Tom II – część 13

Post w dziale:

- Nie gniewaj się mamo, ale muszę pędzić do Stanley’a. Za jakiś czas będę z powrotem.

- Ale przecież miałaś jechać do redakcji – pamiętasz?

- To pojadę później!

Biegiem pokonała dziedziniec. Ze stajni wyprowadziła swego ulubieńca. Pogłaskała pieszczotliwie pysk konia na co ten rżeniem, jakby podziękował jej za okazane względy. Ares był ogierem rasy arabskiej. Jego czerń była czarniejsza od nocy. Wskoczyła nań i galopem łąkami, traktem pod lasem, potem mostem poprzez rzekę. Następnie brzegiem rzeki, i była już na wzgórzu. Dom Stanley’a stał po drugiej stronie wzgórza. Zbudowany był jakieś parę set lat temu. Jednak ciągle coś do niego dobudowywano, przyklejano. Przez te nierozważne zabiegi, wyglądem zaczął bardziej przypominać koszary niż dom mieszkalny. Stanley już czekał na nią w domu. Był bardzo poruszony i podekscytowany.

- Witaj! Co się dzieje?

Dziewczyna była zziajana. Biegiem pokonała dziedziniec przed domem i schody. Przed tym pędziła na koniu jak wiatr. Jej włosy – choć spięte rzemieniem – były zmierzwione. Pasma włosów wyrywały się spod jarzma rzemienia, i luźno spadały dziewczynie na twarz.

- Masz coś ciekawego?

- Jeśli ci powiem, że mam? – zdębiejesz!

Młody mężczyzna patrzył tylko na nią z daleka, jakby chciał rozważyć, co mu z tego przypadnie? Był tak podekscytowany i podniecony, jak wilk, co zdobył dawno upatrzoną zdobycz.

- Głupku gadaj! Nie mam czasu na wariactwa.

- Popatrz na biurko.

Leżała tam otwarta paczka. Obok teczka ze skóry, czerwonej jak płomień. Nie wiedzieć skąd ona się u niego wzięła. Tym bardziej, że nie miał sposobności mieć kiedykolwiek takich rzeczy przy sobie. Była zdobiona złotem. Choć ślady złoceń, dawno już straciły na wyglądzie. Obok na biurku leżał również pakunek, zawinięty w szary papier. Pakunek był otwarty. Jedynie papier zawinięto luźno w jedną całość.

- Coś ty zrobił? Skąd to masz?

- Nie mogę tobie tego powiedzieć. Sprawa jest niezwykłej wagi! Czy chcesz się tym zająć? Ja nie mogę. Zaraz mnie dopadną.

- Czy mam to wziąć? Czy nie o to mnie pytasz?

- Mary weź to! Prędko zapoznaj się z tym. Postaraj się to jak najszybciej mi oddać. Potem pogadamy. Lecz pamiętaj. Nikt nie może o tym się dowiedzieć, bo będzie tragedia rozumiesz?

- Mary! Czy rozumiesz?

Ona patrzyła na niego oczami tak wielkimi, że nie mogła wydobyć słowa. Nigdy nie miała takiej okazji, aby zaistnieć w gazecie. A tym bardziej, że nie miała dostatecznie ważkiej historii. Historii, która dałaby jej zaistnieć w świecie czytelników. Całość zawinęła pieczołowicie w szary papier, leżący obok. Wsadziła paczkę pod pachę. W sposób niedający jakichkolwiek podejrzeń, co do jej posiadania. Trzymała pakunek mocno pod pachą. Jakby ktoś mógłby go zobaczyć, zaraz go wyrwać, a jej groziłoby wielkie niebezpieczeństwo. Uściskała przyjaciela. Szybko wskoczyła na swego końskiego druha.

TERAŹNIEJSZOŚĆ…dom lorda Jeffrey’a Armand’a de Blackstone.

Rankiem nadal cicho było w pokoju Sary. Skończyła pracę tuż po północy. Nie zastanawiając się nad niczym, wsunęła się w biel własnej pościeli, i niemal od razu usnęła. Historia z opracowanych dzienników, stawała się coraz bardziej frapująca. Jej aspekty pochłaniały ją niemal całkowicie. Coraz trudniej było jej się oderwać od czytania – i to już było coraz trudniejsze. Ponowne ich opracowywanie wzmagało emocje budzone przez fakty z tekstu. Spała Spokojnie. Ukończyła czwarty z rękopisów. Drzwi do jej pokoju cicho się otworzyły. Moly – pokojówka cichutko doń zajrzała.

Widząc swoją panią jeszcze śpiącą, starała się cichutko wykonać to, co do niej należało. Ogarnęła więc garderobę swojej pani, a na biurku zaistniał porządek. Leciutko uchyliła okna. W łazience również zapanował ład. Po chwili wysmyknęła się z pokoju niemal bezszelestnie tak, jak doń weszła – po czym cicho zamknęła drzwi. Sara leżąc w pościeli uśmiechnęła się, choć nadal miała oczy zamknięte. Słyszała pokojówkę, ale nie chciała nań reagować. Wręcz była zadowolona z jej wyboru. Świadczyło to o tym, iż pokojówka szanowała swą panią. Było około siódmej trzydzieści, gdy rozległo się pukanie. Tym razem głośniejsze.

- Proszę!

- Mogę wejść?

- Skoro musisz? Jednak poczekaj – proszę – na mnie w salonie. Za moment do ciebie przyjdę.

- Nie ma sprawy.

Jeffrey szedł do salonu. Tu istniał idealny porządek. Każda rzecz stała na swoim miejscu. nie było niczego, co stanowiłoby oznakę chaosu. Sara była perfekcjonistką. Wręcz nienawidziła lenistwa, jak i brudu. Jej apartament na trzecim piętrze był tego dowodem. Podłogi z glazury lśniły czystością. Nigdzie kurzu, śmieci. Wszędzie kwiaty. Lord de Blackstone był pod wielkim wrażeniem. Sam był pedantem, pilnującym perfekcjonizmu we wszystkim. Okna były lekko uchylone i wszędzie czuć było świeże powietrze z dworu. Nawet na zewnątrz okien, zaistniały skrzynki z kwiatami. Wylewały się z nich one, niczym barwny wodospad. Stał przy oknie, gdy drzwi od jej sypialni otworzyły się.

Widok zaparł mu dech w piersi. Stała w nich wysoka, szczupła dziewczyna. Jej jedwabny długi szlafrok, spływał na podłogę lekkim trenem. Blady róż szlafroka, niemal zlewał się z jej alabastrową skórą. Jedynie koronki o barwie wrzosu, podkreślały jej tors. Szeroka szarfa spinała jej kibić, uwidaczniając jej piersi. Jeffrey oniemiał. Widziała to. Nie chciała jednak by sytuacja podążyła w tym kierunku. Uśmiechając się przeszła lekko omijając stół salonu.

- Z ciebie to naprawdę ranny ptaszek Jeffrey’u. Coś się stało?

- Nie! Po prostu chciałem ciebie zobaczyć. Wczoraj nie miałaś dla mnie czasu.

- Pracuje na pieniądze od ciebie – pamiętasz?

- To było nie potrzebne Saro.

- Wiem. Przepraszam. Po prostu sobie żartuję z rana.

- Rozumiem. Powiedz mi jak spałaś?

- Mówiąc szczerze – niewiele. Położyłam się jakoś po północy.

- Czy nie za wiele czasu zajmuje tobie nasz projekt? Przemęczasz się moja droga.

- Być może. Jednak ta historia jest coraz bardziej frapująca. To niesamowite.

- Cóż takiego?

- To co się wydarzyło w tamtych latach. Chodzi mi tu o lady Mary Radley, i jej przyjaciela Stanley’a Hampton’a.

- A tak! Pamiętam. Ale to już historia.

- Zapewne, ale jaka! Długo by to jednak opowiadać Jeffrey’u. Jak nie masz nic ważnego, to pozwolisz mi się zająć sobą. Dopiero co wstałam, jak widzisz. Marzę o kąpieli.

- To może razem ją weźmiemy. Byłoby cudownie.

- Lordzie de Blackstone, czy ty aby nie przesadzasz?

- No wiem, wiem. Zaraz będzie śniadanie. Zdążysz, czy zjesz tutaj.

- Żadnego jedzenia tutaj. Zjem w jadalni. Postaram się zdążyć. Zatem widzimy się w jadalni.

- Ok! zatem do zobaczenia.

I mężczyzna wyszedł. Sara była rozbawiona jego zachowaniem. Pasowało jej ciągłe jej adorowanie. Również była za nim, lecz postanowiła zwolnić tempo, i to znacząco. Była pewna ich miłości. Jedynie nie była pewna tego, czy to nadal nie jest zasługa Mary Radley. Było parę minut po ósmej rano, gdy do jadalni weszła Sara. Wyglądała oszałamiająco. Jej splecione splotem francuskim długie włosy, spływały na plecy kaskadą loków. Była uśmiechnięta i świeża. Jej wrzosowa jedwabna suknia spływała do kostek, uwidaczniając jej smukłą posturę. Wiśniowy kwiat wpięty w pasie, spinał szeroką szarfę w tym samym kolorze. Wyglądała bosko. Wszyscy siedzący w jadalni, niemal oniemieli. Wpatrywali się w nią niczym w nieziemskie zjawisko. Jej włosy były pieczołowicie ułożone. Sara nie lubiła kosmetyków. Jej uroda nie wymagała podkreślania czegokolwiek. Weszła do jadalni lekko się uśmiechając z dumnie podniesioną głową.

- Widzę, że są już wszyscy. Wybaczcie mi moje spóźnienie.

- Nic się nie stało.

I tak śniadanie rozpoczęłoby się jak co dzień. Lecz dzisiejszego poranka było inaczej. Obaj bracia Sary nie mogli jej poznać. Jakoś nie pasował im zaprezentowany styl jej ubioru. To była nowoczesna dziewczyna – tu niemal osoba nie z tej epoki. Lord de Blackstone również zauważył tę zmianę. Odczuł znane już ukłucie niepokoju. Domyślał się, co to może znaczyć.

- Jak idzie tobie praca nad projektem Saro? To musi być ekscytujące przenosić się, co i rusz w inny czas – inną epokę.

- Interesujące – na pewno. Coraz bardziej poznaję lady Mary Radley, i coraz więcej o niej wiem. Niemniej nie jest łatwym, ciągłe staranie się o odpowiednie zrozumienie tamtych realiów mamo. Trudno mi po przeczytaniu rękopisów – bądź dzienników, zadecydować o okolicznościach czy intencjach. Tu bardzo łatwo popełnić błąd. Ale nie powiem – idzie mi nad wyraz dobrze. Okazało się, że nie mam większych problemów z uchwyceniem sedna, logiki. Obecnie biorę się za piąty z dzienników.

- Lecz nie przeznaczaj na to zbyt wiele czasu Saro. Twoje zdrowie jest najważniejsze.

Lord de Blackstone wtrącił swe trzy grosze, choć wiedział, iż ona jest zbyt dumna. Wyraził swą troskę o jej zdrowie, co było celowe z jego strony. Doskonale wiedział, że Sara dba w sposób rozsądny o zdrowie. Chciał jedynie upewnić się, czy wszystko jest w porządku. Nie był jednak pewien, czy Sara zdaje sobie z tego sprawę. Niemniej był zachwycony jej wyglądem. Rozmowa przy śniadaniu przebiegła w luźnym klimacie. Mathev z Thomas’m jako pierwsi opuścili jadalnię. Vivienne ze Steven’m razem pojechali do firmy, choć ona nie bardzo chciała pozostawić córki samej w domu.

Oczywiście był Jeffrey, ale tu jej nie o niego chodziło. Ona również obawiała się wpływu Mary Radley na córkę. Bo jak inaczej wytłumaczyć tak nagłą zmianę stylu. Mimo to musiała jechać wraz z mężem. Był to bardzo ważny okres w ich biznesie, i trzeba było poświęcić wiele uwagi kontraktom. Poświęcali wiele uwagi, by wszystko było w porządku. Jeffrey odgadł intencje Vivienne i dyskretnie ruszył do hallu za obojgiem. Przy drzwiach kobieta na chwilę się zatrzymała, i obróciła się w jego stronę.

- Jeff! Uważaj na nią. Coś mi mówi, że ta zmiana nie jest tylko jej zasługą. Rozumiesz o czym mówię?

- Również o tym pomyślałem. Mimo to bądź spokojna. Mam zamiar to sprawdzić.

I kobieta zniknęła za drzwiami. Mężczyzna idąc w kierunku jadalni obserwował wszystko w koło. Chciał zaobserwować, czy nic dziwnego się nie dzieje. Sara była w oranżerii, gdy on wszedł doń z uśmiechem na twarzy. Pośpiesznie doń podszedł.

- Jak się czujesz moja droga?

- Wspaniale.

- Wybacz lecz nie mogę się na ciebie napatrzyć. Wyglądasz olśniewająco.

- Ale?

- Co ale?

- Wiem, że jest jakieś ale Jeffrey’u. Przecież bez powodu nie podążyłeś za mną do hallu, prawda?

- Widzę, że przed tobą się nic nie ukryje.

- A powinno?

- Nie o to chodzi – wiesz o tym. Mówiąc ściślej wiedziałem, iż domyślisz się o co chodzi twej mamie.

- Trudno było się nie domyśleć. Wszyscy wpatrywali się we mnie, jak w jakieś zjawisko nie z tej ziemi.

- Bo takim jesteś Saro.

- Nie żartuj sobie Jeffrey’u. Nie wiem co ma wspólnego mój styl ubierania się z Mary Radley?

- Może mieć jeśli sama przed sobą potrafisz sobie wytłumaczyć, skąd ta zmiana. Innymi słowy jak to możliwe by młoda nowoczesna dziewczyna, raptem ubiera się jak kobieta z innej epoki.

- Czemu sądzisz, że z innej epoki? I w ogóle czemu sądzisz, iż zmieniłam styl? To że ubrałam tę suknię, nie znaczy o zmianie całego stylu.

- Nie denerwuj się proszę. Po incydentach z Mary, każdy martwi się o ciebie Saro. Przyznam się, że mnie również przyszło na myśl, że to wpływ Mary Radley.

- Mary tu – Mary tam! Coś mi mówi, że zaczyna mnie to irytować Jeffrey’u. Ja jestem sobą – po prostu. Ta suknia to moja decyzja – tylko moja, rozumiesz?

- Znowu się denerwujesz.

- Bo zaczynam żałować tej decyzji. Czy to dziwne, że chciałam wyglądać inaczej – tak po prostu.

- Nigdy nie żałuj moja droga. Wyglądasz pięknie, ale zmieńmy temat. Powiedz mi, jak idą prace z projektem? Potrzebujesz jakiejś pomocy, informacji, wyjaśnień?

- Jak na razie to nie. Co prawda nie jest to łatwe zadanie, ale i nie jest nie do pokonania. Dam sobie radę. Działam ściśle według własnego planu. Jak wynikną jakieś wątpliwości, dam torbie znać Jeffrey’u.

- Oczywiście. Bardzo bym chciał tobie pomóc.

- Wiem, wiem. Ale obiecałeś mi wyłączność na opracowanie projektu – pamiętasz? Przed publikacją, jak będzie już koniec, to ty będziesz miał prawo autoryzacji. Zgodziłeś się przecież.

- Naturalnie, że się zgodziłem. To była dobra decyzja lecz powiedz mi, czy w pracy nad skryptami, nie wyczułaś czegoś dziwnego wokół siebie?

- Chodzi tobie o jej wpływ – wpływ Mary? Nie. Nic takiego się nie wydarzyło. Od momentu tamtej rozmowy, tego typu incydenty już się nie pojawiły.

- Jesteś tego pewna?

- Całkowicie.

- To mnie bardzo cieszy. Niemniej obiecaj mi jedno…

- Wiem! Jak tylko bym coś wyczuła, zaraz tobie o tym doniosę.

- Teraz ty żartujesz sobie.

- Przyszło mi coś do głowy. Mianowicie czy nie uważasz, że zbyt podporządkowaliśmy własne życie pod sprawy związane z Mary Radley? Jej już nie ma Jeffrey’u. Nie ma.

- Ok! co masz teraz w planie?

- Spacer po ogrodzie, a potem pracę nad dalszym z rękopisów.

- A gdzie w tym wszystkim jestem ja? Mam nadzieję, że nadal mnie kochasz.

- Jeff. Wiesz, że tak głuptasie.

Pośpiesznie doń podeszła, szacując mu w policzek wspaniałego całusa. Uśmiechnęła się zaraz tak przymilnie, iż nie mógł się na nią gniewać. Lgnął do niej, jak ćma do światła. Starała się jednak nie dopuszczać do miłosnych scen. Nie ufała jeszcze sobie na tyle by wiedzieć, że to tylko jej odniesienia – jej odczucia. On to rozumiał a mimo to, coraz bardziej mu to ciążyło. Ruszyli z oranżerii do parku. Tu wszędzie widać było działania Vivienne. Ona otrzymała od lorda de Blackstone wolną rękę w działaniach, w zakresie aranżacji wewnętrznej części domu, jak i zewnętrznej. Obecnie – widać było tu wszędzie zmiany. Naturalnie kształt fontann, kamiennych ław, jak i posągów nie zmienił się.

Vivienne utrzymała to wszystko tak, jak je stworzono. Jedynie stosując nowoczesną technikę, oczyszczono wszystkie kamienne dzieła. Doprowadzono do likwidacji uszkodzeń, jak i odmłodzenia tych dzieł wizualnie. Vivienne zmieniła całkowicie powierzchnię wszelkich alejek, jak i wszelkich zakoli przy fontannach. Alejki uzyskały terakotową powierzchnię z kostek białego granitu, co dało wspaniały wygląd, oryginalny styl, jak i trwałość. Wokół każdego z posągów, wykonała barwną mozaikę z wielokolorowych kostek. Wspaniałe zaciszne miejsca przy posągach i fontannach, otrzymały również cudowną oprawę roślin.

Barwne kwiaty, ozdobne krzewy, strzelały z ziemi w niebo – niczym gejzery. Wszelkie alejki otrzymały obrzeża niskiego żywopłotu. W równych odstępach wystrzyżone są zeń słupy. Wszędzie kwiaty, krzewy, wspaniałe drzewa. Vivienne Forest pomyślała nawet o piknikach. Stąd na terenie ogrodu – w innej jego części – znajdowały się wspaniałe polanki. Cudowne miejsca przeznaczone właśnie do tego celu. Sara była zachwycona. Oglądając to wszystko, spacerowali niemal bez słowa. Nawet nie zauważyła, że przytuliła się doń chowając się weń, jak spłoszona ptaszyna. Było jej tak dobrze. Doszli łukiem do wspaniałej fontanny z cudownymi posągami dwojga nagich kochanków.

Dno fontanny wyłożone było barwnymi płytkami we wszystkich odcieniach błękitu i niebieskiej barwy. Ławy wykonane tu z metalu i drewna, ze wspaniałymi zawijasami – zapraszały do odpoczynku. Zachęceni szumem wody, podeszli do fontanny. Wspaniałe girlandy wody o przemyślanym układzie wznosiły się w sobie w ustalonym rytmie. Na oryginalnym granitowym postumencie stała para zakochanych. Posągi wykonane z białego marmuru. Postaci stały w objęciach w miłosnej pozie. Całość okolona wspaniałą polanką pełną kwiatów. Dopiero wtedy Sara zwróciła uwagę na to, iż jest wtulona w ramiona Jeffrey’a. Lekko drgnęła, a mimo to nadal pozostawała w jego objęciach.

Przymrużając powieki z powodu ostrych promieni słońca, spojrzała mu w oczy. Ujął w dłonie jej głowę, delikatnie całując w czoło. Nie chciał czynić niczego, czego by ona nie chciała. Czekał cierpliwie na jej reakcję. Spojrzał przez moment na fontannę, gdy ona drobną dłonią odwróciła jego twarz ku sobie. Nie chcąc wciąż go odsuwać od siebie, lekko przymknęła oczy. Jej usta rozchyliły się niczym płatki róż. Czuł, że ogarnia go żar w sercu. Wiedział co to znaczy. Niemal wtopił się w jej usta, obejmując ją ramionami. Nie widzieli ani nie słyszeli niczego, tylko bicie własnych serc. To miejsce było stworzone tak, jakby ktoś pomyślał właśnie o nich. Ta para nagich zakochanych, i oni. To miało swój swoisty wyraz. Objęci skierowali się ku wejściu do domu. Jeffrey chcąc zachować takt i umiar, a także chcąc ochłonąć – tuż przy schodach skierował się do biblioteki. Jednak Sara w ostatniej chwili uchwyciła jego dłoń. Od razu się zatrzymał.

- Chciałabym abyś mi pomógł.

- Naturalnie. Masz jakiś problem?

- Może nie problem, ale i tak potrzebna mi pomoc.

- Ok! bardzo chętnie.

Oboje ruszyli do windy rezygnując ze schodów. Gdy tylko drzwi w salonie Sary się zamknęły, od razu odrzuciła jedwabny szal na oparcie krzesła. Podeszła do lustra toaletki. Jeffrey stał nieco bliżej drzwi, gdy w lustrze spostrzegł, iż ona zastygła w bezruchu niczym posąg. Jej ocz były w nie wpatrzone jakby była w letargu. Podszedł do niej Spokojnie, nie chcąc niczego prowokować. Miał na uwadze, by nic nie działo się bez jego wiedzy. Znał stanowisko Sary. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że już wiele razy nie była świadoma zaistniałych zdarzeń. Jakieś dwa kroki przed nią zatrzymał się. Właśnie teraz ogromnie chciał ją przytulić – mimo to wstrzymał się. Z coraz to większą siłą gasił pożądanie jakie w nim rosło. Nastąpiło parę sekund ciszy, po czym dał się słyszeć jej cichy głos.

- Myślisz, że ona nadal tu jest?

Ledwie to usłyszał – od razu uważniej na nią spojrzał. Widział jej zamyślenie, ale i coś jeszcze. W jej odbiciu w lustrze na jej twarzy dał się zauważyć jakiś dziwny zamysł. Czuł że to zdanie nie padło przypadkowo. Podszedł do niej bliżej gdy ona raptownie doń się odwróciła, kładąc mu dłonie na jego torsie. Uchwycił jej dłoń w swoją.

- Widzę że ciebie coś trapi. Co się dzieje Saro?

- Myślisz że Mary nadal tu jest?

- Jak dotąd nic dziwnego nie zauważyłem. Niemniej wciąż mam dziwne uczucie, że nie jesteśmy sami.

- Czemu?

- Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale tak to czuję. Tylko…

- Saro spokojnie. Widzę że coś ciebie niepokoi.

- To moje odczucie jest jakby inne niż w przypadku Mary – Jeff. Trudno to określić. Niemal jestem pewna, że to nie chodzi o Mary.

- Wyczułaś coś, co ciebie zaniepokoiło?

- Nie to chciałam powiedzieć. Po prostu chciałam o to ciebie zapytać.

- Ja uważam, że od tamtego incydentu jest już spokój.

Sara prawą dłonią ujęła brodę mężczyzny. Nie oponował, ale w każdej chwili był gotów, by taktownie przerwać jej uniesienie. Rozpięła mu zapięcie koszuli pod szyją, i jeszcze jeden guzik – jeszcze jeden. Wpatrywał się w jej oczy, chcąc zrozumieć jej intencje. Na trzecim guziku jego koszuli położył swoją dłoń na jej dłoni, lekko przyciskając do swej piersi. Znów spojrzała mu w oczy, i on już wiedział. Czuł jej pożądanie. Zanim Cokolwiek mógł postanowić, ona już całowała jego odkryty tors. Zdążyła rozpiąć mu koszulę do pasa, tuląc się doń niczym pełna obłędu.

- Saro! Może lepiej, jak zostawię ciebie samą. Widzę że dzisiaj coś się z tobą dzieje.

Jednak ona go nie słuchała. Namiętnie się doń tuliła niczym spłoszona zwierzyna. Czuł że na dłuższą metę nie wytrzyma rosnącego pożądania. Jednak gdy tylko uniosła twarz ku górze od razu dłońmi ją uchwycił. .

- Czy ty… czy ty na pewno… Saro! Jesteś pewna?

- Całkowicie Jeffrey’u, ty nie?

- Nie chciałbym ciebie skrzywdzić moja droga.

Nie mógł już nic więcej powiedzieć. Spojrzał ostatni raz w jej oczy, i od razu zatopił wargi w jej ustach. Pożądanie rosło z ogromną siłą. Objęła go ramionami, oczepiając się jego szyi. Porwał ją na ręce niczym piórko pośpiesznie kierując się do jej sypialni. Postawił ją przy jej łożu, jakby kolejny raz upewniając się czy dobrze czyni. Z jednej strony ogromnie bał się tej chwili, obawiał się swego pożądania – jednak z drugiej strony miał na uwadze jej kruchość, delikatność. Usilnie chciał wierzyć, że to ona – tylko ona. A nie kolejna manipulacja nieżyjącej Mary. Niemal wyszarpnęła mu koszulę ze spodni. Jedynie w pośpiechu sam rozpiął mankiety. Koszula znalazła się na fotelu.

Od razu odwróciła się, dając mu do zrozumienia by rozsunął jej zamek na plecach. Niemal odruchowo uchwycił ową część zamka, przesuwając ją całkowicie w dół. Odwróciła się delikatnie chwytając jego pas. Uniósł jej twarz w górę ponownie całując, jak tylko umiał najdelikatniej. Nie przerywali lawiny gorących namiętnych pocałunków. Kiedy tylko uporała się z paskiem jego spodni uniósł ją na ręce. Suknia pozostała na podłodze przy łóżku. Nie broniła się. Tym razem była zupełnie pewna tego co czyniła. Jak nigdy dotąd nie czuła się tak jak dzisiaj. Wreszcie czuła się sobą – całkowicie sobą. Położył się obok niej, wciąż namiętnie całując jej usta. Nie trwało wiele czasu, gdy oboje zatopili się w namiętności własnych ciał.

Tulił ją całym swoim jestestwem. Obsypywał pocałunkami jej ciało coraz to odważniej, coraz to bardziej głodny jej słodyczy, coraz to bardziej oszalały z namiętności. Ona niemal na nic nie czekając zdjęła mu spodnie, czym wprawiła go w lekkie zakłopotanie. Nie spodziewał się po niej takiego zachowania. A jednak jej na to pozwolił. Pozbyli się wszystkich barier. Zapomnieli o całym świecie. O wszelkich problemach. Zatapiali się w sobie z coraz to większą siłą. Dotąd zbyt wielkie łoże w sypialni Sary, nagle stało się zbyt małe. Spleceni w objęciach żaru namiętności i rozkoszy stanowili jedność. Wszelkie tajemnice, sekrety zniknęły. Nie było żadnych różnic.

Co i rusz scałowywali własną słodycz, zmieniając bezwiednie własne położenie. Niczym meteoryty przyciągane własną grawitacją. Obyło się bez słów. Jedynie spojrzenia, pocałunki, czułe pieszczoty. Wciąż przyciągała do siebie jego dłonie, usta, twarz. Jak ogłupiały tulił jej szczupłą postać, zagłębiając się w jej skrywane dotąd miejsca. Nic się nie liczyło dopóty, dopóki nie połączyli się w żarze własnego pożądania. Zniknęły wszelkie pytania, wątpliwości. Odnaleźli własny raj na ziemi, jak i w sobie. Jeffrey ze szczęścia ogłupiały, oddawał jej to co miał tylko dla niej. Ona niczym woda w morskim bezkresie, opływała jego ciało do głębi doń się dopasowując.

Co i rusz zatapiała swoje palce w jego gęstym zaroście torsu, to w jego bujnych długich włosach. W uniesieniu chwytała go za pośladki. On szalał – choć delikatnie – acz żarliwie. Po długiej chwili wielki huragan zaniknął przeistaczając się w bezwietrzne lazurowe morze. Pozostała wielka łącząca ich miłość, która nasyciła do głębi całą sypialnię. Oboje – leżąc obok siebie znieruchomieli, ledwie muskali się koniuszkami palców. Leżeli obok siebie nadzy w promieniach słońca, wpadającego przez uchylone okiennice. Byli szczęśliwi – wreszcie dogłębnie szczęśliwi. Sara pierwsza zwróciła twarz w kierunku, gdzie znajdował się wspaniały nowoczesny zegar. Była prawie godzina jedenasta.

On delektując się tą chwilą, przymknął oczy. Chciał jak najdłużej przeżywać tę chwilę. Jak najdłużej zatrzymać tę rozkosz, którą go obdarowała. Odwróciła się doń kładąc się na boku, ponownie zatapiając palce w zaroście jego torsu. Niemal delektowała się jego umięśnionymi ramionami, mięśniami torsu i brzucha. Oboje nie krępowali się własną nagością. Przez moment ponownie odczuł zdumienie z tego powodu, lecz tylko przez moment. Śledził jej ruchy, gdy z wolna ruszyła do łazienki. Przystanęła przy jej drzwiach na ułamek chwili.

- Idziesz? Mam nadzieję, że nie każesz mi samej zażywać kąpieli.

Wciąż się nie odzywał. Miał oczy przymknięte. Nie zwracając na to uwagi weszła pod prysznic. Leżał Spokojnie zatapiając się wciąż w tej jednej chwili. Coraz bardziej trudno mu było oddychać. Chcąc nie chcąc otworzył oczy. Stała przy nim kobieta w kremowej sukni. Wskazywała mu portret, na którym znajdował się nikt inny, jak Steven Forest – ojciec Sary. Z dłoni zwisała jej szarfa. Póki ta szarfa spływała na jego nagi tors, trudno było mu oddychać.

- Jej ojciec należy do mojej rodziny. Pomóż mu. Będzie potrzebował twojej pomocy.

Kobieta odwróciła się krocząc w kierunku otwartego Okna. Po czym zniknęła w promieniach słońca. On lekko uniósł się na łokciach, lecz nikogo przy nim nie było. Usiadł na łóżku. Oszołomiony wciąż zaistniałą sytuacją wstał, kierując się do łazienki. Myślami jednak wciąż krążył wokół nieznanej kobiety. Wiedział, iż gdzieś ją już widział. Dał sobie spokój zaraz po tym, gdy usłyszał ponaglenie Sary, dolatujące z łazienki - wszedł pod prysznic. Widział jej uśmiech – lekki i zalotny. Odwzajemnił tym samym, lecz jednak bardziej z konieczności jak z samej chęci. Pomagał jej w kąpieli nakładając pachnącą białą pianę balsamu na jej szczupłe alabastrowe ciało.

Starała mu się odwzajemnić za każdym razem. Liczyła co prawda na więcej – zważywszy na kąpiel, jednak spostrzegła jego wyraz twarzy. Co i rusz uśmiechał się do niej życzliwie, ale… To nie było spontaniczne. Wyczuła, że coś go trapi. Nieustannie wzrokiem uciekał od jej spojrzenia, błądząc gdzieś po glazurze ścian. Jej uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił. Teraz i ona zaczęła zastanawiać się, czy aby coś dziwnego znowu się nie dzieje. Znowu położyła mu dłonie na jego torsie. Tym razem by go uspokoić.

- Co się dzieje Jeffrey’u? Jesteś jakiś nieobecny.

- Możemy o tym porozmawiać później?

- Jak sobie życzysz.

Po zakończeniu kąpieli, wyszedł z pod prysznica niemal zrezygnowany. Ona wyszła parę chwil po nim, otulając się długim kąpielowym szlafrokiem. Jeffrey’a już nie było w jej pokoju. Lekko ją to zdziwiło. Moly zjawiła się jakby wiedziona przeczuciem, by pomóc swej pani w wyborze garderoby. Jednak Sara usilnie chciała poprawić nastrój ukochanemu z jednej strony – z drugiej, postanowiła dowiedzieć się o co chodzi. Co się stało? I wpadła na pomysł. Uwielbiała gotować. W jej domu rodzinnym zawsze uczestniczyła w planowaniu menu czy to na obiad, czy to na inne pory dnia. Nie widziała powodu dla którego nie miała tego czynić i tutaj. Zatem ubrała się całkowicie podług własnego stylu. Zapragnęła powrócić do lekkości, jaką stosowała na co dzień w dawnym domu rodzinnym.

Stąd wspaniała długa powiewna suknia z jedwabiu. Suknia tworzyła niemal plażową wygodę. Wspaniałe barwne kwiaty, podkreślały jej nastrój. Moly wyszczotkowała jej włosy po kąpieli, a następnie splotła je fantazyjnie pozwalając im spłynąć na plecy w postaci długiego spiralnego warkocza. Kompletu dopełnił jedwabny kwiat, z jednej strony wpięty we włosy. Pokojówka pozostając w apartamencie, zajęła się porządkowaniem. Lord Jeffrey de Blackstone był we własnym gabinecie, gdy Sara wkroczyła z uniesioną głową. On siedział za biurkiem. Na blacie znajdowało się wiele dokumentów. Nim ją jednak zauważył, był zupełnie czymś pochłonięty. Nie pracował nad dokumentami, lecz nad czymś rozmyślał. Mimo to podeszła z lekkim uśmiechem.

- Jakiś problem? Widzę że coś ciebie trapi. Czyżby znowu manifestacja Mary?

- Nie Saro. Tu nie chodzi o nią. To coś innego.

Kobieta zainteresowała się nie na żarty. Jego wyraz twarzy był jasnym dowodem na to, że stało się coś poważnego. Podeszła do niego bliżej, jednak przystanęła przy oknie. Opierając się o jego parapet odczekała moment. Chciała zapytać o to co się stało, lecz Jeffrey ją wyprzedził.

- Posłuchaj! Muszę komuś o tym powiedzieć bo zwariuję.

- No właśnie widzę. Już to wcześniej zauważyłam. Opowiesz mi?

- Nie wiem, czy jest o czym opowiadać.

- No jak sądzę jest o czym skoro to ciebie tak męczy.

- Będąc u ciebie zaraz po tym, jak się kochaliśmy – ty zniknęłaś w łazience – kąpałaś się.

- No tak. Poszłam pierwsza, a ty zostałeś w pokoju.

- Miałem do ciebie dołączyć od razu, ale nie mogłem.

- Jak to nie mogłeś? Stało się coś?

- Nagle poczułem, że nie mogę oddychać. Nie abym nie mógł całkowicie oddychać, ale było mi ciężko. Najpierw pomyślałem, że to może coś ze mną. Nie mam już dwudziestu lat.

- Nie przesadzaj Jeff. Jesteś wysportowany. Zauważyłabym coś.

- Dopiero po paru minutach lekko mi ulżyło. Wpatrywałem się w dłoń, którą masowałem sobie okolice serca. Dopiero jak usłyszałem kobiecy głos, uniosłem głowę do góry. Stała przy mnie jakaś kobieta. Nie powiem – piękna. Czarne włosy, szczupła. Ale to nie Mary – Saro. To kobieta dojrzała, elegancka. Ubrana tak, jakby nie z tej epoki. Długa kremowa suknia z trenem. Miała w dłoni kremową szarfę. To dziwne, ale jak mnie ją dotykała – to znaczy, sunęła nią po moim torsie wtedy było mi ciężko oddychać.

- To jakieś fatum Jeffrey’u. Wynika z tego, że ten dom jest nawiedzony. Albo chodzi o ciebie.

- To nie wszystko. Ona powiedziała coś bardzo dziwnego. Mówiła o twoim ojcu, Steven’e Forest’e.

- Co mówiła dokładnie?

- Mówiła, że on nie należy do tej rodziny. Twierdziła, że on odnajdzie swoją rodzinę, i że ja mam mu w tym pomóc. Nie sądzisz, że to dziwne. Tym bardziej, że pokazywała mi na ścianie obraz z jego wizerunkiem. Wizerunkiem Steven’a.

- To bardzo dziwne. O jaką rodzinę chodzi? Rodzice taty a moi dziadkowie – nie żyją. Po babce okazało się, że jest on spokrewniony z tobą Jeffrey’u. Nic więcej nie wiem. Myślę, że dobrze by było porozmawiać o tym z rodzicami. Może oni coś wiedzą.

- Myślisz że to dobry pomysł. Nie chciałabym wyjść na jakiegoś obłąkańca.

- To akurat tobie nie grozi. Tu każdy coś dziwnego przeszedł. Nie licząc Matthev i Thomas’a.

- Nie wiem, co o tym myśleć Saro.

- Zatem zanim coś się wyjaśni, może zorganizowalibyśmy jakieś niezwykły obiad – ale sami. Nie tam kucharze, kucharki – ale sami ugotujemy co nie co na obiad. No tak po prostu. Upichcimy coś od początku do końca.

- Przecież ja nie mam zielonego pojęcia o gotowaniu Saro. Byłaby to kompletna katastrofa.

- Nie będzie tak źle Jeffrey’u. Ja świetnie umiem gotować – tak myślę.

- Ty mówisz poważnie.

- Zawsze mówię poważnie. To co. Bierzemy się do roboty. Mamy czas. Co prawda jest już niemal dwunasta trzydzieści, ale, jak się sprężymy – damy radę.

- Matko! Ja chyba naprawdę zwariowałem. Ale Ok! zróbmy to.

- No to do dzieła. Mam nadzieję, że nie masz tu pilnych spraw Jeff? Tu jest tyle dokumentów.

- Jak na razie nie. Co prawda miałem się nimi zająć, ale mogą poczekać.

Oboje ruszyli z miejsc. Jeffrey podszedł do drzwi za Sarą, jednak zatrzymał się. Spojrzał na siebie – Sara przystanęła będąc już niemal na korytarzu. Zainteresowała się tym, co z nim – o co chodzi.

- Nie jestem pewien, czy to ubranie było do tego odpowiednie. Muszę się przebrać Saro.

- Ok! zatem przebierz się w stosowne rzeczy, a ja znikam do kuchni. Zobaczymy co się da zrobić w temacie obiadu.

Sara zniknęła z pola widzenia mężczyzny. On wciąż uważał za niedorzeczność fakt, by zająć się gotowaniem obiadu. Spodobało mu się jednak łączące się z tym szaleństwo. Przebrał się w bardziej luźniejsze rzeczy. W kuchni zastał Sarę w pełnej akcji. Kucharki były niemal rozbawione obecnością Sary w kuchni. Jeffrey niepewnie wszedł lustrując kuchnię na wskroś. Gdy wszyscy spostrzegli swego pana – śmiechy ucichły. W myślach prosił tylko Boga, by Sara nie zdradziła nikomu, że on również bierze w tym udział. Jednak kobieta nie wytrzymała.

- No to mamy jeszcze jedną parę rąk do pracy. A tak nawiasem jesteś extra kucharzem. Robisz wrażenie.

- Saro daj spokój.

Kucharki tylko po cichu chichotały. Lord Jeffrey de Blackstone był z początku poważny. Lecz później również się uśmiechnął. Dorota – najstarsza z kucharek – na skinienie Sary podeszła do lorda de Blackstone z fartuchem w dłoni. Od razu go nim opasała, co go wprawiło w osłupienie. I by dodać „pieprzyku” do całej tej sytuacji, klepnęła go w pośladek. Chichotała przy tym cicho by nie zdenerwować swego pana. Sara rozbawiona sytuacją świetnie wszystkimi dyrygowała. Mężczyzna zdumiony był reakcją kucharek – a już najbardziej reakcją najstarszej Doroty. Wciąż zdawało mu się, że z wielkim respektem wykonywały jej polecenia. Choć bił się z myślami, iż to były bardziej polecenia majordomusa. Jednak tu był całkowity luz – no, może prawie całkowity. Sara dyrygowała kobietami idealnie. Każda czyniła to, o co prosiła ją młoda pani. Sara umiała sobie zjednywać ludzi, przez co i nawet kucharz szczerzył doń zęby w wielkim uśmiechu.

- Dobrze. Zatem nad jakim dziełem dzisiaj pracujemy Saro? Widzę że nie wywinę się z twego planu, co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz