła drzwi na rozcież. Chciał uniknął kolejnych zaproszeń do wejścia. Lekko uchylił okiennice tuż obok wspaniałego obrazu przedstawiającego scenę rodzajową pędzących koni po łące. Z zaciekawieniem chwilę się mu przyglądał. Konie pędziły w zgodnym zwartym tabunie, jednak na przedzie widać było czarnego mustanga. Ich długie grzywy, porywane przez pęd wiatru stwarzały niemal zjawiskowy wygląd.
W drzwiach stanęła Sara. Nim się odezwała, przyglądała się chwilę stojącemu mężczyźnie. Kochała go i doskonale wiedziała, iż konie to jego miłość. Wiele razy zastanawiała się nad tym, czy owa miłość do koni, jest większa od miłości jego do niej. Jakie ona ma szanse na rywalizowanie z taką miłością. Wiele by dała za poznanie jego myśli właśnie w tej chwili. Właśnie w takim momencie, gdy jego oczy pasyjnie napawają się ich pięknem – pięknem pędzących koni. Po chwili uśmiechnęła się sam do siebie, i zapukała dwa razy w rozwarte drzwi.
- Jak widzę, znowu upajasz się pięknem tych dzikich istot kochanie.
- O tak! Za każdym razem gdy na nie patrzę, niemal brak mi tchu. Nie mogę wyjść ze zdumienia. Ile w nich siły, wolności, dzikiej namiętności. One niemal żyją naturą. Współgrają z nią. Są nią. Każde z nich to indywidualna jedność, a jednak i jedność w całym tabunie.
Jeffrey kończąc swą odpowiedź obrócił się w stronę drzwi. Ujrzał Sarę we wspaniałej długiej sukni. Nie wypowiedział już ani słowa. Żywo granatowy kolor rozjaśniał długi sznur śnieżnobiałych pereł. Suknia z lejącego materiału, zebrana była w pasie z prawej strony białym kwiatem lilii. Tworzyło to istne girlandy spływające w dół kreacji. We włosach miała wpiętą różę w kolorze sukni z maleńkimi migocącymi brylantami. Jeffrey’i niemal dech zaparło. Jej wygląd był wręcz nieziemski. Włosy zebrane doskonale, ułożone na jedną stronę odsłaniając prawe ucho.
Wpięty w nie kolczyk z kamieniem szafiru dopełniał całości. Przez moment nie mógł się ruszyć z miejsca. Stał niemal oszołomiony. Uśmiechała się doń tak ciepło, iż każdy lód by skruszałby natychmiast. Wykonała ku niemu jeden następnie drugi krok. On również zareagował idąc w jej stronę.
- Nie wiem co powiedzieć Saro. Wyglądasz olśniewająco.
- Dzięki Jeffrey’u. Nie łatwo jest konkurować z tymi tam.
- Chodzi tobie o konie?
- A widzisz coś poza nimi na tym obrazie?
- Och Saro!
- Dajmy temu spokój Jeff. Jak widzę, jestem tu jako pierwsza. Nie licząc naturalnie ciebie.
- No tak. Był Ashton, lecz na chwilę wyszedł. O już jest.
Mężczyzna uśmiechnął się doń lekko, ale zaraz spojrzał na stojącą obok Sarę – wrócił wzrokiem do Ashton’a. Ten spojrzał z uwagą na siebie.
- Czy coś jest nie tak w moim wyglądzie?
- To nie oto chodzi Ash. Ale wy chyba się zmówiliście. Sara na granatowo, teraz i ty.
I rzeczywiście. Lord de Brams zmienił garnitur na ciemno granatowy, jasno błękitną koszulę z niebieskim krawatem. Srebrna spinka przy nim pobłyskiwała w świetle dnia. Co prawda lord de Blackstone również wyglądał elegancko. To jednak Sara i Ashton wyglądali wręcz uroczyście. Jeffrey uśmiechnął się do nich szeroko. Wiedział, że żartuje sobie z nich obojga, starając się wprowadzić luźniejszy nastrój.
- No dobrze, już dobrze. Troszeczkę sobie z was żartuję. Wybaczcie. Niemniej wyglądacie nadzwyczaj elegancko. Ciekaw jestem wyglądu reszty rodziny. Słyszałem na schodach kroki. Pewnie za moment tu będę.
I nie mylił się. W drzwiach stanęła Vivienne ze Steven’m. Okazało się, iż Vivienne ubrała lekką kreację za kolana w kolorze ciemnego srebra. Widniał na nim deseń roślinnego akantu w postaci pędów paproci w kolorze głębokiego fioletu. Subtelna kolia z maleńkimi kamieniami granatu dopełniała całości. Włosy miała ułożone w fantazyjny kok. Jedynie z tyłu spływały w dół lejące się loki,. Steven pojawił się w stylowym garniturze z czarnymi klapami z aksamitu. Dodatkiem była kamizela ze srebrnego adamaszku. Jedwabny krawat kontrastował czernią z bielą koszuli. Jeffrey odetchnął.
- No to mamy komplet. A gdzie chłopcy?
- Oni zaraz będą.
Po chwili obaj weszli do salonu z uśmiechami na twarzach. O czymś jeszcze rozmawiali, jednak gdy zastali wszystkich w salonie – nagle ucichli. Obaj co prawda byli ubrani dość schludnie, ale wciąż na luzie. Dżinsy, kraciaste koszule, dżinsowe kamizele. Niesforne włosy Matthev, jak i Thomas’a – mimo usilnego czesania, i tak układały się po swojemu. Zaraz po tym w drzwiach pojawiły się Margaret i Tessa. Pokojówki wjechały z małym dwu blatowym bufetem, na którym znajdowała się patera z ciasteczkami – na drugim wielka taca z napojami i szklaneczkami. Ustawiły to wszystko na blacie stolika stojącego obok kominka. Wyszły zamykając oba skrzydła drzwi.
- Kochani! Mam nadzieję, że nie sprawiłem wam kłopotu tym zaproszeniem.
- Żadnego kłopotu Jeffrey’u. Jest nam bardzo miło.
- No nie do końca.
Thomas patrząc uważnie na brata odburknął to krótkie zdanie. Matthev nic się nie odzywał. Choć i jemu to spotkanie nie pasowało. Lord Jeffrey de Blackstone znał przyczyny niezadowolenia obu. Niemniej nie zwracał na to uwagi. Vivienne – matka chłopców tylko syknęła z niezadowoleniem do Thomas’a.
- Co się z tobą dzieje Tom? Wstydź się! Przepraszam ciebie Jeffrey’u za niego.
- Nie ma za co Vivienne – rozumiem. Niemniej pewnie zastanawiacie się nad powodem naszego spotkania. Jak wiedzę udało mi się to zaskoczenie. Zatem pierwszym powodem jest ten właśnie dzień. To twój dzień Vivienne – dzień twych urodzin.
- Matko! Sama o tym zapomniałam. Jak miło Jeffrey’u, że o tym pamiętałeś. Jestem tobie wdzięczna.
- Ten fakt nie mógł przeminąć bez echa Vivienne.
Mężczyzna podszedł do sekretarzyka, i wyciągnął dużą ozdobną teczkę. Oprawiona w skórę koloru burgundu z licznymi złoceniami. Kobieta była wzruszona. Nie spodziewała się takiej niespodzianki. Trzymając teczkę, nawet nie sprawdziła co trzyma w dłoniach. Wciąż wpatrywała się w lorda de Blackstone. Ten uśmiechnął się życzliwie, wskazując dłonią teczkę.
- Moja droga! Widzę, że jesteś wzruszona. Niemniej ten dzień nie mógł minąć bezwiednie, jak wiele innych. To twoje święto. Przyjmij proszę ten prezent w dowód mojego wielkiego zaufania w stosunku do ciebie.
Vivienne drżącymi dłońmi otworzyła pokaźnych rozmiarów teczkę. W niej to umieszczony był uroczysty akt współwłasności firmy rodzinnej. Prócz uroczystego aktu własności, Vivienne otrzymała w prezencie coś jeszcze. Jednak by tę rzecz dopełnić lord de Blackstone poprosił ją o przejście do biblioteki głównej. Chodzi o największą bibliotekę, znajdującą się na pierwszym piętrze. To najstarsza biblioteka w posiadłości. Zatem wszyscy udali się tam za jego prośbą. Drzwi były uchylone, i lord de Blackstone – jako pierwszą zaprosił doń Vivienne Forest. Gdy weszła nie bardzo wiedziała o co chodzi. Dopiero gdy wszyscy weszli, lord de Blackstone uśmiechając się, wskazał galerię rodzinnych obrazów.
Wielka ściana doń przystosowana, miała jeszcze mnóstwo wolnego miejsca. Ostatnia z ram zasłonięta była białym materiałem. Na wielkiej komodzie stały wspaniałe kwiaty. Jeffrey poprosił Vivienne o podejście do rzędu portretów.
- Jak pamiętasz Vivienne, na samym początku wspomniałem wam wszystkim, iż ten dom ma być domem rodzinnym. Przeto dzisiejszy dzień jest wielkim dniem dla ciebie. To co w tej chwili zobaczysz jest ukoronowaniem mojej obietnicy. Proszę cię teraz o dokonanie odsłonięcia tej materii.
Wszyscy byli ciekawi tego, co kryje biała narzuta. Sara domyślała się, jednak nic się nie odzywała. Uważała, że to jest chwila dla matki. To jej czas. Kobieta była tak przejęta, iż nie bardzo do niej docierało to, o czym mówił Jeffrey. Dopiero Steven podszedł doń chwytając ją za dłoń.
- Kochanie! To dla ciebie.
Spojrzała nań z miłością. Nie spodziewała się takiej niespodzianki. Uchwyciła róg materiału, i lekko pociągnęła go w prawą stronę. Materia opadła na ziemię. Oczom wszystkich ukazał się portret lady Vivienne Forest. Stała przy jednym z filarów na tarasie. Przyglądała się sobie samej na portrecie, nie mogąc sobie przypomnieć tej sytuacji. W ogóle nie pamiętała, by kiedykolwiek stała na tarasie przy filarze w tak pięknej sukni. Nawet takiej nie miała. W ogóle wszystko na tym portrecie było nieziemskie – nie realne. Włosy spływały na ramiona jak girlandy. We włosach miała wpięty diadem, którego największy kamień znajdował się dokładnie na jej czole.
Suknia koloru wrzosu, układała się idealnie na ciele Vivienne. W pasie widniała ciemno wrzosowa aksamitna przepaska, której końce spływały po sukni do samej ziemi. Na ramionach widniała szarfa. Vivienne przyjrzała się jej dokładniej. Nikt się nie odzywał. Na szarfie widniały kolory już jej znane. Gdzieś już je widziała. Była tego wręcz pewna. W pewnym momencie odwróciła się do Jeffrey’a – będąc poruszoną do granic. Przez chwilę Sara odczuwała lęk przed tym, co działo się z jej matką. Steven stał obok, i od razu połapał się w tym co przedstawiał portret. Lord de Blackstone, na chwilę podszedł do stojącego przy oknie biurka. Leżało na nim duże pudło w kolorze wrzosu. Na nim leżało płaskie pudło z implikacją na herbowej karcie.
- Widzę, że jesteś nieco zaskoczona. Pozwól, iż wyjaśnię tobie okoliczności, których nie rozumiesz. Potem zapytasz, gdy coś nadal będzie ciebie nurtowało.
Kobieta jedynie kiwnęła głową na zgodę. Nie była niezadowolona, ale była totalnie zaskoczona. Steven wraz z Sarą również byli zaskoczeni tą sytuacją. Oboje cieszyli się tego, że Jeffrey w taki sposób docenił Vivienne. To był najlepszy dowód na to, iż w pełni uznał ją za członka własnej rodziny. Nim kobieta potrafiła ochłonąć, lord de Blackstone trzymał ją już za dłoń.
- Wiem o czym myślisz.
- Czyżby?
- Vivienne, to jest wypisane na twej twarzy. Dziwisz się temu co widzisz? Widzę to pytanie w twoich oczach. Zastanawiasz się jak to możliwe – prawda?
- Bo ta scena to fikcja. To samo powiedzą Steven i Sara. Zapytaj ich.
- Nie ma takiej potrzeby. Sam to wiem. Posłuchaj proszę. Każdy z tych portretów, które tu wiszą w galerii – jak zresztą wiele innych w innych posiadłościach – są w jakimś stopniu fikcją. Mówię tu o portretach malowanych ręcznie. Ten właśnie taki jest. Zamówiłem go jakiś czas temu u portrecisty. Jedynie częścią realnie porównawczą jest twoja twarz, włosy, jak i postura. Roślinność jest również realna. Taka, jaka występuje w naszym ogrodzie. Fikcją jest układ tych wszystkich elementów tu na tym portrecie. Na tym właśnie polega tworzenie portretów w wielu rodach. Tak naprawdę nie ma znaczenia, co znajduje się wokół osoby portretowanej. Liczy się tylko rzeczywisty wygląd samej osoby portretowanej. Liczy się tylko rzeczywisty wgląd samej osoby. Chyba że życzeniem osoby portretowanej jest uchwycenie całości w rzeczywistym wyglądzie. A z tym jest różnie. Rozumiesz?
- Rozumiem. Jednak skąd ta suknia, ta szarfa?
- Już tłumaczę. Daj mi proszę chwilkę.
Podszedł do biurka, zabrał z blatu dwa leżące tam pudła. Wszyscy w oczekiwaniu przyglądali się Jeffrey’i. Mniejsze pudło położył na blacie komody, tuż koło stojących tam kwiatów. Większe – trzymając w dłoniach – skierował ku Vivienne.
- Oto jest odpowiedź na twoje pytanie Vivienne. Otwórz proszę. To prezent ode mnie dla ciebie. Wiem od ciebie jak i od Sary, że kochasz ten kolor.
Steven z wielką miłością obserwował żonę. Wszyscy widzieli w jej oczach wielkie wzruszenie z zaskoczeniem. Zupełnie się tego nie spodziewała. Pudło było przepasane wspaniałą wstęgą w kolorze burgundu. Pieczołowicie ułożona kokarda, przyprawiła o drżenie jej dłoni. Pociągnięta za jeden z końców, wstęga spoczęła w jej palcach. Sara przejęła od niej tę wstęgę, jak i całe pudło – by pomóc matce. Widziała jak ta niemal drży na całym ciele. Kobieta miała łzy w oczach. Starała się opanować, lecz nie miała sił. Uchwyciła wieko. Kładąc je na blacie komody, jednocześnie spojrzała na Steven’a. Ten na znak akceptacji, skinął tylko głową. Rozchyliła białą bibułę – zamarła.
Wewnątrz pudła znajdowała się suknia – ta sama, którą przedstawiono na portrecie. Ponownie spojrzała na Steven’a – później na Jeffrey’a. Lord Ashton de Brams, również był poruszony tą sceną. Uchwyciła materię sukni w taki sposób, jakby bojąc się, iż dotykiem uszkodzi jej delikatną strukturę. Jeffrey uśmiechał się życzliwie. Nie spodziewał się, że ta sytuacja podziałała i na niego. Lord Ashton dyskretnie zerkał na Przyjaciela, uśmiechając się ze zrozumieniem. Vivienne wyciągnęła suknię z pudła. Jej zachwyt sięgnął zenitu, odbierając jej na moment możliwości wypowiedzi. Sara chcąc dać matce czas na wytchnienie od przeżyć, przytuliła ją do siebie.
- Wszystkiego najlepszego mamo! Żyj nam sto lat. Kocham cię.
- Ja ciebie również kocham. Dziękuję Saro.
- A tu przyjmij ode mnie następny z prezentów. To co prawda element stroju, jednak bardzo ważny. Widziałem, iż przyglądałaś się temu w szczególny sposób.
Lord Jeffrey de Blackstone ujął w dłonie ostatnie z pudeł. Tym razem otworzył je sam. Wewnątrz znajdowała się szeroka szarfa. Teraz mogła dokładniej przyjrzeć się jej kolorom. Mogła również rozpoznać wyhaftowany na niej wzór, czyniący ją niezwykłą. Już wiedziała. ten sam wzór widnieje niemal wszędzie w newralgicznych miejscach. Wiedziała już, że to kolory rodowe rodu de Blackstone.
- Oczywiście – jak mniemam – w tej chwili rozpoznajesz kolory, jak i herb na szarfie. Ta szarfa jest elementem rodowym Vivienne. Jeśli spojrzysz na wszystkie portrety kobiet – portrety oficjalne – noszą one tę samą szarfę. Co prawda każda z nich ma własne herby – jeśli chodzi o kobiety wchodzące do naszej rodziny. W takim razie, jeśli były połączone ślubem z członkiem naszego rodu, ich herb łączył się z naszym. Ich herb wchodził do rodowych dokumentów, a kobieta przyjmowała herb męża. Jednak działo się tak tylko wtedy, gdy w dokumentacji poszczególnych małżonków nie było intercyz. Jeśli byłaby podpisana – na szarfach ukazałby się herb strony zawierającej małżeństwo. Tej podpisującej intercyzę.
- To bardzo skomplikowane.
- Tak, to prawda. Niemniej to konieczność. To warunek chroniący nasz ród, i nie może być pominięty.
- Tak. Rozumiem. Prawdę mówiąc to dla mnie za bardzo zawiłe. Niemniej jestem tobie Jeffrey’u wdzięczna. Z całego serca dziękuję tobie za pamięć z twej strony. Naturalnie również za prezenty w postaci portretu, sukni, jak i tego najważniejszego. Rozumiem, że szarfa którą trzymam tu w dłoniach jest tylko symbolem. Jest informacją potwierdzającą, iż w pełni uznałeś mnie za swoją krewną Jeffrey’u, poprzez małżeństwo ze Steven’m Forest’m. To dla mnie bardzo wiele znaczy. Dziękuję za to wszystko.
- Nie ma za co moja droga Vivienne. Jednak jeśli myślisz, iż to koniec niespodzianek to…
- Chcesz powiedzieć, że coś jeszcze mnie czeka?
- W samej rzeczy. W tym celu za moment zaproszę wszystkich do sali gościnnej na parterze. Obecnie pozostawię was na chwilkę samych.
Mężczyzna podszedł do biurka, i pochwycił słuchawkę telefonu. Spojrzał jeszcze na wszystkich w salonie. W słuchawce odezwał się George.
- Czy wszystko jest gotowe George?
Jeffrey od razu otrzymał potwierdzenie na które czekał.
- Wspaniale! Zatem już schodzimy na dół.
W między czasie wszyscy składali życzenia Vivienne. Życzeniom nie było końca. Na samym końcu lord Ashton de Brams dopełnił, i ze swej strony uprzejmości w uznaniu dla Vivienne. Jeffrey po chwili odłożył słuchawkę, podszedł do reszty rodziny stojącej przy regałach. Był bardzo zadowolony z przebiegu uroczystego dnia.
- Drodzy moi. By dopełnić tej uroczystości, zapraszam wszystkich do sali na parterze. Tam zaplanowałem uroczystą kolację będącą ukoronowaniem dzisiejszych wydarzeń związanych z Vivienne.
Wszyscy ruszyli ku wyjściu na korytarz w stronę klatki schodowej. Pudło z szarfą położył na swoim biurku. Dochodziła już niemal szósta. Zaczęło szarzeć na dworze. Wszyscy byli podekscytowani doniosłością tego dnia. Nikt nie spodziewał się, że lord de Blackstone na ten dzień cokolwiek zaplanował. A już połączenie uroczystości uhonorowania urodzin Vivienne, z uroczystością oficjalnego przyjęcia jej w poczet członków rodziny – było zupełnym zaskoczeniem. Obecnie zaproszenie Jeffrey’a na dalszą uroczystość sprawiło, iż niemal cała rodzina była zachwycona. Z rozbawieniem na twarzach wszyscy wkroczyli do wielkiej sali – niegdyś balowej. Jaśniało tam subtelne światło.
Według polecenia lorda de Blackstone, zapalono wszystkie kandelabry. Na ścianach zapalono jedynie lampiony ścienne. Na środku ustawiono wielki stół rozkładany tylko na wielkie specjalne uroczystości. Wielki blat nakryty był wspaniałym obrusem. Dla wszystkich członków rodziny przygotowana była specjalna zastawa. Na całej długości stołu zapalono trzy kandelabry w których wyniośle górowały śnieżnobiałe świece. Niesamowicie skomponowane ikebany, zdobiły blat stołu w jego centralnym miejscu. Za gośćmi do sali wszedł George, niosąc w dłoniach płaskie pudło. Położył je we wskazanym przez Jeffrey’a miejscu, i dyskretnie wyszedł. Po chwili w salonie pojawiła się cała służba w galowych uniformach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz