Tom II – część 39

Post w dziale:

Dziewczyna postawi na swoim, chociażby miałaby żałować. Na przekór wszystkiemu podejmie się tego. Dziewczyna spojrzała na Anthony’o w taki sposób, iż nawet matka zrozumiała, że to nie przelewki.

- Z drugiej strony bez przesady! Nie jest to znowu pałac w Luwrze.

- Mary Agato Radley!

Syknęła zniesmaczona lady Radley.

- Ależ nic takiego lady Emmo. Twa córka pani ma rację. To nie jest pałac w Luwrze tylko prywatna posiadłość.

Syn lorda de Candberry Anthony spojrzał na dziewczynę z takim triumfem, że ta w mig pojęła, iż celowo wmanewrował ją w to zadanie. Pojęła że to podstęp.

- Drogie dziecko. Jesteśmy więc zgodni co do tego, że ten dom nie jest Luwrem ani pałacem, a jedynie tylko prywatną posiadłością. Toteż – jak mniemam – będziesz w stanie podjąć się uratowania tego przybytku?

- Nie jestem tego taka pewna sir, niemniej mogę spróbować. Obawiam się jednak, iż będę potrzebowała fachowej pomocy.

- Anthony wszystkim się zajmie. Kieruj moje dziecko wszelkie pytania do niego. Naturalnie nie pomijając mnie samego.

- W takim razie umowa stoi.

- Bardzo się cieszę. Bardzo.

Młody właściciel posiadłości kipiał z radości. Natomiast Mary miała swój plan. Wiedziała co należy zrobić. Jak również to, że nie należy pokazywać, iż świetnie zna się na restaurowaniu starych posiadłości. Architektura nie miała dla niej żadnych tajemnic. A i czasy się zmieniały. Coraz więcej właścicieli zmieniało własne posiadłości, przystosowując je do nowych czasów.

- Tak się cieszę moje dziecko. Tak się cieszę. Myślę, iż to pierwsza dobra nowina w tym domu.

- Tato. Dobrze się czujesz?

Lord de Candberry zamilkł. Widać było, że twarz jego się zmienia. Z ożywionej przyjmuje woskową aurę. Anthony podszedł doń i położył delikatnie rękę na ramieniu ojca.

- Tato! Co się dzieje!?

Starszy pan wpatrywał się gdzieś poza niego. Oczy miał tak skupione, jakby kogoś widział. Pomału położył swoją drżącą dłoń na dłoni syna, która spoczęła na ramieniu ojca. Następnie wskazał dłonią kierunek w stronę okna. Było ono lekko uchylone. Snop światła dyskretnie wdzierał się do wnętrza.

- Tato! Na miłość Boską! Co tobie?

- Co… a tak, tak. O czym to ja mówiłem? Będzie dzisiaj bardzo ładna pogoda.

- Arnoldzie. Co z tobą? Jesteś zmęczony?

Lord Arnold de Candberry nie odpowiadał. Opadł w fotelu, jakby miał się zapaść pod ziemię.

- Nie widzicie, że jest zmęczony? Za wiele wrażeń, jak dla człowieka w tym wieku.

Mary Radley podeszła do siedzącego w fotelu seniora. Pochwyciła jego dłoń, starając się wyczuć puls. Był bardzo słaby i nieregularny.

- Anthony! Lepiej będzie, jak zabierzesz ojca sir do jego pokoju. Powinien się położyć. Ma zbyt słaby puls – jest osłabiony dość poważnie. Czy twój ojciec sir, bierze jakieś leki?

- Tak. Ma zalecone przez doktora, ale nie bardzo wiem co mu jest?

- Kto leczy twego ojca sir?

- McCinley. Doktor Mathev McCinley.

- Trzeba by go wezwać.

Młody mężczyzna podszedł do ściany, gdzie wisiała barwna szarfa – energicznie za nią pociągnął. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi, po czym się otworzyły, i wszedł David.

- Tak sir.

- Zabierz starszego pana do jego pokoju. Koniecznie musi się położyć. Źle się poczuł. Przekaż też natychmiast Janet, by podała panu leki w swej sypialni w łóżku.

- Tak sir.

Lokaj podszedł do starszego pana lorda de Candberry. Z pomocą Mary pomogli mężczyźnie wstać z fotela. Odprowadzili go powoli do jego pokoju. Mary pomogła położyć seniora w jego pościeli. David wyszedł wykonać polecenie młodego pana lorda Anthony’o de Candberry. Po chwili senior rodu, będąc już w pościeli odezwał się.

- Wiesz Mary, ja ją widuję.

- Kogo sir?

- Ją. Moją żonę Mary. Ona odwiedza mnie w tym domu.

- Ależ sir Arnoldzie. Pańska żona…

- Wszyscy tak mówią, ale ja wiem, czuję…

- Jesteś bardzo zmęczony sir. Musisz wypocząć.

- Ty mi nie wierzysz moja droga ale ja wiem. Ona tu jest. Ona tu po mnie przychodzi.

Dziewczyna usiadła na brzegu łóżka, obok starszego pana. Łzy potoczyły się po jej policzkach. Jakaż to musiała być wielka miłość. Jakaż tragedia, kiedy ta kobieta zniknęła. Lord Arnold de Candberry, przedstawiał teraz obraz niemal załamania nerwowego. Mary zastanawiała się nawet, czy to nie pierwsze objawy demencji starczej. Z jakiegoś powodu było jej go żal. Mało że miał mylne pojęcie o tej, którą tak kochał. To i niewiedza jego była oczywista. Nie mogła mu jednak tego powiedzieć. Prawda jaką ona już znała – jego by zabiła. Ręka lorda de Candberry w jej dłoni się rozluźniła. Delikatnie ją odłożyła na pościel. Starszy pan usnął.

Biała broda i wąsy falami układały się na atłasowym podbiciu pościeli. Włosy lorda de Candberry – choć długie i już nie tak gęste – nadal były wspaniałe. Widać, że zawsze o nie dbał. Swą bielą rozlewały się po atłasie. Poczuła do tego starego człowieka swoistą sympatię. Niemal kochała go za ten wygląd. To były bardzo dziwne odczucia. Jednak tak to odczuwała. Do końca nie rozumiała z jakiego powodu, czuła do niego wielki szacunek. Do pokoju weszła Janet.

- Panienko, ja zajmę się panem.

- A tak Janet. Pan teraz zasnął, i starajmy się go nie obudzić.

- Tak panienko, lecz pan polecił przynieść leki do pokoju.

- Naturalnie. Dajmy panu teraz wypocząć. Jak się zbudzi dasz mi znać? Chciałabym przy nim być.

- Panienka polubiła naszego pana – to widać.

- Tak myślisz? Sama nie wiem.

- Jest panienka taka dobra dla pana, choć mało go zna.

- Wcale go nie znam.

- Właśnie.

- Posiedzisz przy panu Janet? Ja muszę zejść, i porozmawiać z jego synem?

- Tak panienko.

Mary Radley wyszła z pokoju seniora, cicho przymykając skrzydła drzwi. Zeszła na dół, kierując się do biblioteki. W bibliotece nie było nikogo. Wyszła, i skierowała się do salonu. Tam również pusto. Zaczęło ją to już pomału irytować. Z góry właśnie schodził David.

- David’e! Gdzie wszyscy się podziali?

- Panienko. Wszyscy są w innej sali. Właśnie po panienkę szedłem.

- Matko, gdzie to jest? Tu jest tyle pokoi?

- Spokojnie. Sala gościnna jest po drugiej stronie korytarza zachodniego.

- Oczywiście to takie proste: zachodni, wschodni, górny, dolny.

Mary w tym momencie zaśmiała się sama do siebie. Pomyślała, że to jak zabawa w kotka i myszkę. Oboje ruszyli w stronę salonu. Mijała wspaniałe meble, świeczniki, obrazy. Zaczęła zakochiwać się w tych wnętrzach. Przez chwilę to nawet ją zastanowiło – dlaczego tak się dzieje? To było przytłaczające doświadczenie, a jednocześnie dawało jej jakąś siłę. To jednak dzieliło ją samą na dwie części. Była zupełnie zdziwiona tym, co się z nią dzieje. Ona nowoczesna dziewczyna zawsze twierdziła, że należy do nowoczesnych czasów. Teraz ciągnie do tego co było co mija. Nie rozumiała tego.

- No nareszcie Mary. Jak można na ciebie tak długo czekać?

- Przepraszam. Byłam u sir Arnold’a.

- I jak ojciec – już lepiej.

- Zasnął. Anthony, musimy później porozmawiać sir.

- Może jak dopijemy herbatę.

Dziewczyna spojrzała z wyrzutem na matkę i zamilkła. Pokojówka podała herbatę, i wyszła zająć się swoimi obowiązkami. Anthony widział troskę, zafrapowanie na twarzy dziewczyny. Z całą pewnością wywarło to na nim wielkie wrażenie. Nazajutrz, po śniadaniu młody lord Anthony de Candberry był już w lepszym nastroju.

- Drodzy państwo. Przepraszam za ojca – a raczej za jego nieobecność. Proponuję teraz lampkę wina w bibliotece. Później zapraszam na podwieczorek i kawę.

- Nie ma za co przepraszać młody człowieku. Pański ojciec jest już starszym człowiekiem. Ma prawo do zdrowotnych słabości. Lecz prawdę mówiąc – mimo to – też martwię się jego stanem zdrowia.

Lord Radley widział w lordzie Anthony’m de Candberry, człowieka bardzo samotnego. I mimo młodego wieku, obciążonego wielkim ciężarem własnej rodziny.

- Dziękuję. Ja również jestem zaniepokojony tym, co się dzieje. Ale może przejdziemy do biblioteki, i tam porozmawiamy.

- Naturalnie Anthony.

Mary wstała od stołu. Uszanowała dobry ton młodszego gospodarza, i gestem dała znak matce. Wszyscy wyszli z salonu Po drodze Anthony pokazał jeszcze poboczne pomieszczenia, aby Mary miała – mniej więcej – pojęcie o czym mówił wraz z ojcem, wspominając remont domu. Weszli do biblioteki, i wtedy wskazał miejsca dla gości. Sam podszedł do barku. Był to wspaniale pomyślany stolik na kołach. Mający specjalne miejsca na alkohole i kieliszki. Stolik dwu blatowy, kunsztownie rzeźbiony w ciemnym drewnie.

- Proponuję słodkie, czerwone wino. Mamy tu własne składy win.

- Naturalnie. To dobry wybór.

Lord Stefan Radley, potwierdził wybór wina z wielką aprobatą. Anthony podał każdemu z gości lampkę z rubinowo czerwonym trunkiem.

- Co za kolor, i takie klarowne.

- Widzę, że jesteś sir koneserem win.

- Koneserem to przesada. Jednakże dobrze jest znać się, choć w jakiejś mierze w tej dziedzinie.

- Stefanie, nie bądź taki skromny. Zawsze miałeś wielką wiedzę co do win.

- Ależ moja droga.

- Anthony. Muszę porozmawiać z tobą na temat tyczący się twego ojca. Czy jego stan zdrowia jest taki od dłuższego czasu?

- Czyli?

- Te zamyślenia, zasłabnięcia, apatia i…

- Tak. Przykro powiedzieć, ale to już trochę trwa. Wręcz jest coraz gorzej. Jeszcze jak była tu…

W tym momencie umilkł, i spojrzał na portret matki. I jakby zastygł na sekundę. Patrzył na osobę przedstawioną w sposób idealny, bez żadnej skazy.

- Mówisz o tej kobiecie z portretu chłopcze?

Lord Stefan Radley bardzo uważnie temu się przysłuchiwał. Z wielkim skupieniem obserwował młodego lorda de Candberry. Zastanawiał się, ile bólu i nienawiści musi być w tak młodym sercu. Ile buntu za to, że nie ma przy nim tej kobiety – jego matki.

- Tak sir. To lady Mary Steffany de Candberry – moja matka.

Powiedział to z takim wyrzutem – z taką pogardą, a jednak, gdzieś dała się wyczuć nutka tęsknoty i żalu.

- To piękna kobieta.

- Tak. Zaiste piękna kobieta, ale nic więcej.

- Czemu tak mówisz sir?

Lady Emma Radley była zaskoczona takim stanowiskiem ze strony, tak przykładnego arystokraty. Jakoś to jej nie pasowało do jego wizerunku – miała o nim inne zdanie.

- Przecież to twoja matka chłopcze. Skąd tyle goryczy?

- Dajmy temu spokój mamo. To przykry temat dla sir Anthony’o.

- Tak. To moja matka lady Emmo. Lecz ważniejszy był dla niej świat i wolność, niż dom, mąż i syn.

- Myślę, że zbyt pochopnie wyciągnąłeś taki wniosek.

Młody mężczyzna spojrzał na dziewczynę z lekkim zdziwieniem.

- Tak myślisz? Być może. Lecz innego uczucia nie znam. Żal i pogarda za taki postępek to odpowiednia nagroda. Ale zmieńmy temat. Mówiliśmy o moim ojcu. Powiedziałaś Mary o jego słabościach, dodałaś i…. co miałaś na myśli?

- To bardzo dziwne i niepokojące. Tak myślę. Kiedy wraz z David’m, odprowadziłam twego ojca do jego pokoju – położyliśmy go do łóżka – David wyszedł. Ja jeszcze przez chwilę zostałam z twoim ojcem.

- Tak?

- W pewnej chwili ojciec twój chwycił mnie za rękę, i zaczął się dziwnie zachowywać.

- Czyli… co masz na myśli?

Matka Mary, starsza pani Radley, zaczęła się niepokoić. Z baczną uwagą przysłuchiwała się córce. Zresztą lord Radley również był zafrapowany, zaabsorbowany faktami.

- Mam na myśli, że nagle jego oczy stały się inne. Były jakby nieobecne a zarazem pełne miłości. Widziałam w nich jednak przerażenie i strach.

- Zachowywał się jakoś szczególnie?

- Tak. Najpierw zapytał mnie, czy ją widzę?

- Kogo?

- Też o to zapytałam. Odrzekł iż to jego żona, że do niego przychodzi. Najgorsze że twój ojciec w to wierzy.

- Na miłość Boską! Co ty dziecko opowiadasz? Jak mógł coś takiego powiedzieć wiedząc, że…

- Że matka moja nie żyje?

- Właśnie.

Lady Emma była zmieszana, jak i po trochę zgorszona słowami córki. To wszystko wydawało się dziwne i pogmatwane. Ale żeby tak mówić o swojej małżonce i to nieżyjącej?

- Wiem o czym myślisz lady Emmo. Proszę wziąć jednak pod uwagę, szczególny stan zdrowotny mego ojca. On bardzo wiele lat wierzył, że matka moja, a jego żona żyje. Nie wiem czy i teraz uwierzył do końca w jej śmierć?

- A co doktor na to?

Lord Stefan Radley zaciekawił się tematem i włączył się w rozmowę.

- Doktor uważa, że ojciec mój przeżył traumatycznie fakt zniknięcia mojej matki, a jego żony. Zwarzywszy na poglądy ojca – jego konserwatyzm, tradycjonalizm. Pełną wiarę w osobę mojej matki. Musiało to być dla niego wielkim wstrząsem.

- Lecz trwałych zmian w psychice ojca nie stwierdził?

- Trudno powiedzieć. Całe lata ojciec był energicznym, żywotnym okazem zdrowia. Stan teraźniejszy zaczął się jakiś czas temu. Były to bardzo rzadkie objawy zamyślenia, apatii, ale ostatnio przybiera to poważny charakter.

- A mnie wydaje się, że twemu ojcu potrzeba spokoju jak i rozmów. Wielu rozmów. Zbyt długo i często jest sam. Zbyt długo i często jest sam. Myślę też, że tu jest przyczyna jego ucieczek w zamyślenia.

- Tak sądzisz?

- Tak mi się wydaje.

Młody mężczyzna zamyślił się nad słowami Mary – miały sens. Wydawały się być rozsądne. Już od wielu lat nikt u nich nie gościł. Zresztą i nie mógł. Ojciec przyjął za punkt honoru nie zapraszać nikogo od chwili zniknięcia pani domu. Uważał to za hańbę i wstyd. Męczyło go ciągłe tłumaczenie i omijanie tematu, o którym nie chciał nawet myśleć, a co dopiero mówić.

- Myślę Mary, że możesz mieć rację. Tu tak dawno nie było innych osób, prócz domowników.

- Myślę, że czas to zmienić drogi Anthony. Nie sądzisz?

Dziewczyna już widziała wiele do zdziałania na tym polu. Wiedziała że ma rację. Dziwiła się, że syn tak znamienitego człowieka, jakim jest lord Arnold de Candberry, tak łatwo przystał na postanowienie ojca.

- Powinieneś już dawno coś z tym zrobić. Nie można się izolować od ludzi tylko dlatego, że wydarzyła się tragedia w rodzinie.

- Nic o mnie nie wiesz, i tym bardziej o mojej rodzinie!

Lord Anthony de Candberry był młodym mężczyzną, i bardzo cenił sobie zdanie Mary. Nawet ją bardzo polubił. Mimo to nie pozwalał nikomu mieszać się w sprawy rodzinne. A już najmniej pouczać i krytykować. Znowu jego rysy twarzy się zaostrzyły. Brwi w nerwowym napięciu zaczęły marszczyć się nad czarnymi jak węgiel oczami.

- Tak się tobie tylko wydaje.

Mary ugryzła się w język. Zbyt szybko zaoferowała zdanie które mogło insynuować, że jest w posiadaniu jakichkolwiek informacji. A w których posiadaniu być nie powinna. Anthony był zbyt długo sam, lecz doskonale umiał czytać między wierszami. Spojrzał na dziewczynę podejrzliwie z wielką uwagą.

- Czy ty wiesz coś czego ja nie wiem?

To było proste pytanie, lecz niosło ostrzeżenie. Mary wiedziała o tym. Teraz myślała błyskawicznie, jak mogłaby z tej opresji wyjść. Tak głupio dać się zapędzić w kozi róg.

- Chciałam przez to powiedzieć, że zbyt szybko ferujesz wyroki sir Anthony.

- Ja doskonale słyszałem, co powiedziałaś pani.

- A teraz znowu jesteśmy na oficjalnym tonie?

- Dowiem się wreszcie, co miałaś pani na myśli mówiąc: „że tak mi się tylko wydaje?”

- Mógłbyś się dowiedzieć, lecz się nie dowiesz. Nie odpowiada mi twój ton drogi panie.

Wiedział, że tej potyczki nie wygra. Bądź co bądź zaprosił ich tu nie ze względu na jej rodziców, lecz ze względu na nią samą. Ta dziewczyna, to istna szkatuła zagadek. Nigdy nie wiadomo co zrobi w danej sytuacji. Co myśli. I to w jakiś dziwny sposób ciągnęło go do niej. Wyczuwał że ona jest bardzo złożoną osobowością. Fascynowało go to coraz bardziej, więc dał spokój dociekaniom w tej kwestii – bynajmniej na ten czas. Wróci do tego później.

- Sir musi pan to zobaczyć. Z panem dzieje się coś dziwnego.

- Jak to coś dziwnego? Co masz na myśli?

- Najlepiej jak sam zobaczysz sir.

- Już idę! Państwo mi wybaczą. Na chwilę państwa pozostawię samych.

- Ależ naturalnie chłopcze. Będziemy oczekiwali wieści o stanie zdrowia twego ojca tu w bibliotece. Przecież nie czmychniemy, jak duch w zamku Duvall.

Miał to być niewinny żart ze strony lady Radley – ale nie udany. Mężczyzna tylko posłał spojrzenie Mary, i pośpiesznie wyszedł za David’m. Jak tylko mógł najszybciej, pokonał schody. Do pokoju ojca wpadł jak burza. Łóżko było w nieładzie. Drzwi na taras były otwarte. Zobaczył swego ojca na tarasie w pozycji, która wydała mu się wręcz groteskowa. Ojciec siedział w swoim fotelu, pochylony w przód trzymając coś w dłoniach. Co prawda nic w nich nie miał, lecz wyglądało to, jakby jednak coś trzymał. Coś głośno mamrotał. Anthony nie rozumiał niczego. Dopiero jak podszedł bliżej na taras, słowa ojca zaczęły być zrozumiałe i układały się w całość.

- Dlaczego Mary? Na Boga! Dlaczego?

- Ojcze! Co ty wyrabiasz?

- Nie odchodź! Weź mnie ze sobą do siebie!

Anthony podbiegł do ojca, który opadł w fotelu bez tchnienia. Twarz pobladła, i dziwnie się wyciągnęła, jakby bez życia.

- Ojcze! Na miłość Boską! Ojcze! Co tobie?

Jego ręce drżały w dziwnym tańcu nieopanowanych ruchów. Ciało przelewało się z jednej na drugą stronę. I gdyby nie fotel i dłonie syna, wypłynęłyby z niego na posadzkę. Młodemu mężczyźnie łzy potoczyły się jak grochy. Zupełnie był roztrzęsiony.

- Ojcze! Nie zostawiaj mnie samego! Na miłość Boga! Ty też?

Do biblioteki wpadł David. Był bardzo zdyszany i przejęty. Mary natychmiast spostrzegła, że dzieje się coś niedobrego. Zapominając o własnym nastroju, rzuciła się do Lokaja.

- Co się dziej Davidzie? Coś z panem?

- Musi panienka tam iść. Młody pan płacze. Starszy pan siedzi w fotelu bez życia.

I stary David skrył twarz w dłoniach. To było szokujące dla rodziców Mary i niej samej. Jej buntownicza natura przydała się w tej właśnie chwili, i przejęła panowanie nad sytuacją. Wyraz jej twarzy przejawiał oznaki władczości i opanowania.

- Ojcze dzwoń do doktora McCinley’a. Mamo zostań tu z ojcem. Ja idę na górę.

- Dziecko, może ja coś będę mogła pomóc?

- Nie mamo. Ty tylko byś siała panikę, wiesz o tym. Ojcze dzwoń!

Dziewczyna wypadła z biblioteki, i biegiem pokonała schody. Była już w korytarzu gdy dochodziły ją szlochy Anthony’o.

- David’e! przygotuj łóżko dla starszego pana!

- Anthony, co się dzieje?

On jednak przypadł do nóg ojca. Szarpiąc go z lekka, chciał ożywić i zmusić do reakcji. Dziewczyna chwyciła go za ramię. Próbowała odciągnąć od ojca. Ten wciąż patrzył na niego, nie zwracając uwagi na Mary. Dopiero gdy odciągnęła go po raz kolejny, i w napięciu wymierzyła mu siarczysty policzek – znieruchomiał. Wyglądał jak woskowa figura. Strzeliło jak z bata. David aż drgnął przy łóżku. Anthony zdębiał. Po chwili wstał z przysiadu, wciąż oszołomiony podszedł do balustrady tarasu. Zupełnie się tego nie spodziewał.

- Rusz się! Trzeba twego ojca zanieść do łóżka. David’e chodź tu natychmiast!

- Jak śmiałaś? Ty…!

- Później pogadamy Anthony. Chcesz ojca żywego, czy też chcesz go pożegnać jak matkę?

- Nagle wstał i opanował emocje. Stał opanowany jak dyrygent orkiestry.

- Davidzie pomóż mi.

Ten podszedł i razem wzięli starszego pana na ręce, i zanieśli do łóżka. Dziewczyna już tam czekała. Rozpięła szybko nocną koszulę. Przyłożyła ucho do klatki piersiowej. Serce biło – choć bardzo słabo. Sprawdziła puls. Był ledwie wyczuwalny.

- Twój ojciec…

- Co mój ojciec? Co z nim?

- Żyje, jednak jest bardzo słaby. Zawołaj Janet. Niech przyniesie wodę i okłady. Mój ojciec miał zadzwonić po doktora McCinley’a – sprawdź to.

- Sprawdziłem – jest w drodze.

Janet przyniosła naczynie z wodą i okłady. Oddech starszego pana był krótki i nieregularny.

- Janet weź podsuń panu drugą poduszkę pod głowę, chcę aby leżał wyżej.

- Anthony! Ty weź koc, zwiń w rulon i podłóż pod nogi.

Sama wzięła się za okłady. Twarz zmieniała się. Zaczęła się różowić – to bledną na zmianę. Chory był spocony. Kropelki na czole wyglądały, jak ranna rosa na źdźbłach trawy. Ocierała Okładem twarz starszego pana, i masowała mu ręce. Były blade i zimne.

- Janet, przymknij okiennice na taras, zbyt tu wieje.

- Tak panienko.

Mary okryła lorda de Candberry do połowy pościelą, a dłonie wystawiła mu na pościel. Nie chciała doprowadzić do przegrzania organizmu. Doktor Mathev McCinley, przybył po piętnastu minutach. David zaprowadził go do pokoju chorego. Ten zbadał go bardzo dokładnie. Chory nie reagował na żadne słowa.

- Sir Anthony, od kiedy to trwa?

- Od jakiejś godziny doktorze.

Mary nie czekała, aż syn lorda się zdecyduje coś powiedzieć. Anthony wyszedł. Ona jednak czuła wyraźnie, że oprócz skorupy jaką prezentował wobec wszystkich – ma gdzieś tam serce, które bije i cierpi. Tylko droga doń jest bardzo zawiła. Wiedziała też, że ojciec dlatego młodego człowieka, to wielka ostoja i jedyna rodzina. No i jeszcze ten policzek, którym obdarzyła młodego lorda. To też trzeba będzie sprostować.

- On znajduje się w jakiejś dziwnej apatii. Ogólnie nic mu nie jest. Serce co prawda słabe, puls również ledwie wyczuwalny, lecz nic poza tym.

- To co może być tego przyczyną doktorze?

- Wygląda na to, że nasz przyjaciel nie chce żyć. On nie walczy. Jego walka została zakończona.

- Nie można mu jakoś pomóc?

- Nie. Dopóki sam nie zacznie walczyć. On się poddał panno Mary. Zabrakło mu argumentów do walki do dalszego życia.

- Ale co się stało?

I dziewczyna opowiedziała staremu doktorowi po kolei, jak sprawy się potoczyły? Ten tylko słuchał, i kiwał głową. Wydawało się, że był bardzo przejęty i zatroskany. Lecz Mary widziała na twarzy starego doktora, że zrozumiał. Wiedział a przynajmniej domyślał się, co się dzieje z jego starym przyjacielem.

- I jak pan myśli doktorze. Co jest tego przyczyną? Demencja starcza? Obłęd?

- Mary jak możesz tego nie wiedzieć? On cierpi. Tęskni i cierpi – to miłość.

Dziewczyna patrzyła na doktora, jak na przybysza z innego świata. To co mówił nie miało dla niej żadnego sensu.

- Jak to cierpi? Jaka miłość? Jego żona nie żyje już wiele lat?

- Właśnie. On nadal tęskni i nadal kocha. Widać nigdy nie pogodził się z jej utratą.

- Co możemy zrobić?

- Dać mu wiele troski, miłości i opieki. Nie wolno go niczym denerwować. Jest bardzo słaby. Dałem mu coś na wzmocnienie. Reszta jest na stoliku. Jak się obudzi musi zażyć leki ze stolika.

- Dopilnuję tego.

Mężczyzna zamknął torbę ruszając do wyjścia. Widać było, że torba lekarska sprawiała mu już wiele trudności. Nie był to już młodzieniaszek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz