Tom II - część 41

Post w dziale:

Vivienne wpatrzona gdzieś poza Jeffrey’a zastanawiała się co powiedzieć. Steven Forest milczał. I on był poruszony tym co usłyszał. Nawet Sara wpatrywała się w Jeffrey’a. Była zdumiona podanymi informacjami. Nawet ona nie zdawała sobie sprawy z tego, iż jest tak źle. Jednak zastanowiło ją coś jeszcze. Uświadomiła sobie, iż ten mężczyzna, którego kocha – wiele jej nie mówi. Ma własne sposoby na zdobywanie informacji. Wydawało jej się, że on stale jest w domu. A tym czasem, on wie więcej o jej braciach niż ich rodzice.

- Nie sądziłem, że jest tak źle Jeff. Nic mi o tym dotychczas nie wspominałeś.

Sara odezwała się niemal budząc się z zamyślenia. Steven również ożywił się nie co słysząc słowa córki. Jego również zastanowiło, dlaczego on nic nie zauważył. Rozumiał teraz skąd u Jeffrey’a zainteresowanie ich firmą. Z początku – niemal – miał cichą pretensję do niego o to, że w ogóle wtrąca się do ich rodzinnej firmy. Jednak obecnie całkowicie zmienił zdanie, i po cichej pretensji nie pozostało śladu. W myślach cieszył się, że jawnie nie określił uwagi w stosunku do Jeffrey’a.

- Jak mogliśmy tego nie zauważyć? Przecież co dziennie jesteśmy w domu, codziennie rozmawiamy wspólnie spędzamy posiłki.

- Nie Steven’e. Wybacz! Ale muszę zaprzeczyć. Wy się mijacie. Od dłuższego już czasu obserwuję, że nie panujecie nad żadnym z synów. Wychodzą kiedy chcą – przychodzą kiedy chcą. Bez żadnej kontroli, zainteresowania z waszej strony.

- Być może faktycznie mamy zbyt wiele na głowie Vivienne. Praca pochłania nam wiele czasu. Musimy coś z tym zrobić.

- Na razie pozostawmy tę kwestię. Jest jeszcze problem z Thomas’m. Słusznie zauważyłaś Vivienne, iż coś się wydarzyło. Tyle, że to coś działo się już wcześniej – na twoich oczach i Steven’a. Pierwszym sygnałem był dzień grillowania. Wasz syn zapoznał się z tą panną wątpliwej reputacji – jak to się później okazało. W tamtym czasie zakazałem przyprowadzać tę osobę do mojej posiadłości. Pamiętacie?

- Tak był. W takim razie chcesz powiedzieć, że ponownie ją tu przywiózł?

- To właśnie chcę powiedzieć. Nadto przywiózł ją potajemnie, gdyż nie wprowadził ją od domu – a przebywał z nią w parku i ogrodzie. Dopiero gdy George zawiadomił mnie, iż ta panna jest obecna w mojej posiadłości – zareagowałem. Naturalnie wasz syn okazał się bardzo pewny siebie. za nic miał moje polecenia, iż panna ma być odwieziona do miasteczka na przystanek autobusowy.

- Uczynił to w końcu?

Zapytała Vivienne z nieukrywaną niepewnością tak, jakby znała odpowiedź.

- Mało, iż tego nie uczynił moja droga, to zaatakował George’a – obrażając go w obelżywy sposób. W tej sytuacji z pomocą przybył Ben. Thomas chciał kluczyki od samochodu, który właśnie Ben czyścił. Chodzi o samochód Thomas’a. On chciał odwieźć tę pannę – wystaw sobie – do Londynu. Tam gdzie ona mieszka. Naturalnie Ben nie dał kluczyków. Na ten moment nadjechał David i Ben niemal siłą zmusił tę pannę do wejścia do samochodu David’a. Obrzucała przy tym wszystkich taką nienawiścią, że tu z uwagi na szacunek do was tego nie powtórzę. Panna została właśnie odwieziona.

- To oburzające! Jak mogliśmy tego nie zauważyć. Rozmawiałam z Thomas’m i on zapewniał mnie, że nie spotka się z Maggie.

- Zatem, zwyczajnie cię okłamał mamo. Okłamał nas wszystkich. Każdy z nas zauważył, kim jest ta dziewczyna. I jak ona traktuje innych ludzi.

Lord Ashton de Brams siedział przysłuchując się rozmowie. Nie chciał się wtrącać. W zasadzie była to sprawa rodzinna, i odczuwał związany z tym dyskomfort.

- Czyli ona tu była? To nie możliwe?

Lady Forest była ogromnie poruszona. Nie sądziła, że jej młodszy syn jest do tego zdolny.

- Widzę, że jesteś poruszona Vivienne. Jednak są takie fakty. A dowodem obecność tej panny tu w tej posiadłości, jest wygląd okolicy fontanny. Chciałbym byście wiedzieli, że jestem tym faktem oburzony. Z tego to powodu, zacząłem tę rozmowę od sprawy waszej firmy rodzinnej. I wybacz Steven’e. wiem, że poruszyło cię to, iż dopytuję się o aspekty z nią związane. I mówiąc szczerze nie pytałbym o to, gdybym nie widział tego co się dzieje. Chciałbym was oboje zapytać, jakie widzicie rozwiązanie w tej sprawie? Co zamierzacie z tym zrobić?

Kobieta niemal się rozpłakała. Sara to widząc wstała i podeszła do matki. Przysiadła na boku jej fotela. Delikatnie położyła jej dłoń na ramieniu.

- Myślę mamo, że nie ma się co załamywać. Widzę tu tylko jedno wyjście.

- Jakie Saro? Jakie? Przecież oni obaj są niemal dorośli. Jak ja mogłam do tego dopuścić. Jaka ze mnie matka.

- Myślę, że jesteś dobrą matką lecz zapracowaną. Oboje jesteście zapracowani – tata również. Już do dawna czułam, że obaj są puszczeni w samopas. Pamiętacie – jakiegoś dnia zapytałam, gdzie oni stale przebywają? Czemu oni stale są poza domem? Pamiętasz tato, co mi powiedziałeś? Oni są prawie dorośli. Mają swoje sprawy. Mama też tak mówiła. I było koniec rozmowy.

- Ale nic nie wskazywało na to, że tak się dzieje.

- Wiele wskazywało, lecz wtedy nikt na to nie patrzył. Nie chcieliście tego widzieć. Czas to zmienić.

- No ale firma.

Lekko zawetował Steven.

- No właśnie firma. Sami stwierdziliście, że ma się doskonale. Kontraktów przybywa, finanse rosną ogromnie. Więc w czym problem?

- Ty nie rozumiesz. Każdy z kontaktów wymaga szczególnej uwagi, wiedzy, odpowiedzialności. Każdy jest szczególny.

- Ależ ja o tym wiem mamo. Wszyscy o tym wiemy. Tata jest w tej dziedzinie szczególnym ekspertem.

- Dziękuje tobie Saro.

Lord Jeffrey de Blackstone był dumny z tego, iż to Sara wytłumaczyła rodzicom w czym problem. Jednak dla niego było to zbyt mało. Sprawa według niego zaszła za daleko. Chciał być zupełnie pewien, że oboje są świadomi zagrożenia.

- Reasumując. Miałem zamiar rozmawiać z Thomas’m w tej sprawie. I jak już wiecie postanowił przeciwstawić się. Obecnie jest w swoim pokoju. Z mojej strony chciałbym was oboje zapewnić, że nie pozostawię tej sprawy bez konsekwencji. On musi zrozumieć – zresztą oni obaj muszą zrozumieć, iż należą do rodu de Blackstone. obaj noszą nazwisko Forest, i obaj będą dziedziczyć tytuł lordowski. I czy im się to podoba, czy też nie – muszą zachowywać się jak należy. Mam nadzieję, że to rozumiecie.

- W pełni Jeff! Nie irytuj się. Spróbujemy te sprawę doprowadzić do porządku.

- I jeszcze jedno moi drodzy. Od dzisiejszego dnia Thomas będzie odwożony do szkoły przez David’a. Jego samochód zostaje zamknięty do odwołania. Nie mogę sobie pozwolić na ryzyko, iż po kryjomu będzie spotykał się z tą osobą. I to jeszcze to w posiadłości.

- Nie sądzisz, że to zbyt daleko idące konsekwencje?

Sara od razu zwróciła się do mężczyzny siedzącego obok lorda de Brams’a. Jeffrey zaskoczył ją tym stwierdzeniem. Nie sądziła, że będzie tak jednoznaczny w swym działaniu. Lord Jeffrey de Blackstone wstał z miejsca. Wiedział, że rodzicom Thomas’a niezbyt spodoba się jego decyzja. Uważał jednak, że to jest konieczne. Lord de Brams również wstał z miejsca. Był nieco skrępowany sytuacją, lecz w pełni popierał działania Przyjaciela.

- Mieliśmy porozmawiać o postępach w rękopisach.

Sara chcąc jakoś rozładować sytuację nie chciała dopuścić do pogorszenia się nastroju między domownikami. Vivienne i Steven również powstali. Jedna z pokojówek sprzątnęła zwinnie naczynia po napojach. Państwo ruszyli na taras. i tu Sara nie dawała za wygraną.

- Koniecznie chcę wam o czymś opowiedzieć. Możecie mnie posłuchać? Proszę.

- Jeśli to znowu jakieś cudowne wieści, to ja dziękuję moje dziecko.

Vivienne Forest miała już dość. Nie spodziewała się, że usłyszy tyle negatywnych informacji o synach. Wstyd jej było, że to Jeffrey wie więcej na temat jej synów, że to on bardziej się nimi interesuje niż ona ze Steven’m. Jeffrey rozumiał to, ale nie chciał pokazywać współczucia. Miał dość lekceważenia swoich decyzji. Ktoś musiał wstrząsnąć obojgiem. Ale słuchał Sary. Bez względu na to co mówiła Vivienne, on skierował ku niej swoją uwagę.

- Zakończyłam dzisiaj dwunasty z rękopisów. Jednak to o czym się dowiedziałam, ogromnie mnie zaabsorbowało.

- Czyli?

- Lady mary Radley opisuje pierwszą z wizyt u rodziny de Candberry’h. byłam ogromnie zaskoczona, że ta rodzina jest opisywana w rękopisach.

- Znam tę rodzinę Saro. To bardzo stary ród, i bardzo szacowny.

- Dowiedziałem się o nich wiele rzeczy. Niemniej również dowiedziałam się też wiele faktów z życia Mary Radley. Czy wiecie, że ona bardzo ceniła sobie swojego Przyjaciela. W tym czasie gdy ona z rodzicami byli w gościnie u tej rodziny, jej Przyjaciel leczył się w swojej posiadłości po napadzie? Ona opisuje swoją wielką niechęć do tego wyjazdu w gości. Coraz bardziej buntowała się przeciwko poczynaniom jej rodziców.

- To mogła nie jechać.

Zainteresowała się bezwiednie Vivienne, choć do końca nie wiedziała dlaczego akurat to powiedziała.

- No właśnie nie mogła. Z tego co wiem z jej relacji, ona była niemal zmuszona do wyjazdu z dwu powodów.

- Mianowicie?

Teraz lord Jeffrey zadał pytanie.

- Pierwszym powodem dla którego pojechała, to nieugiętość jej ojca – lorda Stefana Radley’a. A drugim powodem jej obecności w posiadłości tej rodziny, to jej własne prywatne dochodzenie.

- Jakie dochodzenie?

Lord de Blackstone zadał pytanie, choć mniej więcej już wiedział o jakie dochodzenie chodzi. Pamiętał obsesyjnie zachowanie Mary w sprawie morderstwa Hampton’a.

- Prowadziła własne dochodzenie w sprawie posiadanych dokumentów z przesyłki, którą miała w posiadaniu. To właśnie ta przesyłka, którą skradł jej kolega z pracy. Ona w prostej linii chciała sprawdzić, kim byli członkowie rodziny de Candberry.

- I jak jej poszło? – zapytał Jeffrey.

- Pod lupę wzięła lorda Anthony’o de Candberry. Potem jego ojca lorda Arnolda de Candberry. Ona bezpośrednio zaatakowała ich obu.

- Coś podobnego.

Oburzyła się Vivienne. Nie sądziła, że w tamtych czasach było to możliwe.

- Mało. Ona czyniła jawne wyrzuty seniorowi de Candberry, z powodu jego żony. Jej już nie było z nimi. Nie żyła. Jednak dla mnie jest jedna niezrozumiała rzecz.

- Co takiego? - Zapytał Jeffrey.

- Z jednej strony Mary Radley jest wrogo nastawiona do tej rodziny. Dziwne, bo ich zupełnie nie znała. Nie wiem, czego dowiedziała się z tych dokumentów, które posiadała. Niemniej pierwszy raz ich wiedziała na oczy. A z jej własnej relacji wynika, że była – delikatnie mówiąc – nie miła dla jednego i drugiego. Jej jawne ataki arogancji nieokrzesania, jak i zuchwałych wypowiedzi w stosunku do seniora rodu jawnie wskazywały, iż okazywała wobec nich niechęć. Jednak po zasłabnięciu seniora, jej postępowanie zmieniło się radykalnie. Mało, że przywołuje lorda Anthony’o do porządku, przerywając jego historię, to jeszcze ratuje seniora badając go jak lekarz. Nawet ich pokojówka zauważa, że ona musiała polubić seniora – tak o niego dba.

- Nie Saro. To nie jest dziwne – odpowiedział Jeffrey.

- Mary taka była. Okres, gdy napadnięto jej Przyjaciela, a później gdy go zamordowano…

- Jak to zamordowano?

- Widzę, że jeszcze do tego etapu jej życia nie doszłaś.

- No nie, ale…

- Niemniej po napaści na jej Przyjaciela, po tej nieszczęsnej kradzieży tej przesyłki z redakcji – ona sama zmieniła się bardzo. Z układnej spokojnej dziewczyny, stała się skrytą, podejrzliwą – wręcz w wielu chwilach agresywną osobą.

- Dlatego nasza miłość zmieniła się z jej strony w nienawiść. Szybko to zrozumiałem, gdy stałem się bezpośrednim celem jej ataku.

- Myślę Jeffrey’u, że ty nie byłeś jedynym celem. Ona szukała na szerszą skalę. Z rękopisów wynika, że porównywała informacje z posiadanych dokumentów – z informacjami uzyskanymi od nich bezpośrednio. Na przykład opisuje swoją pierwszą znajomość z niejakim Herbert’m.

- A tak. To ich ogrodnik. Ekscentryczny gość. Ale mi się podobał.

- Poznałeś go?

- O tak! Wiele razy bywałem w tym domu, gdy śledztwo zostało umorzone. Miałem okazję poznać tego jegomościa. Z początku – równie – uważałem go za dziwaka. Na pierwszy rzut oka sprawia takie wrażenie. Niemniej przy bliższym poznaniu okazuje się, że tego człowieka ukształtowało tak życie w tym domu. Ludzie żyjący tam nie byli świadkami, iż ten człowiek ma własne odczucia, uczucia, rozum, zmysł porównawczy. Własną logikę.

- Pięknie to ująłeś Jeff.

Sara przyglądała się mu z wielkim uznaniem. Właśnie oczekiwała takiej rozmowy. Okazało się, że tak jej znany mężczyzna, może być skarbnicą wiedzy w temacie, który opracowuje. Już chciała coś powiedzieć – dodać, gdy w drzwiach pojawił się George. Skłonił się uprzejmie.

- Proszę wybaczyć sir. Podano do stołu.

- Już? Która godzina?

- Jest dwunasta pięćdziesiąt sir.

- No to faktycznie czas najwyższy. Zatem naszą rozmowę będziemy musieli skończyć po obiedzie. Mam nadzieję, że pogoda nas nie zawiedzie. Tu jest tak pięknie.

Vivienne jak i Steven ożywieni takim zakończeniem rozmowy, nieco się rozluźnili. Co prawda mieli problem do rozwiązania, lecz nie czuli się osamotnieni. Lord de Brams również złapał cichy oddech. Wciąż czuł się niekomfortowo, będąc świadkiem rozmowy na temat – prawdę mówiąc – rodziny. On nie powinien brać w niej udziału. Niemniej był bardzo taktowny. Gdzieś w głębi był już myślami w stanach – w domu. Chciał pomóc żonie, jak i chciał dowiedzieć się dokładnie co dzieje się z jego synem. Wszyscy ruszyli do jadalni. Nie było potrzeby się przebierać, gdyż od śniadania wszyscy spędzili czas na rozmowie. Jedynie Vivienne z Sarą potrzebowały chwili na toaletę.

- Jak widzę obu chłopców nie ma. Czy oni nie wiedzą o której jest obiad w tym domu?

Steven Forest wypowiedział głośno to pytanie – raczej do siebie, jak od konkretnej osoby. Jednak od razu spojrzał w stronę lordów de Blackstone i de Brams’a. Jeffrey tylko pokiwał głową z dezaprobatą. Steven wiedział, co znaczył ten gest. Rozglądał się wkoło, czy gdzieś nie ma George’a – nie było. Widocznie wydawał polecenia służbie w kuchni.

- Panowie. Wybaczcie. Mam tego dość. Zechciejcie zacząć beze mnie. Jestem zmuszony sprawdzić, co z moimi synami.

- Oczywiście Steven’e – rozumiem.

Mężczyzna ruszył w kierunku hallu. Nie zwrócił uwagi na to, że George właśnie wszedł do jadalni. Jego irytacja z powodu nieodpowiedniego zachowania synów, niebezpiecznie rosła. Obaj lordowie zasiedli do stołu, po czym do jadalni weszły obie panie Forest. Vivienne zasiadając na swoim stałym miejscu, od razu spostrzegła, iż nie ma jej męża.

- Co się dzieje panowie? Gdzie podział się mój mąż?

- Postanowił sprawdzić, co z chłopcami. Jak widzisz, również nie ma ich przy stole. Przeprosił wszystkich oznajmiwszy, iż nieco się spóźni.

Kobieta nic nie odpowiedziała. Czuła, że z tego nie będzie nic dobrego. Obie z Sarą nie poruszały tego tematu, choć Vivienne wolała być tam u góry z mężem. Mężczyzna właśnie dochodził do drzwi pokoju synów, gdy usłyszał z niego hałaśliwe dźwięki. Zapukał lecz nie czekając od razu wszedł do środka. W pokoju był niesamowity bałagan. Na łóżku leżały wszystkie rzeczy wyciągnięte z szaf. Wielka walizka pełna ubrań leżała wciśnięta za zasłony. Thomas siedział przy biurku. Steven zrobił parę kroków. Był zdumiony. Sam widok istnego chaosu w pokoju czynił swoje. Jednak siedzący przy biurku Thomas – nic innego – jak udawał, że jest zajęty. Tyle, że w żaden sposób nie potrafił ukryć występującej zadyszki. Z wysiłkiem starał się to zataić. Mężczyzna czuł, że nie opanuje rosnącego poirytowania. Tym bardziej, że był zaskoczony.

- Chciałem tobie przypomnieć, że wszyscy czekamy na ciebie w jadalni. Zapomniałeś, że to pora obiadu?

- Nie jestem głodny!

- Gdzie jest twój brat Mathev?

- Nie wiem. Nie pilnuję mojego brata.

- Chcesz powiedzieć, ze nie wrócił do domu na obiad? Jak to nie jesteś głodny?

Thomas nie wytrzymał. Zerwał się z przed biurka niemal z agresją w oczach. Niemal rzucił się do ojca z zaciśniętymi pięściami.

- Czy ty jesteś taki głupi, czy tylko udajesz? Już drugi raz tobie powtarzam, że nie jestem głodny. Nie wiem, gdzie jest Math, i gówno mnie to obchodzi. Chcesz więcej wiedzieć? Proszę bardzo! Tu jest taki bałagan, bo ja tak chcę! Zabieram wszystkie swoje rzeczy i wyprowadzam się. Rozumiesz! Wyprowadzam się! I nic na to nie poradzisz. I nie martw się o pieniądze. Nie wezmę od ciebie ani grosza. Tym bardziej od tego starego dziada. Może was kupił, ale nie mnie! Mało! I nawet nie próbuj mi zabronić, bo nic tobie to nie da. Zarobiłem sobie na bilety do Londynu. I jadę tam, czy to się tobie podoba, czy też nie. Koniec! A teraz wyjdź!

Mężczyzna stał chwilę nic nie mówiąc. Chciał ogromnie coś powiedzieć lecz nie mógł. Koniecznie starał się zareagować, jednak jego gardło zaciskało się z każdą sekundą. Jedynie spoglądał na syna kończącego nerwowe pakowanie własnych rzeczy – w pośpiechu zamykającego walizę. Mężczyzna cofnął się ku drzwiom chcąc zagrodzić drogę wyjścia synowi. Usiłował uchwycić dłonią klamkę drzwi, by nie dać wyjść synowi – nie dać mu zrobić najgorszego błędu w jego życiu. W jakiejś sekundzie opanował się na moment.

- Chyba nie chcesz jechać do tej…

- No powiedz to głośno. Do tej dziwki – to miałeś na myśli – co?

- Nie możesz…

- A wyobraź sobie, że mogę. I zrobię to.

Steven’i niemal pociemniało w oczach. Starał się wyprostować, by dać sobie wytchnienie. Czuł, że jeśli czegoś nie zrobi, nie ocali syna. Jednak tylko stał w miejscu. jego dłoń chciała się czegoś uchwycić, ale natrafiła tylko na pustkę. Druga dłoń powędrowała łapiąc za lewą klapę. Thomas narzucił na siebie kurtkę, i chwytając walizę ruszył do wyjścia. Mijając ojca stojącego w drzwiach, niemal potrącił go odpychając w stronę ściany. Mężczyzna uderzył barkiem o stojący obok drzwi regał. Chłopak wypadł z pokoju. Czuł płynące łzy po jego twarzy, ale nie mógł się ruszyć. Kurczowo trzymał się regału, bojąc się upadku. Nie przejmował się jednak tym co się z nim dzieje, lecz tym, że traci syna. Nic nie może uczynić, by go zatrzymać.

Wykonał parę głębokich oddechów, by uspokoić walące coraz szybciej serce. Nie bardzo to pomogło – na tyle jednak, iż mógł wykonać parę kroków. Wzrok uspokoił się, i pokój przestał się kołysać. Meble, okno, rzeczy, łóżko – przestały się rozciągać w różnych kierunkach. Pierwsze kroki wykonał z wielkim trudem. Jednak drzwi wyjściowe z pokoju, jakby od niego wciąż się oddalały. W jednej chwili wydawało mu się, że ma klamkę w zasięgu ręki – to zaraz odsuwała się od niego, i tylko w powietrzu łapał jej zarys. Ponownie zrobił krok, potem drugi, trzeci. W między czasie Thomas biegiem pokonał drogę od domu do bramy. Gdy tylko wypadł na ulicę, od razu zatrzymał jeden z jadących samochodów. Drzwi trzasnęły i samochód ruszył.

W domu – co prawda – siedzący w jadalni usłyszeli trzaśnięcie drzwi, lecz nikt nie wyszedł sprawdzić. Lord de Blackstone odebrał fakt trzaśnięcia drzwi w hallu za zakończenie rozmowy Steven’a z synem. Jednak Vivienne była coraz bardziej niespokojna. Obiad się kończył, i cisza przy stole zaczęła być męcząca. Obie z Sarą – nieobecność Steven’a usprawiedliwiły tym, iż zarządził obie posiłek w swoim pokoju. Było tak już nie raz. W między czasie na pierwszym piętrze mężczyzna walczył z własną niemocą. Coraz mocniej trzymał się regału czując, że podłoga ucieka mu spod nóg. Regał z hukiem runął. Wszystko w jego oczach w koło zaczęło się wyginać i wykrzywiać. Bicie serca sprawiało uporczywy szum w uszach.

Oddech stał się nie do zniesienia. Nic już nie słyszał prócz szumu w głowie. Ból w klatce piersiowej pochłonął go całkowicie. Usiłował cokolwiek wykrzyknąć lecz nie mógł. Jedynie uważał, że krzyczy lecz nikt się nie zjawiał. I nastąpiła ciemność. Runął tuż przy drzwiach pokoju. W jadalni właśnie kończono obiad, gdy dało się odczuć dość silny powiew. Wszyscy powstali z miejsc. Vivienne od razu spojrzała na wielką podpiętą aksamitną kotarę zwisającą przy wejściu do jadalni. Niemal unosiła się w kierunku hallu. Poczuła coraz bardziej rosnące przerażenie.

- Saro! co się dzieje! To nie jest normalne. Coś się stało! Gdzie….

Już miała wykrzyknąć imię męża, gdy do jadalni wbiegł George. Był przerażony. Machając dłońmi starał się nieskładnie coś wypowiedzieć.

- Co się dzieje George?

Lord de Blackstone od razu zatrzymał lokaja przy sobie. Widział, że coś się stało, i chciał dowiedzieć się o co chodzi. Jednak Vivienne dopadła go nienaturalnie blada.

- Steven!

Przerażona wykrzyknęła do lokaja.

- To Steven! Mów wreszcie! Steven!? Coś mu się stało?

Jeffrey starał się uspokoić Vivienne, i przy tym spojrzał na Sarę. Ta niemal natychmiast doń podeszła. Lord Ashton de Brams nie czekając na to, co odpowie lokaj, sam biegiem ruszył na pierwsze piętro. W między czasie lokaj zdołał wypowiedzieć:

- Sir Forest leży na podłodze w pokoju paniczów. Nie wiem co tam się stało. Tam jest okropny bałagan. chciałem sprawdzić co z panem i paniczami. No i znalazłem pana na podłodze. On się nie rusza.

- Saro! Ojciec ma chore serce.

Kobieta wykrzyknęła do córki i ruszyła biegiem na schody. Sara za nią. Nim lord Jeffrey de Blackstone podążył za nimi, nakazał lokajowi wezwać pogotowie. Po czym od razu ruszył za resztą na schody. Vivienne wbiegła do pokoju chłopców, i zdębiała. Na podłodze leżał jej mąż, a obok niego klęczał lord de Brams. Mężczyzna robił leżącemu masarz serca – ten był nieprzytomny. Vivienne niemal zemdlała. Sara od razu pochwyciła matkę za ramiona, i odciągnęła od leżącego ojca. Wiedziała, że tu w tej chwili, żadna z nich ojcu nie pomoże. Lord Ashton był wyczerpany wykonywaniem energicznych ruchów przy masażu. Jeffrey postanowił wesprzeć go i zmienić.

- Ash! Pozwól że ciebie wyręczę. Od kiedy już tu jesteś? Nawet nie zauważyłem, jak sam ruszyłeś do góry.

- No już jakieś dziesięć minut Jeff. W takim razie na trzy. Raz, dwa, trzy.

I na trzy Jeffrey zaczął masarz serca u leżącego. Lord Ashton skorzystał z pomocy George’a, który właśnie wbiegł do pokoju. Wykonał pilny telefon na pogotowie, i karetka była już w drodze. Lokaj uchwycił dłoń mężczyzny, gdy ten chcąc wstać zachwiał się. Był całkowicie spocony.

- Wybaczcie mi moi drodzy. Jestem zmuszony odpocząć. Nieco mnie to wyczerpało. Jeffrey’u jeśli uważasz, iż będę tobie potrzebny to pozostanę tutaj.

- Nie Przyjacielu. Nie trzeba. Już i ta wiele uczyniłeś. Idź odpocząć – proszę. damy sobie radę. Dziękuję.

- Mimo to zawiadom mnie proszę o dalszym ciągu sytuacji.

- Ok.

I lord Ashton de Brams wyszedł z pokoju na pierwszym piętrze. Sara zainteresowała się gościem i kiwnęła na George’a. Ten natychmiast podszedł.

- Nim przyjedzie pogotowie sprawdź proszę, czy nasz gość czegoś nie będzie potrzebował. Niech Margaret uszykuje mu panu coś do picia. Na pewno jest wyczerpany. Sprawdź proszę, czy nie trzeba mu pomóc. Widziałam, że ogromnie się zmęczył.

- Tak jest lady Forest. Natychmiast.

I lokaj wyszedł w pośpiechu. Niemal biegiem ruszył w stronę schodów. Chwilę zastanowił się czy ruszyć wpierw na drugie piętro, czy też ruszyć do kuchni by wydać polecenie. Wybrał. Zbiegł w pośpiechu na parter, aż ledwie złapał zakręt na śliskiej podłodze. Wpadł do kuchni w momencie, gdy Margaret z Juliett, kończyły polerowanie sztućców. Majordomus nie wchodząc do środka kuchni, kiwną na obydwie. Te reagując a ludzie w kuchni przystali.

- Posłuchajcie! W domu wydarzyło się nieszczęście. Sir Forest zasłabł, i stracił przytomność. Oczekujemy na karetkę pogotowia. Juliett, ty natychmiast przygotuj nocne ubranie dla pana Forest’a. jego szlafrok, bieliznę, piżamy. Zapewne będzie zabrany do szpitala. Margaret! Ty przygotuj prędko coś do picia dla lorda de Brams’a. On dość długo ratował sir Forest’a – jest bardzo zmęczony. Ja teraz biegnę do niego, być może będzie trzeba mu pomóc. To również nie młody człowiek. Do roboty, do roboty.

Natychmiast wykonał w tył zwrot, i już go nie było w kuchni. Już miał wbiec na schody, gdy rozległ się gong do drzwi. zawrócił by otworzyć. W drzwiach stał uśmiechnięty Mathev – starszy syn Forest’w. wszedł do środka a George zamknął za nim drzwi. Chłopak od razu ruszył na schody. Panicz Mathev był zaskoczony pośpiechem lokaja.

- George! Czy coś się stało?

- Tak paniczu. Pański ojciec stracił przytomność. Za chwilę będzie tu pogotowie.

- Stracił przytomność? Gdzie jest mój ojciec?

- W pańskim pokoju paniczu. A teraz proszę wybaczyć. Muszę…

Ponownie chciał ruszyć na schody, gdy znowu rozległ się gong przy wejściu. Mathev pognał po schodach na górę, a George do drzwi. Otworzył je jednym ruchem. W drzwiach stali sanitariusze, jak i lekarz dyżurny. Lokaj od razu poznał ich po białych kitlach. Wykonał tylko gest dłonią by weszli. Lekarz po wejściu od razu przystanął przy mężczyźnie.

- Otrzymaliśmy wezwanie pod ten adres do chorego.

- Tak, tak. To tutaj. Sir Forest jest nieprzytomny. Nasz pan stara się mu pomóc.

- Gdzie jest pacjent?

- Proszę bardzo. Już prowadzę.

Mężczyźni ruszyli za lokajem po schodach. W wielkim pośpiechu cała grupa weszła do pokoju, gdzie już był Mathev. Chłopak był wstrząśnięty. Siedział na swoim łóżku – od czasu do czasu spoglądając na ogólny bałagan w pokoju. Nic nie mówił. Lekarz przejął reanimację chorego. Pielęgniarz na polecenie lekarza zastosował odpowiedni zastrzyk. Praca serca była wreszcie wyczuwalna. Jednak lord Forest nie odzyskiwał przytomności. Vivienne starała się być silna lecz wciąż targały nią spazmy płaczu. Sara co prawda starała się wesprzeć matkę, lecz jej samej było dość ciężko znieść tą sytuację. Lekarz szybko wykonał dodatkowe badania i w pośpiechu powstał z klęczek.

- Czy pan zdaje sobie z tego sprawę, że uratował pan życie pacjentowi? Dziękuję panu w jego imieniu.

- To nic takiego. Co dalej doktorze?

- Kto jest najbliższą rodziną chorego? To bardzo ważne.

- Ja.

Odezwała się lady Vivienne Forest. Co prawda jej głos wciąż się łamał, lecz był dostatecznie słyszalny.

- Jestem żoną. Nazywam się Vivienne Forest. A to nasza córka Sara.

- Dobrze. Zatem pani Forest. Nie ma czasu na prezentacje. Pani mąż musi być zabrany do szpitala. Tu w domu nie ma szans na cokolwiek. Czy pani wyraża na to zgodę?

- Naturalnie!

Doktor od razu nakazał umieścić chorego na noszach. Natychmiast podłączono go do aparatu tlenowego. Gdy pielęgniarze wychodzili, Sara doskoczyła do nich.

- Panowie! Tu na prawo w korytarzu jest winda. Będzie wam łatwiej.

- Zapewne proszę pani, zapewne.

- George!

- Oczywiście proszę, już prowadzę. Proszę tędy.

Doktor wychodził z Sarą na korytarz. Vivienne pozostała w pokoju z lordem de Blackstone. stała przy drzwiach i płakała. Jeffrey rozumiał jej sytuację. Zastanawiało go jednak co innego. Co wydarzyło się na górze, gdy wszyscy byli w jadalni. Nagle Vivienne wstała. Płacząc próbowała wyjść z pokoju. W drzwiach niemal wpadła na córkę. Nagle się zatrzymała wpatrując się w córkę – lecz jakoś tak dziwnie. Usta jej drżały, dłonie bezwiednie unosiły się ku jej twarzy. Sara od razu widziała w jej oczach przerażenie. Wciąż rosnąca obawę o męża. Vivienne chciała coś powiedzieć. Wysiłek jaki widać było na jej twarzy był ogromny. Kobieta tylko usilnie wpatrywała się w oczy, jak i usta córki – na zmianę. Ta uchwyciła dłonie matki, starając się ją uspokoić. Nie wiele – co prawda – mogła jej powiedzieć, jednak widziała co się z nią działo.

- Spokojnie mamo. Najgorsze mamy już za sobą. Posłuchaj proszę. tata będzie przewieziony do szpitala Wonder House Hospital. Doktor powiedział, że gdyby tata był sam nie miałby szans na przeżycie. W szpitalu będzie miał najlepszą opiekę mamo. Nie zamartwiaj się.

- Ala on tam leżał. Nie rozumiem! Dlaczego tak źle się poczuł. Nic dotąd na to nie wskazywało.

- Nie wiem mamo! Nie wiem. Ale obiecujęo ci, że się dowiem.

Sara odprowadziła matkę do jej pokoju. Uważała, że matce dobrze zrobi odpoczynek. W między czasie Jeffrey został w pokoju z Mathev. Ten dowiedział się co wydarzyło się w domu pod jego nieobecność. Nie wierzył, ze jego brat Thomas nadal związany jest z Maggie. Był zszokowany, że i jego Thomas oszukiwał w tym temacie. Co do sytuacji obecnie, jedynie domyślał się co mogło wydarzyć się w ich pokoju. Mathev stał przy oknie wciąż zerkając na siedzącego mężczyznę w fotelu. Chciał się czegoś dowiedzieć – jednocześnie obawiał się o cokolwiek zapytać. W rezultacie odwrócił się od okna, i ruszył ku drzwiom.

- Czy mógłbyś zostać? Chciałbym z tobą porozumieć.

- Ok, a o czym?

- Usiądź proszę.

Chłopak spojrzał niepewnie na lorda de Blackstone. Wyraz twarzy mężczyzny nie wróżył nic dobrego. Czuł to, i nie bardzo chciał pozostać z nim sam na sam. Gdybyż choć była tu jego matka, albo Sara.

- Czy nie można tego odłożyć na później? Nie bardzo mam teraz na to czas.

- No to go znajdź. Usiądź proszę.

- Nie! Dziękuję. Nie mam ochoty na rozmowy. Nie rozumiesz tego Jeff?

- Siadaj!

Lord de Blackstone coraz bardziej tracił cierpliwość. Coraz bardziej przekonywał się, iż faktycznie jest to ostatni dzwonek, jeśli chodzi o nich obu. Jeffrey doskonale o tym wiedział jak również to, iż nie może przejść nad tym do porządku dziennego. Tak robili – dotąd – ich rodzice. I oto wynik. Chłopak wyczuł, że Jeffrey nie żartuje. Zatem posłusznie usiadł.

- Zatem o co chodzi?

Mathev chciał na siłę pokazać, że nie przejmuje go ton Jeffrey’a.

- To proste. Chodzi o ciebie i Thomas’a. Jednak jak wiesz – Thomas’a nie ma. Czy wiesz coś o tym?

- Ja? A niby co ja mam wiedzieć? On mi się z niczego nie tłumaczy.

- Czyli nie wiesz, gdzie jest twój brat?

- Nie wiem, i nic mnie to nie obchodzi.

- Powiedz mi zatem, gdzie ty byłeś do tej pory?

- A nie uważasz, że to moja sprawa?

- Dotąd tak uważali twoi rodzice – i oto efekty.

- Czyli?

- Chcesz wiedzieć – proszę bardzo. Otrzymałem właśnie twoją charakterystykę osobowości, z której wynika, iż nie masz kolorowej przyszłości.

- Przyznam się, że nie rozumiem. O co ci chodzi?

- To bardzo dziwne Mathev. Z informacji o twoich osiągnięciach na uczelni wynika, że masz z przedmiotów oceny celujące. Zatem, jak to możliwe, iż nie rozumiesz o czym mówię? Ja jednak myślę, że doskonale wiesz o czym mowa. Jeśli nie to bardzo chętnie wytłumaczę. Obecnie uczysz się w wyższej uczelni informatycznej o profilu programisty. Dodatkowo wziąłeś dwa kierunki: ekonomiczny i bankowość. Wyniki masz celujące. Jednak twoja charakterystyka osobowości dyskwalifikuje ciebie niemal ze wszystkiego. Masz opinię osoby niezrównoważonej, pozbawionej cierpliwości – osoby agresywnej i aroganckiej. Możesz mi to wyjaśnić?

- Nie ma co wyjaśniać. Piszą głupoty tyle.

- Mathev! Powiem tobie co ja o tym myślę. Jesteś już dorastającym mężczyzną. Niebawem kończysz wyższą szkołę.

- No i tyle. To wiem. Później znajdę sobie pracę – wielka mi sprawa.

- A zastanowiłeś się gdzie będziesz pracował? Bo zapewniam ciebie, że z takimi referencjami z uczelni nie masz szans.

- Głupoty gadasz. Tobie się wydaje, że to dziewiętnasty wiek. Teraz liczą się papiery.

- Pożartowałeś i na tym koniec Mathev. Skoro twoi rodzice nie mogą was obu dopilnować, to ja to zrobię. Oświadczam tobie, że dopóty tu mieszkasz – zmienisz negatywne opinie w uczelni na pozytywne. Masz na to miesiąc.

- Jak ty sobie to wyobrażasz?

- To już twoje zadanie. Z Thomas’m porozmawiam sobie później.

- A tak w ogóle, co się tu stało?

- Problem w tym, że nie wiemy. Twój ojciec udał się do waszego pokoju po was obu. Chciał przypomnieć wam, że jest obiad. No i coś się tam wydarzyło. Twój brat wyszedł z domu, a twój ojciec trafił do szpitala. Nie sądzisz, że to za wiele? Obaj dotąd robiliście co chcieliście. Korzystaliście obaj z tego, iż wasi rodzice mają firmę, a wy swobodę. Zatem informuje ciebie, ze z tym koniec. Jeśli po miesiącu czasu nie zmienisz postępowania – to samo tyczy się twego brata – pozbawię was obu dostępu do samochodów i pieniędzy. A to już wiesz co to oznacza.

- Nie zrobisz tego? Nie masz prawa!

- Młody człowieku. Zdziwisz się, jeśli tobie powiem do czego mam prawo.

Lord de Blackstone wstał spokojnie, choć wewnętrznie w nim wrzało. Nie mógł zrozumieć, jak rodzice tych dwu młodych ludzi, mogli do tego dopuścić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz