Tom II – część 33

Post w dziale:

- A co przetrwało do dzisiaj?

- Cała posiadłość otoczona była dzikim lasem. Był częściowo podmokły. Posiadłość posiadała również wiele fos obronnych. Lasy na zewnątrz zamieszkane były przez niezbyt przyjaznych ludzi. Dzisiaj – co prawda te lasy nadal istnieją, lecz cała sieć fos już zanikła.

- A mur? Czy on nadal istnieje?

- Nie droga pani. Nie ma już żadnej z jego części. Czasy się zmieniły, a zatem charakter warowni również. Mur został rozebrany z polecenia rodziny. Nie uległ unicestwieniu w sposób naturalny.

- A dom? Jak sam dom się zmienił?

- No jeśli chodzi o sam budynek – sama jego bryła nie zmieniła się. No, może poza nielicznymi detalami. Zniknął wewnętrzny mur i fosa. Dom uzyskał bardziej łagodniejszy wizerunek, bardziej mieszkalny. Czyli większe okiennice, ładniejszy wygląd ścian zewnętrznych. Zostały rozebrany budynki czysto obronne. Na pewno zmienił się wygląd wewnątrz. Zapewne na bardziej prywatny mieszkalny, niż oficjalny obronny.

- Rozumiem, że to wielki dom Jeff. Powiedz mi zatem, kto dzisiaj zamieszkuje tę posiadłość?

- Obecnie zamieszkuje ten dom tylko dwoje członków rodziny de Candberry. To człowiek już w wieku bardzo zaawansowanym. No jest dużo starszy ode mnie. Razem z nim dom zamieszkuje jego młodsza siostra, lady Jaqueline de Candberry z mężem i dwojgiem dzieci.

- Czy lord Anthony de Candberry nie miał żony i dzieci?

- Nie droga Saro. Ich rodzina również dotknięta była straszną tragedią. Naturalnie miał parę matrymonialnych okazji by założyć rodzinę, lecz nic z tego nie wyszło. Zatem został sam do dzisiaj.

- To przykre.

- Zapewne, niemniej to jego wybór.

Lord Ashton de Brams coraz bardziej uśmiechał się do obojga. Jego rozbawienie zaczęło się udzielać wszystkim w koło.

- Co ciebie tak śmieszy Ash?

- Uśmiecham się z powodu tego, iż z towarzyskiej rozmowy zrobiła się nam rozmowa – niczym wykład historii. Słucham ciebie – wybacz mi za określenie – jak kustosza w muzeum.

- No faktycznie. Mogło to tak wyglądać. Mam nadzieję, że ciebie nie zanudziłem?

- Ależ nic takiego. Po prostu tak mi się skojarzyło.

Cała trójka była rozbawiona tym skojarzeniem. Ponownie atmosfera zrobiła się luźniejsza. Nastroje wszystkich były znacznie lepsze, niż z przed rozmowy. Na zewnątrz zrobiło się całkowicie szaro. Całe niebo zasnuło się granatowymi chmurami. Pierwsze krople wystukiwały swój własny rytm po szybach.

- Wspomniałaś Saro, że analizowałaś rękopis opisujący rodzinę de Candberry’h. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej?

- Dziesiąty z rękopisów, który właśnie zakończyłam jest jakby wprowadzeniem w temat tej rodziny. Lord Anthony de Candberry, opisuje w nim konkretny dzień – niedzielę. To w ten dzień właśnie mieli przybyć do nich goście. Opisuje, że to pierwsi goście w ich domu od wielu lat. Jak na razie nie wiem, dlaczego nie przyjmowali gości przez tak długi okres. Akurat w tym rękopisie, nie ma odpowiedzi na to pytanie.

- A jakie informacje są podane?

Tym razem lord de Brams okazał zainteresowanie. Swego czasu bardzo interesował się tą rodziną. Jego firma rozrasta się, zwiększając swój zakres działania. Zajmuje się ona w szerokim zakresie obrotem nieruchomościami i wszystkim, co się z tym łączy. Obecnie czasy dawały wspaniały rozkwit takim firmom. Masę prywatnych posesji, domów czy całych posiadłości, stawało się przedmiotem handlu. Jednak tylko firmy podchodzące do tego bardzo poważnie, stawały się istnymi potentatami w tej dziedzinie. Lord Ashton de Brams, już dawno nie używał własnego tytułu rodowego. Pojęcie tychże, stało się etykietą – w istocie – historyczną. Jedynie w pewnych kręgach lub okolicznościach, miały swoją wagę. Sara Forest kontynuowała swoją relację z analizy rękopisu.

- Lord Anthony de Candberry opisuje okres, gdy zamieszkiwał z nim jego ojciec.

- Jak on miał na imię Jeff? Arnold?

- Tak!. Lord Arnold de Candberry. To był zacny człowiek. Taką opinię o tym człowieku ferował mój ojciec. Znali się z izby lordów.

- Mój także. Choć przyznać muszę, że wypowiadał się o nim z wielką rezerwą.

- Zatem kontynuując. Tylko oni obaj w opisywanym okresie, zamieszkiwali posiadłość. W swoim rękopisie lord Anthony wspomina dość często, iż jego ojciec miał poważne problemy ze zdrowiem. Do tego stopnia, iż rozważał konieczność sprowadzenia psychiatry. Chodzi tu o jakieś – jego zdaniem – dziwne długotrwałe zamyślenia, zmiany nastrojów.

- Być może chodzi tu o dolegliwości związane z wiekiem jego ojca.

Lord Jeffrey de Blackstone, dorzucił swoje przypuszczenie. Wiele słyszał o chorobie seniora de Candberry, i stąd jego wnioski. Pamiętał, że wiele osób współczuło młodemu de Candberry z tego powodu. Były jednak i inne zdarzenia w tej rodzinie. Niemniej nie chciał w tym momencie o nich wspominać.

- No dobrze. Wspomniałaś o umówionej wizycie rodziny Radley’w.

- No i tu wydało mi się dziwnym, zachowanie lorda Anthony’o de Candberry.

- Czemu?

Lord Ashton okazał zaciekawienie poruszonym wątkiem.

- Odczytując słowa lorda Anthony’o de Candberry, rodzina Radley’w, została przez nich zaproszona. Nie przybyła do posiadłości de Candberry’h z własnej inicjatywy – to jedno. Drugie. To fakt, iż obaj poczynili daleko idące przygotowania. Zastanowiły mnie wypowiedzi samego lorda Anthony’o. Jednoznacznie stwierdza on, iż w dzień przewidzianej gościny, zaczął wątpić w słuszność owego zaproszenia. Więcej! Z jego wypowiedzi wynika, iż on zaczynał żałować ciszy, jaka u nich panowała. Dla mnie to hipokryzja, bądź brak zwykłej szczerości. Co wy na to?

- No nie do końca rozumiem takie zachowanie. Być może faktycznie do końca nie przemyślał swoich planów względem gościny.

Od razu odezwał się lord Ashton de Brams. Nie uważał by było to coś wartego jego uwagi. Uznał to za przykład co do tego, iż należy dokładnie analizować własne decyzje. Jeffrey jednak miał inne zdanie. Wiedział dużo na temat tej rodziny. Sarze jednak to nie umknęło, i niemal w tej samej chwili uważnie mu się przyjrzała.

- Jeff! Co ty o tym sądzisz? Widzę, że się zamyśliłeś.

- Bo ja wiedząc o wiele więcej od ciebie Saro, nie sądzę by była to z jego strony hipokryzja.

- Czemu tak twierdzisz?

- Nie będę zbyt głęboko wnikał w temat ich rodziny. Jednak musisz wiedzieć, że ich rodzina przeżyła niegdyś wielką tragedię. Chodzi tu o lady Steffany de Candberry. I to chodzi o tragedię, która zaczęła się grubo wcześniej od jej zniknięcia i śmierci. Ashton’e! Czy nie mam racji? Wiesz o czym mówię. To dla ojca jak i syna wielki dramat. Swego czasu było o tym głośno. I to nie tylko w naszym mieście, ale w całym okręgu i innych hrabstwach. Gazety się o tym rozpisywały. Czy ty wiesz, co znaczy dla mężczyzny – męża, lorda izby lordów – taka tragedia? Szkoda gadać. A jeśli chodzi o jego syna. On przeżył to – kto wie – czy nie najbardziej. W czasie gdy jego matka zniknęła, on był młodym chłopcem. Wszystkie wydarzenia, jakie się działy wokół nich uderzały w niego. Do tego jeszcze dorzuć argumenty ojca. Później na pewno będziemy jeszcze o tym rozmawiali – w trakcie dalszych rękopisów. Reasumując. Nie uważam, że odczuwanie wątpliwości przez Anthony’o można by nazwać hipokryzją. Być może ich dom stał się dla nich azylem, schronieniem, twierdzą przed światem. Tego nie wiem. Wiem jedno, osobiście podziwiam tego człowieka Saro.

- No tak, niewątpliwie masz rację. Z twoich słów wynika, że znowu zbyt szybko zaaplikowałam sobie ocenę człowieka. Koniecznie muszę to w sobie zmienić.

- Nic nie szkodzi. Nie znasz wielu facetów. W trakcie pracy poznasz wiele faktów, i to bardzo zaważy na twoim zdaniu.

- Jak zwykle nie zaniechałeś spokojnego myślenia i analizy Jeff. To twój wielki atut.

Lord de Brams cenił sobie tę cechę u Jeffrey’a. Sprawiało to, iż jego decyzje były nader słuszne. Umiał trafnie oceniać sytuację, i stąd jego mądrość. Ashton wiedział, że Jeffrey nigdy nie używał emocji w swoim działaniu. To dawało mu nad innymi wielką przewagę. Sara czyniła sobie zapiski. Informacje jakie uzyskała od Jeffrey’a były cenne. Mogły się przydać do bardziej wnikliwej analizy. A to może sprawić, iż jej wnioski będą bardziej trafne. No i zrozumiała, że musi skończyć z ocenianiem. To nie prowadzi do niczego dobrego – a wręcz przeciwnie. Mogą krzywdzić innych, a co za tym idzie i ją samą. Uśmiechnęła się.

- Widzę Saro, że jest pani zadowolona z efektu naszej rozmowy.

Lord Ashton de Brams, usiłował ustalić nastrój kobiety. Nie chciał powtórki z jej chwiejnego nastroju. Zresztą mu również to się podobało. Chciał dokładniejszej analizy tego, co działo się w tamtych latach. Nikt nie wiedział, ale i on do końca nie poradził sobie z przeszłością.

- To bardzo interesująca rozmowa Ashton’e. Właśnie takie fakty są niemal niezbędne, by dobrze analizować tak trudny materiał. Jako osoba z poza czasu w którym działy się te wydarzenia – co do faktów, nie mogę być autorytetem. Jednak winnam być rzetelnym analitykiem. W związku z tym mam do was obu panowie jedno pytanie.

- To znaczy?

Jeffrey się zaciekawił. Ashton tylko zrobił bardzo skupioną minę.

- Każdy z rękopisów jest spisany jako relacja osobista. I to można by rzec bardzo skrupulatna. Wygląda to, jakby były to notatki z pamiętników – bądź kronik. Interesuje mnie, jak te wszystkie rękopisy – a jest ich mnóstwo – jak one zostały zebrane w jedną całość. To często bardzo osobiste przemyślenia.

Obaj spojrzeli na siebie z nieukrywanym podziwem. Nie widać było ani u Ashton’a, ani u Jeffrey’a najmniejszego zakłopotania. Kobieta bacznie ich obserwowała. Jeffrey wyprostował się w końcu, nadal siedząc w fotelu.

- To może ja odpowiem kochanie. Wiele lat temu – jak pewnie dowiesz się z następnych rękopisów – prowadzone było śledztwo przez ówczesnego komisarza. To on prowadził – rozszerzone na szeroką skalę dochodzenie wielu wątków tych wydarzeń. Jednak i ja – będąc, lub może mając taką możliwość – prowadziłem własne śledztwo. Niemniej faktem jest, iż każdy z tych rękopisów, potwierdzony jest przez ich autorów.

- Nie rozumiem.

Sara od razu przerwała Jeffrey’i w jego wywodzie.

- Czyli oni sami spisywali te rękopisy? W jakim celu?

- W śledztwie ówczesny komisarz miał własny styl prowadzenia dochodzeń. Mianowicie sam ustalał fakty, opierając się na dowodach. Niemniej ustalał wiarygodność tych faktów, jak i dowodów w prosty sposób. Poszczególne etapy dochodzenia, były potwierdzone właśnie rękopisami.

Sara nadal nie rozumiała. Lord de Blackstone widział to, i kontynuował swoją odpowiedź.

- Wytłumaczę to tak. Od momentu rozpoczęcia śledztwa, do momentu w którym zostało ono umorzone – każdy z przesłuchiwanych spisywał własną ścisłą relację. Istnieją jeszcze rękopisy w kronikach rodzinnych każdej z rodzin. Tychże jednak nie udostępnia się ogółowi Saro. Innymi słowy, to co tyczy się poszczególnych rodzin, jest bardzo skrupulatnie pilnowane przez ich członków. A wierz mi, każda z nich ma swoje dwie strony medalu.

- Rozumiem. Czyli mam prawo twierdzić, iż są one legalne. Że po ich opublikowaniu nie będę pociągnięta do odpowiedzialności?

- Proponuję dokładnie przejrzeć ostatnie ze stron każdego z nich. Są one opatrzone pieczęcią komisariatu, jak i podpisem ich właścicieli.

- Rozumiem. Na pewno sprawdzę. A możesz mi powiedzieć – skoro to były ręcznie pisane opisy zdarzeń dla potrzeb komisariatu – to czy wolno mi dowiedzieć się, jak one znalazły się tu u ciebie?

- Proszę bardzo. Cała ta sprawa od A do Z prowadzona była przez jednego komisarza. To było jego śledztwo. Wiele się wyjaśniało właśnie dzięki jego stylowi prowadzenia dochodzeń. I gdy jego czas przyszedł – mówię tu o emeryturze tegoż komisarza – na moją prośbę, zabrał z archiwum wszelkie dokumenty i rękopisy. Te które były związane z tym konkretnym dochodzeniem. A dlaczego są obecnie u mnie? Gdyż obaj prowadziliśmy własne śledztwa Saro, które w pewnym momencie połączyły się w jedno. Przyjaźniliśmy się po prostu, i stąd u mnie. Któregoś dnia jego żona zadzwoniła do mnie informując, iż jej mąż jest ciężko chory. Komisarz palił – dużo palił. Wdała się też choroba płuc – jeśli się nie mylę. Zatem zadzwoniła do mnie i oznajmiła, iż komisarz chce się ze mną widzieć – pilnie.

- W jakiej sprawie?

- Właśnie w sprawie wszystkich tych materiałów zabranych z komisariatu. Pojechałem tam naturalnie. Faktycznie było z nim źle, choć usilnie starał się tego po sobie nie pokazywać. To właśnie wtedy powiedział mi, iż gdy wyzdrowieje, chciałby doprowadzić śledztwo do końca – wraz ze mną. Jeśli nie, to ja mam tego dokonać – tyle. Jego małżonka nic nie wie o tym co mi powiedział. Byliśmy sami w jego pokoju. Po niespełna tygodniu dowiedziałem się, iż miał poważne problemy z oddychaniem. Dostał wewnętrznego krwotoku i zmarł. Byłem na jego pogrzebie. Następnego dnia otrzymałem od jej prawnika telefon, iż w testamencie ową dokumentację komisarz przekazuje mi w spadku. Jego żona myśli, że to zwykłe książki – i niech tak pozostanie. To dla jej bezpieczeństwa. W komisariacie podał, iż wszelkie materiały zostały spalone. Tak czyniło się z wieloma sprawami zamkniętymi – rozumiesz?

- Czyli wynika z tego co mówisz, że komisariat samowolnie nie wydałby jemu, czy też tobie tych materiałów. Stąd to kłamstwo z ich spaleniem?

- Dokładnie tak. Inaczej nie mielibyśmy teraz o czym rozmawiać.

- No tak. Czyli by dokonać praworządności w pewnym sensie trzeba ją złamać, nagiąć pewne okoliczności z nią związane.

- Tylko w pewnym sensie. Weź pod uwagę Saro, iż moja zasługa w śledztwie była ogromna. To również wpłynęło na rozwój śledztwa. Przez nią można by uznać, iż przekazanie mi materiałów było czymś w rodzaju zwrotem kosztów bądź nagrodą.

- No ok. Nie będę już w to wnikać. Uznam, że uzyskałam odpowiedź na moją wątpliwość. Jednego jestem pewna. Nie będę się tym chwalić.

- I o to chodzi Saro.

Znowu atmosfera stała się wyluzowana. Lord de Brams coraz bardziej był zadowolony z własnej decyzji przyjazdu do Przyjaciela. Czuł wreszcie, że on w końcu zazna spokoju. Z pomocą Jeffrey’a i Sary będzie łatwiej.

- Słuchajcie panowie! Myślę, że to na tyle jeśli chodzi o projekt. Ja jednak jestem bardzo ciekawa, jak przebiegła wasza wycieczka? Nic na ten temat nie mówicie. Wspomniałeś Jeffrey’u, iż mama zakończyła swój projekt renowacji części terenu na zewnątrz.

Lord de Blackstone wygodnie rozsiadł się w fotelu. Jego dłoń samoistnie przesunęła się po torsie, aż spoczęła na jego wąsach. Palce od razu pogładziły ich końce, a oczy miały taki szczęśliwy wyraz. Nie odzywał się. Pozostawił tę przyjemność Przyjacielowi. Jedyne co zrobił, to wykonał gest dłońmi w kierunku Ashton’a.

- Jak widzę, to mnie przypada podzielić się swoimi wrażeniami. Oj wygodnie Jeffrey’u tyle, że nie wiem czy dla mnie również.

Uczynił przy tym taką minę, iż wspaniały uśmiech ukazał się na obliczu Sary. Lord de Brams rozbawił ją swoim wyrazem twarzy. Ten na zgodę, wykonał własny gest dłonią.

- Moje zdanie w tej mierze, nie będzie zbyt relatywne. Tyle lat nie było mnie tutaj, iż nie bardzo już pamiętam, jak wtedy tu wszystko wyglądało. Niemniej skoncentruję się na tym, co widzę teraz. Może być?

- Ok! wal!

Jeffrey od razu zripostował wypowiedź Przyjaciela. Sara oczekiwała skrupulatności w opisie. Lord de Brams zaczął opisywać swoje wrażenia z wycieczki. Opisywał wspaniałą konstrukcję wysokiego muru zewnętrznego z górskich kamieni. Jego imponującą wysokość. Wiele ciepłych słów padło po adresem obu bram wjazdowych. Wzmocnienie drogi, jak i wspaniała roślinność – również nie uszło jego uwadze. Oboje słuchali tego z wielkim zadowoleniem. Jednak altana w centrum wielkiego klombu kwiatów – tu wręcz nie było sposobu przerwać wywodów Ashton’a. Pewnie by wiele jeszcze na ten temat mówił, gdyby nie fakt, że do salonu wparowali obaj chłopcy. Byli tak rozbawieni, iż nie sposób było ich uspokoić. Jeffrey chciał coś powiedzieć, tyle, że Sara wyprzedziła jego zamiar znaczącym spojrzeniem w ich kierunku. Podziało choć częściowo.

- Może byście się przywitali. Przecież mamy gościa.

- Przepraszam! Dzień dobry panu sir.

- Dzień dobry.

- Był już obiad? Brzuch mi daje do wiwatu.

Z wielkim naciskiem zaznaczył Matthev uparcie wskazując na swój brzuch. Zresztą Thomas poparł brata w całej rozciągłości.

- Nie! Jeszcze nie było. Jeszcze czas na obiad.

- Czas na obiad – jak to? Jest już prawie druga.

- Jak to druga? Żartujecie?

Sara była zupełnie zaskoczona. Nie spodziewała się, że jest tak późno.

- No ale nie ma jeszcze rodziców! Czy są?

- Jak to nie wiesz czy są rodzice? To coś nowego.

- Nie żartuj sobie Matth! Pytam poważnie.

- Są i to od jakiejś pół godziny.

- No to czemu nie dołączyli do nas?

- Oboje są wykończeni. Zdaje się, że mieli dzisiaj ciężki dzień w firmie. Ojciec jeszcze gdzieś wydzwania w swoim gabinecie. Mama zajęła się organizacją obiadu.

- Boże! Całkiem zapomniałam o obiedzie. Muszę jej pomóc. Wybaczcie panowie, ale ja znikam. Widzimy się na obiedzie.

I tak jak się zerwała z fotela, tak szybkim krokiem ruszyła w kierunku drzwi przy których na moment się zatrzymała.

- A prawda Jeff! Gdzie ma być podany obiad?

- Skoro Vivienne zajęła się organizacją obiadu, to pewnie już wydała polecenia. Musisz z nią o tym porozmawiać.

- Ok.

Sara zamykając za sobą drzwi, wyszła pośpiesznie z salonu Jeffrey’a. Panowie pozostali z chłopcami. Obaj chcieli już wyjść z pokoju, gdy Jeffrey zatrzymał ich gestem dłoni.

- Słuchajcie! Możemy chwile porozmawiać?

- A nie można później? Stało się coś?

Obaj nie chcieli pozostawać w salonie, gdzie za zwyczaj rozmawia się o poważnych sprawach. Nie zupełnie w ich stylu. Oni mieli własne sprawy, i odkąd zamieszkali w posiadłości Garden Hill, musieli szybko wydorośleć. Matthev już w pełni studiował na tutejszej uczelni informatykę, grafikę, i zarządzanie. Thomas kończył już ostatni rok liceum. Odkąd wyprowadzili się ze starego domu, bardzo wydorośleli – zmężnieli. Pierwszy młodzieńczy zarost czernił się na ich twarzach. Obaj z twarzy bardzo upodabniali się do ojca. Każdy wysoki, lecz tak samo krępej budowy. Obydwaj sumiennie ćwiczyli w sali do ćwiczeń, choć i na mieście uczęszczali do siłowni.

- Nim George wezwie nas na obiad, chciałem się was o coś zapytać.

- Tak?

- Czy jadąc tu do posiadłości, zauważyliście jakieś zmiany?

Obaj spojrzeli po sobie. Lord Ashton de Brams, jak i Jeffrey przyglądali się im z uśmiechem na ustach. Chłopcy usiłowali sobie coś przypomnieć, ale nie wiedzieli o co chodzi. To naprawdę był zabawny widok. Matthev już miał odpowiadać dla świętego spokoju, że nic nie widział. Thomas jednak go wyprzedził.

- Czekaj, czekaj! Tak! Widzieliśmy zmiany. Nie ma robót przy wjeździe. Mogliśmy wjechać główną bramą, a nie boczną.

- Co widzieliście?

No i zaczęło się wyliczanie – i to na przemian. To Thomas coś usiłował wymieniać, to Matthev coś dorzucał.

- Widzę, że nie bardzo zwracaliście uwagę na to, co zmieniło się wkoło co?

- Widzieliśmy! No przecież…

- Słuchajcie! Pytam dlatego, gdyż chciałem znać waszą opinię. Ja, jak i lord de Brams już urządziliśmy sobie wycieczkę po terenie posiadłości. Obaj jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Stąd chciałem znać wasze wrażenia. Na co zwróciliście uwagę?

- Mówiąc uczciwie Jeff…, przejechaliśmy ot tak po prostu. Jedyne co wpadło nam w oczy to fakt, że jedziemy od frontu.

- Tak myślałem. Zatem czy będę mógł liczyć na to, iż przyjrzycie się zaistniałym zmianom? To ważne!

- Zrobi się.

- To nie wszystko. Jakiś czas temu prosiłem was o zajęcie się planem stworzenia sieci internetowej – tu w posiadłości. To miała być sieć niezbędna do utrzymania bezpieczeństwa. Co z planami jeśli chodzi o ten projekt?

- Szczerze mówiąc zapomnieliśmy o tym, ale weźmiemy się za to, Słowo!

Lord de Blackstone milcząc nie poruszał się w fotelu. Widać było, iż nie jest zadowolony z odpowiedzi, którą usłyszał. Zdawał sobie sprawę z natłoku nauki, jakiemu musieli sprostać – i to rozumiał. Jednak orientował się również, ile czasu spędzają poza domem. Mówiąc szczerze miał tego dość. Oczekiwał po Steven’e, jak i Vivienne, większej dyscypliny w stosunku do nich. Jak widać obaj nadal lekceważyli swoje obowiązki. To w tej właśnie chwili postanowił, że musi przeprowadzić rozmowę w tym temacie z ich rodzicami. Obaj synowie Forest’w, mieli mało obowiązków i dyscypliny w ich realizowaniu. Co najważniejsze, nie ponosili żadnych konsekwencji. Lord Ashton de Brams od razu zauważył zmianę w wyrazie twarzy Jeffrey’a. Nie wtrącał się jednak. Był gościem, i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wtrącanie się w ten zakres spraw nie jest dobrą decyzją.

- Moim zdaniem ty Matthev, jak i ty Thomas’e, nie mieliście chęci tym się zająć. Wiedzieliście, że to dla mnie bardzo ważne. Dla was winno być również, gdyż i wy tu mieszkacie. A mimo to lekceważycie moje słowa. Obaj doskonale znacie się na wszystkim, co tyczy się komputerów, kamer, nagłośnienia, alarmów. Sądziłem, że mogę na was liczyć.

- Bo możesz!

Matthev od razu zapewnił o tym Jeffrey’a. Ten jednak się nie uśmiechał. Obaj wiedzieli, że on nie ma nastroju do żartów. Obaj byli speszeni całą tą sytuacją.

- Dziękuję wam obu. Już was nie zatrzymuję. Będziemy widzieli się przy obiedzie.

- A co z tą sprawą bezpieczeństwa?

- Macie tydzień na sporządzenie planu, kosztorysu, jak i wytypowanie firmy. Chodzi mi o producenta, gdzie miałyby być zakupione komponenty.

- Tydzień?

- A tydzień. Co to dla was? Przecież jest was dwóch – prawda? I jeszcze jedno. Jeśli pod koniec tygodnia, nie zobaczę kosztorys materiałów w komplecie – w prostej linii wynajmę kogoś innego. Rozumiecie?

- A co tu rozumieć.

- Matth!

- No przepraszam.

Obaj chłopcy wyszli z salonu. Drzwi zamknęły się za nimi. Lord Jeffrey de Blackstone był lekko podenerwowany. Ashton to zauważył. Jego uwagę jednak zwróciło dość widoczne zainteresowanie chłopcami – ich charakterem. Znał Jeffrey’a i wiedział, iż niczego nie czyni bez powodu.

- Widzę, że masz szczególne baczenie na chłopców.

- Tak to widać?

- No raczej. W różnych rolach ciebie widziałem, lecz w tej jeszcze nigdy.

- Czyli w jakiej?

- Jako ojca.

- Żartujesz! Skąd miałbym wiedzieć, jak wygląda rola ojca? Przecież…

- Przecież ty wciąż grasz rolę ojca – i to od lat. Tyle, że dla innych i to obcych ludzi.

- Przesadzasz Ash!

- W najmniejszym stopniu Jeff. W najmniejszym stopniu. Taki jesteś.

- No już dosyć tych czułości Ash.

Obaj rozbawieni własnym odkryciem, szczerze się uśmiechali. Dopiero pukanie do drzwi przerwało ich rozbawienie.

- Proszę!

Drzwi się uchyliły, i stanął w nich lokaj.

- Przepraszam sir! Pani prosiła zawiadomić, iż nakryto do obiadu.

- Dziękuję George!

Lokaj przekazał polecenia swej pani – odwrócił się kierując się ku drzwiom. Tuż przy nich zatrzymał się, odwrócił się ponownie i dodał…

- Zapomniałem dodać, iż obiad podany będzie w dolnej jadalni sir.

Ukłonił się i wyszedł. Lord de Blackstone dopiero krystalizował w sobie tę wątpliwość. Faktycznie nie wiedział, gdzie obiad będzie podany. Uśmiechnął się tylko pod wąsem do Ashton’a. Panowie wyszli z salonu. Co prawda lord de Brams winien był się odświeżyć, przebrać. Mimo to ograniczył się li tylko do odświeżenia dłoni, małych poprawkach przed lustrem, jak i ogólnego skontrolowania własnego wyglądu. A że było wszystko w porządku, obaj ruszyli w kierunku schodów.

- Ashton’e! Może miałbyś chęć skorzystać z windy? Nie wiem, czy tobie o niej wspominałem.

- Akurat tego nie pamiętam Jeff, niemniej zauważyłem. Poczyniłeś tu wielkie zmiany.

- Dziękuję. Czyli winda, czy schody?

- Jeśli pozwolisz to schody. Uwielbiam patrzeć na wnętrza tego domu. Mimo pokaźnych rozmiarów, tobie udało się go ocieplić wizualnie. To wielki sukces.

- Dziękuję. Muszę przyznać, iż wiele czasu minęło nim zrozumiałem, że muszę wziąć się za całą posiadłość.

- Rozumiem, iż masz na myśli, cały ten czas, zaraz po śmierci panny Radley?

- Tak! To był koszmar.

Obaj zeszli do hallu na parterze, gdy George z uśmiechem przywitał ich obu ukłonem. Był iście zadowolony z obecności w jadalni całej rodziny. Co prawda lord de Blackstone nieco się zdziwił tym faktem – mimo to o nic nie pytał. Panowie weszli do jadalni. Vivienne wraz ze Steven’m od razu doń podeszli. Przywitali się pogodnym podaniem dłoni. Jeffrey’i w oczy rzucił się jej wyraz twarzy. Kobieta była przemęczona. Worki pod oczami, powieki zaczerwienione. Starała się zakryć oznaki zmęczenia makijażem, lecz z marnym skutkiem. Steven uśmiechnął się, choć wypadło to równie nieco sztucznie – jakby na siłę.

Jeffrey już wiedział, że trzeba będzie coś zmienić. A jeśli zmienić, to musi wpierw z nimi porozmawiać. Obiad przebiegł spokojnie, choć wyczuwało się momenty zmęczenia. Po obiedzie wszyscy chcieli ruszyć na odpoczynek. Chłopcy jak zwykle mieli zamiar udać się w miasto. Do jadalni zaraz po zakończeniu obiadu wszedł George. Podszedł do lorda de Blackstone.

- Sir! Wszystko przygotowane.

- Dziękuję George! Dopilnuj by wszystko było podane jak prosiłem.

- Tak jest sir.

Vivienne ze Steven’m byli zaskoczeni. Chcieli już wyjść z jadalni, i udać się do siebie. Jednak lord de Blackstone szykował niespodziankę, i to dla samej Vivienne. Zupełnie się tego nie spodziewała, i stąd to zaskoczenie. Chłopcy również byli nie bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Miast ruszyć w miasto, zmuszeni byli pozostać w domu. Thomas usiłował spotkać się z Maggie, a Matthev miał wypad do nowo otwartego klubu z kumplami. Lord Jeffrey de Blackstone jednak nalegał na pozostanie w jadalni.

- Nim się rozejdziemy ponownie – każde do swoich zajęć, swoich pokoi, chciałbym wszystkich zaprosić do biblioteki na moim piętrze. Mamy obecnie trzecią po południu. A zatem wszystkich zapraszam na piątą. Mam nadzieję, iż przyjmiecie moje zaproszenie.

- A wydarzyło się coś szczególnego?

Vivienne zapytała nie bardzo mając chęć na cokolwiek. Razem z mężem mieli trudny dzień. Ważny kontrakt nad którym pracowali wiele tygodni, i który udało się korzystnie sfinalizować. Mieli trudnego klienta. Opłaciło się jednak. Mimo to była wykończona – Steven również. Matthev i Thomas liczyli na to, iż rodzice odmówią. Dałoby to im wolną rękę. Lord de Blackstone wiedział o tym – przewidział ich reakcję. Doskonale rozumiał, iż w tej kwestii musi być nieugięty i stanowczy. Wyraźnie widać było, iż oboje, Steven z Vivienne z chłopcami sobie nie radzą. Przed nim obydwaj mieli jeszcze respekt. W tej kwestii mógł również liczyć na Sarę.

- O powodzie naszego spotkania w bibliotece, nie chciałbym teraz mówić. Niech to będzie niespodzianką Vivienne. Bardzo proszę. Obecnie jest już dziesięć po trzeciej. Oboje ze Steven’m – jak nie trudno spostrzec – mieliście ciężki dzień. To widać po waszych twarzach. Zatem proponuję kąpiel, relaks. Odpoczynek wam się przyda. Chłopcom również przyda się chwila spokoju. Czy mogę na was liczyć?

Słowa Jeffrey’a jeszcze bardziej zaintrygowały Vivienne. Zupełnie nie wiedziała o co chodzi z tym spotkaniem. Jaki jest tego powód? Mimo to widząc, że z Jeffrey’a nic nie uda się wyciągnąć, wszyscy ruszyli w stronę hallu. Kobieta odpowiedziała bardzo uprzejmie.

- Naturalnie, że możesz na nas liczyć Jeffrey’u, będziemy punktualnie.

- Mamo!

Thomas usiłował w ostatniej chwili zaprotestować, ale Vivienne była już w hallu. Steven wraz z nią weszli do windy. Lord de Brams z Sarą nie odzywali się wcale. Oczekiwali na finał tych rewelacji, choć sami byli zaciekawieni tym anonsem. Chłopcy chwilę w miejscu stali. Widać było jednak, że im obu nie było to na rękę. Thomas coś mruczał do brata pod nosem.

- Thomas! Czy coś się stało?

- Nie, nic.

- Na pewno?

- Tak! Na pewno!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz