Aspekt 5
Początek jest nie jasny. Nie widzę własnej osoby. Wiem że czuję niepokój, nie zagrożenie, po prostu niepokój. Widzę gęstwinę zieleni, ale to nie jest las. Bardziej przypomina to dżunglę, busz. Bardzo się śpieszę. Mój pośpiech wynika z ucieczki?, może braku czasu. Wiem że pośpieszam innych, by szli dalej wyznaczoną trasą.
To nie jest droga, ulica, dukt. To wąska ścieżka, prawie zarośnięta. Idziemy wciąż pod górę. Wiem że za plecami w dole mam rzekę, lub potok. Nie oglądam się. Jestem zdyszany, idę z wysiłkiem. Ścieżka którą pokonuję, jest wciąż pod górę tak, jakbym pokonywał strome zbocze. Jest coraz trudniej. Coś mam w dłoni, ale to nie jest laska. Jest mi to jednak potrzebne. Przed sobą mam niemal zbocze do pokonania. Jest koloru piasku, piaskowca, nasyp?. Chcę to pokonać. Muszę to pokonać. Widzę że wykonując kroki, jest mi coraz trudniej. Nie chcę spaść. Wykonuję krok, i zaraz wyciągam ramię, i wbijam trzymaną w dłoni rzecz w zbocze. To coś w rodzaju haku. Wbijam w nie, i to pomaga mi wykonać następny krok w górę. Czuję i widzę własne stopy. Zapadają się po kostki w piachu, może glinie. Dziwne. Materia po której idę, mimo że przypomina kolorem piach, nie osypuje się jak piach. Bardziej przypomina to glinę. Plastyczną masę koloru blado słomkowego. Nasyp ma kształt, jakby kiedyś materia ta przelewała się tu falą przez to właśnie miejsce, i spływała na dół. I tak zastygła. Pokonuję wreszcie to zbocze. Znów jestem na ścieżce, jednak widzę przed sobą coś w rodzaju budynku. Jednak nie jest to zwykły budynek. Ma solidne betonowe ściany. Przynajmniej tak się wydaje, że są betonowe. Tchnie z nich zimno i czuje się wielkość. To nie jest wieżowiec. Kształt budynku wygląda, jak łamaniec, lekki zygzak. Widzę trzy ściany frontowe. Pierwsza od lewej brzegiem zewnętrznym jest wysunięta do przodu, i biegnie skosem załamując ścianę do środka. Druga ściana załamuję płaszczyznę na zewnątrz. Od niej trzecia ściana załamuje płaszczyznę drugiej znowu do tyłu. Tak więc wygląda to jak trzy ściany nie tworzące jednolitej płaszczyzny, a jedynie lekki łamaniec płaszczyzn. Widzę w jednej z nich wielkie, ogromne niemal tafle szkła. Podchodzę do budynku wbiegając doń. Jestem zagubiony. Czuję lęk i uczucie osamotnienia, swoistego braku czegoś, kogoś. Nie widzę ludzi. Rozumiem że tylko mi udało się dotrzeć do tego budynku. Ale gdzie są wszyscy. Szukam. Widzę wielkie pomieszczenia, ale nie ma nikogo. Wszędzie wielkie tafle szkła, wielka przestrzeń. Przede mną korytarz. Jest bardzo intensywnie barwiony. Ma kolor łososia, rdzy?. Przechodzę przezeń i wchodzę do Sali. Wielkiej Sali. Czuję niskość, swoiste poddaństwo przed kimś. Nie wiem jak to nazwać. Są tu ludzie których nie umiem opisać. Widzę tylko ich dłonie. Wszyscy się krzątają, śpieszą się. Ma być jakaś uroczystość. To co tu się dzieje szykowane jest dla kogoś wielkiego. Jednak ja jestem tu nie po to aby służyć. Inni mnie słuchają. Obejmuję wzrokiem całą salę. Przede mną są długie stoły, tworzące wielkie „U” Jednak nie zaokrąglone a z kątami prostymi. Stoły są czymś nakryte, ale to nie materiał. Coś koloru jasnej rdzy, dość szorstkie, bez wzorów. Wszyscy coś układają na stołach. To ma zdobić je, ale i nie do końca. Widzę ozdoby z metalu, i srebra. Naszyjniki, kolie, naramienniki. Mam taki w dłoniach. Jest zimny i ciężki. Jednak bardzo piękny. Jest zrobiony z dwu metali: srebra i mosiądzu. Przypomina to kolie podobne do Egipskich. Kształt połączonych elementów zakreśla półkole. Kładę to na stole w jego centralnej części. Ktoś podaje mi coś w rodzaju małych serwet. Jednak to bardziej przypomina materię plecioną. Jena jest pognieciona z jednej strony. Czuję jak zwracam komuś uwagę. Jestem zagniewany. Czuję strach tej osoby, jej uniżoność. Kładę tę materię obok, rozprostowując ją dokładnie. Na niej kładę mniejszą. Przy stołach nie ma nikogo, a jednak czuję strach. Patrzę w górę ponad stół. Wielkie materie koloru rdzy, zwisają skośnie pomarszczone. Nie widzę istoty tam, jednak ją czuję. Boję się jej. Jest elektryzująca. Istota chwali mnie za to co czynię. Przekazuję własny plan ustawienia dwu kobiet po prawej i lewej stronie istoty. Mają one wielką moc i mądrość. Mówię nie mówiąc iż przydadzą się do mądrych trafnych osądów. Ponownie trzymam naszyjnik, naramiennik, jakbym go poprawiał. Jednak cofam się do tyłu. Do wyjścia. Budzę się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz