Tom II – część 14

Post w dziale:

W kuchni zastał Sarę w pełnej akcji. Kucharki były niemal rozbawione obecnością Sary w kuchni. Jeffrey niepewnie wszedł lustrując kuchnię na wskroś. Gdy wszyscy spostrzegli swego pana – śmiechy ucichły. W myślach prosił tylko Boga, by Sara nie zdradziła nikomu, że on również bierze w tym udział. Jednak kobieta nie wytrzymała.

- No to mamy jeszcze jedną parę rąk do pracy. A tak nawiasem jesteś extra kucharzem. Robisz wrażenie.

- Saro daj spokój.

Kucharki tylko po cichu chichotały. Lord Jeffrey de Blackstone był z początku poważny. Lecz później również się uśmiechnął. Dorota – najstarsza z kucharek – na skinienie Sary podeszła do lorda de Blackstone z fartuchem w dłoni. Od razu go nim opasała, co go wprawiło w osłupienie. I by dodać „pieprzyku” do całej tej sytuacji, klepnęła go w pośladek. Chichotała przy tym cicho by nie zdenerwować swego pana. Sara rozbawiona sytuacją świetnie wszystkimi dyrygowała. Mężczyzna zdumiony był reakcją kucharek – a już najbardziej reakcją najstarszej Doroty. Wciąż zdawało mu się, że z wielkim respektem wykonywały jej polecenia. Choć bił się z myślami, iż to były bardziej polecenia majordomusa. Jednak tu był całkowity luz – no, może prawie całkowity. Sara dyrygowała kobietami idealnie. Każda czyniła to, o co prosiła ją młoda pani. Sara umiała sobie zjednywać ludzi, przez co i nawet kucharz szczerzył doń zęby w wielkim uśmiechu.

- Dobrze. Zatem nad jakim dziełem dzisiaj pracujemy Saro? Widzę że nie wywinę się z twego planu, co?

- Nawet nie próbuj. Postanowiłam, że dzisiaj na obiad królować będzie pieczeń z dziczyzny. Sałatki i surówki. Kucharki wraz ze mną będą pracowały nad jarzynami.

Kucharz czyni cuda, lecz to Sara dyryguje. Chciałaby, by potrawy były przyrządzone tak, jak w jej rodzinnym domu. Jeffrey miał za zadanie upichcić sałatkę z przepisu Sary. Zatem rozlokował się obok niej. Z drugiej strony Dorota – starsza kucharka. Wyglądała niczym dorodna świńska golonka, a mimo to pyzata buzia była wciąż uśmiechnięta. Jeffrey starał się, i nawet nieźle mu to wychodziło. Nawet kucharka nie szczędziła mu słów uznania. Gdy wszystko już się pichciło, Sara podeszła do niego. Cmoknęła go w policzek, co nie uszło uwadze pracującym w kuchni kucharkom. Uśmiechały się życzliwie. Co prawda tego typu zachowania nie były dotąd tu widziane. Nikt jednak nie oponował.

Służba była zadowolona ze zmian zaistniałych w posiadłości. Niemal wszystko tu się zmieniło. Cały dom wyremontowany, i nawet zaistniała w nim winda. Kuchnia zmodernizowana w całości. Najęto do pracy w kuchni młodych pracowników, co dało świeży powiew w menu. Vivienne zmieniła również podział obowiązków w domu, zatem załoga kuchni mogła zająć się li tylko gotowaniem. Jednak to szef kuchni dokonywał zakupów. On idealnie znał się na produktach – i wybierał je idealnie. To samo tyczyło się ilości ich zakupywania, równolegle do potrzeb. Kwestią finansową zajmowała się Vivienne. Ona była odpowiedzialna za wszelkiego typu rozliczenia.

Lord Jeffrey de Blackstone, jedynie zajmował stanowisko decyzyjnie jeśli chodziło o jakieś kwestie sporne. Właśnie kończono pracę w przygotowaniach do obiadu, gdy pod dom podjechał samochód z Forest’i. Państwo Forest właśnie wchodzili do hallu witani przez majordomusa, gdy Vivienne nagle skręciła w stronę kuchni. Chciała wydać polecenia względem obiadu. Dochodziła godzina druga po południu, i postanowiła od razu osobiście tego dopilnować. Weszła właśnie w korytarz kuchenny, gdy przez uchylone drzwi zobaczyła Sarę i Jeffrey’a przepasanych fartuchami. Od razu wykonała ruch ręką by przywołać męża. Oboje byli niemal rozbawieni tym widokiem.

Nie chcąc onieśmielać obojga, szybko zrezygnowała z wejścia do kuchni. Oboje skierowali się do swoich pokoi. W tym samym czasie do domu wpadli obaj synowie Forest’w. Oni nie byli tacy delikatni jak ich rodzice. Byli głodni. I jak weszli do kuchni tak oniemieli. Co prawda Jeffrey stał do nich tyłem, ale Sara od razu ich zobaczyła. Stali jak ogłupiali. Nie mogli się nasycić widokiem Jeffrey’a w kuchni – i to w fartuchu. W momencie gdy ruszyła w ich stronę, mężczyzna właśnie się odwrócił. Od razu zauważył ich rozbawione miny.

- Mam nadzieję, że nie urządzicie tu komedii. Inaczej i was zagonię do gotowania.

- O nie. My w kuchni? Mowy nie ma. Ale czemu Jeffrey?

- Szykujemy obiad razem. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko?

- Nie, nie. I mówiąc szczerze to fajny pomysł.

- Dzięki. Teraz idźcie się przebrać, bo zaraz obiad.

Obaj wyszli z kuchni, a Sara wróciła do przerwanej czynności. Jeffrey uchwycił jej spojrzenie, jednak nie wyczytał z niego, że się ośmieszył. Wręcz przeciwnie. Praca w kuchni wespół z Sarą i kucharzami, niesamowicie mu się podobała. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że to może być tak przyjemne i zajmujące. Po zakończeniu pracy w kuchni, oboje ruszyli w stronę hallu. Przed wyjściem z korytarza kuchennego przytulili się do siebie życzliwie, po czym kierowali się na schody.

- I jakie wrażenia? Mam nadzieję, że nie odebrałeś negatywnie mojego pomysłu?

- Negatywnie? Skąd! Wręcz przeciwnie. Uważam że było to bardzo przyjemne doświadczenie. Mówiąc szczerze podobało mi się. Z początku byłem zaskoczony. Nie dowierzałem, że w ogóle mi to zaproponowałaś, lecz później widząc tych wszystkich ludzi w kuchni. Ich miny, uśmiechy, wyluzowanie. Doświadczyłem tego samego. To było wspaniałe.

- Bardzo się cieszę Jeff. Chciałam pokazać tobie inny sposób spędzania czasu.

- To prawda. Dotąd mój czas mijał sztywnym stałym torem i dość przewidywalnym. Może to było powodem mojego rosnącego przygnębienia, czy znużenia.

- Być może. Jednak warto szukać innych zajęć, nie zawsze zgadzających się z dotychczasowymi, prawda?

- Masz rację. Czyli teraz co mamy w planie?

- Czyli teraz mamy w planie obiad, ale na tarasie. Poleciłam wszystko tam przygotować. Dzisiaj jest tak pięknie.

- To prawda. Zatem jak sądzę z twoimi rodzicami porozmawiamy po obiedzie.

- Tak. To dobra pora. Później chce zabrać się do pracy. Jeszcze wiele przede mną.

- Jak tobie idzie pisanie? Nawet nie miałem okazji z tobą o tym porozmawiać.

- Jest ok! jak na razie mam w opracowaniu dzienniki lady Mary Radley. Tu pozostaje mi tylko zapoznać się z tekstem, i opracować w całość. Mimo to, coraz więcej dowiaduję się o tej kobiecie.

- Wiesz że możesz polegać na mojej pomocy. Jak by była taka konieczność naturalnie.

- Wiem. A teraz przygotujmy się do obiadu. A ja chciałabym się jeszcze wykąpać.

- Ja pewnie również będę musiał. Czuję się jakbym zaliczył saunę.

- No tak. Ty nie przywykłeś do przebywania w kuchni.

- Mam od tego ludzi – nie sądzisz?

- Ale to nie to samo, co samemu coś ugotować – nie sądzisz?

- Masz rację. To wielka satysfakcja. Lecz my tu rozmawiamy a czas leci.

Sara od razu zniknęła w łazience. Moly już czekała na nią w jej pokoju, szykując wcześniej wskazaną garderobę. Kąpiel nie trwała długo, i zaraz pojawiła się w pokoju owinięta szlafrokiem kąpielowym. Na głowie turban z ręcznika. W jadalni zjawiła się Vivienne, ale tu zastała pusty stół. Była lekko zdziwiona. Godzina była niemal druga po południu – a obiadu, jak nie było tak nie ma. Ruszyła w stronę hallu. Chciała o ten fakt zapytać George’a - był tu majordomusem, powinien coś o tym wiedzieć. Kto jak kto lecz on powinien wiedzieć o wszystkich zaleceniach w tym domu. Nigdzie jednak go nie widziała. Powróciła do jadalni. Stojąc przy wejściu do oranżerii, przez przeciwległe drzwi wyszła na taras. George – widząc ją pośpieszył w jej kierunku.

- Witam panią lady Forest.

- Witaj George. Widzę że obiad jemy dzisiaj na powietrzu. To dobry pomysł.

- O tak lady Forest. Lady Sara od razu poleciła mi wszystko uszykować na tarasie.

- No widzę. Pięknie to wszystko wygląda. Gdzie są wszyscy?

- Mój pan, lady Sara, jak i panicz Thomas i Matthev są u siebie. Niebawem tu będą. Nie wiem tylko, gdzie znajduje się lord Forest. Proszę mi wybaczyć. Nie zdążyłem się zorientować. Tu już od wielu lat nie było tylu domowników.

- No wiem. Nie jest tobie lekko to wszystko ogarnąć. I tak jestem dla ciebie pełna podziwu. Twoja praca jest godna pochwały.

- Dziękuję lady Forest.

- O już chyba idą domownicy.

Na tarasie pojawił się Steven Forest z synami. Już z daleka uśmiechał się do żony i George’a. Chłopcy widząc zastawiony stół niemal pojaśnieli. Pergole od strony ogrodu, jak i skonstruowane z nich zadaszenie lekkim cieniem otulały niemal cały taras. Było ciepło i przyjemnie. Wszyscy z szacunku do reszty nieobecnej rodziny stali nieopodal stołu. Dopiero na słowa przywitania George’a, skierowane do pojawiających się na tarasie dwojga pozostałych członków rodziny – cała czwórka odwróciła się w ich kierunku. Byli zaskoczeni. Sara ubrana w kremowobiałą suknię, białe ażurowe pantofelki. Na szyi miała lekko narzuconą długą apaszkę, tworzącą z jednej strony kwiat.

Apaszka luźno tworzyła girlandę podkreślając dekolt. Na głowie miała wspaniały biały ażurowy kapelusz z wielkim rondem. Włosy spięte w girlandy spiralnych loków. Biały kapelusz posiadał szarfę koloru apaszki. Również spięty w imponujący kwiat. Lord Jeffrey de Blackstone pojawił się w letnim popielatym garniturze. Spodnie w nieco ciemniejszym odcieniu niż marynarka. Popielate pantofle oraz wspaniale modelowany kapelusz w tym samym kolorze. Kapelusz przepasany srebrną szarfą ciemniejszą od reszty.

Jego czarne długie włosy były podkreślone jasnym tłem garderoby. W butonierce ciemno srebrna chusteczka, podkreślała subtelnie całość. Oboje byli jak nie z tego świata. Obiad zaczął się niemal od razu po przywitaniu się domowników. Vivienne z wielką uwagą przyglądała się Jeffrey’i z uwagi na to, iż widziała go pracującego w kuchni. Szukała u niego zmiany – jakiejkolwiek. Od razu uchwyciła niezwykłe wyluzowanie. Owszem, jego maniery były nadal nienaganne. Był kulturalnym, inteligentnym, budzącym respekt mężczyzną. Zmiana jednak polegała na swoistym wyluzowaniu się. Więcej w nim było pogody ducha, uśmiechu. Częściej poruszał różne tematy, które dotąd dyskretnie omijał.

Sara również była rozbawiona - niemal rosła z dumy. Wciąż kierowała swoje spojrzenia i uśmiechy w kierunku Jeffrey’a. Vivienne widziała to wyraźnie, jednak już nie reagowała tak panicznie na przejawy rodzącego się uczucia między nimi. Po obiedzie wszyscy przenieśli się na fotele w drugiej części tarasu. Mieli do dyspozycji zimne napoje, lody. Królowało ciasto z bakaliami będące dziełem Sary. Vivienne od razu poznała jej robotę. Na ten widok uśmiechnęła się sama do siebie, co nie uszło uwadze Sary.

- Powiesz mi mamo o czym myślisz? Widzę że pięknie się uśmiechasz.

- Masz rację. Wybaczcie kochani lecz właśnie zastanawiałam się nad tym co się stało. Oboje niesamowicie się zmieniliście. Jesteście tacy piękni, młodzi. I te uśmiechy. Serce się raduje.

- Dzięki mamo. To miłe. A jak smakował obiad? Mam nadzieję, że wszystko było pyszne?

- O tak. Poczułam się jak w domu. Wiem że to twoje dzieło Saro.

- Tak ale i Jeffrey’a również. Oboje byliśmy w kuchni.

- Wiem, wiem – widziałam. Jestem pełna podziwu dla ciebie Jeffrey’u. Byłam niemal w szoku widząc ciebie przy takiej pracy.

- O tak Vivienne. Dopiero do mnie dotarło ile straciłem przyjemności.

Obaj chłopcy, jak zwykle po zaliczeniu deseru – przepraszając – zniknęli z tarasu. Jeśli chodzi o Thomas’a czy też Mathev – nie zbyt dobrze znosili rozmowy – według nich – na nic nie znaczące tematy. Obaj byli już pokoleniem nowoczesnym, i całkowicie odstawali od mentalności lorda de Blackstone, czy chociażby ich rodziców. Thomas nadal spotykał się z Maggie – choć ta, była coraz bardziej nieakceptowana w jego domu. Vivienne nie miała nic przeciwko temu by syn miał dziewczynę. Był już w takim wieku, iż nie było w tym nic dziwnego. Co prawda miała na uwadze jego edukację – przez co pieczołowicie pilnowała jego wykształcenia. Niemniej postawa Maggie zupełnie jej nie odpowiadała.

Według Vivienne była to dziewczyna pokroju – jak to ona wielokroć określała – pokroju dziewczyny pustej, i niezmiernie leniwej. Nie wspominając już nawet o braku jakiejkolwiek ogłady czy kultury. Mathev miał swoje towarzystwo. Był zapaleńcem komputerowym. Skupiał wokół siebie młodych ludzi z takimi zainteresowaniami. Zatem cała czwórka pozostała na tarasie. Vivienne zakańczając temat obiadu wiedziała, iż Jeffrey’a coś trapi.

- Czy mi się wydaje, czy coś się stało? Widzę, że chcecie o czymś ze mną porozmawiać.

- No tak. Musimy wam obojgu o czymś powiedzieć. Dzisiaj Jeffrey przeżył coś w rodzaju wizji.

- Czyżby znowu panna Mary?

- Nie, nie. Tym razem nie. Jeffrey jednak wam to dokładniej wyjaśni. Opowiesz im o tym Jeff?

- Tak. To bardzo dziwna sprawa. Mówiąc szczerze, sam nie wiem jak do tego podejść. Leżałem w łóżku gdy wyczułem trudności z oddychaniem. Z początku sądziłem, iż mam problemy z sercem. Nie ma co się okłamywać, nie jestem już młodzieniaszkiem. Okazało się jednak, że w sypialni nie jestem sam. Stała przy moim łóżku kobieta – nie dziewczyna – ale dojrzała kobieta. Fakt – piękna. Wysoka, szczupła…

Vivienne Forest na ten początkowy opis niemal natychmiast się wyprostowała. Wiedziała doskonale kto to jest. Ona również miała do czynienia z tą osobą. Już wcześniej miewała wizje z jej udziałem. Była poruszona wypowiedzią Jeffrey’a.

- Szczupła, czarne długie falowane włosy – czyż nie tak?

- Dokładnie tak.

Oboje z Jeffrey’m uważniej spojrzeli na Vivienne. Teraz już było wiadomo, że nie tylko jemu owa kobieta się ukazała. Steven nie był już zdziwiony manifestacją czegokolwiek.

- Mam rozumieć, że ty również miałaś okazję rozmawiać z tą kobietą?

- O tak. Co prawda nie teraz, a jakiś czas temu – ale tak. Rozmawiałam z tą kobietą.

- Możesz nam coś więcej o tym powiedzieć?

- Naturalnie. Kobieta o której mowa to nikt inny, jak nieżyjąca już lady Mary Steffany de Candberry. To ona jakiś czas temu nawiedziła mnie w moim domu. Mówiąc szczerze nie rozumiałam tych wszystkich faktów. W mojej wizji z jej udziałem, byłam początkowo w jakiejś starej kaplicy. Nieco później, jakbym została przeniesiona do wspaniałych wnętrz, jakiejś posiadłości. Zrozumiałam, że to jej posiadłość. Tam pokazała mi portrety członków jej rodu. Na osobnych portretach była ona z mężem, ale i były portrety – jak się domyślam – jej dzieci. Młody mężczyzna i dziewczyna. Początkowo myślałam, że mieli dwoje dzieci. Obok nich jednak był portret – a raczej rama portretu – pusta. Spojrzałam na nią, i po chwili ona dłonią wskazała na tę ramę. Wyobraźcie sobie tam gdzie wskazywała był portret mego męża Steven’a. Wtedy powiedziała mi coś dziwnego.

Sara przypomniała sobie to o czym uprzednio opowiadała jej mama. Pamiętała jak krótko przed przeprowadzką nikt inny, jak jej mama była przeciwna tej przeprowadzce. Wtedy to któregoś dnia matka zachowywała się dziwnie. Potem po przeprowadzce – bądź jeszcze przed – matka opowiedziała jej o tej wizji. Steven Forest – mąż Vivienne Forest, również przypomniał sobie tę opowieść.

- Co takiego mamo?

- Powiedziała że ta rodzina do której mamy się przeprowadzić nie jest prawdziwą rodziną Steven’a – mego męża. Byłam ogromnie zdziwiona. To było krótko po twoim powrocie do domu Steven’e ze Stanford. Byłeś tam w biurze prawniczym – pamiętasz?

- No tak. Bardzo dobrze pamiętam. Jednak tam powiedziano mi, że jestem jedynym spadkobiercą tej rodziny. Nie ma żadnej innej rodziny. Zresztą i ja nie pamiętam, bym miał kogokolwiek innego poza rodzicami i babką.

- No właśnie. To o co tu może chodzić – Jeffrey’u?

Mężczyzna siedząc w fotelu bacznie się przyglądał rozmówcom, jednocześnie uważnie się im przysłuchując. Widać było, że i on był bardzo zdziwiony faktami jakie przedstawiła tu Vivienne. Brwi co i rusz to unosiły się to marszczyły czoło. Sam był zdumiony. Nie chciał uwierzyć w to, że w jego biurze prawniczym popełniono błąd. Wydawało mu się to zupełnie niedorzeczne. Lecz coraz bardziej czuł z tego powodu przygnębienie, gdyż znaczyłoby to, iż rodzina Forest’w nie jest jego rodziną – a co za tym idzie, on sam nadal byłby samotny.

- A może my źle interpretujemy te fakty moi drodzy. Może tu chodzi o coś zupełnie innego.

- Czyli?

Steven zapytał zaabsorbowany narastającą tajemnicą. Coraz bardziej zaczynało doń docierać, że to zaczyna tyczyć się li tylko jego osoby.

- Myślę, że tu trzeba jak najszybciej zacząć analizować historię twojej rodziny Steven’e i mojej również. Z tego wynika, że albo twoja rodzina jest spowinowacona z rodem de Candberry’h – albo – chodzi tu o jakiegoś innego Steven’a. Tyle że byłoby to co najmniej niedorzeczne, gdyż po cóż by nieżyjąca lady de Candberry nawiedzała by ciebie i Vivienne.

- No to ja już nic nie rozumiem. Czy chcesz przez to powiedzieć Jeffrey’u, że – jak się okazuje – nie ma stu procentowej pewności, że nasza przeprowadzka była zasadna?

- W żadnym wypadku. Mamy niezbite dowody w postaci dokumentów. Jednak mimo to zajmę się tym osobiście. Niemniej w mojej wizji tak kobieta stwierdziła, że ojciec Sary należy do jej rodziny. Prosiła bym ja mu w tym pomógł. Dawała mi do zrozumienia, że Steven będzie potrzebował mojej pomocy. Tak to zrozumiałem. Zresztą dałem jej na to słowo, gdyż stwierdziłem, że Steven Forest jest moją rodziną, i zawsze może liczyć na moją pomoc.

- No to mamy następną zagadkę do rozwiązania.

Sara od razu skonkludowała ten temat. Dla niej robiło się to coraz bardziej frapujące. Nawet nie próbowała skomentować obecnej sytuacji. Poniekąd w jej umyśle pojawiła się myśl, iż coraz bardziej ta historia robi się komiczna. Wiele lat jej rodzina mieszkała sobie spokojnie. Co do zasadności materialnej rodziny – prawda – trudno by było rzec, iż to luksus. Nieraz były trudności utrzymać podstawowy pułap. Przez co ojciec pracował niemal ponad swoje siły. Matka korzystając z własnego talentu i kreatywności – wiele rzeczy stwarzała niemal bez nakładów jakichkolwiek kosztów. Nagle ojciec traci pracę.

Tudzież dowiaduje się o dziwnej propozycji przez którą musi jechać do Stanford. Wraca do domu już jako inny człowiek. Okazuje się, że ma tytuł szlachecki. Później ta cała lawina. Masę zaskakujących informacji, przeprowadzka. Nowy wspaniały dom. Ponad to sprawa ingerencji duchów. Dla Sary to w ogóle jakiś odlot. Tak czuła z początku dopóty – dopóki nie zaczęła poznawać coraz to bardziej nowe fakty z życia lady Mary Radley. Obecnie zaczynała coraz bardziej rozumieć tę kobietę. A teraz znowu jakaś lady de Candberry.

- Czy może mi ktoś wyjaśnić o co tu chodzi? Kim jest znowu ta lady de Candberry?

Dziewczyna zaczynała się już gubić. Coraz bardziej cały szereg następujących po sobie faktów zaczynał ją przerastać. Zaczynało ją to przygniatać – osaczać niczym zły sen. Vivienne widząc zakłopotanie córki, chciała już zainterweniować. Jednak Jeffrey ją uprzedził.

- Może ja to wyjaśnię – jeśli można.

- Ok! proszę.

- Chodzi tu o bardzo stary ród de Candberry’h. Ich ród liczy wiele set lat. Tak samo, jak i mój ród de Blackstone’w. Tak samo stary, jak i tak samo bogaty. Jednakże w ich rodzie wydarzyła się ogromna tragedia. Co prawda było to wiele, wiele lat temu – niemniej zaważyło to na ich całej rodzinie.

- To znaczy?

Teraz i Steven Forest zainteresował się tym tematem. Nie wiedział dlaczego, ale wydało mu się to bardzo istotne. Przeto głębiej siadając w fotelu, wyprostował się. Podparł podbródek dłonią w jakiś szczególny sposób. Vivienne spojrzała na niego dyskretnie, jednak zaraz zwróciła wzrok na Jeffrey’a.

- To straszna tragedia, i mówiąc szczerze długo nikt nie wiedział o co chodzi. Trudno tu wchodzić w szczegóły, bo to za wiele opowiadania. W wielkim skrócie powiem tak. Lordostwo de Candberry’h, uchodziło za bardzo inteligentnych, mądrych i wykształconych ludzi. I tak w istocie było. Słynęli również z wielkiej miłości jaka ich łączyła. Słynęli z wielkiego szacunku dla siebie, dla dzieci i krewnych. To w istocie bardzo cenne cechy u ludzi z takiego rodu. Niemniej tu chodzi o czas, gdy mając jednego syna, lorda Anthony’o de Candberry – po jakimś czasie jego matka ponownie jest w stanie błogosławionym. Tyle że prawdopodobnie źle znosiła ten stan. Z tego co wiem oboje z mężem uznali, iż na czas rozwiązania wyjedzie do krewnych.

- To rozsądne, zważywszy na zdrowie jej i przyszłego potomstwa.

- Tak. Jednak czas jej ciąży aż do wyjazdu był właśnie tą zagadką. Lady Mary Steffany de Candberry bardzo się zmieniła, i nikt w tamtym czasie nie wiedział dlaczego. Z bardzo radosnej pogodnej kochającej kobiety, stała się cicha skryta i tajemnicza. Wciąż przebywała w swoim ogrodzie. Z opowieści wiem, że w tym Okresie źle działo się w ich małżeństwie. Służba wciąż widywała ją zapłakaną. To iście dziwna sprawa.

- Wiadomo co było tego powodem?

Sara Forest znowu zadała szybkie pytanie.

- Mówiąc szczerze nie wiem. Doszedłem do wniosku, iż to ich prywatna sprawa. Zresztą sprawy rodzinne w takich rodach były niezmiernie skrywane – chronione. Niemniej doszło do jej wyjazdu.

- To chyba dobrze? Zważywszy na jej stan zdrowia, jak i atmosferę w małżeństwie.

Tym razem Vivienne Forest wypaliła własne pytanie, jakby obawiając się, że znowu ktoś ją uprzedzi.

- Tak. Byłoby tak gdybyż ona dojechała do celu, czyli dojechała do krewnych. Do których planowała dojechać. Jednak do nich nie dojechała. Wiem że oboje pożegnali się w gniewie. Mało! Lord de Candberry – według tamtejszych wieści – obwiniał ją o dyskretny romans z nieznanym mężczyzną.

- A były na to dowody?

- Prawdopodobnie długo przed wyjazdem, będąc już w ciąży – coraz częściej otrzymywała listy. Jej mąż dopytywał się o ten fakt, lecz ona jednak nie chciała mu wyjawić tych kwestii. Ani od kogo są te listy, ani czego tyczy się ta korespondencja. Myślę, że to przez ten fakt jej mąż coś podejrzewał.

- Czyli nie miał konkretnych dowodów. Opierał się tylko na domysłach.

Sara Forest zaczęła na szybko analizować fakty, o których opowiadał lord Jeffrey de Blackstone. Widać było, że odczuwała rosnącą irytację do osoby lorda de Candberry. Zupełnie go nie znała bo i nie mogła znać. Lord de Candberry pewnie już nie żyje.

- Ta rodzina de Candberry – czy oni mieszkają tu gdzieś w okręgu, czy też dalej?

- Ich posiadłość mieści się tu w Stanford. Tyle że swoją posiadłość mają po drugiej stronie miasta.

Lord Jeffrey de Blackstone nie widział powodu dla którego miałby Okrywać tajemnicą ten fakt. Mimo to bacznie przyglądał się Sarze. Znał ten błysk w oku. Takie spojrzenie miała, gdy w jej zamyśle pojawiła się jakaś myśl – nie zawsze łatwa i właściwa. Mężczyzna w tym przypadku nie chciał dopuścić do skandalu. Co prawda nastały już czasy nowoczesne pozostawiając stare z ich etykietą, konwenansami, honorami daleko w tyle. Usilnie starał się sam akceptować nowe zwyczaje, zachowania, czy choć sposoby działania. W wielu jednak przypadkach, niemal był wstrząśnięty ogromem zmian z którymi sam by się nie zgodził. Na tyle znał rodzinę de Candberry by wiedzieć, że w ich przypadku trzeba zachować klasę w szczególny sposób.

Ta rodzina ma o wiele większe wpływy tak finansowe, jak i majątkowe w nieruchomościach. Nie aby miał się ich obawiać z jakiegokolwiek powodu, lecz i nie chciał mieć w nich wrogów. Czuł że jeśli ta cała historia okaże się prawdą, to nie przejdzie ona gładko. Trzeba tu wiele taktu, cierpliwości, jak i wiele wyczucia. Na tyle znał już Sarę by wiedzieć, że jej styl działania rzadko jest stylem konwencjonalnym. Ona była dziewczyną właśnie z tego nowoczesnego świata – dziewczyną zaliczającą się całkowicie do tegoż nowoczesnego pokolenia. Pokolenia, które niemal przebojem zdobywało wszystko to co chciało. Wcale nie bacząc na wiele aspektów, będących niemal wyznacznikiem sukcesu w minionych czasach.

Obecnie to pokolenie miało za nic takt, konwenanse, tytuły, przynależność. Nawet lojalność w wielu przypadkach była zbyt mało doceniana. Lord Jeffrey de Blackstone niemal czuł przez skórę, że musi często rozmawiać z Sarą o tym co ona zamierza. Nie chciała wtrącać się zbytnio w jej sposób działania, jednak był niemal pewien, że w szczególnych przypadkach musi osobiście uczestniczyć w zdobywaniu informacji. Tym bardziej – jeśli chodzi o rodzinę de Candberry’h. Po zakończeniu deseru na tarasie, całe towarzystwo ruszyło na spacer. Jednak Sara – pochłonięta myślami o nowych informacjach, wymówiła się tłumacząc się czekającą pracą. Jeffrey w mgnieniu oka wyczuł jej zamiary. Przystanął zaraz przed schodami prowadzącymi do ogrodu.

- Saro! Masz na teraz jakieś plany?

- Tak! Zamierzam popracować nad dalszą częścią rękopisów. Jak na razie nie ma innych opcji. A czemu pytasz?

- Nic szczególnego. Nie będę jednak ukrywał, że bardzo chciałbym służyć tobie pomocą w pracach nad nimi.

- Tak – rozumiem. Lecz chciałabym przypomnieć tobie, że mam wolną rękę w działaniach. Mam twoje zapewnienia w tej sprawie.

- I tak jest. W niektórych jednak przypadkach, będę ciebie prosił o konsultację ze mną. Mam tu na myśli rodzinę de Candberry’h. Tu trzeba wiele rozwagi.

Rodzice Sary – Vivienne i Steven przysłuchiwali się wymianie zdań między nimi. Zainteresowanie ponownie dołączyli do Jeffrey’a. Co do rozwagi, Vivienne Forest przyznawała mu rację. Widziała jak Sara potrafiła być bezpośrednią.

- I zapewne sądzisz, iż mnie jej brakuje? Na jakiej podstawie?

- Saro! Dość tego. Doskonale wiesz o co chodzi Jeffrey’i. Nie udawaj, że jesteś zaskoczona. Masz wiele talentów, lecz twoja bezpośredniość czasami jest porażająca.

- Dobra! Może i macie rację. Zresztą i tak na razie nie zajmuję się tą rodziną. Pracuję nad losami Mary Radley.

Mężczyzna z wielką troską przyglądał się Sarze. Wiedział że ona - w zasadzie – chce tego samego co reszta. Jedynie musiała zrozumieć, że nie do wszystkich da się podejść w ten sam sposób. Nie da się stosować taktyki nowoczesnego świata tam, gdzie przeszłość pozostawiła znaczące ślady. Koniecznie chciał jej pomóc w powierzonym jej zadaniu. Chciał jednak być pewien, że wszystko idzie tak, jak tego sam oczekiwał. W rezultacie Sara się zgodziła z jego zdaniem. Zatem cała trójka ruszyła do parku, a ona sama do swego pokoju. Po drodze poprosiła Moly – swoją pokojówkę, by ta przyniosła jej do pokoju lemoniadę. Będąc już u siebie, zamknęła drzwi za sobą.

Uchyliła lekko okno po czym zasiadła za biurkiem. Omiotła wzrokiem bezwiednie cały pokój. Ot tak, bez powodu. Moly naturalnie wykonała swoje zadanie na medal. Wszędzie było idealnie czysto, kwiaty w wazonach – wręcz idealnie. Była bardzo zadowolona z pracy Moly. Jeszcze jedna rzecz była bardzo cenna dla Sary. Mianowicie fakt, iż mimo porządków przez nią czynionych – nawet na biurku, nic nie zmieniało swego miejsca. Moli jedynie ścierała kurze. Cokolwiek by nie leżało na blacie czy to rękopisy, czy luźne kartki z zapiskami – to wszystko było tam, gdzie ona sama to pozostawiła. Niemal perfekcyjny idealny porządek. Wygodnie rozsiadając się w fotelu, zagłębiła się w czytaniu tekstu.

Znała zasady szybkiego czytania, i jednocześnie czynienia własnych zapisków. Tak czyniła w sekwencjach, które wymagały większego zastanowienia i analizy. Już po niemal dwudziestu minutach, tę część pracy miała za sobą. Teraz włączając komputer zaczynała redagować tekst bacząc, by nie zmienić fabuły czy też sensu. Wiele sekwencji w rękopisie było - jakby dolepianych. Takie wrażenie odnosiła stale. Autorka pisała tak, jakby zdania były dopisywane w różnym czasie. Kawałek zapisany – przerwa w czasie – następny kawałek tekstu bądź pojedyncze zdanie. To właśnie była najtrudniejsza część analizy. Wymagało to z jej strony wielkiego wyczucia i uwagi. Po chwili ponownie zagłębiła się w przeszłych czasach.

Przeszłość – Rękopis 5

Mary Radley konno pędziła przez nierówny górzysty teren, następnie pokonała groble nad brzegiem rzeki. Nie zważała na nic co się dzieje po obydwu stronach rzeki. Była ogromnie zmęczona forsowaniem własnej wytrzymałości fizycznej, ale i psychicznie była wyczerpana. Marzyła tylko o tym by móc odpocząć. Na to nie pozwalał jej wciąż rosnący lęk o własne bezpieczeństwo. Cały czas miała w pamięci słowa Stanley’a Hampton’a.

- Nikomu nie mów! Tragedia! Niebezpieczeństwo!

Było to już za dużo – jak na nią. Na jej zmęczony umysł i oczy. Na jej uporczywy tryb oczekiwania. Oczekiwania na tę jedyną informację, która mogłaby jej zapewnić wielkie pieniądze – nawet sławę. Te tak wielkie oczekiwanie na cokolwiek, byleby tylko dałoby jej możliwość zaistnienia.

- Boże! W co ja się wpakowałam? Co to jest?

Pytała siebie tak zawzięcie, że nie mogła złapać tchu. Nie miała nawet pojęcia co tak naprawdę mogłoby się stać, gdyby tak nie postąpiła jak by się należało. Zbliżając się do terenu własnego ogrodu na moment przystanęła. Zastanawiała się co ma dalej zrobić. Teczka z wielką tajemnicą trafiła w jej ręce w sposób, którego nie potrafiłaby wyjaśnić. Trzymana paczka pod pachą niemal ją paliła. Wydawało jej się, że jest niesamowicie widoczna. Mimo że nie było w pobliżu nikogo, odczuwała wciąż rosnący lęk i nerwowe napięcie. Czuła w równej mierze strach jak i podniecenie. Ironia jej położenia polegała na tym, że niebezpieczeństwo było wielkie – ale nagroda mogła być o wiele większa.

- Chłopcy! Co robicie w tych kwiatach?

Wykrztusiła niepewnie. Jakby chciała się przed nimi usprawiedliwić. Nie czekając na odpowiedź, minęła ich z ukrytym skarbem pod pachą. Mały Adam bawił się tam z Thomas’m. Ten zaś bardzo uważnie przyglądał się swej siostrze. Już od dawna interesował się tym, co dzieje się w redakcji. Kiedyś myślał o pracy reportera, lecz dzisiaj było to coś zupełnie innego. Starszy brat Mary – Thomas, już dawno zdążył powrócić od kowala. Adaś krzywiąc się do płaczu, trzymał w rączkach piłkę. Thomas spojrzał na siostrę. Chwilę zastanawiał się nad jej zachowaniem. Zdążył jeszcze usłyszeć.

- Zniszczycie matce kwiaty – dokumentnie!

Nie czekając na odpowiedź, dziewczyna zniknęła na dziedzińcu domu. Koń Spokojnie skierował się do stajni. Mary biegiem ruszyła się w stronę domu. Lato było w tym roku niezwykle udane. Nic nie zapowiadało jakiejś zmiany w pogodzie. Inne rodziny krzątały się po domostwach w pewien chaotyczny, niezdecydowany sposób. Inne natomiast postępowały według swoistego szablonu. Jakby wyuczonego przez zasady, tradycję. Rodzina Radley’w na najbliższy dzień nie miała żadnych planów. A co dopiero mówić o całym lecie. Gospodyni jak co dzień krzątała się po kuchni. Nosiła się z zamiarem przygotowania dla swoich domowników czegoś naprędce. Mąż jak zwykle zaczytany był w lekturze codziennej gazety.

Nie przepuściłby ani jednego numeru prasy mówiącej o tym, co się dzieje w najbliższym hrabstwie i jego okolicach. Była to rodzina niezbyt zamożna, lecz wartości w niej zaszczepione nie mogły być porównywalne z innymi rodzinami w okolicy. Nie liczyły się tu wyklepane zasady, jak to ogół miał w sposobności czynić. Katolicyzm nie liczył się tak, jak wpajano innym mieszkańcom hrabstwa. Samo hrabstwo było niewielkim hrabstwem. Lecz na tyle dużym, aby znaczenie tego co się czyni było pilnie obserwowane na forum tak prywatnym jak i ogólnym. Ojciec po przespanej nocy, jak i po dawce zaaplikowanych leków przez zaprzyjaźnionego doktora, poczuł się lepiej.

W brew nalegań żony postanowił zejść na dół. Lady Emma Radley – matka Mary Radley doskonale znała męża. Wiedziała iż nakłanianie go do czegokolwiek jest bezsensowne. Jej mąż jeśli sam nie zechce niczego nie zrobi. Przeto zajęła się swoimi obowiązkami w domu. Widząc męża schodzącego do biblioteki, ruszyła w jego stronę.

- Stefanie podać herbatę do salonu?

Lady Emma Radley pytała z obawą, czy mąż nie będzie znów oponował. Podświadomie liczyła na to, że jeszcze może zmieni zdanie.

- Nie moja droga, dziękuję. Jadę do starego Craft’a. Chcę się dowiedzieć, co się dzieje z moją gazetą. Nie dostałem jej do tej pory. To jest nie do uwierzenia.

- Nie sądzisz mój drogi, że za wcześnie na eskapady. Jesteś jeszcze słaby. Myślę że się nic nie stanie, jak przez parę minut posiedzisz i wypijesz herbatę. A i mam na dzisiaj smaczne ciasteczka które tak lubisz.

Mężczyzna miał już coś powiedzieć. Doszedł do wniosku, że redakcja nie ucieknie. Skierował więc swoje kroki do biblioteki.

- Dziękuję moja droga. Faktycznie masz rację. Wiem jak smaczne wypieki potrafisz tworzyć. Z wielką przyjemnością z tobą posiedzę. Dzień dzisiaj taki piękny.

Kobieta była zdumiona. Pierwszy raz jej mąż zgodził się na coś, co ona zaproponowała bez słowa. Uśmiechnęła się na tę myśl.

- Zaraz podam herbatę z ciasteczkami.

Po wspólnym spędzeniu rannego czasu, Emma poleciła sprzątnąć naczynia. Mężczyzna pożegnał się z żoną. Patrzyła jak idzie do wyjścia. Obawiała się tego mimo że miał jechać odkrytym powozem. Był jeszcze taki słaby, ale i taki uparty.

- Może pojadę z tobą? Boję się, że ta wyprawa może być dla ciebie niebezpieczna.

- Moja droga. Przy tobie zdrowieje w oczach. Jesteś moim lekiem na wszelkie słabości.

- Ale obiecaj, że będziesz ostrożny?

- Obiecuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz