Tom II – część 11
Zajechali pod dom doktora. Wyskoczył z powozu, kierując się do małego budynku z czerwonej cegły. Budynek posiadał co prawda piętro, ale bardzo małe. Od frontu znajdował się mały ogródek z przejściem przez sam jego środek. Coś w rodzaju chodnika z ciosanych kamieni. Zastukał do drzwi. kołatka dała głuche echo w środku. Po chwili dało się słyszeć kroki. Tom usłyszał zgrzyt otwieranego kluczem zamka. Po chwili drzwi otworzyły się nieznacznie. W drzwiach stała starsza pani w długiej czarnej spódnicy. Była wysoka i niesamowicie chuda. Omal wydawałoby się, że jest zagłodzona.
- Słucham!
Chrapliwy głos kobiety nie brzmiał zbyt zachęcająco do konwersacji. Tom znał tę kobietę. Służyła u doktora mnóstwo lat jako gospodyni, niemal całe życie. Jednak ona Thomas’a nie poznała.
- Witam! Potrzebny jest doktor. Jest?
- Teraz ma drzemkę. Dopiero co powrócił od pacjenta.
- Proszę go obudzić. Jest pilnie potrzebny - teraz!
- Mówię przecież, że śpi.
- Pani nie rozumie! W powozie jest mój chory ojciec. Potrzebny jest doktor – natychmiast!
Kobieta nic nie odpowiedziała. Już miała zamknąć drzwi, lecz Thomas Radley naparł na nie siłą. Nie chciał tego, ale uznał to za odpowiedni akcent na ignorancję tej starej kobiety. Co prawda to nie było w jego zwyczaju, lecz poprzez zmęczenie, stan zdrowia ojca, jego cierpliwość stała się bardzo nadwyrężona.
- Jak pan śmie! Co to za porządki!?
- Doktorze! Jest pan potrzebny. Słyszy pan?
- Panie! Doktor teraz śpi. Co pan!?
Kobieta trzymała drzwi cały czas, chcąc je zamknąć. Kiedy w głębi budynku dał słyszeć się męski głos, i coraz to głośniejsze kroki na schodach. Ktoś schodził po schodach. Thomas wiedział, że to doktor.
- Agatho! Co się tu dzieje – na Boga!
- Jakiś młody człowiek chce się tu wedrzeć do środka. Ja mówiłam, że pan śpi.
- Ja muszę rozmawiać z doktorem!
Kobieta niewzruszenie stała w drzwiach. Jednak że z tyłu podszedł starszy mężczyzna. Był niewysokiej postury i lekko krępawy. Mathev McCinley był jedynym doktorem w miasteczku od wielu lat. To starszy bardzo poczciwy mężczyzna.
- Daj spokój Agatho. Nie poznajesz? To przecież Tom. Thomas Radley – syn lorda Stefana Radley’a.
- Ja przecież… Jest pan pewien?
- Całkowicie. No już dobrze. Ja porozmawiam z Thomas’m Agatho.
Doktor Mathev był bardzo lojalnym przyjacielem rodziny. Był Szkotem z urodzenia. Osiadł w angielskim miasteczku, bo tu poznał swoją małżonkę – i tu ją poślubił. Niedane mu jednak było spędzić z nią reszty życia. Po krótkim czasie pochował ją na pobliskim cmentarzu. Żona jego zmarła na suchoty, na co w panujących czasach nie było dość skutecznego lekarstwa. I tak już pozostał w Anglii sam, a z nim gosposia Agatha. W miasteczku, które pokochał ze względu na żonę przyjaciół. Starszy pan, krępy, trochę pochylony do przodu. Jego krzaczaste brwi zawsze się poruszały, jak tylko umysł starał się pracować na pełnych obrotach. Twarz miał już pooraną bruzdami świadczącymi, że nie jedno przeszedł, i ma wiele lat życiowego doświadczenia.
- Tom. Co się dzieje?
- Tata jest chory. Prawdopodobnie ma febrę gorączkową. Tak twierdzi mama. Ma gorączkę, nie może nic mówić, tylko bełkocze coś. Nikogo nie poznaje.
- Pomału, pomału. Ma febrę? Hmm. Febrę? Gdzie jest? Gdzie ją złapał? Na Boga!
- Jesteśmy tu powozem. Wracamy właśnie od krewniaków i….
- Jest tutaj? Poczekaj!
Starszy człowiek wszedł do domu. Po krótkiej chwili, wypadł będąc nadal w długim dziennym szlafroku. Nie wypadało mu wychodzić przed bramę w byle jakim ubraniu. Zresztą dopiero dotarło do niego, że rozmawiał z chłopcem, stojąc właśnie w takim odzieniu. W ręku trzymał czarną torbę.
- Idziemy!
- Pomogę panu wejść do powozu. Ojciec tam leży.
- Oczywiście, oczywiście.
Mary Radley już przy brzegu, pochwyciwszy jego dłoń starała się wciągnąć doktora. Bardzo cieszyła się, że wreszcie on jest. Ojciec wreszcie będzie bezpieczny.
- Dzień dobry doktorze Mathev.
- Dzień dobry panno Mary! Witaj Emmo.
- Witaj Mat! Jak się masz?
- Bywało lepiej moja droga, ale co tam ja. Co się dzieje ze Stefanem?
- Jechaliśmy w trudnych warunkach. Rozumiesz – zimno, deszcz i czas. Początkowo myślałam, że się przeziębił. Ale potem nie mogłam poradzić sobie z rosnącą gorączką.
Doktor nachylił się nad przyjacielem. Spojrzał w oczy, osłuchał płuca, i obejrzał gardło. Brwi na przemian unosiły się, to znów opadały. Była to oznaka intensywnego myślenia. Trzymał rękę chorego nasłuchując tętna. Było słabe, czasami zanikało – ale było.
- Co mu podawałaś Emmo? Jakieś leki?
- Nie miałam leków. Od rodziny jadącej z nami w karawanie, dostałam napar z ziół.
- Pokaż mi go.
- Proszę.
Diagnoza doktora Mathev McCinley’a, już prawie była gotowa. Odkręcił butelkę – powąchał. Analizował smak i zapach. Doskonale znał te zioła, jak i wiedział już, że to nie jest ta choroba o której wspominał Thomas.
- To dobry wywar. Zbija ostrą gorączkę. Wiesz, że uratowałaś mężowi życie?
- Dawałam mu to trzy, cztery razy w ciągu dnia. Teraz już nie bardzo pomaga.
- Bo to tylko zbija gorączkę. A co do febry moja droga, to on jej nie ma. To zapalenie płuc. Przeciągły świszczący oddech, płuca rzężą. On ledwo oddycha.
- Boże! Co robić! Co robić!
- Pomału. Spokojnie Emmo. Teraz dam mu coś odpowiedniego. Musi jednak leżeć. Trzeba o niego dbać w bardzo szczególny sposób. Nie tak prędko wychodzi się z zapalenia płuc.
- Właśnie jedziemy do domu. Lecz postanowiliśmy wpierw wstąpić do ciebie Mathev.
- I bardzo dobrze. Nie wolno mu wychodzić na powietrze. Będziesz pamiętała?
- Na pewno, na pewno.
- Ja przyjadę do was sprawdzić, jak się miewa chory – dobrze? Przyjadę za jakąś godzinę.
Tom pomógł wysiąść doktorowi z powozu. Sami ruszyli do domu. Musieli jechać przez miasteczko, jednak nikomu to nie przeszkadzało. Konie sprawnie ciągnęły powóz. Postój u doktora dał im trochę odpoczynku. Za miastem skręcili na otwartą przestrzeń. Jechali traktem obsadzonym z dwóch stron topolami. Emma bardzo kochała te topole. Zawsze jak je widziała spływał na nią swoisty spokój. Prawda że dzisiaj widziała je już w poświacie księżyca, ale poznała własne drzewa doskonale. I to właśnie w tej chwili w pełni uświadomiła sobie, że wszystko będzie dobrze. Na końcu, lekkim łukiem skręcili, i mieli przed sobą wielką bramę. Była stara kunsztownie kuta w metalu.
Kute w metalu liście, owoce oplatały swymi kłączami pręty bramy. Kiedy wyjeżdżali czy też powracali do domu, tradycyjnie dwie połowy głównej bramy były całkowicie rozchylone. Ileż wspaniałych uczuć wiązało się z tym miejscem. Była szczęśliwa, że udało im się w miarę szczęśliwie powrócić do domu. Naturalnie nie licząc choroby jej męża. Tom z siostrą również odczuli ulgę, widząc własne znane obejście – własne kąty. Za bramą był to ich teren, wraz z aleją prowadzącą zakosem przed ich stary dom. Dom był w stylu późno gregoriańskim. Dziedziniec, jak i obszerna weranda były oświetlone latarniami.
Mimo iż budynek był bardzo stary, wprowadzono w nim wiele udogodnień, których brak było w typowym budownictwie tego typu. Można było się pokłócić o niektóre detale w fasadzie budynku, czy jego dobudówkach. Gdy tylko powóz podjechał na dziedziniec, drzwi główne otworzyły się z wielkim impetem. Zanim powóz zajechał pod schody przysadzistej werandy, Lokaj państwa Radley’w biegł już w ich kierunku. Za nim pokojówki, które zajmowały się starszym państwem i domostwem.
- Witamy państwa z powrotem. Wielka radość, wielka radość.
- Witam Gustawie. Trzeba szybko zanieść starszego pana do jego pokoju. Jest bardzo chory. Koniecznie trzeba przygotować panu kąpiel, i czystą bieliznę.
- Tak jest panno Mary.
Dziewczyna pomagała matce w wysiadaniu. Teraz dopiero było widać, że podróż zmieniła matkę. Włosy były w nieładzie, niedbale zagarnięte do tyłu. Twarz była wręcz szara, zakurzona. Ubranie było wygniecione całe w plamach. Starsza pani była przede wszystkim bardzo zmęczona. Wyczerpana tak długą, tak trudną drogą. Do Emmy – matki Mary podeszła jedna z pokojówek. Pomogła jej wejść do domu. Lokaj wraz z Thomas’m, i dwoma innymi służącymi wynieśli starszego pana z powozu. Trzeba było uważać. Był bardzo słaby. Nie miał siły czegokolwiek się trzymać. Powóz został odprowadzony do powozowni. Wymagał dokładnego oczyszczenia, i remontu. Konie miały własne miejsce.
Widać że instynktownie wyczuwały gdzie się je prowadzi. Pochrapywaniem dawały pokaz własnego zadowolenia. W Cambridge Hill radość mimo choroby starszego pana była wielka. Cała służba cieszyła się z powrotu państwa. Starszego pana wykąpano, i położono w jego sypialni. Miał piękny pokój utrzymany w zieleni. Szerokie drzwi tarasowe były lekko uchylone. Do wnętrza pokoju wpadał przyjemny powiew ogrodowego powietrza. Taki układ pomieszczeń był bardzo wygodny dla domowników. Od frontu znajdowały się pokoje gościnne, jak i dzienne. Natomiast od strony ogrodowej sypialnie.
- Tom. Ja będę musiała jutro sprawdzić co w redakcji. Już miesiąc prawie tam nie byłam.
- Ale myślę, że nie dzisiaj?
- Mowy nie ma.
Emma zdążyła się również wykąpać. Na kolację wszyscy zeszli do jadalni. Był to pokój połączony z salonem i hallem. Swoją wielkością przypominał duży salon. Tyle że stały w nim wielkie kredensy z białą porcelaną. Na środku wspaniałe dzieło stolarstwa. Wielki stół z pięknie profilowanymi nogami. Blat był pokryty mozaiką z kawałków różnego rodzaju drewna. Blat jego błyszczał, jak lustro na środku którego stał wspaniały niewysoki pękaty wazon. W nim to gospodyni własnoręcznie układała kompozycję z kwiatów. A miała ich w swej kolekcji nie mało. Oprócz parków, alei, jak i łąk, pani Radley szczyciła się wspaniałym ogrodem. Posiadała ogród warzywny i kwiatowy. W każdym pomieszczeniu z wielkim pietyzmem, układane były bukiety we wspaniałych wazonach. Pokojowe uwijały się obsługując mieszkańców.
- Mary. Chciałabym poznać plany na dzisiaj.
- Oprócz kolacji i spania, nie mam żadnych planów.
- Tom, a ty?
- Ja jeszcze posiedzę we własnym pokoju. Poczytam trochę. Potem się położę.
- Coś nie widać doktora, miał być wieczorem. Która to godzina?
- Około dwudziestej pierwszej.
- To jeszcze nie tak późno. Pewnie zaraz tu będzie.
- Mam nadzieję. Ojciec nie może czekać.
Reszta kolacji minęła w milczeniu. Nowych tematów do rozmów jakoś nie było. Zmęczenie malowało się na twarzach wszystkich domowników. Teraz dopiero je było widać, i dawało się we znaki każdemu. Po kolacji każde ruszyło do swego pokoju. Ostatnia Mary wstała pieczołowicie ustawiając swoje krzesło na właściwym miejscu.
- Mary. O której jutro jedziesz do redakcji?
- Czemu pytasz?
- Ja jadę z końmi do kowala rano. Trzeba doprowadzić do porządku ich kopyta. Chcesz, to chętnie zabiorę ciebie do miasta.
- Dzięki. Pojadę wierzchem na Aresie.
Ares – to ukochany ogier Mary Radley. Ma go od źrebaka. Odkąd w dzieciństwie uratował jej życie przed niedźwiedziem, zaistniała między nimi specyficzna więź.
- Jak chcesz? Ja wyruszam Około ósmej rano. Jedź ostrożnie.
- Jak zwykle.
- No ja bym właśnie wolał aby nie było – jak zwykle. Wiem jak potrafisz pędzisz. Ty to lubisz.
- Nie przesadzaj proszę. Nie jest tak źle.
Mary uśmiechnęła się pod nosem. Była specem od szybkiej jazdy na koniu. W tym rodzaju podróżowania czuła się, jak ryba w wodzie. W domu zapadła cisza. Służba sprzątnęła jadalnię. Pozostawiono jedynie światło w hallu. Oczekiwano na doktora. Thomas Radley zagłębił się w lekturze książki, którą już od paru dni usiłował przeczytać – a która jakoś dziwnie nie dawała się przeczytać. Pomału więc, leżąc w pościeli zapadł w sen. Książka spoczęła na pościeli, a on zagłębił się w słodkim śnie. Mary w swoim pokoju zdążyła już przygotować się do jutrzejszej wizyty w redakcji. Miała już dość urlopowego lenistwa.
Tęskniła za gorącymi tematami. Mimo że okolica nie obfitowała w super tematy – marzyła o temacie, który by wciągnął ją bezgranicznie. Rozejrzała się po pokoju. Zrobiło jej się dziwnie smutno. Od pewnego czasu jej pokój – mimo, że nic się nie zmieniło stał się dziwnie pusty. Brudną odzież zrzuciła przy drzwiach łazienki, i weszła pod prysznic. Długo musiała walczyć z matką o tę prozaiczną rzecz, udowadniając jego wyższość nad wanną. Matka była przeciwniczką tego rodzaju kąpieli. Uważała, że dziewczęta powinny się rozkoszować kąpielą w eterycznych olejkach. Mary jednak nie uważała się za przedłużenie starych, zakurzonych konwenansów. Wolała błyskawiczne kąpiele.
Uważała, iż długa kąpiel jest stratą czasu. Odkręciła kurek, zatapiając się w strugach ciepłej wody. Była smukłą dziewczyną, już w pełni ukształtowaną. Jej czarne włosy kaskadą spływały po jej mlecznej skórze. Wodospad loków wraz ze strugami wody pokryły niemal całą powierzchnię pleców. Nalała sobie na dłoń balsam do kąpieli. Wytworzona piana zaczęła pokrywać jej ciało. Temperatura wody, zapach róż i fiołków z balsamu, wprawiły ją w jakiś szczególny nastrój. Strumień wody spadał na nią z góry. Mimo że było cicho, zaczęła kołysać się w jakiś tylko sobie znany rytm. Jej dłonie zaczęły rozprowadzać pianę – po piersiach tak młodych, a tak już wydatnych.
Obejmowała swoje ramiona. Przymknąwszy oczy zaczęła poruszać się w dziwnym rytmie – niemal w jakimś swoistym transie. W jej zamkniętych oczach budował się obraz jej marzeń. Jakieś obrazy i sceny. Jakoś dziwnie się nie bała. Jej odprężone ciało wiło się w strugach ciepłej wody, i spływającej piany. Czuła jakby ktoś otulał ją ramionami. Nie broniła się. Mimo że nigdy jeszcze nie była z mężczyzną. Nie miała żadnych doświadczeń w tej mierze. Mimo to - przeciwnie – lgnęła do tych ramion z wielką miłością i ufnością. Widziała te muskularne, silne i mocarne ramiona.
W swoistym transie widziała budującą się całą postać mężczyzny. Miała nieodparte wrażenie, jakby go znała. Twarz miał wspaniałą. Ostre męskie rysy, brwi silnie zarysowane – ciemne. Oczy czarne – bardzo bystre. Był bardzo dobrze zbudowany, a jednocześnie bardzo delikatny. Lgnęła do niego, nie wiedzieć czemu – tak po prostu. Otulał ją ramionami. Jakby właśnie tego potrzebowała, właśnie teraz. Było jej tak dobrze. Odgarniał jej kaskadę czarnych włosów. Zasypywał ją pocałunkami. Jej rozchylone usta chłonęły całą słodycz jego ust. Był taki rzeczywisty. Oplatał ją ramionami, pieścił każdy zakamarek jej ciała – nawet się nie broniła. Jedynie czuła dziwny przypływ smutku i trwogi.
Spojrzała na lustro, które pokrywało całą ścianę jej łazienki. I nagle zamarła. Po jej piersi spływała czerwona stróżka. Uczucie przerażenia wzięło górę nad uprzednim podnieceniem, fascynacją. Bezwiednie skierowała dłoń w tym kierunku. Krew płynęła cienkim strumieniem. Ona jednak wpatrzona była w twarz mężczyzny. On również pokryty był stróżkami krwi. Jednakże oddalał się od jej mokrego ciała. Jedynie dłońmi dawał jej jakieś znaki – całymi ramionami. Nie wiedziała o co chodzi? Jego twarz wyrażała smutek ból i przerażenie. Lecz usilnie starał jej się coś przekazać. Nagle poczuła ból. Krew zaczęła wychlustywać z jej ciała.
Poczuła rozdzierający ból w piersi. Zobaczyła dłoń czarną jak smoła – dziwnie połyskującą. W odruchu bólu spostrzegła pierścień, migoczący na palcu czarnej ręki. Przerażona zaczęła krzyczeć. Krew pokrywała jej całe ciało. Wyraźnie wydziała rany na swojej skórze. Ktoś ją szarpał za ramię – ciągnął gdzieś. Dziewczyna zaczęła się panicznie bronić.
- Mary! Na miłość Boską! Dziecko! Co z Tobą?
Dziewczyna była całkowicie wytrącona z równowagi. Jej ręce trzęsły się nienaturalnie. Próbowała coś powiedzieć lecz nie umiała wypowiedzieć żadnego słowa. Emma stała przy niej w nocnej koszuli. Prysznic był zakręcony. Tylko mokre ciało Mary drżało jak osika.
- Dziewczyno. Co się z tobą dzieje? Ocknij się!
- Co się stało? Mamo! Co tu robisz?
- Usłyszałam krzyki. Obudziłam się, i od razu przybiegłam. Co się stało?
Mary starała się błyskawicznie poukładać wszystko w głowie. Lecz jakoś nie mogła. A już najmniej nie chciała nikomu opowiadać o tym co przed chwilą przeżyła. To przeżycie było niemal traumatyczne. To jak wizja.
- Nic mamo. Nic się nie stało. Idź spać. Wszystko dobrze.
- Na pewno?
- Tak! W razie czego będę obok.
- Dobrze mamo.
Emma uważnie przypatrywała się córce. Po chwili wyszła zamykając drzwi. Nie była pewna czy robi dobrze wychodząc z pokoju. Pozostawienie córki w takim stanie, bardzo niepokoiło Emmę. Jednakże wiedziała, iż dziewczyna jest bardzo uparta. Nie da sobie czegokolwiek wyperswadować. Gdy Mary została sama starała się uspokoić. Odruchowo sprawdziła co z ranami na ciele. Ale nie było niczego – żadnego śladu. Zatem wsunęła się w miękką pościel. Zamknąwszy oczy próbowała przywołać obraz mężczyzny, którego widziała pod prysznicem. Była wewnętrznie rozbita, zdezorientowana. Zmęczenie jednak się odezwało. Sen łagodził wszelkie niedomówienia kłębiące się w głowie. Emma postanowiła raz jeszcze sprawdzić, czy u córki wszystko w porządku. Postała chwilkę pod jej drzwiami. Nic się jednak nie działo. Miała już udać się od swego pokoju, gdy spostrzegła idącą po schodach pokojówkę.
- Proszę pani, doktor właśnie zajechał.
- Gdzie jest?
- Czeka w salonie.
- Już idę.
Starsza pani weszła do swego pokoju. Zarzuciła na siebie długi szlafrok. Schodziła po schodach związując się w talii długim pasem. Nie śpieszyła się. Była zmęczona do granic. Już ze schodów przez otwarte drzwi salonu, widziała stojącego przy oknie doktora.
- Witaj Mat. Dlaczego tak późno? Wszyscy już śpią. Ja również chciałam się położyć.
- Wybacz Emmo, lecz miałem ciężki przypadek złamania, i tak jakoś zeszło.
- Ach ta twoja misja ratowania ludzi. No dobrze - nie szkodzi. Chodź do pokoju Stefana.
- Naturalnie chodźmy.
Oboje ruszyli w stronę schodów i wskazanego pokoju. Starszemu panu właśnie kolacja została podana do jego sypialni. Przeszedł również wieczorną toaletę. Teraz drzemał. Czysta pościel, jak i wspaniała kąpiel dały ulgę choremu ciału. Teraz cicho pochrapując drzemał. Jednak odgłosy z jego płuc stawały się czasem bardzo niespokojne.
- Dawno już u was nie byłem. Ten dom wydaje się taki wielki.
- Ależ Mathev. Nic się nie zmieniło. Te same pokoje, salony, schody. Nic się nie zmieniło.
- My się zmieniliśmy Emmo. Ja już nie jestem taki młody, jak niegdyś. Tylko ty się nie zmieniasz moja droga.
- To miłe Mat. Zawsze umiałeś obdarować mnie komplementami. Ale mnie lata również nie stoją w miejscu.
Pani domu otworzyła drzwi do pokoju męża. Cicho weszli do środka. Mężczyzna leżał w pościeli. Przy uchylonej okiennicy firanka lekko się poruszała. Zasłony były zaciągnięte. Lampy stojące na stolikach po obu stronach łóżka, roztaczały umiarkowane światło. Starszy pan spał. Oboje weszli do pokoju. Doktor gestem pokazał Emmie, aby na razie nie budzić chorego. Chciał posłuchać, jak on oddycha. Jednak wiatr mocniej nacisnął na okiennicę - ta lekko uderzyła o drugą. Chory drgnął, otworzył oczy.
- Witaj stary przyjacielu! Jak się masz?
Starszy pan odwrócił głowę. Doktor zobaczył wybladłą twarz, i podeszłe krwią zapadnięte oczy. Przy blasku lampy było widać, że jest bardzo słaby i wymęczony. Doktor nie zwlekał. Zabrał się natychmiast do badania chorego. Po czym usiadł przy stojącym pod oknem małym stoliku, i ją wypisywać receptę.
- Będzie dobrze mój druhu, będzie dobrze.
- Co mi jest?
Z wielkim wysiłkiem wymamrotał mężczyzna, patrząc w oczy doktora. Mimo zmęczenia i osłabienia, nie chciał go stracić z oczu.
- Czy to rzeczywiście to świństwo, co mówili mi w drodze?
- Nie Stefanie. Nie to. Nabawiłeś się zapalenia płuc. Gdzie ciebie diabli noszą w taką pogodę? Nie jesteś już pierwszej młodości. Napędziłeś nam nie małego stracha.
- Mów za siebie! Ja nie jestem stary.
- Widzę, że nie jest z tobą tak źle, skoro pozwalasz sobie na żarty. Znowu wyłazi z ciebie kogut.
- Tak więc mówisz, że to zapalenie płuc?
- Na to wygląda. Nie jest to aż tak bardzo zaawansowany stan choroby. Lecz jak dołożyć do tego piekielne zmęczenie – jak mniemam – jak i lata jakie nosisz. To może być groźne.
- Ty znowu o latach. Mówiłem tobie już…
- No już dobrze. Poleżysz i wydobrzejesz.
- Ile?
- Co ile?
- Ile mam leżeć? Nie myślisz chyba, że będę leżał cały tydzień!
- Powinieneś poleżeć parę dni. Odpowiedni wypoczynek, jak i leki postawią ciebie na nogi.
- Cieszę się.
- Ale nie możesz się forsować.
- A ty znowu swoje.
- Dobrze już. Odpoczywaj teraz. Sen jest tu bardzo wskazany po takiej przeprawie. Śpij zdrowo.
- Dziękuję. Dobranoc.
- Dobrej nocy Stefanie.
Doktor uśmiechnął się przy tym zawadiacko ale i troskliwie. Poklepał starego przyjaciela po dłoni. Po czym wyszli z Emmą z pokoju. W drzwiach odwrócił się, chcąc pożegnać się z przyjacielem.
- I jak znajdujesz zdrowie Stefana – Mathev?
- Nie jest źle. Musi jednak bardzo uważać. Organizm jest wyczerpany i wycieńczony. Dalszej podróży by nie zniósł.
- Co dalej?
- Masz tu Emmo receptę. Na dzisiaj i jutro przywiozłem leki. Trzeba je podać jeszcze dzisiaj na noc. Jutro od rana lekkie śniadanie. Zaczniemy kurację według tego, co tu tobie napisałem. Dobrze?
- Oczywiście. Niemniej jesteś pewien, że już nie ma niebezpieczeństwa?
- Najgorsze – jak mniemam – już minęło. Kryzys przeszedł będąc jeszcze w drodze. Trzeba jednak obserwować. Nie podoba mi się jego serce.
Odprowadzając doktora do wyjścia Emma podziękowała. Pokojówka zamknęła drzwi na klucz. Światła w hallu zostały pogaszone. Emma podała lekarstwo mężowi. Po czym zamknąwszy drzwi do swego pokoju, położyła się z wielką ulgą. Cisza zapanowała w całym domu. Wszyscy zagłębili się w sen.
TERAŹNIEJSZOŚĆ
Nadszedł ostatni dzień tygodnia. Sara przez ten czas dała sobie spokój z opracowaniem dzienników. Zajęła się jedynie ich czytaniem. Chciała zapoznać się z tym co ją czeka. Zapoznała się z wieloma kolejnymi, i ułożyła sobie swoisty harmonogram. Tyczył się on sposobu – na czym się oprzeć, czym się posiłkować tworząc na ich podstawie nowy tekst. No i czekało ją wiele pracy. Okazuje się, że nie wystarczy siedzieć i pisać. Tym bardziej, że dzisiejszego dnia miał wrócić Jeffrey. Zastanawiała się nad tym, co postanowić w sprawie ich związku.
Rozumiała, iż będzie musiała się z tym zmierzyć. Nie miała jeszcze sprecyzowanego pomysłu na swoje życie. Jednego była pewna. Uznała, iż jej związek z lordem Jeffrey’m Armando de Blackstone musi znacznie zwolnić tępo. To co się dzieje między nami – dzieje się zbyt szybko. No i ta sprawa z Mary Radley. To wszystko nie brzmiało pocieszająco. Chciała właśnie ruszyć z własnego pokoju na dół, by rozdysponować polecenia związane ze śniadaniem. To właśnie wtedy otworzyły się drzwi pokoju, i niemal wpadła na Jeffrey’a – prosto w jego objęcia. Mężczyzna ciepło się uśmiechał tak, jakby w ogóle nie wyjeżdżał z domu.
- Dzień dobry Saro! Jak się masz?
- Przepraszam, lecz nie spodziewałem się ciebie pod drzwiami w tej chwili.
- Nic się nie stało - spokojnie. Powiesz mi gdzie tak się śpieszysz?
- Śniadanie – pamiętasz? Chciałam zarządzić by było na czas.
- Już to uczyniłem. Mamy teraz prawie ósmą. Właśnie dlatego zjawiłem się osobiście pod twoimi drzwiami.
- To miłe z twojej strony Jeffrey’u. Kiedy wróciłeś?
- Jakąś godzinę temu. Wiedziałem że śpisz. Uznałem, że jak już jestem to zajmę się śniadaniem.
- Zatem dziękuję za twoją wyrozumiałość. Mam nadzieje, że rodzice również już wstali.
- O tak. Widziałem się z nimi na dole. Jak mnie zobaczyli, wydali się jacyś spięci. Czy coś się wydarzyło podczas mojej nieobecności?
- Zależy jak na to spojrzeć Jeffrey’u. Lecz o tym porozmawiamy po śniadaniu – dobrze?
- Nie ma sprawy. A możesz mi chociaż powiedzieć, jak poszło tobie z rodzicami?
- A co miało pójść?
- Pytam o sprawę waszej niezgody. Właśnie po to wyjechałem.
- Jest dobrze, lecz to również potem.
- Nie przywitasz się chociaż ze mną?
I nim zareagowała już obejmował ją swymi mocnymi ramionami. Podłóg niego ona wyglądała niczym kruszyna. Wyczuł jej dyskretny opór, i tylko spojrzał jej w oczy. Nie wytrzymała. Przymykając je bezwiednie uniosła twarz w górę. Od razu jego wargi zatopiły się w jej ustach – chłonąc całą ich słodycz. Czuł, że przez te siedem dni stęsknił się za nią ogromnie. Nie chciał wyjeżdżać, i nie pasowało mu to w żadnym razie. Uważał jednak, iż tak trzeba. Sara potrzebowała czasu, i on go jej dał. Można było dłużej przebywać poza domem, tyle że co to by zmieniło Jeśli miało dojść do zmiany – to i tak dojdzie. Co prawda wierzył w Sarę – w uczucie, które ich łączyło – ale nie wiedział co dała rozmowa z rodzicami.
Nie chciał stać się przyczyną tej niezgody, gdyż to przyczyniłoby się prędzej czy później do zmiany miłości w nienawiść. Miał już niepokojący pierwszy symptom, gdy spotkał się z rodzicami Sary. Niby byli uprzejmi – nawet się uśmiechali, ale coś było nie tak. Ich sztuczność, wewnętrzne spięcie – i to, iż unikali prostych spojrzeń w oczy. To wszystko nie dawało dobrego światła na całość. Fakt – nie był pewny, co się wydarzyło ale jednak. Jeffrey nie mógł nacieszyć się widokiem Sary. Wciąż ją tulił do siebie, wciąż się jej przyglądał tak, jakby chciał niemal prześwietlić ją na wylot. Uśmiechnęła się na to, i lekko od niego odstąpiła.
- Mam nadzieję, że dasz mi czas na przygotowanie się do śniadania? Ty chyba już jesteś gotowy.
- No tak. Miałem czas na kąpiel, no i by się przebrać.
- Cieszę się. Zatem ja znikam - tobie pozostawiam resztę.
- Ok! czyli co ma być tą resztą?
Nim jednak zdążył zadać to pytanie, usłyszał tylko ciche – stuk, i zobaczył przed sobą zamknięte drzwi. To go rozbawiło gdyż poczuł nagle, iż mimo wszystko będzie dobrze. Ruszył na dół. Będąc na swoim piętrze uznał, iż sprawdzi co ma do załatwienia na dzisiaj. George od dawna dostał polecenie, by wszelką pocztę dostarczyć na biurko do gabinetu lorda de Blackstone. Nim wszedł jednak do gabinetu – mimowolnie – odwrócił się w stronę stojącej komody. Stała na niej dość duża srebrna taca. Co prawda nie rozumiał po co spojrzał właśnie tam lecz czuł, iż powinien. Osłupiał. W tafli srebrnej tacy zobaczył twarz Mary. Wpatrywała się w niego z wielką miłością. Niemal od razu poznał jej twarz.
Natychmiast poczuł ukłucie w sercu. Coś go przyciągało do komody z tacą. Czuł to wyraźnie. Odwrócił się od drzwi gabinetu, i wykonał jeden krok w jej kierunku. Nagle zobaczył ramię Sary. Uchwyciła srebrną tacę, i przewróciła ją na blat komody. Chwilę stał jak porażony.
- Jeffrey! Jeffrey’u! Matko jedyna! Jeffrey!
Energicznie szarpnęła go za ramię. Dopiero po krótkiej chwili ocknął się z otępienia. Sara była poważnie zaniepokojona tym co się wydarzyło. Ten przez moment stał w miejscu nim cokolwiek zaczął reagować. Był oszołomiony. Nie spodziewał się tego i wciąż wpatrywał się w Sarę.
- To jest właśnie to o czym tobie wspominałam przy drzwiach. To jest problem Jeffrey’u.
- To jest problem? Co jest problemem? Nie rozumiem.
- Posłuchaj! Zjedzmy teraz śniadanie na dole. Później porozmawiamy o tym – dobrze?
- Nie wiem czy dam radę.
- Źle się czujesz?
Nie odpowiedział. Jego twarz lekko pobladła, a dłoń od razu powędrowała w górę w okolice serca. Zachwiał się, a Sara natychmiast pochwyciła go za ramię.
- Jeffrey! Co z tobą? George! Chodź tu szybko.
Lokaj od razu podbiegł do Sary. Na schodach również pojawili się jej rodzice. Steven chcąc pomóc córce szybko podszedł do George’a. Lord de Blackstone był coraz bardziej oszołomiony. Nie docierało doń to co się działo wokół niego. Steven z George’m, uchwyciwszy go za ramiona podtrzymali go by nie upadł. Ten chwiał się na nogach, wpatrując się w nich tak, jakby wcale ich nie widział. Sara była przerażona. Vivienne od razu zaczęła działać. Zaprowadzono Jeffrey’a do jego sypialni. Sara ściągnęła marynarkę z jego ramion. Niepokoiła się o jego zdrowie. Nie było mowy o tym, by Jeffrey jadł śniadanie razem z rodziną w jadalni. Lokaj dostał polecenie zorganizowania posiłku dla swego pana w jego własnym pokoju. Wszyscy wyszli pozostawiając Sarę. Jeffrey leżał wciąż nie mogąc dojść do siebie. Pocałowała go w czoło, on zaś zewnętrzną stroną dłoni pogładził jej twarz wciąż się uśmiechając.
- To o tym mówiłaś mi przy drzwiach? To jest ten problem?
- Tak. Lecz czy to jest problem to się okaże. Na pewno coś trzeba będzie z tym zrobić Jeffrey’u – ale to później o tym. Jak się czujesz?
- Wciąż cię kocham – wiesz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz