Tom I – część 13
On pojawił się w domu jako ostatni. Rutynowo ściągnął obuwie przy szafce, włożył własne domowe sandały. Wszedł do salonu – był pusty. W kuchni również pusto. Podszedł do lodówki. Wyciągnął sobie napój gazowany, i wypił parę łyków z pełnej szklanki.
- Tatku. Jesteś głodny? Jak chcesz, to coś zrobię na szybko.
Spojrzał na córkę zmęczonym wzrokiem. Nie chciało mu się cokolwiek mówić, ani o czymkolwiek myśleć. A już najmniej jeść. Wciąż w myślach drążył tę ścisłą sytuację, zaistniałą tam w posiadłości lorda de Blackstone. Gnębiło go zachowanie jego żony. Niemal był pewien tego, że wyjaśnili sobie wszystko. Ta sytuacja jednak, wskazywała na to, iż się pomylił. Sara zauważyła przygnębienie ojca. Mimo że była przy nim – on błądził gdzieś myślami.
- Tatku! Hej! Nie zadręczaj się.
- Co? Proszę? Co mówiłaś?
- Mówiłam byś coś zjadł. Nie jedliśmy kolacji tam w posiadłości – pamiętasz.
- Tak. Pamiętam Saro – pamiętam. Ale nie mam chęci na cokolwiek. Jestem zmęczony.
- Ok! Zrobiłam chłopakom na szybko kanapki. Zabrali je do pokoju. A mama…
- Nie wiem, czy chcę słyszeć cokolwiek na temat mamy Saro.
- Wiem. Jej zachowanie było nie do przyjęcia. Ale nie oceniaj jej zbyt surowo – proszę.
- To nie o to chodzi Saro. Ty myślisz, że tu chodzi o ocenę? Dowiedz się zatem, iż nie. Ale nie chcę o tym teraz mówić.
- Porozmawiaj ze mną tatku. Jeśli nie chodzi tobie o ocenę tego, jak postąpiła mama, to o co?
- Nie uważasz, że o tym winienem rozmawiać z mamą?
- Tak. Jeśli chodziłoby to tylko o nią, o was. Jednak to chodzi o nas wszystkich – nie uważasz?
- No dobrze. Chodzi mi o to, że zrobiła ze mnie głupca – rozumiesz? Głupca, wała, idiotę, kretyna. Nazwij to jak chcesz. Mam do ciebie prośbę Saro.
- Tak?
- Pogaś tu wszystko. Idę się położyć.
Westchnął sam do siebie. Podszedł do dziewczyny, po czym bezwiednie pocałował ją w czoło. Przez chwilę zatrzymał na niej spojrzenie, i zaraz ruszył do pokoju gościnnego. Sara przytaknęła, kierując się do kuchni. Chciał wszystko posprawdzać, choć i ona w rzeczywistości potrzebowała chwili dla ciebie. Ojciec zniknął w gościnnym pokoju. Po chwili Sara skontrolowała kuchnię, i gasząc światło ruszyła do swego pokoju.
POSIADŁOŚĆ GARDEN HILL – DOM LORDA JEFREY’A DE BLACKSTONE.
Minęło cztery dni. W posiadłości lorda Jeffrey’a de Blackstone dzień mijał, jak co dzień. obowiązki były wykonywane niemal automatycznie. Wszyscy znali swoje obowiązki, i je dopełniali. Nie wszystko jednak pozostało takie, jakie było dotychczas. Coraz częściej zaczynała nękać go myśl, by spieniężyć wszystko co posiada. Coraz bardziej zaczynało go to kusić. Nie dlatego, iż pierwotny pomysł z odnalezionymi krewnymi nie wypalił. Ale dlatego, iż to właśnie pierwotnym pomysłem było spieniężenie wszystkiego. Po tym, jak pozostał sam, nie zależało mu na tych jego nieruchomościach – i całej reszcie. Już dawno ustabilizował swoje życie, kierując własną uwagę w całkowicie inny kierunek.
Od wielu lat skupiał się na poznaniu siebie bez względu na to, co nim kierowało. Rozumiał doskonale, iż jednym z powodów było poszukiwanie ratunku dla samego siebie. Gdy odnalazł krewnych, znowu zaczął tęsknić – a tego nie chciał. Tyle lat walczył o własne szczęście, i gdy – jak mu się wydawało – jakimś cudem to osiągnął, wszystko się posypało. Gdy zaczął się przyzwyczajać do tego, że owe szczęście jest faktem, okazało się, iż jest ono złudzeniem. Stracił wiele czasu na to, by znaleźć własny punkt odniesienia do samego siebie. Kierował się tym, jak drogowskazem. To dawało mu siłę. Coraz bardziej stawał na nogi, odzyskując wewnętrzny spokój.
Odnalazł słuszna drogę do własnej prawdy – własnego szczęścia. I co? W tym poszukiwaniu zatoczył koło. Czyżby znowu się łudził? Czyżby ponownie popełniał błąd nietrafionego odczytania tego, co niesie mu jego własne życzenie? Nie chciał ponownie przechodzić rozczarowania. Po śniadaniu – na jego polecenie – od frontu domu podstawiono samochód. Pojechał do restauracji, gdzie niegdyś spotkał się z kimś, kto był jego całym światem. Kimś kto dawał mu motywację do życia. Obecnie tylko pozostał ten fakt – jako argument – by w tej restauracji zaistnieć ponownie. To właśnie ta siła, trzymająca go niemal w niebiosach jego własnych uczuć. Kupił tę restaurację właśnie z jej powodu. To właśnie jej imieniem nazwał tę restaurację. Kochał tę nazwę „MARY”.
DOM RODZINY FOREST’ÓW – SCHEFIELD
W domu Forest’w w Shefield, nie było zbyt ciekawie. Niby wszystko było ok! Wszyscy jednak czuli, iż jest zupełnie inaczej. Matthev z Thomas’m bardziej lawirowali pomiędzy rodzicami – niż z nimi mieszkali pod jedynym dachem. Sara od czasu wyskoku matki z jej ogromną nieufnością w tle w Garden Hill, przestała bywać w kuchni. Szczególnie, gdy w niej była jej matka. Dziewczyna miała żal do niej za to, do czego doprowadziła. Nie mogła jej wybaczyć, że zniweczyła jej szansę na rozwój na zaistnienie. Szansę na coś, co mogło być dla niej, niczym Feniks. Steven czekał na odpowiedni moment, by porozmawiać z żoną na ten temat.
Zachowanie Vivienne było dlań nie do przyjęcia. Ona wcale nie czuła się winna. Zdawała się nie widzieć tego, co się stało – co zrobiła. Jak się zachowała będąc tam w posiadłości człowieka, który przedłożył ich życie nad swoje. Steven często wychodził z domu. Nie, aby tego chciał – bardziej musiał. Coraz bardziej trudno było mu przebywać w domu, który przygniatał go coraz bardziej. Vivienne również nie było lekko. Coraz bardziej dotkliwiej odczuwała dyskomfort we własnym domu. Nie rozumiejąc o co tak naprawdę chodzi, zajęła się własnymi obowiązkami. Odpuściła. I tak, jak to bywało, dom lśnił czystością. Kwiaty były niemal w każdym wazonie.
Gotowała, szykowała posiłki tak jak dotąd. Coraz częściej przy stole nie było Steven’a. Coraz częściej na pytanie, czy będzie jadł - odpowiadał obojętnie: - nie jestem głodny. Po czym ubierał się, wychodził do garażu. By po chwili jechać do miejskiego baru, czy restauracji. Sara wiedziała o tym, i było jej z tego powodu przykro. Jednakże nie widziała nic z zachowania matki, co by pozwalało stwierdzić, że i jej jest przykro. Taka sama sytuacja była i piątego dnia po śniadaniu. Steven już miał wyjść z mieszkania. Ruszył właśnie w stronę wieszaka z ubraniami, gdy Vivienne wyszła za nim z jadalni.
- Steven! Musimy wreszcie porozmawiać. Nie uważasz?
- O czym?
- Sądzisz, że nie ma o czym? To co się tu dzieje od paru dni, to szaleństwo. Nie sposób tego wytrzymać. Twoje zachowanie…
- Moje zachowanie?
Stwierdzenie żony zamurowało go niemal całkowicie. Starał się utrzymać w ryzach rosnącą irytację, w którą wpędziło go tylko to jedno jej zdanie. Kochał żonę, niemniej nie mógł tego znieść. Ona chce go karcić za coś, co sama uczyniła. Zatem ciekaw bardzo, co w końcu ma to powiedzenia jego żona, zrezygnował z ubioru pantofli. Kierując się w stronę salonu, minął chłopców wychodzących do szkoły. Coś szemrali między sobą, czego on i tak nie rozumiał.
- Oho! Szykuje się burza. Dobrze, że mamy dzisiaj więcej lekcji.
- Fakt. Wygląda, że będzie gorąco. Może cicha msza się zakończy. Co sądzisz o tym?
- Co tam szemracie orły?
- Nie, nic. Idziemy do szkoły. Będziemy na czternastą. Hej!
I jak zwykle wychodząc, drzwi trzasnęły z impetem. Steven usiadł na kanapie w salonie. Vivienne siedziała w fotelu zachowując się tak, jakby szukała słów do rozmowy. On był bardzo ciekawy, co Vivienne ma do powiedzenia.
- Zatem słucham Vive! O co chodzi?
- To właśnie ja chciałabym dowiedzieć się, o co chodzi.
- Jak to?
- Tak to. Od pięciu dni zachowujesz się bardzo dziwnie. Nie rozmawiamy, nie przebywamy z sobą. Mijamy się jedynie Steven’e. Nawet na posiłki uciekasz do miasta.
- Wiesz. Zdumiewasz mnie. Po tym wydarzeniu w posiadłości, jak możesz powiedzieć, iż nie wiesz o co chodzi. Przez niemal cały czas, czekałem na racjonalne wytłumaczenie z twej strony. Chodzi o twe zachowanie tam w posiadłości.
- Ja nie mam czego tłumaczyć. Nie mam do tego człowieka zaufania.
- Jak to nie masz zaufania? Do tej pory miałaś. Tyle rozmawialiśmy na ten temat. Co się stało. Skąd te twoje wątpliwości.
- Stąd, że ten człowiek kręci. Chcesz wiedzieć – proszę bardzo. Twierdziłeś, że walczyłeś o kontrakty. Chwaliłeś się nimi tu w domu. Zastanawiam się dlaczego nie wiedziałeś, że one wszystkie tyczą się nieruchomości jednego właściciela? Czy to ciebie nie zastanawia? Bo mnie tak. Zastanowiło mnie to gdy słyszałem, jak mówił o tym, że wygrywa najlepszy. Uważam, że ty wygrałeś nie dlatego, że jesteś najlepszy. Wygrałeś dlatego, że jesteś jego krewnym. Trudna sprawa. On wciąż rozmawia z tobą, jakbyś był sam – tylko sam. Ja, dzieci – wydaje się – dla niego nie istniejemy.
- Wiesz, że to nie prawda. On bardzo nas polubił. Widziałem to.
- O tak! Polubił, ale Sarę. Widziałeś, jak się na nią patrzy? On nie ma co do niej czystych zamiarów Steven’e.
- O czym ty mówisz kobieto! On ma około sześćdziesiątki – może nieco po – chyba. Ona mogłaby być jego wnuczką.
- To ty tak myślisz Steven’e, ale nie ja. On już decyduje za nas, gdzie będziemy mieszkali. On się nie pyta – on dyktuje. My na pierwszym piętrze – on na drugim. To chore!
- Posłuchaj Vivienne. Ja nie widzę tu nic chorego. On w tej chwili zasila nasze konto. Żyjemy z jego pieniędzy. Czy tak postępuje człowiek, mający nieczyste intencje?
- No właśnie. Jeszcze te pieniądze. On nas kupił Steven’e. Kupuje nas każdego dnia. Czy myślisz, że on nie wie, gdzie one idą i na co? Przecież on wie, że nie będziemy mogli mu ich oddać. I myślę, że to o to chodzi.
- Chodzi o to, że on czuje się odpowiedzialny za to, iż ja nie mam pracy. To rzez ten cholerny telefon do firmy. Informacja przeciekła, i ja straciłem pracę. On o tym wie.
- No i dobrze. Powinien czuć się winny. Te wszystkie telefony, tajemnice. Zamiast powiedzieć od razu prawdę, on robi jakieś zagadki, testy.
- Vivienne! Co się z tobą dzieje? Skąd ta irytacja u ciebie?
- Nie pójdę tam mieszkać Steven’e – słyszysz? Nie chcę!
- Jak to nie pójdziesz? Uzgodniliśmy przecież.
- Ty uzgodniłeś. Powiedziałam tobie, że to ty jesteś spadkobiercą – nie ja. Ty od razu podjąłeś decyzję. Nie potrzebowałeś mnie. Nawet dzieci już chcą się tam przenieść.
- No bo tam będę pracował. Nie dam rady dojeżdżać do domu i do pracy.
- Ale ja mam tu dom! Nie możesz tego zrozumieć?
- Ty masz tu dom? Ty? A co ze mną, dziećmi?
- Wy też macie tu dom. Możesz przecież mu odmówić. Znajdziesz pracę gdzie indziej.
- Jaką? Podrzędnego kmiecia w jakiejś kolejnej obcej firmie? Znowu klepać biedę? Nie chcę!
- No to jest nas dwoje. Oboje nie chcemy, choć każde chce czegoś innego.
- Inaczej nie da się tam przenieść. Jak to sobie wyobrażasz? Ty, dzieci tu – a ja tam? Bo przecież nie dam rady dojeżdżać. A przecież muszę zarabiać.
- Możesz zarabiać tutaj. Ten dom jest po moich rodzicach. To nic dla ciebie nie znaczy?
- Znaczyło, gdy miałem tu pracę – ale jej nie mam. Już nie mam! Co z tobą?
- No to jedź tam! Ja zostanę. Dzieci też.
- Wiesz, że ja zrobię to, co będzie moją decyzją? Pytałem ciebie tylko dlatego, by nie czynić ciebie kimś mniej ważnym. Wiesz, że nie musiałem…
- No widzisz. Wreszcie to powiedziałeś – nie musiałeś. To dlaczego teraz mnie męczysz?
- Bo niweczysz możliwości na wielkie pieniądze. Niweczysz coś pięknego. Tym bardziej, że to nasza rodzina.
- Nie Steven! Nie nasza – to twoja rodzina. Mój spadek jest tutaj. To ten dom po moich rodzicach. Dotąd tobie wystarczył.
- Co ty mówisz? Ja ciebie nie poznaję. A gdzie twoja doktryna, że nie ważny dom – ważna rodzina? To również nic nie znaczy?
- No widać dla ciebie nie. Bardzo szybko chcesz przenieść rodzinę na nowe miejsce. A pomyślałeś, co ze mną?
- To właśnie było moim głównym celem Vivienne. Właśnie to, byś to ty była przy mnie. Dlatego pytałem ciebie o zdanie. Dlatego to było dla mnie takie trudne.
Kobieta po wysłuchaniu słów męża, nagle urwała swój słowotok. Nie umiała odpowiedzieć mężowi na jego argumenty. Nie potrafiła sobie z tym poradzić. Wpatrywała się w jeden punkt na stole nie wiedząc, co uczynić. Czuła wewnątrz siebie rozdarcie pomiędzy schedą po rodzicach a własną rodziną. Nie rozumiała do końca, co wewnętrznie czuje. Chciała jechać z mężem i dziećmi. Jednak, jak tylko zbliżała się do realizacji tego zamiaru, czuła jakiś lęk. Tak jakby była nie w porządku. Tak naprawdę nie umiała określić ani dlaczego, ani wobec kogo. Wstała raptownie i podchodząc do okna poczuła łzy, napierające na jej powieki.
Obraz ogrodu za szybą zaczął migotać – falować. I to właśnie w tedy, niemal od razu wyrwało jej się pierwsze łkanie. I po co? By przenieść się w obce miejsce – tak wielkie, że dech zapiera. Vivienne była rozbita. Jej sentyment do tego miejsca – do tych murów był tak wielki, że przesłaniał jej rzeczywiste spojrzenie na resztę spraw. Sądziła, że ma już wszystko poukładane w swoim życiu, i jest bezpieczna. Nie musi nic zmieniać. Jednak nie to ją głównie męczyło. Wewnętrznie starała się poukładać priorytety, co do własnych odczuć. Kochała męża, jak również dzieci były dla niej wszystkim. Nie umiała dać sobie rady z wyborem. Wiele razy stawiała na szali obie te sfery, i nic to nie dało.
Wiedziała od lat, że będzie musiała zrobić z tym porządek, gdyż to rozdzierało ją niemal na dwie części. Z jednej strony rodzice – ich tragiczny wypadek, ich miłość. Dom jako pozostałość po bezpiecznym dzieciństwie, gdzie pełno było po nich wspomnień. Dom mnóstwa jej spełnionych pasji, pragnień. A z drugiej strony jej rodzina: mąż, dzieci. Tysiące sytuacji, uniesień. Mnóstwo miłości, starań, trosk. To narodziny każdego z dzieci, walka o ich byt – później szkoły. To wkładanie w każdy kamień własnego serca, by niemal ożył. To był zbyt wielki ciężar dla niej. Nie umiała rozgraniczyć tych dwu oceanów uczuć, odczuć, pasji, namiętności. Teraz jak tsunami to w nią wewnętrznie uderzyło.
Szarpało nią, jak masztem podczas sztormu. Przez ostatni czas starała sobie dać z tym radę. Jednak wciąż chowając się, niczym składany maszt przed silnym wiatrem. Przez ten długi czas, była przygotowana na asekurację, ochronę. Tu stało się to nagle, bez uprzedzenia. Nie zdążyła nawet uchylić się przed uderzeniem, przybierając w samotności pozę bez świadków z jednej strony kochała ten dom, to miejsce, tę atmosferę – z drugiej jednak rozumiała też, że to ją przytłacza, ogranicza. Coś co nie daje jej iść dalej, rozwijać się. Dlatego rozumiała Steven’a, i jego motywację. Rozumiała też Sarę, i jej wyczucie szansy dla siebie. Niemniej wciąż nie widziała w tym siebie.
W tej chwili właśnie uświadomiła sobie, że oni wszyscy niemal pędzą do przodu łapiąc niczym lejce coś, co przydaje im prędkości – co ich napędza. Siebie widziała z tyłu tego peletonu, jako porzuconą, opuszczoną, osamotnioną w swoich poglądach. I te właśnie jej odczucia rosły, mnożyły się.
- Steven! Ja nie potrafię tak jak ty. Nie potrafię lekką ręką porozdzielać to tu – to tam. To tam – to gdzieś indziej. To ponad moje siły. Tyle lat naszego życia Steven’e – mojego życia.
- Ale to nie ginie Vive. Wszystko co piękne, co kochamy – tak naprawdę mamy w sercu – i ja, i ty, i dzieci. Nic tak naprawdę nie ginie bo jest tam, gdzie my jesteśmy. To są nasze wspomnienia. Pamiętasz? Wiele razy mawiałaś mi, że wspomnienia są gołębiami naszych spełnionych nadziei.
- Pamiętam, ale to takie trudne – wręcz niewykonalne.
- Być może jest to trudne, ale nie niewykonalne. Musisz tylko odnaleźć w sobie motywację. A jest nią nasza miłość. Miłość miedzy nami, miłość do dzieci. Przecież to dlatego tworzyliśmy to wszystko – prawda?
- Ja nie wiem Steven’e. Nic już nie wiem.
- To daj sobie szansę na jutro. Daj sobie szansę na dokonanie czegoś, co być może da tobie spełnienie – dalszą radość. Radość tworzenia, stwarzania.
- Tam w Stanford? Ty widziałeś, co to za dom? Jaki jest wielki? Nie mówię już o ogrodzie, parku. Jak myślisz, ile ja mam lat?
- Vivienne! Dla mnie zawsze będziesz tą młodą dziewczyną, którą poznałem tak nagle – jak nagle widziałem ciebie wszędzie, gdzie tylko byłem. Pokochałem ciebie tak wielką miłością, iż by ją opisać brakło by słów. Poza tym. Cóż po wielkości tego domu i reszty, wobec twego talentu tworzenia, stwarzania. To ty a nikt inny umiałaś z kamieni zrobić coś, co dawało nam tyle uniesień, ekscytacji. Moim zdaniem jeśli potrafiłaś dać sobie radę z kamieniami – to cóż takie mury, jakie widzieliśmy?
- Steven’ie! Proszę. Daj mi czas. Ja potrzebuję czasu. Nie przeprowadzę się z tobą tylko dlatego – nawet, jeśli masz rację. Ja tego nie czuję. Bynajmniej teraz.
- Ile potrzebujesz czasu? Pięć dni już minęło. Jeffrey dał mi czas siedem dni. Zatem mam jeszcze dwa dni na podjęcie decyzji.
- Nie Steven’e! On dał nie tobie czas tygodnia, ale mi. Wiem, że tego nie powiedział, ale ja to wiem. Ty już podjąłeś decyzję w dniu, kiedy otrzymałeś ten nieszczęsny telefon. W dniu, kiedy zdobyłeś te kontrakty – choć ja mam na ten temat inne zdanie. Czy ty nie zauważasz tego, że to on dyktuje nam warunki? Że to on decyduje o naszym dalszym życiu?
- Dobrze. Ale czy ciebie byłoby na to stać, by zasilać finansowo konto drugiej strony – mimo, że nie ma jeszcze decyzji finalnej?
- A nie pomyślałeś, że to on jest bogaty? To on ma w bród pieniędzy. Więc waga jego decyzji ma inne zabarwienie, niż moja waga w mojej sytuacji. Sądzę, że tu jednak nie chodzi o to, kto co ma. Tu chodzi o zachętę. Znasz przysłowie o ośle i marchewce.
- Nie zgadzam się Vivienne. Całkowicie się nie zgadzam z takim stanowiskiem.
- Czemu?
- Bo jak wiesz przez całe lata nic nie wiedzieliśmy ani o krewniaku, ani o spadku. Więc równie dobrze mógł nie szukać krewnych. Bo po co mu to było? Jego stać na opłacenie sobie opieki, warunków luksusowych – niemal wszystkiego czego zapragnie. A jednak nas szukał. Jednak zależało mu na tym, by być może mieć przy sobie kogoś bliskiego. Czy to nie warte przemyślenia? Nie warte by to docenić, by to podkreślić? Chcesz czasu to go sobie dajmy. Lecz nie odmawiajmy sobie i dzieciom szansy na leprze jutro. Na coś, co może nam stworzyć nowe możliwości.
- Czyli mam się przeprowadzić.
- No i co w tym złego? Domu nie sprzedajemy – jak na razie. Nie tracisz go. To nie chodzi o dom Vivienne. Pojedziemy tam, zobaczymy, porozmawiamy. Jeśli nadal nie będziesz przekonana, będziesz mogła tu wrócić.
- A będziemy mogli tu wrócić?
- Stawiam sprawę uczciwie Vivienne. Jak sama stwierdziłaś – podjąłem już decyzję. Być może to prawda. Ja jednak w przeciwieństwie do ciebie, nie chcę kierować się czysto osobistą intencją. Nie myślę tylko o sobie, ale o was przede wszystkim. I dlatego tyle znaczy dla mnie twoje zdanie. Dlatego tyle rozmów, wyjaśnień, tłumaczeń. Mówiłaś: - tam twoje szczęście, gdzie rodzina. To twoje słowa.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Powiedziałeś, że będę mogła tu wrócić – nie, że będziemy mogli tu wrócić. Czyż nie tak to określiłeś?
- Czepiasz się słów Vivienne.
- Będę mogła, czy będziemy mogli? To proste pytanie.
- Moją decyzję już znasz. Nie będę ciebie zmuszał do czegokolwiek tak samo, jak nie będę zmuszał dzieci. Każdy zadecyduje. Chcesz odpowiedzi? Powiem tak. Rozumiem, że to miejsce, ten dom, ta okolica to mnóstwo twoich wspomnień, moich, i dzieci również. Wiem też, że przez te lata jesteś przyzwyczajona do tego miejsca. Dlatego, że tyle pasji w to włożyłaś. Dlatego, że po latach wreszcie ukończyliśmy ten proces. Jednak wiem też, że mamy problem – dlaczego? Bo jak wiesz, nie mam pracy. A co za tym idzie, nie mamy dochodu. Jednak mamy troje dzieci na progu, który najwięcej kosztuje. Wiemy też, że mamy szansę jednym pociągnięciem to zmienić. Mówisz, że ja myślę tylko o sobie. Tak można by określić twoje pojmowanie mojej decyzji. Jednak z tego, co mówisz wynika, że to ty chcesz pod pretekstem sentymentu do miejsca, gdzie dotąd mieszkamy – zmusić wszystkich do pozostania tutaj. Powiem więcej. To wygląda mi na szantaż emocjonalny. Szafujesz uczuciami, które nie do tego służą Vivienne. Ja mam dość. Dzisiaj mamy czwartek, to znaczy piąty dzień z siedmiu. Zatem czekam do soboty. W sobotę oczekuję twego stanowiska. Jedno mogę tobie obiecać. Cokolwiek postanowisz, ja to uszanuję. Te same słowa skieruję do Sary i chłopców.
- Jesteś okrutny Steven’e.
- Nie Vivienne, nie. Tyle lat jesteśmy razem, że winnaś wiedzieć, iż nigdy nie mijałem ciebie w swoich decyzjach. Jednak to jest okazja jedyna na milion. Być może mogę odmówić – i to na pewno. Ale na miłość Boską, nie chcę! Czuję, że to szansa dla nas Vivienne – dla nas wszystkich.
- Co ja będę tam robiła Steve? To ogromny dom.
- Zapomniałaś o jednym. Tam jest służba, i to jest ich niemało. No i jeszcze jedno. Śpieszę tobie przypomnieć, że mamy tylko jedno piętro. I wyprzedzając twoje stwierdzenie – tak, jest ono nie małe. Ale i nas jest nie mało. Więc nie cały dom – damy radę.
Jednak ona nic nie odpowiedziała. Stała przy oknie wpatrując się w ogrodowe rośliny. Miał dość tej rozmowy, ale kochaj ją. Serce mu się krajało na myśl, że być może ona zechce tu zostać. Nawet nie chciał się zastanawiać, co by było gdyby. Jednego był pewien – nie ustąpi. Postanowił zatem – nim całkowicie jej ulegnie – wyjść z domu. Jednak jak tylko otworzył drzwi, bezwiednie się zatrzymał. Chwilę się zastanowił. Było już po śniadaniu. Był z Vivienne w salonie. Nie widział Sary. O tej porze byłaby już w kuchni mimo, że unikała matki. Po chwili jednak ruszył dalej. Zignorował ten fakt. Uznał, że być może wyszła z domu do koleżanki.
Vivienne chciała zatrzymać męża w domu, ale nie zdążyła. On już wyjeżdżał samochodem na ulicę. Była rozgoryczona. Zupełnie nie miała pojęcia, co ma czynić. Z dziećmi niemal nie było kontaktu. Z mężem żyła, jak na granicy ultimatum. Nawet jej córka, zaczynała unikać własną matkę. To było nie do przyjęcia. Dom był pusty. Chłopcy w szkole. Steven na mieście. Sary również nie było słychać. Co prawda nie widziała, by córka gdziekolwiek wychodziła. Jej nie było, gdyż cisza przytłaczała. Zabrała się do sprzątania. Gdy ogarnęła cały dół domu, wzięła się do czyszczenia schodów. Lubiła mieć w domu idealną czystość, i tak niemal było.
Gdzie nie gdzie trzeba było ścierać kurz, ale to czyniła co dzień na zmianę z Sarą. Do sprzątnięcia pozostały jej pokoje na piętrze. Do pokoju Sary nie wchodziła już od dawna. Córka była dorosła, i sama dbała o swój pokój. Pozbierała tylko brudne rzeczy w pokoju chłopców. Tu trzeba było poświęcić więcej czasu na czystość. Wiadomo – chłopcy. Co prawda łóżka były zaścielone, ale i tak Vivienne wprowadzała poprawki. Nie krytykowała synów, gdyż i tak była zadowolona z tego, że się starają. Samo to, że w ogóle ścielą było sukcesem. Dopiero gdy zakończyła pracę u chłopców, jak i u siebie w sypialni – zapukała do Sary. Nikt nie odpowiadał, zatem nacisnęła klamkę.
Jej pokój był całkowicie wysprzątany. Nawet brudnych rzeczy nie było w pojemniku do prania. Pudła z zapakowanymi rzeczami nadal stały pod ścianą. Tym razem jednak były opisane, i zalepione taśmą. To już nie wyglądało na porządki. Córka przygotowała się do przeprowadzki. Zamknęła drzwi. dopiero na korytarzu usłyszała, że drzwi stuknęły. Miała tyko odnieść brudne rzeczy do łazienki. Trochę jej zeszło przy pralce, nim zjawiła się na dole. Była godzina trzecia po południu. Steven buszował w kuchni. Zeszła zaniepokojona na dół. On właśnie szykował coś do picia. Miał zafrasowaną minę i widać było, że jest lekko zmieszany. Spojrzał w stronę nadchodzącej żony.
- Steven’e! A już myślałam, że to Sara. Musimy porozmawiać. Byłam w pokoju u niej. Jej nie ma. Za to stoją jej rzeczy w pudłach – już zaklejone i przygotowane do przeprowadzki.
Wypowiedziała te słowa w chwili, gdy jeszcze była w salonie. Z salonu widać było niemal całą kuchnię, tak więc równie dobrze widziała w niej męża. Jadalnia znajdowała się za pozostawioną ścianą. Mężczyzna się nie odzywał, dając żonie do końca się wypowiedzieć.
- Widziałeś ją może? Mówiła gdzie idzie?
- Nie, nie! Nie widziałem się z nią, ani z nią nie rozmawiałem. Pozwól…
- Ja ją nie widziałam już od wczoraj. Co się dzieje Steven?
- Vive! Wszystko jest w porządku. Ja wiem gdzie jest Sara.
Już miała coś powiedzieć, gdy wkraczając do kuchni spojrzała w stronę jadalni. Dopiero wtedy spostrzegła siedzącego David’a, który wstał natychmiast, by się przywitać. Zmieszana przez chwilę milczała. Podeszła do męża, uważnie się mu przyglądając.
- Steven’e?
- Wszystko jest w porządku Vive. Sara jest w Stanford.
- Witam lady Forest. Dzień dobry.
- Dzień dobry. Jak to jest w Stanford? Co ty mówisz?
- Też byłem zaskoczony. Dopiero co się dowiedziałem, gdy zadzwonił do mnie David. Zresztą dam tobie opowie, jak to było.
Kobieta zwróciła wzrok w stronę stojącego starszego mężczyzny. Jej konsternacja nagle zmieniła się w całkowite zaskoczenie.
- Sir Forest mówi prawdę. Otrzymałem dzisiaj z rana wiadomość do swego pana. Polecił mi przekazać państwu, by się nie niepokoić o panienkę Sarę. Panienka od wczoraj jest w posiadłości Garden Hill.
- Jak to Steven’e? Po co ona tam pojechała? Czy ty coś o tym wiedziałeś?
- Vivienne! Uspokój się. Nic o tym nie wiedziałem. Byłem tak samo zaskoczony, jak ty. Dopiero David mi wyjaśnił, że nic się nie dzieje.
- To, że pojechała tam sama do nieznajomego mężczyzny, to nic? Co ty mówisz?
- To nie jest nieznajomy Vivienne. To nas krewniak. Jej tam nic nie grozi.
- Ale po co ona tam…
Kobieta aż usiadła z wrażenia. Mimo nieporozumień z córką, nie spodziewała się z jej strony takiego kroku. Jej zaskoczenie przechodziło w obawę o jej bezpieczeństwo. I nagle sobie uświadomiła, dlaczego w pokoju Sary są spakowane i zaklejone pudła. Energicznie wstała szukając odpowiednich słów.
- Wiem już po co tam pojechała. Byłam w jej pokoju. Ona ma już spakowane pudła. Ona chce się przeprowadzić.
- Przecież wiedziałaś o tym Vive – ja również. Sara od samego początku upatrywała w tym szansę.
- Ale jak można? Dlaczego one ze mną o tym nie porozmawiała. Wiedziałam, że się na mnie obraziła, ale nie sądziła nawet…
- Ze mną również nie rozmawiała. Tylko zauważ jedno. Sara widziała, co się tu dzieje przez te parę dni. Mówiąc szczerze nie dziwię się jej decyzji.
- Boże! Co teraz będzie?
- Lady Forest. Proszę się nie martwić. Mój pan przekazał mi, iż panienka Sara przyjechała do niego wczoraj. Mój pan czeka tylko na państwa decyzję – co dalej. Niemniej stwierdził, że panienka Sara – jeśli państwo pozwolą naturalnie – może pozostać w posiadłości. Pan określił to, iż panienka Sara jest u siebie. I to właśnie z tego powodu jestem tutaj.
- Trzeba po nią jechać David’e. Koniecznie.
- Ale jest problem Vivienne. Z tego co mi wiadomo, Sara nie chce tu wracać.
- Jak to nie chce? Musi!
- Vivienne. Uspokój się. To nic nie da. Ona jest pełnoletnia – pamiętasz?
- Tak! Lecz jak widzę, tobie bardzo to odpowiada co?
- Jak to odpowiada? O czym ty mówisz? Vive?
- Ja się nigdy na to nie zgodzę, by ona tam była.
David stał przy obojgu. Z wielką troską przysłuchiwał się ich rozmowie. Wiedział, że matka Sary była bardzo zaniepokojona. Nie bardzo mógł cokolwiek powiedzieć. Nie wolno mu było interpretować poleceń swego pana. Wiedział jednak, jak niepokoi się o nią jej matka.
- Lady Forest – proszę posłuchać. Co prawda nie wolno mi wypowiadać się w sprawach prywatnych mego pana, ale to dobry człowiek. Pracuje u niego już wiele lat. I nigdy nie zdarzyło się tak, by mój pan był jakimś przypadku nie w porządku.
- Nie chcę być nie miła David’e, ale to sprawa między mną a moim mężem.
- Tak – rozumiem. Niemniej to pani nie rozumie lady Forest.
- Czego nie rozumiem David’e?
- Mojemu panu zależy na rodzinie – czyli na państwu. Wiele razy widziałem, jak to wszystko przeżywa. Tyle razy każdy znaleziony ślad kończył się fiaskiem. Gdy wreszcie okazało się, że prawnicy wpadli na jakiś ślad, mój pan płakał jak dziecko. Nie wiedział, że ja stałem za kotarą. Jakoś tak się zdarzyło, że tam właśnie się znalazłem na tamtą chwilę. Jakoś wszedł niespodziewanie do biblioteki na dole, a ja byłem przy oknie – a nie powinienem tam być. Bardzo by się zdenerwował, gdyby mnie tam zastał. I to w tedy właśnie odezwał się telefon. Dzwoniono z kancelarii. To w tedy widziałem, jak pan płakał. Pierwszy raz w życiu widziałem, jak się cieszył – a jednocześnie płakał. Jeszcze raz proszę o wybaczenie lady Forest, ale mój pan nigdy nie skrzywdziłby panienki Sary.
- Dziękuję tobie za te słowa. Ale mimo to, i tak się martwię.
- Vivienne. Proszę cię. Nie ma powodu do zamartwiania. Sara od początku – jak tylko się dowiedziała o całej sprawie, chciała się przeprowadzić do Stanford. Stąd te kartony, które sama widziałaś.
- Co ja mam teraz zrobić Steven’e. Co robić?
Mężczyzna podszedł do żony z wielkim współczuciem. Domyślał się co dla niej znaczy tak daleko idąca zmiana. Tym bardziej, że tu chodziło o Sarę.
- Posłuchaj kochanie. Pojedźmy tam i porozmawiajmy z Sarą. Dowiemy się, co ona zamierza. Może wtedy będziesz spokojniejsza. Ta sytuacja nie może trwać wiecznie.
- Powiedz mi jedno Steven’e. Czy zostaniesz tu w naszym domu, gdy ja nie będę chciała się przeprowadzić?
- Moja decyzja nie zależy od twojej decyzji. Sama na początku uświadomiłaś mi, że możesz tylko określić się co do tego, jaka będzie moja decyzja. Jednak nie możesz decydować w sprawie zgody na propozycję Jeffrey’a – pamiętasz?
- Tak, pamiętam. To jest jednak ponad moje siły.
- Posłuchaj. Sądzę, że to co czujesz wynika z tego, iż zbyt mało wiesz o tym co nas czeka. Ja rozumiem, że w trakcie tego wszystkiego mogłaś poczuć się osamotniona. Ale tak nie jest. Musimy ponownie pojechać tam na spotkanie, i porozmawiać. Co ty na to?
- Steven’e! Już mi jest wystarczająco wstyd za to co narobiłam. Jakbym mogła teraz tam pojechać?
- Ze mną Vivienne, ze mną. I zapewniam cię, że nic takiego się nie stało.
Kobita spokojnie podeszła do okna, chcąc spojrzeć na ogród. Tym razem jednak nie przyglądała się zbyt temu, co na zewnątrz. Tym razem jej uwagę zaprzątały słowa męża.
- Niemniej nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Nie pytałam od czego jest uzależniona moja, czy też twoja. Pytałam, czy pozostaniesz tu w naszym domu, gdy ja nie zgodzę się na przeprowadzkę.
- Musisz to drążyć?
- Chciałaby wiedzieć.
- Czy ja przeprowadzę się do Stanford, zależy od tego, czego oczekuje ode mnie Jeffrey de Blackstone. Innymi słowy, jeśli okaże się, że będzie to dla mnie całkowicie korzystne – no i wykonalne – to moja odpowiedź będzie pozytywna, czyli na tak. Jeśli jednak okaże się, iż propozycja dla mnie jest niekorzystna – dam sobie spokój, czyli moja odpowiedź będzie na nie.
- A co ze mną, dziećmi? Bo, jak dotąd mówisz tylko o sobie.
- Pytałaś o moją decyzję. Zatem uczciwie to wyjaśniłem. Co do ciebie i dzieci? Naturalnie to tyczy się i was. Jak może być inaczej. Czy ty widzisz nas oddzielnie?
- Dajmy temu spokój Steven’e. David’e, kiedy moglibyśmy ponownie pojechać do Stanford?
- Lady Forest. Jak pani sobie życzy, natychmiast zadzwonię do mego pana i zapytam.
- Naturalnie – dzwoń!
- Proszę bardzo.
Steven Forest stał uważnie przyglądając się żonie. Wewnętrznie zadowolony był z takiego obrotu sprawy. Nawet nie sądził, że Vivienne weźmie pod uwagę ponowny wyjazd do Stanford – i to tak szybko. W duszy dziękował córce za samodzielny wyjazd do posiadłości Garden Hill. Być może ona będzie powodem, dla którego Vivienne zechce ponownie dojść do porozumienia z lordem Jeffrey’m. David szybko połączył się z posiadłością, z własnego telefonu w limuzynie. Chwilę to trwało, nim poproszono lorda de Blackstone do telefonu. Właśnie pokazywał Sarze kolejny raz, jak wyglądają pomieszczenia. George odnalazł swego pana dopiero na trzecim piętrze. Oglądali tam stan pomieszczeń. Lokaj zakomunikował, że dzwoni David ze Shefield. Po rozmowie z David’m lord de Blackstone powrócił do Sary. Był uśmiechnięty. Dziewczyna od razu zauważyła tę zmianę w jego zachowaniu. Zresztą lord nie starał się tego ukrywać.
- Widzę wuju, że otrzymałeś dobre wiadomości. Jesteś taki radosny.
- W samej rzeczy Saro.
- Powiesz mi o co chodzi?
- Proszę bardzo. Dzwonił David. Jak wiesz rezyduje obecnie w hotelu w Shefield.
- Tak – wiem.
- Właśnie poinformował mnie, że twoi rodzice mają zamiar ponownie przyjechać tu do Garden Hill.
- Po co? Znowu zacznie się awantura.
- Może i nie. Tego nie wiemy Saro. Dawid informuje mnie, że właśnie spostrzegli twoją nieobecność. Informuje mnie, że twoja matka jest bardzo tym poruszona. Jadą tu by dowiedzieć się, dlaczego pojechałaś do Stanford bez ich wiedzy.
- To się zdziwią.
- Posłuchaj Saro. Jesteś bardzo rozsądną młodą kobietą. Musimy wykorzystać ich ponowną tu obecność. To może być najlepsza szansa, by między nami doszło do zgody. Trzeba się o to usilnie postarać. Zatem proszę cię, postaraj się rozmawiać z matką spokojnie i rozważnie. To ty ją znasz. Wiesz, jak z nią rozmawiać. Jakie wartości ona wyznaje – co ceni. Ja ze swojej strony postaram się ją wprowadzić w to, co od niej oczekuję.
- Masz rację. Jeśli teraz tego mama nie zrozumie, to później będzie jeszcze gorzej.
- Zatem uzgodniliśmy co należy uczynić. Rozważania co do pomieszczeń dokończymy później Saro – jak pozwolisz.
- Nie ma sprawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz