31 marca 2015 r.

Post w dziale:

Kto dla kogo?

Przez długi czas obserwuję, pracę lekarzy w moim okręgu. I mam wiele wątpliwości, co do kwestii, kto dla kogo? Czy pacjent dla lekarza, czy lekarz dla pacjenta. Praktyka pokazuje, iż w coraz to mniejszym stopniu pacjent jest pacjentem, a lekarz lekarzem. Logicznie myśląc po to są lekarze, by pomóc człowiekowi z jego słabościach zdrowotnych, poprzez rozpoznanie, i leczenie. Jednak w ogromnym stopniu, lekarze rodzinni zaczęli decydować o tym, czy w toku rozpoznania choroby i jej leczenia jest potrzebny specjalista, czy też nie.

To stworzyło absurdalny proces – bardziej zabawy w leczenie, dopasowywania leków do schorzenia – niż właściwego leczenia. W rozumieniu inteligentnego człowieka, leczenie winno mieć początek poprzez wizytę u lekarza pierwszego kontaktu. Pacjent zdaje relację, co się dzieje – lekarz zaś, wykorzystując swoją wiedzę, określa, jaki będzie następny krok w temacie.

Praktyka jednak pokazuje, iż to stało się zbożnym życzeniem. W rzeczywistości, wizyta pacjenta przypomina coś w rodzaju procesu udawadniania, że coś się dzieje, niż relacjonowania stanu faktycznego. Obowiązek wynikający z profesji lekarza, zmienił się na – bardziej – sędziego w opiniowaniu: co się dzieje, co boli, gdzie boli i dlaczego. Podłóg mnie absurd polega na tym, iż pacjent miast – po relacji własnego stanu zdrowia – zostać skierowany do specjalisty, otrzymuje leki od lekarza rodzinnego. Często jest tak, iż lekarz rodzinny przepisuje leki bez uprzednio zleconych badań, bądź przed uzyskaniem wyników z owych badań. To następny absurd.

Jak to możliwe, iż lekarz rodzinny stwierdza, iż pewne objawy są efektem starzenia się pacjenta? Jak to możliwe, iż gro objawów odczuwanych przez pacjenta, zwyczajnie jest ignorowanych przez lekarza? Ale tak jest! Tak zastanawiam się, po co są ustanowieni specjaliści w konkretnych dziedzinach medycyny – skoro nie są oni dostępni na wyciągnięcie ręki. Jak to możliwe, iż otrzymanie skierowania do owych specjalistów, graniczy z cudem. Lekarz chce to daje, nie chce to nie daje. Kolejny absurd.

Wciąż zastanawia mnie fakt, iż medycyna dzisiejsza coraz mniej służy pacjentom, jako ogółowi. Natomiast zaczyna służyć ich portfelom. Bo przez ich zasobność, obliczone jest prawdopodobieństwo skorzystania z pomocy właśnie specjalisty – to po jedno. Po drugie. Już od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, iż w dzisiejszej polityce medycznej, liczy się ilość sprzedanych leków – jak ich efektywność w konkretnym leczeniu. Gdyż, jak można po wysłuchaniu pacjenta, miast zlecić odpowiednie dogłębne badania, i poczekać na ich wyniki – od razu z doskoku przepisywać leki, bez wiedzy absolutnej, co się dzieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz