Aspekt 4

Post w dziale:

Jestem uczestnikiem i świadkiem jednocześnie zdarzenia, które przeżywam. Jestem w lesie. Drzewa o niezbyt grubych pniach, jednak bardzo wysokie. Korony drzew są dość gęste, splątane zwisającymi pnączami, sięgającymi niemal do samej ziemi. Coś się dzieje. W lesie jest mnóstwo ludzi, przerażonych.

Ludzie ci biegają w różnych kierunkach ( Ja również ). Po ich zachowaniu wnioskuję, iż uciekają przed czymś, przed czym nie mogą się bronić. Przez chwilę tylko zwracam na nich uwagę. Jednak chwila jak i zagrożenie, zmuszają Mnie do ucieczki. Uciekając wciąż patrzę w górę. To dziwne, gdyż zwykłe zagrożenie winno się spodziewać z poziomu ziemi, jednak w tu bardzo często patrzą w górę, jakbym całkowicie był pewien, iż zagrożenie nadciąga z góry. Biegnę między drzewami, uciekając bardziej jak się broniąc. Biegnę nieokreślonym kierunku, zygzakiem bardziej, jak w linii prostej. Przystaję na moment, i spoglądam w górę. Widzę korony drzew, zielone i gęste. Widzę zwisające pnącza kołysane lekkim wiatrem. Jednak ku Mojemu przerażeniu zauważam coś jeszcze. Między liśćmi jak i zwisającymi pnączami, pojawiają się twory, coś w rodzaju cienkich sopli. Są one cienkie i długie. Wciąż ich przybywa i wydłużają się przenikając przez gąszcz koron drzew. Poruszają się również, jednak nie za sprawą wiatru. One wykonują ruchy, jakby badały teren między drzewami. Coraz się wydłużają, sięgając coraz to niżej zbliżając się ku powierzchni ziemi. Ludzie uciekają, jednak co niektórzy wpadają na te zwisające sople. One wyłapują ludzi, niczym macki. Nie widzę co się dzieje z ludźmi, gdyż oni po zetknięciu z owymi tworami, znikają. A i Ja w tej chwili nie mam chwili, aby się temu przyjrzeć. Nagle gdy w tej chwili stoję, wysuwa się inny twór z konarów. Ma kształt również czegoś żywego i wydłużającego się. Sople mają kolor srebrzysty o połysku niczym lustro. Niemniej ten twór ma kolor siwy. O przekroju jakby prostokąta, posiadającego coś w rodzaju karbów wzdłuż swej długości. To się rusza i lekko wije niczym wąż. Powoli się ruszam, ale nie dość szybko, by uciec. To coś Mnie dopada, jednak nie czyni Mi krzywdy. Jedynie lekko popycha Mnie w określonym kierunku, jakby nakazując Mi ucieczkę właśnie tam, a nie nigdzie indziej. Wypadam z lasu. Przede mną pole. Wpadam w nie, traktując je jako ratunek. Wiem że nie widać Mnie z gęstwiny roślin, rosnących na polu. Jednak twór popielaty, nadal Mnie popycha. chowam się całkowicie w gęstwinie na polu. Przywarty do ziemi niemal, odczuwam ucisk. Gęstwina zmienia się niczym mata, miękka i gruba, nie czyniąca Mi krzywdy. Jednak czuję że coś napiera na ową matę nade Mną, a jednocześnie na Mnie. Nie mogę się ruszyć. Budzę się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz