Aspekt 8

Post w dziale:

Kolejna noc do której starałem się przygotować możliwie jak najlepiej. Zrelaksowanie jakie uzyskałem było dość daleko osiągnięte. Przymknąłem oczy. Zacząłem wsłuchiwać się we własne bicie serca, odliczając ustaloną przez siebie cyfrę. Bardzo uważnie wpatrując się w czerń pod zamkniętymi powiekami, zwracałem baczną uwagę na to, bym skupiał się na jednym punkcie.

Przed przystąpieniem do relaksacji, wypowiedziałem z wielkim przejęciem afirmację skierowaną do istot wyższych po drugiej stronie. Starałem się jak naj bardziej szczerze wypowiadać własnymi słowami, to czego pragnę. Ustaliłem również sobie, iż wypowiadać będę moją prośbę nie tylko werbalnie, ale i niewerbalnie – myślą. Leżąc z zamkniętymi oczami po niemal pół godziny, w czerni pod powiekami ukazały mi się nieregularne kręgi. Wyglądało to jak kręgi ulotnego dymu. Jednak dokładnie dał się ustalić kierunek – mój kierunek. Czułem jakbym to ja wlatywał w nie, a nie na odwrót. Po niemal następnej pół godzinie, dał się słyszeć dźwięk piszczenia. Był to dźwięk ciągły, przypominający falę radiową – jednak ten miał tendencję rosnącą. Jego nasilenie rosło z upływem czasu i po chwili dało się odczuć uczucie wibracji. Czułem tę wibrację z tyłu głowy w okolicy potylicy i po wyżej. To odczucie było jakby przepływ energii pojawiającej się, i zanikającej. Usiłowałem swobodnie oddychać, by zgłębić to odczucie. Usiłowałem jakby uchwycić tę wibrację. Zgłębić ją by zwiększyć jej natężenie. Udało mi się zwiększyć częstotliwość występowanie wibracji. Czerń stała się faktycznie wielowymiarowa. Kręgi ustąpiły, i stałem w korytarzu jakiegoś budynku. Widziałem kobiety stojące w białych kitlach. Z obserwacji doszedłem do wniosku, iż były to pracownice kuchni, restauracji? Chciałem przejść przez korytarz, chcąc dostać się na wielką salę. Nie mam pojęcia po co miałem tam się znaleźć, i w jakim celu. Jednak śpiesząc się tam, ktoś nakazywał mi, bym zainteresował się tym co się dzieje w korytarzu. Jakaś kobieta krzyczała rozgoryczona, że jej dziecko zaginęło. Inni biegali w roztargnieniu we wszystkich kierunkach. Ja tak, jakbym wiedziony przez kogoś, skierowałem od razu własne kroki w lewy korytarz. W zaułku tuż przy betonowej ścianie znajdowała się wieka misa koloru jasnego błękitu. Ruszała się dziwnie. Od razu wiedziałem że tam jest to dziecko. Podniosłem misę, i dziecko od razu przylgnęło do mnie. Wydało mi się dziwne to, gdyż mimo, iż tego dziecka nie znałem, jednocześnie odczuwałem niezwykłą więź z tym dzieckiem. Nie znam płci dziecka, i raczej nie miało to znaczenia dla mnie. Czułem że je uratowałem i miałem je chronić. Chcąc je oddać kobiecie spostrzegłem, że nie ma to nikogo. Nie ma osób szukających owego dziecka, nie ma kobiety biegającej po korytarzu. Nie ma budynku ani korytarzy. Jestem na zakolu rwącej rzeki. Nie wiem dla czego jestem właśnie w tym miejscu. Jest brudno, jest hałaśliwie i niebezpiecznie. Obok mnie po prawej stronie mam grube drzewo. Chyba to dąb. Jednak niezbyt wiekowy. Po prawej stronie poniżej zbliżają się jacyś ludzie. Macham do nich dłonią. Pytają mnie czy tędy można przejść przez rzekę. Zresztą wyglądało to na stwierdzenie, iż mogą tu przejść. Tak jakby chcieli mi pokazać, że można tędy przejść, tylko trzeba wiedzieć kiedy. Powiedziałem im że rzeka jest rwąca i niebezpieczna. Pokazali mi bym zwrócił uwagę na rzekę. Otrzymałem informację, że są momenty, gdy rzeka się zbiera (tak to zabrzmiało). I w tym momencie można przejść. I tak też się stało. Oni przeszli. Ja pozostałem. Jednak niebawem okazało się, że nie zrozumiałem ich informacji. To ja miałem z nimi iść i przejść przez rzekę. Jednak ja pozostałem na brzegu na skarpie. Tam przy drzewie, które dziwnie wydawało mi się bezpieczne. Oni poszli a za nimi spóźniona kobieta. Nie znałem jej. Jednak zdążyła jedynie przejść do połowy szerokości rzeki. I tu stało się coś dziwnego. Bardzo uważnie przypatrywałem się dnu rzeki. To była powierzchnia starej drogi. Jakby asfalt, albo czarna nawierzchnia. Trudno powiedzieć. Widziałem brudne białe pasy po środku drogi. I nagle zacząłem krzyczeć. Kobieta zbyt zwolniła i miała jeszcze kawałek do brzegu. Ja widziałem ze skarpy pędzącą wodę. Ogarnął mnie lęk o nią. Krzyczałem z całych sił, by przyśpieszyła. Jednak woda dopadła ją, i widziałem jak jej nogi pogrąża toń wody. Ona jednak nie boi się. Pokazuje mi wodę, tak jakbym miał zwrócić na to uwagę. Woda rozbryzgiwała się od jej nóg, jednak ona szła dalej. Weszła na brzeg. Coś mi pokazując, coś do mnie krzyczała. Zniknęła na przeciwległym brzegu.

Ja pozostałem na skarpie i zaczęło się. Rzeka zmieniła się w rwącą, szaleńczą rzekę. Nagle przy mnie odkrywał owe dziecko. Nie wiem skąd ono się tam wzięło. Wpatrzone we mnie czekało na jakiś ruch w mej strony. Ryk wody zagłuszał to, co ono mówiło. Wziąłem je natychmiast na ręce, tuląc mocno do siebie. Nagle w nurcie rzeki dostrzegłem rdzawo, czerwone konstrukcje. Jakby wielkie bramy. Rzeka niosła je, jakby były lekkie jak zapałki. Wytworzył się wir. One wyrwały się w wiru, zataczając łuk, i wryły się z impetem z tyłu zakola tam, gdzie ja stałem przerażony. Trzymałem się drzewa, jak tylko mogłem chroniąc dziecko w ramionach. Jedna z gałęzi zwisała nisko przy mnie, i jej się trzymałem. Nagle konstrukcje niemal przycisnęły mi dłoń do gałęzi. I fakt, iż gałęź była giętka, zmiażdżyło by mi dłoń. Dziecko przylgnęło do mnie bardzo mocno. Poczułem łzy na własnej twarzy. Czułem taką wielką miłość i lęk jednocześnie. Nie umiem tego wyrazić. To uczucie było tak wielkie, że iż sytuacja była przerażająca, ja walczyłem o życie nie swoje, ale tego dziecka. Szacowałem co mogę uczynić, co zrobić, by je uratować. Rzeka rwała bulgoczącą tonią, porywając co rusz kawały wybrzeża. Wiedziałem że zginę, jeśli tam zostanę. Zakole kurczyło się w szybkim tempie. Czułem łzy na twarzy, a jednocześnie wielkie gorąco w sercu, tam, gdzie dziecko wtuliło się we mnie. Otoczyłem drzewo. Nie mogąc się przytrzymać niczego uchwyciłem dziecko w ramionach. Wiedziałem że runę z dzieckiem w toń rzeki, a jednak je nie porzuciłem. Tuliłem je do serca, płacząc. I w tym miejscu czerń opanowała mnie całkowicie. Wszystko ucichło. Nie było dziecka, rzeki, hałasu.

Budzę się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz