Tom II – część 38

Post w dziale:

I zamyślił się na chwilę tak, jakby cofną się do przeszłości upajając się tym, co tam znalazł.

- Widzę, że bardzo kochałeś żonę sir.

Anthony widząc, że ojciec ucieka w pamięć, szybko chciał zmienić temat.

- Wszyscy kochaliśmy lady Mary Steffany – Mary. Zasłużyła na wielki szacunek. Chociaż przykrym jest fakt, że dopiero po śmierci. Zmarła w tak tajemniczy sposób.

- W tajemniczy?

Odrzekła pani Radley nie wiedząc, o co chodzi młodemu de Candberry. Była bardzo zaciekawiona, co stało się z jej przyjaciółką za którą tak tęskniła.

- Wystarczy!

Ostro zawetował ojciec Anthony’o. Energicznie chciał wstać, lecz osłabienie dało znać, i wyszło to bardzo nieporadnie. Usiadł więc ponownie. Jakby mu świat zawirował przed oczami. Błądził teraz oczami po barwnym dywanie. Widać było, że nie jest obecny tu i teraz. Wywołało to lekkie zakłopotanie. Państwo Radley starali się zrozumieć wielki ból, jaki musiał przeżywać ten stary schorowany człowiek.

- Za chwilę zasiądziemy do kolacji. Będzie też herbata i ciasto. Mam nadzieję, że nie odmówią państwo zaproszenia do kolacji.

Powiedział Anthony, patrząc jednakże tylko na Mary.

- Ojciec zaraz wróci z podróży. Jest tak odkąd brakło mamy w tym wielkim przybytku – niegdyś radości – dzisiaj tylko ciszy.

Emma jednak starała się zmienić temat. Rozluźnić atmosferę tak sztywną, że nie wiadomo było, gdzie oczy zwrócić.

- No ale Bóg dał, i wreszcie mogliśmy się spotkać. Prawda sir Anthony?

- Zaiste masz pani rację Emmo. Czas abyśmy poprawili wizerunek gospodarzy. Marnie to nam idzie. Dawno nikogo w posiadłości nie gościliśmy.

- Ależ ojcze. Wszystko jest w porządku.

- Zatem proszę państwa, pokoje są przygotowane. Pewnie zechcecie państwo się odświeżyć. David zaprowadzi państwa do pokoi.

W kominku palił się ogień. Odgłosy trzaskania drewna pod wpływem temperatury, sprawiały tak swoistą atmosferę domowego ciepła. Trudno było uwierzyć, że nie jest to rodzina pełna, szczęśliwa. Rodzina, gdzie tu miejsce na niepewność, strach, tajemnicę? Te wszystkie myśli kołatały się po głowie Mary. Tym bardziej, że miała takie informacje, że dech w piersi zapiera. Musiała wiedzieć co się stało. Czemu lady Mary Steffany de Candberry wyjechała.. Lokaj skłonił się z dystynkcją, i wskazał kierunek.

- Proszę za mną!

Goście ruszyli, choć Emma musiała pomóc mężowi wstać, ze zbyt niskiego fotela. Po przebytej chorobie lord Radley, nie odzyskał jeszcze w pełni sił. Cała trójka dyskretnie się rozglądała. Oglądali wnętrza przechodząc w stronę pokoi. Hall wyglądał imponująco. Wielki strop z freskami i plafonami. Ściany pokryte niską boazerią z kasetonowego drewna nad którą górowały obrazy widoków z posiadłości. Obrazy z czasów, kiedy jeszcze tchnęła świetnością. Posadzka z kamiennych płyt układanych w mozaikę z brązowego granitu. Rozłożony ogromny dywan – niegdyś piękny – dziś zszarzały i wyblakły – zajmował centralne miejsce.

Schody z drewnianą balustradą, pięknie rzeźbioną. Weszli w ciąg korytarza. Ściany przy schodach, jak i w korytarzu mieściły galerię obrazów przodków rodu de Candberry. Na wprost korytarz z szeregiem drzwi o podwójnych skrzydłach. Lady Emma i lord Stefan otrzymali dwa pokoje połączone wspólnym wejściem. Panna Mary otrzymała pokój obok, o własnym samodzielnym wejściu. Każdy z apartamentów posiadał własny salon, sypialnię, łazienkę oraz toaletę. David wprowadzał gości z wielką dumą. Wiedział, że jest lokajem w nie byle jakim domu, i w nie byle jakiej rodzinie.

- Jeśli cokolwiek będzie państwu potrzeba, proszę zadzwonić.

Wskazał przy drzwiach, pięknie haftowaną wstęgę z pędzlem ze złotych nici.

- Dziękuję David’e. Jesteś bardzo miły.

Lokaj wyszedł zamykając drzwi. Emma była zachwycona. Pokoje choć widać było w nich rękę czasu były piękne – przytulne. Salon w którym się znajdowała wraz z mężem, utrzymany był w kolorze jasnej moreli. Ściany pokryte stiukami, i to w ich tle wkomponowane były wiszące obrazy przedstawiające kwiatowe kompozycje. Meble utrzymane w stylu dawno już minionym, za którym jednak tak tęskniła. Brak jej było tamtych czasów. Otworzyła drzwi do drugiej części apartamentu i oniemiała. Sypialnia w stylu Ludwika XIV. Wielkie łoże z baldachimem. Wspaniałe garnitury okiennic, dywany – no i piece. To istne arcydzieła zduńskiej sztuki. Każdy kafel rzeźbiony – niesamowite.

- Wybacz mamo. Ale zdajesz się nie widzieć nigdy takich apartamentów. To śmieszne.

- Mary o co ci chodzi. Nie jesteś zadowolona z tej gościny? Bez przerwy kaprysisz.

- Nie o to chodzi! Ale mam ważniejsze sprawy niż przesiadywanie tutaj.

- Jakie sprawy?

Odezwał się jej ojciec przysłuchując się rozmowie matki z córką. Dawno był zdania, że Mary pozostawia dużo do życzenia, jeśli chodzi o takt i wychowanie.

- Jakie to sprawy mogą być ważniejsze od dzisiejszej gościny w tak zacnym domu.

- Idę do swego pokoju.

- Zadałem pytanie i oczekuję odpowiedzi.

- Ale jej nie uzyskasz ojcze. Mam swoje sprawy. A poza tym nie jestem dzieckiem.

- Jeśli nie jesteś dzieckiem, to zachowuj się jak dorosły człowiek. Jakoś nie widzę tego w twoim zachowaniu. Czy tak trudno okazać wdzięczność komuś, kto zechciał poświęcić swój czas - aby twój był czasem mile spędzonym?

- Stefanie nie denerwuj się. Zaraz znów będziesz chory. Ona to rozumie.

Zagaiła lady Emma rosnące napięcie między ojcem a córką. Wiedziała, że mąż ma rację. Wiedziała też, że córka jej nie należy do pokolenia, które bezpowrotnie straciło coś, co już nie wróci. Dziewczyna zamknęła drzwi za sobą do swego pokoju, i aż kipiała ze zdenerwowania. Chciała koniecznie dowiedzieć się, jak przebiega sprawa ze Stanley’m. Rozglądała się po pokoju i spostrzegła telefon. Co wprawiło ją w dobry nastrój. Wykręciła numer do posiadłości swego Przyjaciela Hampton’a. Jednak nikt nie odbierał telefonu. Sygnał co prawda był przeciągły, jednak nic z tego nie wychodziło. Odłożyła słuchawkę argumentując, że pewnie jest tam doktor i Thomas wraz z Rossa i mu pomagają. Zatem nie mogą odebrać telefonu.

Zamyślona zaczęła rozglądać się po pokoju. Królował tu różany kolor. Bardzo efektowny, i bardzo delikatny. Były tu też obrazy, przedstawiające scenki rodzajowe z życia w posiadłości. Scenki rodzajowe mieszkających tu domowników. Jeden z nich przedstawiał kobietę na koniu. Dostojnie ubraną w czarną suknię, i dżokejkę na głowie. To była zapewne lady de Candberry – nawet na pewno. W głowie zaświtała myśl, aby dowiedzieć się coś więcej na temat jej tajemniczego zniknięcia. Wiele już wiedziała z dokumentów, jakie były w jej posiadaniu. Jednakże było jeszcze wiele luk do wypełnienia. Bez reszty zajęło ją analizowanie wyglądu pokoju. Ocknęła się z zamyślenia.

- Mary prosimy do stołu!

Głośno zaznaczyła pani Radley, stojąc w uchylonych drzwiach pokoju Mary. W jadalni dziewczyna dyskretnie patrzyła na lorda de Candberry. Wybijając się z zamyślenia docierało do niej, że ten przyglądał się jej z niemałą uwagą. Zbiło ją to nieco z tropu. Wciąż myślała nad tym, jak nawiązać kontakt z tak wrażliwym człowiekiem. Panna Radley ponownie się ocknęła ze swoich rozmyślań. Spostrzegła, że wszyscy są już przy stole. Jednakże Anthony stał przy niej z zaciekawieniem niezłomnie na nią patrząc. Wydawał się, jakby incydent w ogrodzie w ogóle się nie wydarzył – lecz jednocześnie był za niewidzialną zasłoną.

- Jesteś panna bardzo tajemnicza.

- Czemu tak sądzisz sir?

Praktycznie nie wiedząc dokąd to ją zaprowadzi – ciągnęła rozmowę.

- Czyż nie zdarza się tobie zastanawiać nad kimś lub nad czymś?

- Tak, lecz ty robisz to tak intrygująco, tak niewinnie. A zarazem tak intensywnie, że twarz twoja zmienia się w ułamku sekundy. Jest to obraz nadzwyczaj słodki, acz bardzo frapujący.

Podeszli do stołu, i już mieli spocząć gdy starszy pan ocknął się z otępienia. Ożywiając się zaczął się do gości uśmiechać. Anthony podsunął pannie Radley krzesło, i sam spoczął na swoim miejscu obok niej. Służba uwijała się przy stole, aby wszystko było podane na czas. Pozostawiono państwa wraz z gośćmi samych. Starszy pan uraczył się łykiem herbaty, i rzucił spojrzenie w kierunku dziewczyny.

- Masz panna oczy takie, jak moja żona. Czy jesteś również taka dumna?

Czuła, iż za tym coś się kryje. Czując to zaznaczyła…

- Nie wiem o co tobie chodzi sir, lecz jeśli siebie znam – to tak, jestem dumna.

Powiedziała to z takim przekonaniem – z taką energią, że szybko otrzymała odpowiedź.

- To widać. Ona również była uparta i diabelnie dumna!

- Czy to źle sir?

- Jeśli to ma być przydatne honorowym celom – to nie. Lecz jeśli ma szkodzić mądrości, to czyż nie lepiej nie demonstrować swojego ja, w tak irytujący sposób?

Kolacja dobiegła końca, i raczono się tylko herbatą. Dla Mary tego było już za wiele. Czuła że nie tylko z jakichś powodów krytykował swą biedną żonę – jednak ta krytyka przeniosła się również na nią samą. Musiała coś z tym zrobić. Chodziło o jej honor. A i co do żony, to nie była do końca pewna, czy on taki ułożony wytworny – a jednocześnie despotyczny w swoich poglądach, ma prawo stawiać takie osądy.

- Sir, czyż nie jest sprawą nie właściwą, osądzać innych w świetle tak słabej znajomości tematu?

Lord zmarszczył brwi. Czuła, iż nie daruje jej tej arogancji do jego wieku. Była gotowa na wszystko aby dopiąć swego.

- Wiek może nie jest całkowitym wyznacznikiem jasnego myślenia, lecz daje swoistą łatwość w rozpoznawaniu co jest mądrością a co głupotą. Czyż nie?! I nie wracajmy do tego!

To już było ponad jej wyobrażenie. Tak potraktować ją, Mary Radley. Dziennikarkę, która miała do czynienia nie z takimi lordami, jak ten zadufany w sobie gbur. Człowiek, który nie umie nawet rozmawiać z kobietą, a co dopiero ją oceniać.

- Wybacz sir, lecz nie skończyłam kwestii!

Zawetowała Mary. Była w tym tak przekonująca, że zaraz w tym sanktuarium ciszy i taktu miało być głośno.

- Jak możesz nie wiedzieć, że tłamsisz uczucia innych? Nie starasz się nawet ich zrozumieć! Inni mają również coś do powiedzenia, i może warto by ich wysłuchać. To nie musi być zgodne z tym, co ty właśnie sądzisz!

Mary sama była zadziwiona tym, że wreszcie mogła wypowiedzieć to co myśli. Była tak zła, rozczarowana osobą starego lorda. Kwestią czasu był wybuch – wisiał niemal w powietrzu. Zerwała się od stołu kierując się w stronę okna. Starszy pan patrzył rozbieganymi oczami nic nie mówiąc. Coraz bardziej nie umiał opanować reakcji, jaka w nim narastała. Pani Radley przejęła się do tego stopnia, że nie mogła wydusić słowa. Pan Radley skubiąc delikatnie wąsy dumał. Zastanawiał się czy bardziej ma się irytować z zachowania córki, czy też ma być zadowolony z jej odwagi z jaką broni swego zdania. Lord trząsł się tak, że stało się to nie do zniesienia. Anthony podszedł do niego sam zadziwiony jego reakcją. Wtedy zobaczył, że nic ojcu nie jest. Po prostu śmieje się z rosnącą siłą. Śmiech jego był tak dziwnym zjawiskiem w tym domu, iż zdziwienie syna miało swoje uzasadnienie. Ojciec położył jedną rękę na oparciu fotela, a drugą trzymał się teraz za bok.

- Moja panno.

Odezwał się sędziwy mężczyzna, śmiejąc się jeszcze po trosze.

- Wybacz mi jeśli uniosłem się nazbyt bardzo, lecz jeśli cię obraziłem – wybacz jeśli potrafisz.

Lord bacznie obserwował reakcję Mary. Ciekaw był jaka to osoba? Czy jest taką osobą jaką pokazuje. Czy gdzieś tam we wnętrzu jest tą, która budzi w nim dziwne uczucia do końca jeszcze nieskrystalizowane – jednak wyczuwał przy niej dziwne ciepło.

- Nic się nie stało sir! Byłam trochę zszokowana sposobem w jaki się do mnie zwracasz.

- Ojcze. Mimo swego młodego wieku, panna Mary jest miłą osobą.

Anthony wtrącił swoje trzy grosze w całą tę dyskusję. Wydawała mu się ona bardziej wartościowa, jak wszystkie dotąd.

- jest nam bardzo miło młody człowieku, iż masz tak dobre zdanie o naszej córce. Byłoby nam bardzo przykro, gdyby wywarła na tobie lub twym ojcu złe wrażenie.

Lord Radley był bardzo kontent tej konkluzji. Wiedział jakie jest to ważne w zawieraniu nowych znajomości. A jeszcze w dodatku z takim nazwiskiem, jak de Candberry.

- Zatem jeśli nie czujesz się dotknięty sir, zaspokoisz moją ciekawość co do lady Mary. Powiedz mi jak to się stało, że opuściła tak piękne miejsce jakim jest Roseland Hill?

Mary była tak podekscytowana tym pytaniem. Była skłonna zrobić wszystko, by dowiedzieć się jak najwięcej na ten temat. Mimo, że posiadała tak wiele informacji w tej sprawie – wciąż wiedziała dość mało, aby jej wątpliwości zostały rozwiane. De Candberry nie odzywał się długi czas. Znowu wszyscy myśleli, że wybuchnie impulsem drażliwego tematu. Wreszcie ciszę przerwał Anthony, chcąc zaradzić ewentualnym niespodziankom.

- Mary to temat bardzo przykry dla mego ojca. Może więc daj spokój, i nie mówimy o tym więcej!

Syn lorda bardzo usilnie oponował. Nie chciał bowiem znowu znosić myślowych ucieczek ojca, i rozważaniach nad przeszłością. Nad czymś co nie mogło się już cofnąć.

- Moja droga. Widzę, że nie uwolnię się od twej ciekawości. Usilnie chcesz poznać barwną historię mej żony.

- Jeśli nie masz nic przeciw temu sir. Ciekawi mnie jaką była osobą. Nie potrafię wytłumaczyć mej ciekawości. Lecz nie ma w niej nic, co by cię mogło niepokoić.

- Moja żona drogie dziecko była damą w każdym calu. Z niewiadomych mi przyczyn zmieniła się. Nie wiem co takiego nią kierowało. Z pełnej wdzięku i spokoju kobiety, niemal w mgnieniu oka zmieniła się w sztywną i tajemniczą. Zaczęły przychodzić do niej listy. Nie chciała za żadną cenę mi wyjawić, co to za listy. Choć wiedziałem, że dzieje się coś złego – ona jednak nieustannie zaprzeczała.

- Ale czemu opuściła dom, ciebie sir i syna?

Mary drążyła cios za ciosem. Pochłaniała każdą informację płynącą z ust lorda.

- Anthony miał wtedy niespełna dwa lata, gdy nasz związek miewał swoje wzloty i upadki. Sama wiesz, że nie jest to odpowiednią postawą. Szczególnie w mojej rodzinie. Żona powinna być całkowicie podporządkowana mężowi. Tego wymaga rodzina, mąż, tytuł, nazwisko, które nosi!

Młodą dziewczynę znowu ponosiło. Mit tego wspaniałego starszego człowieka o którym tyle nasłuchała się od rodziców tyle pochwał – sypał się z trzaskiem. Za nim coraz wyraźniej widziała zagubionego w swoich chorych przekonaniach człowieka. Mężczyznę, który nie umiał w tej tytułowanej kobiecie dostrzec kruchej – pełnej wdzięku i mającej pod powłoką konwenansów własne problemy, rozterki istotę. Problemy, które powinni razem nieść przez życie, stały się tylko jej problemami.

- Wybacz sir, lecz kobieta nie jest przedmiotem ustawionym według twego życzenia. Widzę, że wcale jej nie znałeś sir!

Ta młoda osoba była jego gościem. A w ogóle nie liczyła się z konsekwencją tego co mówi.

- Jak śmiesz Mary tak się zachowywać?

Przerwał jej nerwowo ojciec.

- To żałosne co usiłujesz insynuować. Czy nie jesteś gościem lorda de Candberry? Czy nie jest on wielce szanowanym człowiekiem? Wstyd mi za ciebie!

Starszy pan Radley był całkowicie rozbity. Jego oczekiwania, co do układności córki zawaliły się całkowicie. Brakowało mu słów wstydu za tę istotę, którą tyle lat uczył zachowania, umiejętnego korzystania z bogactwa konwenansów, i taktu tak niezbędnego w tych sferach.

- Ależ ojcze…

- Dosyć! Zamilcz natychmiast! Lordzie de Candberry – jest mi niezmiernie przykro, i wstyd za mą córkę. Nie mam słów na to, czego sam byłeś świadkiem.

- Nic się takiego nie stało lordzie Radley.

Wtrącił lord de Candberry. Mimo że sam nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Senior rodu de Candberry nie mógł już tego zdzierżyć. Wstał bardzo energicznie na tyle, na ile pozwalało mu na to zdrowie, i jego wiek.

- Dziękuję za towarzystwo. Niewątpliwie było to dla mnie bardzo pouczające młoda damo. Niemniej, czy aby nie za szybko mnie oceniasz? Tak jakbyś znała mnie i mą żonę!

I nie czekając na pożegnanie z gośćmi, wyszedł z salonu – po czym lokaj szybko zamknął za nim drzwi.

- No i mamy koniec konwersacji.

Kpiła Mary z całego tego wydarzenia. W ogóle nie rozumiała co się stało. Kpiła sobie w najlepsze, nic sobie z tego nie czyniąc. Znała fakty już na tyle, by móc ferować własne osądy. Coraz bardziej miała przeświadczenie, że się nie myliła co do tych ludzi.

- Lordzie de Candberry, czy ciebie również obraziłam sir?

Patrzyła na mężczyznę z takim wyrzutem. Wciąż była zaskoczona. Nie spodziewała się, że jej zdenerwowanie przemieni się w łzy - nie mogła tego opanować. Jej charakter nie pozwalał na takie wpadki. Nie wybaczyłaby sobie tego, nawet we własnym pokoju. Co dopiero w obecności Anthony’o. Aby nie pokazać nikomu, że zaraz wybuchnie płaczem – energicznie wstała od stołu, i skierowała się do wyjścia. W krótkim czasie już była we własnym pokoju, by po paru rundach w tę i z powrotem – otworzyć szafę. Nerwowo taksowała wzrokiem swoją garderobę. W końcu przebrała się w nocną bieliznę, i zajęła się czytaniem. Zmęczył ją ten dzień, ale i wyczuła coś na kształt własnego zaciekawienia. Doszła do jednego wniosku, a mianowicie musi opanować emocje. Ponownie przebrała się w dzienne ubranie. Już miała wyjrzeć przez okno, gdy drzwi otworzyły się i wszedł lokaj.

- Panienko. Pan prosi do biblioteki.

- Pan?

- Sir Anthony de Candberry wraz ze starszym panem lordem de Candberry – pani.

- Tak, już idę.

- Mam jeszcze zawiadomić rodziców pani o zaproszeniu do biblioteki.

- Oczywiście.

- Czy panienka tam trafi?

- Hem. Myślę że tak.

- W takim razie bardzo się cieszę. To schodami na dół i wschodnim korytarzem – tuż za galerią płócien Picassa.

- Na pewno dam sobie radę.

David wyszedł wraz z Mary. Aż nie wierzyła, że stać ją na taką uprzejmość. Na tego typu staroświeckie zachowania – jak zawsze tak je określała. Prowadzenie rozmów właśnie w taki sposób, było według niej wielkim niesmacznym żartem. W każdej możliwej chwili dawała temu wyraz. Miała ogromną ochotę założyć bryczesy, które tak lubiła. Jednak jakoś nie wypadało, chociażby ze względu na seniora rodu de Candberry. Ubrana więc w suknię koloru błękitu, wyszła na korytarz. Od raz uderzyło ją jego dziwne zaciemnienie. Dziwiło ją, że tacy koneserzy sztuki – a nie potrafią urządzić wnętrza korytarza. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że jest wieczór, i pewnie dlatego zaciągnięto zasłony.

Podeszła do okna, które znajdowało się na końcu korytarza, i rozchyliła je. Od razu światło zachodzącego słońca rozświetliło całą przestrzeń. Refleksy zachodzącego słońca odbijały się w politurze mebli. Wszystko było stare i podniszczone – teraz dopiero to zauważyła. Ruszyła w stronę schodów. Stanęła na ich szczycie, i jęła spoglądać na hall z góry. Stamtąd widać było ściany, plafony, obrazy no i całą sztukaterię schodów. Ich świetność dawno już minęła. Uważała, że jeszcze dałoby się coś z tym zrobić. Dłonią zaczęła gładzić wciąż jeszcze gładką powierzchnię balustrady. Przywiodło to jej na myśl refleksję – ilu ludzi, ile dłoni stykało się z jej powierzchnią. Jacy ludzie trzymali się jej w różnych okolicznościach, sytuacjach. Charakter wnętrza robił wielkie wrażenie. Zamyśliła się, i widać było zafrapowanie na jej twarzy.

- Widzę panno Radley, iż charakter tego wnętrza zaabsorbował cię pani.

Dziewczyna drgnęła przestraszona nagłym zdaniem wypowiedzianym w ciszy. Męski głos lorda Anthony’o de Candberry, zabrzmiał echem w wielkiej przestrzeni wnętrza klatki schodowej.

- Czy zawsze tak zaskakujesz swoich gości sir?

- Sądziłem że już na tyle się znamy, iż nie potrzebne będą tytuły. Wszak już nie pierwszy raz się widzimy. Jak się tobie podoba moja posiadłość pani?

- Skąd ten wniosek, że się podoba?

- Nie stwierdziłem, że się podoba. Tylko zadałem pytanie, jak się podoba pani. A zapytałem dlatego, iż przyglądałaś się temu wnętrzu z taką pasją.

- Faktycznie masz rację. Przyglądałam się, lecz skąd możesz sir wiedzieć, że się przyglądałam dłuższą chwilę.

- Proszę wybacz mi, ale chwilę stałem w korytarzu po wyjściu ze swego pokoju. Widziałem ciebie pani z profilu.

- Jakim cudem? Pokoje są przecież z tyłu.

- Nie! Mój pokój jest w korytarzu na lewo.

Spojrzała we wskazaną stronę. Faktycznie spostrzegła drzwi oraz inne korytarze na piętrze.

- To rzeczywiście wielki dom.

- Tak panno Mary. Posiadłość moich rodziców jest wielka. Ale to co tu zobaczyłaś, to tylko wycinek całego domu. Jak masz wolę pani to oprowadzę cię po pokojach?

- Byłabym wdzięczna, lecz twój ojciec poprosił abyśmy zeszli do biblioteki.

- Zaiste mówił mi o tym. Tak więc może w dniu jutrzejszym zwiedzisz ze mną dom.

- Ok. nie ma sprawy. Dziękuję.

Mężczyzna zmarszczył brwi na taki tok słów. Fascynowała go jednak rozmowa z nią. Miał przed sobą dwa światy. Ten, który się kończył i ten, który nieuchronnie przejmował władanie.

- Mary, chciałbym tylko powiedzieć pani, iż bardzo rad jestem z państwa wizyty u nas. Bardzo się cieszę.

- Miło mi ale teraz chodźmy, sir de Candberry zapewne już czeka.

- Zapewne.

Zeszli na dół. Anthony skierował Mary w stronę biblioteki. Skrzydła biblioteki były rozchylone. Oczom dziewczyny ukazała się wielka przestrzeń świata książek. Był to wielki pokój. W którym królowały regały po sufit zamknięte za szkłem. Srebrzone i złocone grzbiety, zachęcały do wzięcia ich w dłonie. Lecz było ich tyle, że o łatwym wyborze trudno mówić. Pokój posiadał drewnianą mozaikę, wspaniałe dywany. Nie były one tak zniszczone, jak ten w hallu. Demonstrowały niezwykły kunszt tkacki. Kanapy obite ciemno zielonym pluszem. Te lampy, stoliki. W integralnym miejscu, tuż przy jednym z okien – biurko z wielkim fotelem. Choć żaden z mężczyzn nie palił tytoniu, wyczuwało się w tym pomieszczeniu akcent palonych cygar. To takie męskie, a zarazem – jej zdaniem - takie niechlujne. Kotary w oknach ciężkie i grube – z tego samego pluszu, co obicia mebli. Wolne ściany pokryte kasetonową boazerią.

- Typowe pomieszczenie wedle męskiego gustu.

Podkreśliła Mary w myślach wchodząc weń, jak od niechcenia. Nie znosiła zapachu palonego tytoniu.

- Miło Mary, że zechciałaś pani zaszczycić mą skromną osobę swoją obecnością.

- Proszę wybaczyć zwłokę, lecz chwilkę rozmawiałam z lordem Anthony’m – pańskim synem.

- Tak ojcze – to moja wina. Zatrzymałem lady Mary w drodze do biblioteki.

- Moi drodzy, ależ nic się nie stało. Cieszę się, że tak młoda osoba zainteresowała się moim domem. Moje dziecko, jak znajdujesz mój dom?

- To piękna posiadłość. Dom robi niesamowite wrażenie, choć potrzeba mu ręki restauratora.

- Restauratora powiadasz. Pewnie masz rację. Syn już zwracał mi uwagę na ten aspekt. Niemniej to nie takie proste, trzeba by planu, jak i świeżego spojrzenia.

Do biblioteki weszli oboje państwo Radley. Anthony przywitał się z obojgiem. Dłonią wskazał miejsca by usiedli. Ojciec wyszedł z za biurka, i usadowił się we własnym fotelu – w którym wspominając dobre czasy od lat siadywał.

- Jak się państwu podobają pokoje? Mam nadzieję, że zadowoleni jesteście państwo z gościny.

- Ależ są wspaniałe sir. Wystrój robi wielkie wrażenie. Charakter apartamentu, którym zechciałeś nas podjąć ma swoją atmosferę.

- Och to tylko pokoje.

- Tylko? Jesteś nazbyt skromy sir. Daj Boże każdemu takiego domu.

- Ależ gdzież mu do tego.

Mary słuchała wywodów matki i nie wytrzymała.

- Ależ mamo, jak możesz? Nasz dom jest równie piękny – równie oryginalny.

- Lady Mary, ależ jestem tego pewien.

Anthony zajął stanowisko za dziewczyną. Ta tylko spojrzała się nań z błyskiem w oku. Wiedział co znaczy ten błysk i zamilkł.

- Moje dziecko. Nie ma się czego unosić. Co prawda nie byłem u was w waszym domu, lecz pewien jestem, że ma swój wdzięk i charakter. Przecież mieszkają tam tak piękne damy – nieprawda Stefanie?

- W rzeczy samej Arnoldzie. W rzeczy samej.

- Zanim udamy się na spoczynek, może porozmawialibyśmy? Mówisz moje dziecko, że przydałby się remont. Co masz w szczególności na myśli?

- Całość jest okazała lordzie de Candberry, lecz czas zrobił swoje – i to widać.

- To wieli koszt. Nie wiem, czy jest to możliwe do wykonania?

- Ojcze, można by spróbować etapami.

Rozmowie przysłuchiwała się lady Emma Radley. Widać było, że w jej głowie zaczął kiełkować jakiś pomysł. Mary – jej córka, przelotnie spojrzała na matkę. Zanim cokolwiek mogła zrobić, ta wypaliła jak z armaty.

- A może ty Mary spróbowałabyś się tym zająć? Przecież urządziłaś nasz dom. Wiesz że remont wyszedł w pełni korzystnie.

- Mamo!

- Czy to prawda panno Mary? Byłabyś w stanie się tym zająć pani? Byłbym nader wdzięczny i zobowiązany za pomoc.

- Ależ sir.

- To wspaniały pomysł.

Lord Anthony de Candberry poparł ojca. Był pod wrażeniem pomysłu lady Emmy Radley. Wiedział, że da to mu możliwość częstego kontaktu z Mary. Ona zaś była niesamowicie zaskoczona.

- Obserwowałem ojcze lady Mary, jak przyglądała się wnętrzom. Myślę, że to jest to.

- Ależ moje dziecko. Nikt nie twierdzi aby trzeba było zmieniać charakter domu. Takowy panuje od setek lat.. Ten dom ma własną duszę, lecz trzeba świeżego tchnienia. Zbyt wiele zaszłości w tych murach. Jak więc będzie? Mam w tobie oparcie w tej kwestii? Podejmujesz się tego zadania?

Anthony czuł, że tu trzeba zachęty. Mary sprytnie się wykręcała. Ojciec nie nalegałby dalej na jej zgodę. Tu trzeba chytrości.

- Ojcze może panna Mary po prostu czuje, że nie da sobie rady? Może to za wiele dla niej. Bądź co bądź to rezydencja.

- Tak myślisz synu?

Ojciec Mary Radley szybko pochwycił spojrzenie Anthony’o. W mgnieniu oka zrozumiał niewinne szelmostwo, jakie kryje się za tym. Wiedział, że zadziorna osobowość córki, odezwie się przekorą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz